Dodany: 31.12.2022 17:27|Autor: jolekp

Wielkieś mi poczynił pustki, czyli podsumowanie roku 2022 w tonie poniekąd melancholijnym


Ani się człowiek obejrzał, a tu znienacka znowu koniec roku. Konkretnie kijowy koniec kijowego roku. Nie wiem, jak u innych, ale jeśli chodzi o mnie, dzielnie walczył o miano najpaskudniejszego roku w historii mojej historii (może to jakiś konkurs?), ale nie będziemy wchodzić w szczegóły, bo mi się zacznie wylewać rozgoryczenie życiowe i po co to komu. Zresztą może przyzwoity rok to zbyt wygórowane wymaganie wobec wszechświata i powinno się zacząć od czegoś skromniejszego. To może w przyszłym roku poproszę o jeden dobry tydzień, tak na dobry początek, żeby nie przesadzić.

W ubiegłym roku, coby nie być ostatnią aspołeczną pieczarką i znaleźć jakiś pozór sensu w swoim pomyłkowym życiu (spoiler: nie znalazłam), podejmowałam różne ciekawe aktywności. Dołączyłam do Dyskusyjnego Klubu Książki, który zmusił mnie do czytania rzeczy, po które sama z siebie nigdy bym nie sięgnęła i niektóre z nich były nawet niezłe, a pozostałe były biografiami. Tworzyłam spore ilości wyjątkowo nieudolnego rękodzieła. Konsekwentnie błaźniłam się na jodze, regularnie wywalając się na ryj w pozycji wojownika. W innych pozycjach również. A w ogóle to kto by pomyślał, że człowiek ma mięśnie w tak niespodziewanych miejscach, jak łopatki. Mnie to bardzo zaskoczyło. Zaczęłam sobie też wyzwanie z książkami Europy, jakbym co najmniej miała za mało książek do czytania w schowku i na półce, i w szafce z pożyczankami, i wszędzie, i musiała sobie wynajdywać nowe. Zdrowy rozsądek jest moją mocną stroną od zawsze. No i przede wszystkim po raz pierwszy byłam na zlocie biblionetkowym, który okazał się jednym z najfajniejszych, najmilszych i najradośniejszych wydarzeń tego parszywego roku, tak że nawet mi nie przeszkadza, że przywiozłam zeń covida. O, i jeszcze wygrałam kawał ciężkiego piniondza w miejskim dyktandzie, co jest bardzo zaskakujące, bo wciąż nie umiem dobrze stawiać przecinków i obawiam się, że już mi tak zostanie. Generalnie jedno wielkie pasmo spektakularnych sukcesów. Brawo ja.

A teraz przejdźmy już może w końcu do tego podsumowania. Trzeba przyznać, że pod względem czytelniczym ten rok dobrze się wpisał w trend ogólnej beznadziejności. Przeczytałam 110 książek, co jest sporym spadkiem w porównaniu z poprzednimi latami, ale akurat to nie bardzo mnie przejmuje, bo czytanie to w końcu nie wyścigi. Bardziej martwi mnie, że nie postawiłam żadnej szóstki, a coś takiego nie wydarzyło mi się od 2015 roku. Ogólnie coś mi się chyba porobiło z gustem, że mi się tak nic nie podoba. Nowy ząb jadowy mi się wyrzyna, czy ki czort…?

Ale na coś tam godnego uwagi udało się jednak od czasu do czasu natrafić. Wygląda na to, że moje doświadczenia literackie z minionego roku polegały (z drobnymi wyjątkami) głównie na przygnębianiu się reportażami i pocieszaniu przyjemną beletrystyką.

Nie chciałabym być kontrowersyjna, ale chyba trochę będę i istnieje niezerowe ryzyko, że przy okazji wkurzę wszystkich (przy optymistycznym założeniu, że ktokolwiek dobrnie do końca). Proszę się zatem nie przejmować i mieć w pamięci, że mam gust wiejskiego głupka, interpretuję z głębią Paolo Coelho, moim głównym wyznacznikiem dobrej książki jest ciekawa historia, a nie jakieś tam pierdololo o stylu i wyszukanym języku - to zostawiam tym, których to bawi i którzy się na tym znają, a moja gramatyka ma jedną nóżkę bardziej (o przecinkach wspominałam już wcześniej). Jednym słowem - na niczym się nie znam. Jedziemy. W jedynej słusznej kolejności, czyli chronologicznie.

Zaczniemy trochę dla mnie nietypowo, od literatury faktu, gdyż to tam ukryły się moje największe tegoroczne perełki. Książki, które zmieniają życia i światopoglądy, i ja tu nawet jakoś specjalnie nie przesadzam.

27 śmierci Toby'ego Obeda (Gierak-Onoszko Joanna)
Jakby tu zacząć... Może tak. Ktoś przyszedł do twojego domu, stwierdził, że ładnie się tu urządziłeś, jemu się tu podoba i teraz on będzie tu mieszkał, a ty możesz ewentualnie siedzieć w schowku pod schodami, bylebyś za głośno nie narzekał, bo to psuje dobry nastrój i trudniej wtedy udawać, że nigdy cię tu nie było, tylko najpierw podaj jeszcze swoje hasło do wi-fi.
Trudno jest mi po lekturze tej książki patrzeć tak samo na Amerykę Północną, z jej bogactwem i pozycją na arenie międzynarodowej, wiedząc, że jest to kontynent właściwie ukradziony jego prawowitym mieszkańcom, najpierw do cna wykorzystanym, a potem potraktowanym z arogancką wyższością białego człowieka, który nie potrafiąc i nie chcąc zrozumieć kultury tak różnej od własnej, uznał, że najlepiej będzie ją po prostu wyplenić, sprowadzając rdzenne narody do roli uciążliwej mniejszości na ich własnym terenie. Chyba nigdy wcześniej brutalność i głęboka niesprawiedliwość tego procesu nie uderzyła mnie tak prosto w twarz. Tym bardziej, że są to wydarzenia wciąż jeszcze świeże, a ich konsekwencje ponoszone są do dziś.
To nie jest przyjemna książka, oj, zdecydowanie nie jest. Ale, parafrazując Wojciecha Tochmana, ból i dyskomfort odbiorcy to nie jest wystarczający powód, by milczeć, gdy komuś dzieje się krzywda.

