Dodany: 2012-12-28 23:27|Autor: nitjsefni

Finalna rozpierducha


Tam... jest kosmos. Za tym sufitem. I tam, w kosmosie, na dalekiej planecie, czterech potężnych, wyplutych przez gwiazdy Czyniących szykuje się do wojny. Nadciąga bitwa, która odmieni oblicze ziemi. Tamtej ziemi. Chyba nie sądziliście, że może stać się inaczej?

Zaczyna się widowiskowo, od Grzędowiczowskiego kopa w czułe miejsca rozpalonego siedmioletnim wyczekiwaniem czytelnika. Pierwsze czterdzieści stron to efektowna nawalanka w zimowej scenerii. W rolach głównych Nitj'sefnaar - wyspecjalizowane komando Ulfa do zadań specjalnych oraz szwadron Ludzi Węży - bezlitosne kreatury van Dykena. Śnieg wali po oczach, w powietrzu świszczą strzały, słychać jęki wyrzynających się przeciwników, gdzieś w środku stoi Czyniący, gdzieś w zaspie tkwi sarkofag z uwięzioną Passionarią... Chwila. Co tu się, kurde, na dobrą sprawę dzieje? Jaki, motyla noga, wąż? Filar w czerep oberwał? Filar? Kto to w ogóle jest Filar?

No, dobra, już nie przesadzajmy. Pewne rzeczy po tylu latach jeszcze pamiętałem. Ale tylko te najważniejsze. Czwarty tom wrzuca nas bez jakiegokolwiek przygotowania w wir akcji dokładnie tam, gdzie skończył się tom trzeci. Nie ma zlituj się. Nie ma żadnego "previously in »Pan Lodowego Ogrodu«". Dlatego znów zrobiłem to, co należy, czyli przerwałem lekturę po kilku pierwszych stronach i sięgnąłem na zakurzoną półkę po tom 3. Bach. Wsiąkam. Dwa wieczory z głowy i wracamy do blisko dziewięćsetstronicowego tomiszcza. Dopiero teraz lektura nabiera smaku.

Dwa miesiące temu, w Katowicach, celowałem w Grzędowicza na targach książki. Nie miał żadnych szans, mimo że ubrany był w jakiś rodzaj wojskowego stroju maskującego i dla niepoznaki przyjechał godzinę później, niż zaplanowano. Superszybka migawka cyfrowej lustrzanki nikomu nie daje szans. Na naprędce zorganizowanej konferencji, w towarzystwie żony, po raz kolejny potwierdzał to, co słyszeliśmy od pół roku: czwarty tom "Pana Lodowego Ogrodu" już gotowy.
- Tak, to na pewno tom ostatni.
- Tak, definitywnie.
- Nie, nie powiem, jak się kończy.
- Tak, dalej będę pisał książki.

Oj tam, nie pchałem się po autograf. Co nie znaczy, że go nie mam. Fabryka Słów umiejętnie podkręcała atmosferę przed premierą "Pana Lodowego Ogrodu" 4, zaplanowaną na 30. listopada 2012. Najpierw pojawiło się nowe wydanie poprzednich tomów: przepiękne okładki wyczarowane przez Piotra Cieślińskiego, oprawa zintegrowana. Przedsprzedaż, fanpejdż na Facebooku, sneak peak ilustracji i pierwsze kartki prosto z redakcyjnych monitorów. A potem, w dniu premiery, wielka akcja w salonach Inmedio - dla pierwszego klienta książka z autografem, dla pięciu następnych - plakaty. Wielkie i śliczne obiekty pożądania.

Miałem pecha. Mimo że przyjechałem do saloniku w moim mieście późnym popołudniem, skuszony wyjątkowo przyzwoitą - w stosunku do okładkowej - ceną książki, plakatu nie dostałem. Okazało się, że byłem pierwszy. Grzędowicz zapaskudził mi własnoręcznym bohomazem pierwszą stronę grubego tomiszcza. Widząc moją smętną minę, miła pani zza lady zaproponowała, abym kupił drugi egzemplarz książki i plakacik się znajdzie. Nie, nie zwariowałem do reszty. Te 38 zeta wystarczająco bije po kieszeni. Wcisnąłem książkę pod pachę, wróciłem do domu. Resztę plus minus już znacie.