Zdążyć przed Panem Bogiem (Krall Hanna)
W szkole ominęła mnie cała literatura wojenno-obozowa, bośmy nie zdążyli, więc było to trochę nadrabianie zaległości. Być może dobrze się stało.
To książka o ładunku emocjonalnym odwrotnie proporcjonalnym do jej mikrej objętości, w której nie dzieje się za bardzo nic, poza tym, że Marek Edelman siedzi i opowiada, jakby rozmawiał z koleżanką przy herbacie.
O czasach przedwojennych i narastającym antysemityzmie, o życiu w getcie, o powstaniu i śmierci towarzyszy, o szpitalnej karierze, o tym, że czasem jedyny sposób, aby wyjść z twarzą z beznadziejnej sytuacji, to przegrać na własnych warunkach. A także, może nieco mimochodem mówi o tym, co wydawało mi się tutaj najważniejsze - o tym, jak trudno jest być bohaterem, bo od bohatera wymaga się, żeby był bez skazy. Dlatego lepiej, żeby taki bohater nie mówił zbyt dużo, a już szczególnie prawdy, bo może mu się czasem wymsknąć coś niewygodnego, i jak tu potem czcić takiego niedoskonałego bohatera? Słabości, błędy i strach się tak słabo prezentują na pomniku. A tymczasem bohater to nie krzyżówka świętego z greckim herosem, ale zwykły człowiek, który postawiony pod ścianą podjął słuszną decyzję. I nie ma znaczenia czy kiedyś malował rybom skrzela czerwoną farbą, żeby wyglądały na świeże.

11 września: Dzień, w którym zatrzymał się świat (Zuckoff Mitchell)
Jest coś dziwnie irracjonalnego w zagłębianiu się w tak dramatyczne wydarzenia. Za każdym razem, gdy oglądam scenę kraksy Titanica, mam nadzieję, że tym razem ominie górę lodową. Przy każdym dokumencie o katastrofie samolotu Kościuszko wierzę w to, że tym razem uda się szczęśliwie wylądować. A gdy czytałam tę książkę, bardzo chciałam, żeby zaistniała taka alternatywna rzeczywistość, w której to się nie wydarzyło. Nie ma w tym absolutnie żadnego sensu, tak jak nie ma go w wielkich tragediach.
Analiza takich zdarzeń to z reguły próba odpowiedzi na dwa ważne pytania: czy musiało aż tak być i czy da się coś zrobić, żeby już nigdy aż tak nie było.
I w tej książce, która jest efektem mrówczej pracy reporterskiej te odpowiedzi znajdziemy. Autor udokumentował wszystkie błędy, drobne i te duże, zaniechania, przeoczenia i sploty niefortunnych okoliczności, które zbiegły się ze sobą jak w greckiej tragedii. Ale tamten straszny dzień to nie tylko gruzy i tysiące bezsensownie utraconych żyć, ale też mnóstwo aktów heroizmu, determinacji, hartu ducha i bezinteresownych gestów, o których nie wolno nigdy zapomnieć i o to autor również zadbał.

A teraz, kiedy wszyscy już poszli golić żyły tępą łyżką, czas na małą przerwę na konfitury, czyli czytadła, powieści i powieścidła, niekoniecznie książki najlepsze na świecie, ale takie, których czytanie przyniosło mi najwięcej frajdy i przyjemności oraz takie, które najbardziej zapadły mi w pamięć. Niektóre były całkiem miłe, urocze i puchate, niektóre trochę mniej, a część może nawet w pewnym stopniu zmieniać życia i światopoglądy. I w bardzo niewielu z nich ktokolwiek umiera. Jak do tego doszło - nie wiem, sama jestem tym zaskoczona.

Zeznanie (Grisham John)
A skoro miało już nie być o umieraniu, to kierując się niezłomną logiką zacznijmy od książki, która jest właściwie jednym wielkim traktatem przeciwko karze śmierci, ale przy tym dość dobrze sprawdza się jako thriller prawniczy.
Jest to zatem książka typu „dla każdego coś miłego”. No dobrze, z tym miłym to minimalnie przesadziłam. Bezpieczniej będzie powiedzieć, że dla każdego coś.
Ludzie z plebejuszowskim gustem, pokrewnym mojemu mogą się zagłębić w całkiem wciągającą i solidnie trzymającą w napięciu fabułę, a ci, którzy od literatury wymagają, aby w jakimś stopniu poszerzała ich horyzonty, mają szansę wynieść stąd pewną dawkę wiedzy. O tym, że wymiar sprawiedliwości to ponury żart. Że bardziej niż o sprawiedliwość, chodzi w nim o politykę. Że wszyscy ludzie są równi wobec prawa, ale niektórzy są równiejsi. Że cel uświęca środki. Że jeśli czegoś nie można zrobić, ale się bardzo bardzo chce, to można. Że jeśli dowody nie potwierdzają twierdzeń prokuratora i przekonań opinii publicznej, to tym gorzej dla dowodów. I o tym, że cały ten system to patologia, która pod płaszczykiem czegoś słusznego i właściwego hołduje przemocy, manipulacji, kłamstwom, naciskom i najprostszym mechanizmom psychologicznym. I że bardzo trudno jest cokolwiek w tej kwestii zmienić.

Hannah Kristin
Mała zagadka. Jeśli przeczytałam trzy książki Kristin Hannah i w każdej parze powtórzył się co najmniej jeden wątek, to ile jest wszystkich fabularnych rozwiązań w puli? Prawidłowa i idealnie precyzyjna odpowiedź brzmi: chyba niedużo. Lubię sobie wyobrażać, że Kristin Hannah ma w domu taką wielką kulę jak do totolotka i to z niej losuje motywy do wykorzystania w następnej książce, a że taka kula ma skończoną objętość to i siłą rzeczy pomysły muszą się czasem powtarzać. Co prawda prawdopodobnie tak nie jest, a szkoda, bo to by było strasznie fajne.
Nie mamy tu do czynienia z wielką literaturą. To są czytadła bez szczególnie wygórowanych ambicji, ale przy tym całkiem sprawnie i wciągająco napisane. Jest sporo dramatów, trochę romansów, czasem bardzo dramatycznych romansów, jest wyciskanie łez, nieodpowiedzialne matki, przemocowi ojcowie, zahukane córki, wybitnie przystojni młodzieńcy, porzucone dzieci, przyjaźnie po grób i miłości ponad wszystko, alkohol, narkotyki i tragiczne wypadki, i ogólnie jest trochę telenowela. Ale zawsze wszystko z grubsza dobrze się kończy, choćby się źle zaczynało i fatalnie kontynuowało. A czasem naprawdę niczego więcej nie potrzeba, oprócz tej pewności, że co by się nie wydarzyło po drodze, na końcu wszystko wszystkim się dobrze ułoży.

Carrie (King Stephen (pseud. Bachman Richard, Evans Beryl))
Ta książka znalazła się tu głównie dlatego, że druga okazja aby docenić Kinga się już raczej nie powtórzy, gdyż mam przeczucie graniczące z pewnością, że nigdy więcej niczego od tego pana nie będę czytać, albowiem uważam go za okropnego nudziarza, jego styl za żenująco drewniany, a książki za nieprzyzwoicie rozwleczone. I tu się zatrzymam, bo przecież miałam chwalić.
To rzadki przykład tego, że debiutancka książka może się okazać jedną z bardziej udanych w dorobku autora. To sprawnie i zwięźle opowiedziana historia poruszająca ważny temat (całkiem możliwe, że to najlepsza książka o bullyingu i szkolnych strzelaninach, a nawet nikt tam nie używa broni palnej), ma ciekawą formę, nie rozwodzi się nad zbędnymi szczegółami, elementy nadprzyrodzone nie walą czytelnika w pysk swoją niedorzecznością, a przy tym jest to powieść naprawdę bardzo poruszająca.
Gdyby King zawsze pisał w ten sposób, pewnie mogłabym go czytać więcej, ale niestety gdzieś w międzyczasie ktoś go strasznie oszukał, wmawiając, że najlepiej wychodzą mu rozpisane na tysiące stron historie o morderczych klaunach z kosmosu i dzikich orgiach dwunastolatków.

Niespokojni ludzie (Backman Fredrik)
Muszę przyznać, że uwielbiam Backmana. To człowiek, którego pisarstwo składa się głównie z życzliwości i wyrozumiałości do ludzi. Oraz z celnych puent. Wszystkie jego książki (może poza „Miastem niedźwiedzia”, które jest dość nietypową pozycją w jego dorobku) są zbudowane na podobnym schemacie, a jednak każda jest zupełnie inna. Backman bierze na warsztat grupę bohaterów o nieco przerysowanych cechach, którzy irytują samym swoim jestestwem, wrzuca ich w absurdalną sytuację, i mówi „radźcie sobie”, a potem stopniowo sprawia, że czytelnik zaczyna tych wszystkich dziwaków, nieudaczników i po prostu zwykłych ludzi, którym nie zawsze wszystko dobrze wychodzi, ale przynajmniej się bardzo starają, kochać. A jeśli nie kochać, to przynajmniej rozumieć. Wszystkie te książki są w jakimś stopniu prześmiewcze, ale nie groteskowe, obnażają absurdy ludzkiej egzystencji i zawierają sporo trafnych społecznych diagnoz, nie uciekają od trudnych tematów (w tej konkretnej ważnym motywem jest samobójstwo), a jednocześnie zawsze są w jakimś stopniu pocieszające.
A jak mi Sonia Draga nie wyda ostatniej części „Miasta niedźwiedzia”, to przysięgam, że ją znajdę, bo za taki heretycki pomysł jak rezygnacja z wydania ostatniej części trylogii to się należy miejsce w osobnym kręgu piekieł z prywatnym kotłem i osobistymi diabłami do dźgania widłami po nerkach, pracującymi w systemie trzyzmianowym. Ja nie grożę, ja tylko informuję.

Dni naszego życia (Franko Mikita)
To jest książka, która została mi pożyczona, ale po przeczytaniu stwierdziłam, że muszę koniecznie mieć własną, żeby móc ją sobie dotulać do serca w chwilach, gdy nie będzie mi się już chciało żyć na tej planecie, czyli jakoś mniej więcej w co drugi wtorek; takie to było ładne.
Chociaż w sumie, to jak się tak zastanowić, treść aż tak przyjemna i bezproblemowa nie jest. To opowieść o dobrej, wspierającej rodzinie, która mogłaby występować w reklamie nutelli, gdyby nie była tak nietypowa, i o wszelkich przeszkodach i nieprzyjemnościach, którym w związku z tą nietypowością trzeba stawić czoła. Jest tu więc sporo bólu i buntu, i wściekłości, i żalu, i poczucia niesprawiedliwości, ale też nieprzebrane zasoby ciepła, które otulają czytelnika jak ciepły kocyk w jesienny dzień i pozwalają uwierzyć, że każda, nawet największa burza jest obietnicą następującego po niej słonecznego dnia. Duża jest w tym zasługa autora i jego urokliwie niewymuszonego poczucia humoru. Nie umiałam tej książki czytać bez uśmiechu. Dla mnie jest to kwintesencja tego, co Misiak nazywa książką-przyjaciółką.