Bach, znaczy się. I wsiąkłem.

"Kiełkujący bunt w Kawernach, rosnąca w siłę dziwaczna obłąkana armia van Dykena, otoczona fanatycznymi wyznawcami Freihoff w swoim pustynnym imperium półtora tysiąca kilometrów od Lodowego Ogrodu, zima, oblężony Dom Ognia, zaginiony człowiek Filara, Sylfana […] Usiłuję to wszystko poukładać. Nie szkolono mnie do strategii na skalę globalną. Przysłali mnie, żebym przeprowadził drobną, chirurgiczną operację. Odnalazł kilkoro zaginionych Ziemian, odbił ich z jakiś piwnic albo z otoczonych drewnianą palisadą leśnych fortów, zatarł ślady i posprzątał, a potem zaprowadzi personel do punktu ewakuacyjnego na Pustkowiach Trwogi, jak stadko owiec, odpalił radiolatarnię i poczekał na prom. Szybko, łatwo i dyskretnie.
SNAFU…
Tak mawiano od dwóch wieków w wojsku. Situation Normal – All Fucked Up.
[…] Taki kryptonim powinna mieć moja operacja.
[…] To mówiłem ja, Nitj’sefni. Łubu-dubu"*.

Na zakończenie opowieści o dzielnym, jednoosobowym teamie ratunkowym czekałem z niecierpliwością od 2005 roku. Mimo setki książek, które przeczytałem w międzyczasie, mimo upływu czasu. Trudno mnie omamić byle czym. Pewnie dzisiaj sporo książek, o których pisałem i które oceniałem, oceniłbym inaczej. Z innej perspektywy. Przez pryzmat kilkunastu lat doświadczenia i trzydziestu lat nieustannego kontaktu ze słowem pisanym. Najprawdopodobniej psioczyłbym, wytykał błędy i zastanawiał się, jak takie nieporadne wypociny mogły mi się kiedyś podobać. Taką książką nie jest "Pan Lodowego Ogrodu". Tetralogia Grzędowicza to jedna z najlepszych powieści s.f., jakie miałem okazję czytać w życiu. Ścisła czołówka. Absolutny must have każdego, kto uważa się za wielbiciela fantastyki. Kanon polskiej literatury s.f.

Wiem, czego najbardziej boją się czytelnicy ostatniego tomu "Pana Lodowego Ogrodu". Że Grzędowiczowi najzwyczajniej w świecie nie stanie. Konkretnie: konceptu nie stanie, mocium panie. No, wiecie, że zabraknie mu pomysłów - szczególnie tego najważniejszego, czyli na spektakularne zakończenie. Krótko mówiąc: czytelnik najbardziej na świecie boi się przysłowiowej bidy z nędzą. Spieszę donieść: fear not, my child. "Pan Lodowego Ogrodu" nadszedł, zmiażdżył i zostawił wypaloną ziemię w głowach wielbicieli. Grzędowicz udowodnił, że pan polskiej fantastyki masowej jest ciągle jeden. To o tyle łatwe, że jedyny sensowny pretendent do tronu - Sapkowski - najwyraźniej zasnął i budzić się nie zamierza, żerując na "Wiedźminie" (na "Trylogii Husyckiej" jakby mniej) i odcinając kupony.

Zaraz się zacznie. Internet to takie fajne, przyjazne miejsce, w którym mieszkają mili ludzie. Ci mili ludzie pewnie zaraz kulturalnie zarzucą mi, że mijam się z prawdą. Bo zakończenie nie zaskakuje. Bo dłużyzny w środku – przecież wycieczkę do podziemi Lodowego Ogrodu moglibyśmy sobie podarować, i po co w ogóle ten Filar wspomina swoje pierwsze dni u Fjollsfinna, skoro, motyla noga, już wiemy, że tam trafił? Że – jak to leciało? – kupa i mielizna. Tak, tak, czytałem większość recenzji. Także te sugerujące: Jarku, wypieprz przynudzanie ze środka powieści, podrasuj końcówkę, zmień kilka nielogiczności i będzie git. My, recenzenci, wiemy lepiej, co winno być w Twojej książce i jak powinna się kończyć.