Komodo (Vann David)
Bardzo niepozorna książeczka, o której trudno jest napisać coś bliższego, bo ona jest jak hiszpańska inkwizycja. Jej główną metodą jest zaskoczenie. Mam wrażenie, że zdradzenie czegokolwiek z treści jest niemalże zbrodnią. Zatem postaram się zdradzić możliwie jak najmniej.
To książka o niezwykle ważnej wymowie, która przełamuje spore społeczne tabu. Bardzo ciekawa sprawa jest tu z bohaterką. Nie sposób jej polubić, bo jest przez większość czasu wściekłą, irracjonalną heterą i nie da się niczym usprawiedliwić jej zachowania. A największy paradoks tkwi w tym, że naprawdę łatwo byłoby ją tak wziąć i potępić w czambuł, bo wszystko, co robi jest złe (ale tak naprawdę, do gruntu ZŁE), tylko że nijak nie da się tego zrobić. Brzmi to kompletnie bezsensownie, a jednak wcale takie nie jest.
To też książka, która udowadnia, że nie potrzeba psychopatycznych morderców ani inwazji waranów, aby się w trakcie czytania naprawdę bać. Wystarczy człowiek, który ma już wszystkiego serdecznie dość.

Dżentelmen w Moskwie (Towles Amor)
To jest książka, której fabułę w całości da się zmieścić w jednym zdaniu i zaraz to udowodnię. Uwaga, zaczynam. Rosyjski arystokrata zostaje skazany na dożywotnie uwięzienie w hotelu i przez trzydzieści kolejnych lat siedzi uwięziony w hotelu, koniec. Chyba niczego nie pominęłam. Nie brzmi to zbyt ekscytująco, co nie? I słusznie, bo żadnych fajerwerków tam nie ma. Ale jak mi się to podobało!
A właściwie nie miało prawa mi się spodobać. Przecież ja nie lubię książek bez akcji, długich opisów, skupiania się na szczegółach. Ale co zrobić, skoro pokochałam hrabiego Rostowa od pierwszej chwili, w której otworzył swe dżentelmeńskie usta?
Ta książka jest rozpisaną na szereg drobnych scen odą do codzienności. Stara się pokazać, że do szczęścia nie potrzeba aż tak wiele. Wystawne przyjęcia, dalekie podróże czy intratne biznesy nie są konieczne. Czasem wystarczy gotowanie pysznej zupy, zabawa z dzieckiem, zapach jabłek z rodzinnych stron czy piękny zachód słońca. I przede wszystkim ludzie, z którymi można się tymi doświadczeniami podzielić.

Instadzieci (Vigan Delphine de)
Ta książka to lektura obowiązkowa dla każdego rodzica. To też prawdopodobnie jedna z najbardziej aktualnych książek tego roku.
Trochę thriller, a trochę diagnoza współczesnego społeczeństwa, przerażająca przez fakt, jak bardzo jest zbliżona do rzeczywistości. Pod tym względem przypomina nieco opisywane wcześniej „Komodo”.
To książka o przemocy wobec dzieci. Przemocy nieoczywistej i trudnej do uchwycenia, bo odbywającej się w cukrowej otoczce instagramowych filtrów, nieustannej zabawy i spełniania wszystkich zachcianek. To książka o tym, gdzie przebiega granica między przyjemnością a obowiązkiem i jak łatwo jest ją przekroczyć, i o tym, co się dzieje, gdy rodzina zamienia się w biznes, a zobowiązania wobec reklamodawców stają się ważniejsze od więzi z najbliższymi, ale także o tym, że treści na pozór przyjazne i familijne mogą być równie szkodliwe dla dzieci jak te wulgarne i pełne agresji.
I choć przedstawiony tu obraz jest (korci, żeby dodać w tym miejscu słowo „jeszcze”) odrobinkę wyolbrzymiony, to jednocześnie nie jest to alarmistyczne, podszyte technofobią bicie w dzwon ani proste „kiedyś to były czasy, a teraz już nie ma czasów”. Bardzo ważna, niepokojąca i dająca do myślenia książka.

A teraz ciepła krew poleje się strugami, czyli czas na książki nader rozczarowujące, gniociuchy i inne zakalce. Ale najczęściej to pierwsze. Niekoniecznie są to rzeczy, które oceniłam szczególnie nisko, ale bardziej takie, których czytanie sprawiało mi ból, w tym niedobrym sensie. Mogą się pojawić spoilery różnego kalibru, będę ostrzegać zawczasu.

Trylogia Białego Miasta
No dobrze, to nie są najgorsze książki na świecie. Nie są to nawet najgorsze kryminały, choć miałabym do nich sporo zastrzeżeń - i jeszcze do tego wrócę. Prawdopodobnie nie znalazłoby się to tutaj, gdyby pierwsza część nie rozbudziła moich nadziei na coś naprawdę dobrego. A tymczasem wszystko się gdzieś po drodze posypało i wyszło jak zwykle.
Generalnie im dalej w cykl, tym gorzej. O ile pierwsza część jeszcze całkiem mocno trzyma się kupy, tak z każdą następną fabuła robi się coraz głupsza i bardziej naciągana, bohaterowie coraz bardziej irytujący i coraz częściej łamana jest podstawowa zasada, której moim zdaniem dobry kryminał łamać nie powinien, jeśli chce być naprawdę dobrym kryminałem. Lubię, gdy morderca jest obecny. Musi być na widoku, z reflektorem wycelowanym prosto w swój zbrodniczy pysk. Mam w niego wlepiać gały i się nie zorientować. Naprawdę nie wystarczy, że poznam jego nazwisko na przedostatniej stronie. Dlatego pisanie kryminałów to nie jest takie łatwe zajęcie, jak się niektórym pisarzom wydaje.
No, ale skoro wątek kryminalny rozczarowuje, to może chociaż na obyczajowym da się zawiesić oko? No skądże znowu, co to za bluźnierczy pomysł. Tam dosłownie nie ma kogo lubić, a bohaterek to już zwłaszcza, ze szczególnym uwzględnieniem policjantki o spojrzeniu tak wąskim, że lepiej sprawdzałaby się jako koń wyścigowy. Inna sprawa, że oni tam sami siebie nawzajem za bardzo nie lubią. Co prawda nazywają od czasu do czasu kogoś przyjacielem albo miłością życia, ale nie ze mną te numery Bruner, ja się nie dam tak łatwo nabrać. Wydaje mi się, że przyjaciołom nie podkłada się świń dla kariery. A z potencjalną miłością życia się czasem rozmawia i konsultuje poważne plany życiowe. Ale może nie, może wystarczy, że się sypia w jednym łóżku i od czasu do czasu dorzuci emocjonalny szantaż. W sumie co ja tam mogę wiedzieć, w końcu mnie nikt nie lubi.
W efekcie jedyną postacią, którą można tam obdarzyć naprawdę szczerą sympatią jest główny czarny charakter. Być może częściowo dlatego, że jednocześnie jest to jedyna postać z jakąkolwiek charyzmą. Wypada to tym śmieszniej, że autorka naprawdę bardzo desperacko starała się go czytelnikowi zohydzić na wszelkie możliwe sposoby. Ale nic z tego, kibicowałam typowi z całego serca.

Anomalia (Le Tellier Hervé)
Zdecydowanie najbardziej przereklamowana książka tego roku. Jest tu opisany tak typowo akademicki, wydumany problem, że równie dobrze książka mogłaby opowiadać o ludziach, którym nagle wyrosła trzecia ręka na plecach, a nos przesunął się na środek czoła, bo zaczepienie w rzeczywistości byłoby z grubsza to samo. Ktoś powie w tym momencie, że książka przecież nie musi być zawsze realistyczna i w sumie będzie miał rację. Ale ja mu na to powiem, że mnie musi obchodzić to, o czym czytam, bo taki już mam dziwny kaprys. A tu mnie nic nie obchodzi. A nie obchodzi mnie głównie dlatego że nie mam za kim w tej abstrakcyjnej fabule podążać. Albowiem niestety w trzeciej dekadzie XXI wieku główny bohater najwyraźniej zaczął się robić passe i po co nam on, skoro możemy zamiast jednego mieć piętnastu, i co z tego, że los każdego z nich zwisa nam bardzo niskim kalafiorem, bo wszystkim poświęcono średnio jakieś dwie i pół strony, i po prostu nie znamy tych ludzi, gdyż zostali potraktowani zupełnie instrumentalnie i autorowi wcale nie zależy, żebyśmy załapali z nimi jakąś więź, więc czemu niby miałoby nam na kimkolwiek zależeć. Przez „nas” rozumiem siebie i głosy w mojej głowie. Nienawidzę tego trendu we współczesnej literaturze, powinno się go zabić ogniem zanim złoży jaja.
Dlatego dla mnie „Anomalia” jest wydmuszką, która bardzo chce pozować na wybitną literaturę. Jest książką o niczym, poruszającą temat odklejony od czegokolwiek, a przy tym momentami razi po oczach pretensjonalnością i bardzo tanim efekciarstwem, co najwyraźniej widać zwłaszcza na ostatnich stronach. Trudno mi się oprzeć wrażeniu, że jest to pozycja wykalkulowana na chłodno i bardzo obliczona na efekt, jakby autor pisząc ją, oczyma wyobraźni widział już te wszystkie nagrody, zachwycone recenzje i uwielbienie czytelników. No i się udało, ale ja tego w najmniejszym stopniu nie kupuję.

Pani Bovary (Flaubert Gustave (Flaubert Gustaw))
Wiem, że teraz pewnie śmiertelnie bluźnię, ale ja naprawdę potrzebuję, żeby ktoś mi wytłumaczył, dlaczego to niby jest arcydzieło i co konkretnie ma mnie tutaj zachwycać. Ale tak dogłębnie i szczegółowo, jak krowie na rowie, najlepiej w podpunktach i z przykładami, i tłuczeniem przez łeb drewnianą linijką, dopóki mi się nie wyryje na świadomości, że Flaubert wielkim pisarzem był, amen, a już zwłaszcza wtedy, gdy pisał o krowich bąkach albo nabijał akapity wyliczając paryskie ulice.
Ok, być może w momencie powstania to było wielkie wydarzenie literackie, obrazoburcze, odważne, zrywające z tabu i nie wiadomo co jeszcze, jestem w stanie to przyjąć do wiadomości. Ale nie bardzo wiem, jaką wartość, ja, którą ominęła wątpliwa przyjemność życia w XIX wieku, mogłabym z tego dziś wyciągnąć. (Teraz wjadą spoilery, o ile taką klasykę w ogóle da się zaspoilować).
To historia o obmierźle paskudnym babiszonie, co się naczytał romansów i zrujnował swojego za mało harlequinowego męża, żeby kupować swoim kochankom darmozjadom (ale za to jakim pięknym! jakim namiętnym! ach!) tak ważne dla godnej egzystencji rzeczy jak perskie dywany czy inne tam szylkretowe szkatułki, i to wszystko oczywiście na kredyt, bo to nie są tanie rzeczy, a potem wziął i popełnił dramatyczne samobójstwo, gdy się okazało, że długi to jednak trzeba spłacać, no kto by pomyślał naprawdę, powinno mi być szkoda, ale jakoś wcale nie jest. Toż na takie indywiduum brakuje dostatecznie obelżywych słów w słowniku ludzi kulturalnych, od czytania takich rzeczy człowiek aż ma ochotę wziąć i zostać mizoginem.
Pozostawiam zachwyt nad tym dziełem osobom światlejszym ode mnie, ja nie widzę, co ludzie w tym widzą, ale mam dużą wadę wzroku.
Za to przynajmniej już teraz wiem, dlaczego w tzw. dawnych czasach nie pozwalano damom czytywać powieści.