Zapytam was wszystkich po prostu: kiedy ostatnio czytaliście TAK napisaną powieść s.f./fantasy polskiego autora? Gdzie widzieliście taką dbałość o nastrój, szczegół, język, scenografię, takie plastyczne i widowiskowe walki? Gdzie czytaliście tak sprawnie poprowadzoną historię, przeplataną retrospekcjami, z narracją pierwszo- i trzecioosobową, z punktu widzenia dwóch odmiennych kulturowo osób?

Nie słyszę?

Mało spektakularna końcówka? Przecież to kwestia gustu i oczekiwań. Pewnie ilu ludzi, tyle pomysłów na zakończenie przygody Ulfa na Midgaardzie. Przyznaję: zakończenie nie zwaliło mnie z nóg. I co z tego, skoro przyjemność płynąca z lektury tych wcześniejszych 800 stron skutecznie rekompensuje niedosyt. PRZYJEMOŚĆ. Słowo–klucz. Grzędowicz potrafi pisać jak nikt inny, jest wirtuozem słowa. Dlatego cieszę się, że w czwartym tomie znalazło się miejsce na wspominki Filara z pierwszych tygodni pobytu w Lodowym Ogrodzie (w trzecim wyskoczył na wyspie Fjollsfinna trochę jak diabeł z pudełka). Przyjemność. Dla mnie Grzędowicz mógłby pisać książki telefoniczne – pewnie i tak nie mógłbym oderwać się od lektury. Tutaj równie ważne jak CO jest JAK – widać to na każdym kroku. Przecież sama esencja historii nie jest specjalnie oryginalna: bohater próbuje ratować świat przed zagładą (czy tego chce autor, czy nie, to jednak wyświechtany topos typowej fantasy). Gołym okiem widać, że w takiej opowieści najważniejsze będą dwie kwestie: atrakcyjność świata przedstawionego i sposób, w jaki uratuje go Nitj’sefni. Dlatego właśnie pierwszy tom tej tetralogii jest najlepszy: świat jest cudowny, obcy, dookoła same zagadki i zero odpowiedzi. I ten bohater! Cyfral! Nevermore!

Proszę zwrócić uwagę na sposób, w jaki kreowany jest ten grzędowiczowski świat. Widzicie tu jakieś tandetne, byle jak sklecone dekoracje? Niesztampowy świat fantasy, quasi-średniowiecze, w którym – na szczęście – próżno szukać krasnoludów, elfów i innego tolkienowskiego tałatajstwa. Miks starożytnych, jak najbardziej ziemskich kultur, obserwowany raz z perspektywy współczesnego człowieka, innym razem oczami rdzennego mieszkańca, otwiera pisarzowi nowe możliwości. Machiny wojenne, okręty, broń, style walki, jedzenie, autochtoni, zwierzaki, rośliny, sposób zachowania to efekt konkretnego researchingu historycznego pisarza, efekt przemyślanego działania, które w efekcie ma dać świat spójny i jak najbardziej prawdopodobny. Magiczny, fantastyczny, ale zarazem (para)REALNY - taki, w którym istnieją ograniczenia, więc - na przykład - z ciężaru smoka, wielkości i budowy jego skrzydeł wynika, że nie ma prawa unieść się w powietrze. A sama magia? Ech, przecież Arthur C. Clarke słusznie zauważył (tzw. Trzecie prawo Clarka), że każda wystarczająco zaawansowana technologia jest nierozróżnialna od magii. Przyznać się, kto z was wie i umie sobie wyobrazić, jak działa telefon komórkowy? Tak czy siak, w "Panu Lodowego Ogrodu" i tak okazuje się, że Pieśni Bogów i technologia mają ze sobą wiele wspólnego…

Grzędowicz, podobnie jak znakomita większość pisarzy parających się fantastyką, wykorzystuje scenerię fantasy, aby uwypuklić problemy jak najbardziej współczesne. Władza deprawuje. Władza absolutna deprawuje absolutnie. Naukowcom trzeba patrzeć na ręce. Inżynieria społeczna to zło. Itd., itp. Żadne wątpliwości moralne Ulfa nie przesłaniają jednak widowiskowej rozpierduchy finałowej, którą serwuje nam autor. I chwała mu za to!