Pasażer do Frankfurtu (Christie Agatha (pseud. Westmacott Mary))
Absolutnie i bezsprzecznie najgorsza powieść Agathy Christie i ścisłe top 3 najokropniejszych książek jakie miałam nieszczęście czytać w życiu i bardzo mnie to smuci, bo wszak stoi za nią jedna z moich ulubionych pisarek wszechczasów. Ech, ach i seria głośnych westchnień. Po co mi to było. Czemu nie da się tego odzobaczyć. Niby człowiek wiedział, ale jednak trochę się łudził.
Pewnie niektórzy stwierdzą w tym miejscu, że najgorsza jest „Tajemnica Wawrzynów”, ale ja się z tym poglądem nie zgadzam. Owszem „Wawrzyny” są książką niewątpliwie fatalną, ale uważam, że był tam zalążek całkiem ciekawego pomysłu i gdyby Christie była wówczas w swojej szczytowej formie i miała czas, żeby doszlifować tę fabułę, mogłoby z tego wyjść coś nawet umiarkowanie przyzwoitego (gdyż bądźmy minimalnie wyrozumiali i nie wymagajmy zbyt wiele od cyklu z Beresfordami). Natomiast nie istnieją takie okoliczności przyrody, a przynajmniej ciężko mi je sobie wyobrazić, w których paranoiczna fabuła z „Pasażera do Frankfurtu” miałaby szansę się obronić choćby w najdrobniejszym stopniu. Ło panie, czego tam nie ma. (Teraz będzie trochę spoilerów, albo nawet więcej niż trochę, ale kogo to obchodzi, uwierzcie mi na słowo, że nie chcecie tego czytać.)
Jest ogólnoświatowy spisek dilerów narkotyków i sprzedawców broni, którego celem jest nie do końca wiadomo co, ale chyba chaos i anarchia, bo to fajne rzeczy są. I jest ich przywódca, który jest domniemanym synem Hitlera, wygląda bardzo przystojnie i bardzo aryjsko, lubi pieśni Wagnera, a jakby ktoś miał jeszcze jakieś wątpliwości, że to złol, na stopie ma wytatuowaną swastykę. I ta złowieszcza spółka podburza młodzież do niszczenia świata, bo wiadomo, że podburzanie młodzieży to łatwe zajęcie, a do zniszczenia świata to już szczególnie, bo to jej ulubione hobby, zaraz po nieustępowaniu miejsca starszym paniom w autobusie, a poza tym jest to grupa społeczna na tyle głupia, że nie rozpozna kreskówkowo czarnego charakteru, nawet kiedy będzie jej machał przed nosem transparentem z napisem "jestem złem wcielonym", tak że najlepiej byłoby ją tak wziąć i eksterminować, ale trudno to zrobić, żeby się nikt nie połapał, więc smuteczek i co teraz wszyscy poczniemy. Na szczęście sytuację uratuje gen dobra i życzliwości do stosowania wziewnego, któremu sama Święta Gabriela Poznańska z Borejków dałaby swój stempelek jakości. W tej sytuacji fakt, że świadkiem na ślubie głównego bohatera jest pluszowa panda wydaje się być zupełnie na miejscu.
Wiem, że trudno w to uwierzyć, ale naprawdę wszystko powyższe się w tej książce wydarzyło, jak bonie dydy. Myślę, że rozumiecie już mój ból i więcej uzasadnień nie potrzeba.

Kamień na kamieniu (Myśliwski Wiesław)
Niby to powieść, ale równie dobrze mogłaby służyć za poradnik „Jak użyć tysiąca słów, żeby przekazać treść, którą dałoby się zmieścić w jednym zdaniu i to nieszczególnie złożonym”. I wiem, że ja też tak robię, ale nikt mi za to nie daje nagród literackich, możemy więc chyba uznać, że to zazdrość przeze mnie przemawia.
Pamiętam z tej książki głównie to, że się nad nią strasznie męczyłam, że naczelnik gminy tłumaczył głównemu bohaterowi dlaczego nie może mu dać przydziału na cement i robił to przez bite dziesięć stron małą czcionką, używając w kółko jednego i tego samego argumentu, i że najwyraźniej autor uważa, że każda wyasfaltowana droga to autostrada i tym samym wykwit cywilizacji śmierci, a już szczególnie wtedy, gdy biegnie przez środek wsi i jest niedziela.
Wyznaję taki staroświecki pogląd, że autor, pisząc książkę, powinien mieć przede wszystkim coś do powiedzenia. Mam niestety wrażenie, że Myśliwski chciał mi powiedzieć głównie to, że umie bardzo ładne zdania układać (a przynajmniej chodzą takie słuchy na mieście) i powinnam go za to całować w pierścień, bo to przecież taka ważna umiejętność. Co z tego, że to jest w zasadzie w kółko to samo zdanie na kilkadziesiąt sposobów i że to z grubsza zdanie o niczym, liczy się, że ładne.
No dobrze, tutaj jestem jawnie niesprawiedliwa. Może i Myśliwski ma do powiedzenia coś więcej, ale po pierwsze – kretynizmem z drogą przez wieś pogrzebał w moich oczach całą swoją wiarygodność, a po drugie – ja już czytałam książki o upadku polskiej wsi, które może były słabsze pod względem artystycznym, ale zdecydowanie lepsze fabularnie i przede wszystkim mnie obchodziły, a to się dla mnie liczy zdecydowanie bardziej od tych zachwycających, poetyckich zdań.

Otello: Ten nowy (Chevalier Tracy)
Ta książka boli przede wszystkim swoim zmarnowanym potencjałem. Projekt Szekspir to bardzo ciekawa inicjatywa, której powodzenie zależy przede wszystkim od odpowiedniego pomysłu. Tutaj wygląda na to, że cały pomysł zaczął się i skończył na tym, żeby wpleść w to wszystko kwestie rasizmu i segregacji. Co jak wiemy jest na tyle ważnym tematem, że niczego więcej już w sumie nie potrzeba.
Dosyć karkołomnym rozwiązaniem było obsadzenie w głównych rolach jedenastolatków. Jest to problematyczne o tyle, że autorka sprawia wrażenie jakby ostatni raz kontakt z dzieckiem miała wtedy, gdy sama chodziła do podstawówki. Albo naoglądała się za dużo Gry o tron. Może obie te rzeczy naraz.
W efekcie dostajemy taką wizję, w której jedenastoletnie dzieci w swoim jedenastoletnim życiu w przerwach od swoich jedenastoletnich aktywności w rodzaju skakania na skakance i gry w dwa ognie, zajmują się głównie pleceniem piętrowych intryg, których celem jest utrzymanie pozycji najbardziej męskiego i uwielbianego samca alfa w stadzie oraz dobieraniem się w pary o dużym potencjale erotycznym, rzekomo już aktywnie wykorzystywanym. Czy wspominałam już, że chodzi o jedenastolatków?
Ale trzeba przyznać, że to są jedenastolatki, co się w tańcu nie certolą i mają efektywność, którą każdy menager z korpo nagrodziłby pełnym uznania skinieniem głowy. Weźmy takiego głównego bohatera. Ileż on zdążył zdziałać w swój pierwszy dzień w nowej szkole! Ja wam to muszę streścić, więc znów będą spoilery.
Przyszedł, poznał dziewczynę, zdobył dziewczynę, namówił ją do rozpuszczenia warkoczy, po czym bezceremonialnie ich dotykał na oczach całej szkoły, wzbudzając szok i zgorszenie wśród kadry nauczycielskiej z przyległościami, która oczyma wyobraźni widziała już ich wspólne dzieci w bulwersującym kolorze kawy z mlekiem z przewagą kawy (najwyraźniej nauczyciele według tej wizji się cholernie nudzą w robocie, bo roztrząsają te miłostki jedenastolatków ze stuprocentową powagą i nawet wąs im przy tym nie drgnie), i to wszystko jeszcze przed lunchem, a po lunchu pokłócił się z nią śmiertelnie o bardzo ważną rzecz, nie żadne tam fidrygałki, skądże znowu, i nie chciał już znać więcej ani jej, ani w ogóle nikogo, bo to nie jest świat dla młodych ludzi, i generalnie foch z przytupem. Tak że chyba nici z tych dzieci, kadra nauczycielska może odetchnąć z ulgą.
Być może sprawdziłoby się to jako parodia, ale niestety ktoś to napisał na serio. Na bardzo bardzo serio. I wyszło z tego coś bardzo bardzo durnego. I choć brzmi to pewnie jak rzecz tak głupia, że aż śmieszna, to jest to tylko złudzenie, bo książka jest druzgocząco żadna. I to chyba jest z tego wszystkiego najgorsze.

No i cóż, wygląda na to, że wszystko, co ważne już powiedziałam, a w paru momentach mnie zdecydowanie poniosło, czas zatem wreszcie kończyć. Szczęśliwego nowego roku!

(c)Wszystkie prawa zastrzeżone. Kopiowanie bez zgody autora zabronione.

Wyświetleń: 946
Dodaj komentarz
Przeczytaj komentarze
ilość komentarzy: 13
Użytkownik: misiak297 31.12.2022 17:50 napisał(a):
Odpowiedź na: Ani się człowiek obejrzał... | jolekp
Uwielbiam!
Będę do tego tekstu wracał przez cały rok, aż się nie nauczę na pamięć.
Użytkownik: OlimpiaOpiekun BiblioNETki 31.12.2022 19:01 napisał(a):
Odpowiedź na: Uwielbiam! Będę do tego... | misiak297
Hehe, szczególnie akapit o pani Bovary.
Użytkownik: jolekp 31.12.2022 20:05 napisał(a):
Odpowiedź na: Hehe, szczególnie akapit ... | OlimpiaOpiekun BiblioNETki
Cóż, Misiak sam mi to wciskał z uporem godnym lepszej sprawy, więc ma za swoje.
Użytkownik: janmamut 31.12.2022 19:00 napisał(a):
Odpowiedź na: Ani się człowiek obejrzał... | jolekp
Aż się zacząłem zastanawiać, czy mazalova nie wróciła pod nowym nickiem, ale jednak nie. Mogę się nie zgadzać co do ocen, ale taki sarkazm mi się podoba.
Użytkownik: lutek01 31.12.2022 21:43 napisał(a):
Odpowiedź na: Ani się człowiek obejrzał... | jolekp
No, to jest podsumowanie!
Niedzia, pisz ty częściej...