Pewnie, że czuję niedosyt. Brakuje mi jeszcze ze czterystu stron. Chętnie zobaczyłbym przygotowania do wojny oczami czarnych charakterów, szczególnie van Dykena – opowieść być może nabrałaby większej głębi, być może zyskała nieco szarości. U Grzędowicza niestety bohaterowie dzielą się na dobrych i złych, walczących po przeciwnych stronach konfliktu. Niewiele tu szarości i nikt nas nie przekona, że białe jest czarne… tfu! Ulf i Filar grają pierwsze skrzypce – reszta to statyści, efektowne, ale jednak tło. Uwaga: po kliknięciu pokażą się szczegóły fabuły lub zakończenia utworu

I co z tego, powtarzam, skoro lektura "Pana Lodowego Ogrodu" to czysta przyjemność?

Rozmowa z Krukiem pięknie zamyka cykl i dopowiada to, co do końca mogło być niejasne. Miło, choć to ryzykowany krok, bo czytelnicy rozczarowani konkretami będą psioczyć (jak im tam? mnemosterowalne nanowektory?). Dlatego brawa dla Grzędowicza za odwagę. Do tego kapitalny, zamykający powieść Epilog II, otwierający jednocześnie autorowi - jeśli dobrze się zastanowić nad sensem jednego, dosadnego zdania geologa - furtkę do ewentualnej kontynuacji…

W środku znajdziecie ilustracje Dominika Brońka. Przykro mi, po raz kolejny ich nie kupuję. Są zbyt dosłowne. Zdecydowanie bardziej podobały mi się klimaty zaproponowane przez Daniela Grzeszkiewicza w tomie trzecim czy J. Marka w pierwszych dwóch tomach. Prócz obrazków w czasie lektury natkniecie się na dwie strony, których kolejność zamienił złośliwy chochlik drukarski, oraz drobne błędy redakcyjne, którymi nie warto zawracać sobie głowy.

Co tu dużo mówić: nikt, kto nie czytał poprzednich tomów "Pana Lodowego Ogrodu", nie sięgnie po tom czwarty. Każdy, kto przebrnął przez trzeci, pobiegnie do księgarni i rzuci się na grubą książkę z niecierpliwością, wiedząc z grubsza, czego należy się spodziewać. Grzędowicz jest w fantastycznej formie – pomysłów mu nie zabrakło, technicznie znów zwala z nóg i miażdży. Czy mogło być jeszcze lepiej? Pewnie tak. Jak? Nie wiem.

Jest fragment w czwartym tomie "Pana Lodowego Ogrodu", w którym autor nawiązuje do "Misia" Barei. Pozwalam sobie więc i ja na parafrazę słów Rysia Ochódzkiego i jego ustami podsumuję niniejszą recenzję. Bo wszystkie Ryśki to fajne chłopaki.

"To jest fantastyka na skalę naszych możliwości. Ty wiesz, co my robimy tym »Panem Lodowego Ogrodu«? Tą książką otwieramy oczy niedowiarkom i fantastycznym zaprzańcom. Patrzcie - mówimy - to nasze, przez nas napisane i to nie jest nasze ostatnie słowo".

Oby.



---
* Jarosław Grzędowicz, "Pan Lodowego Ogrodu", tom 4, wyd. Fabryka Słów, 2012, s. 218.


[Recenzję opublikowałem również na swojej stronie internetowej]


(c)Wszystkie prawa zastrzeżone. Kopiowanie bez zgody autora zabronione.

Wyświetleń: 9887
Dodaj komentarz
Przeczytaj komentarze