Ciekawe, że się w kategorii zachwytów z dwoma tytułami spotkaliśmy. Jak nie my!
Użytkownik: Raptusiewicz 01.01.2023 01:26 napisał(a):
Odpowiedź na: Ani się człowiek obejrzał... | jolekp
Porzuciłam "Pasażera do Frankfurtu" w połowie, i nie doczytałam do pluszowej pandy, a teraz trochę żałuję.

Czy może mi ktoś powiedzieć, na czym polega ten kretynizm z drogą przez wieś u Myśliwskiego, bo mnie to zaintrygowało?
Użytkownik: jolekp 01.01.2023 09:51 napisał(a):
Odpowiedź na: Porzuciłam "Pasażera do F... | Raptusiewicz
Już tłumaczę.

Są lata 60. czy 70. (w tym też się trudno zorientować u Myśliwskiego), wieś kompletnie pośrodku niczego. Ale dosłownie w chwili, w której położono asfalt, zaczynają tam jeździć samochody całymi gromadami, jeden za drugim, z dużą szybkością, w taki sposób, że całymi godzinami nie da się przejść z jednej strony drogi na drugą, nawet w niedzielę. Gdyż najwyraźniej, tak jak napisałam, zdaniem Myśliwskiego każda wyasfaltowana droga to autostrada.
Użytkownik: Raptusiewicz 01.01.2023 12:47 napisał(a):
Odpowiedź na: Już tłumaczę. Są lata ... | jolekp
Mógł się wybrać na wieś ;)
Użytkownik: lutek01 01.01.2023 15:21 napisał(a):
Odpowiedź na: Już tłumaczę. Są lata ... | jolekp
Z tą drogą przez wieś to nie do końca tak. Z tego co pamiętam, tam chodziło o wyjechanie końmi z wozem z pola czy też o przejechanie tym wozem z jednego pola na drugie, co było mocno utrudnione, bo droga była asfaltowa i jeździły nią samochody. I te wozy z końmi musiały stać i czekać w długiej kolejce na możliwość przejechania przez drogę, co utrudniało utarty rytm pracy. Tu chodzi o symbolikę - droga asfaltowa z samochodami jako znak czasów, świat stary i nowy i nieumiejętność odnalezienia się w nowych realiach. Będę bronił Myśliwskiego, bo pięknie opisuje, snując historie i dygresje. No, ale to się może podobać i nie podobać. De gustibus i tak dalej.
Użytkownik: jolekp 01.01.2023 16:11 napisał(a):
Odpowiedź na: Z tą drogą przez wieś to ... | lutek01
Będę się upierać, że w latach 70. nie było aż takiego ruchu samochodowego, żeby nie dało się przez drogę przeprowadzić konia przez cały dzień i to do tego w niedzielę. Myśliwski w tym rozdziale generalnie wypisuje różne farmazony, że ludzie np. przestali chodzić do kościoła czy sklepu, bo był po drugiej stronie ulicy i się przecież nie da przejść, żeby się człowiek skichał, bo te samochody to jeden za drugim jeżdżą, non stop całymi dniami. Niechże on sobie opisuje najpiękniej na świecie, tylko czemu takie bzdury?:)
Użytkownik: lutek01 01.01.2023 18:03 napisał(a):
Odpowiedź na: Będę się upierać, że w la... | jolekp
Może to jest kwestia czasów. Może ludzie się bali tych samochodów, że nadjadą znienacka czy coś. Wiesz, kiedyś ludzie uciekali z sali kinowej na widok nadjeżdżającego pociągu na ekranie.
Użytkownik: dot59Opiekun BiblioNETki 01.01.2023 19:23 napisał(a):
Odpowiedź na: Może to jest kwestia czas... | lutek01
A pewno, że się bali - pamiętam, jak położyli drogę przez wieś moich dziadków, gdzie wcześniej dojeżdżał tylko pks do rynku, ale okrężną trasą. I nagle tam, gdzie się jeździło tylko ziemną dróżką wozami zaprzężonymi w powolne kobyłki, zaczęły z zawrotną jak na owe czasy szybkością śmigać syrenki, warszawy i trabanty. Konie się płoszyły, a choć tych aut była może jedna setna w porównaniu do dzisiejszego ruchu, to a to komuś psa przejechało (dziadkowie nie byli zwolennikami stałego trzymania psa na łańcuchu, więc w ten sposób stracili trzy), a to gęś, więc ta droga początkowo była traktowana jako globalne zagrożenie :-).
Użytkownik: jolekp 01.01.2023 19:35 napisał(a):
Odpowiedź na: Może to jest kwestia czas... | lutek01
Pewnie istnieje możliwość, że w jakiejś zapadłej polskiej wsi w latach 70. codziennie wszystkie samochody z całej Europy robiły zawody w rozwijaniu prędkości maksymalnej, a ja po prostu jestem człowiekiem małej wiary. Jestem w stanie żyć z tą świadomością:)
Legenda
  • - książka oceniona przez Ciebie - najedź na ikonę przy książce aby zobaczyć ocenę
  • - do książki dodano opisy lub recenzje
  • - książka dostępna w naszej księgarni
  • - książka dostępna u innych użytkowników (wymiana, kupno)
  • - książka znajduje się w Twoim schowku
Patronaty Biblionetki
Biblionetka potrzebuje opiekunów
Recenzje

Użytkownicy polecają:

Redakcja poleca: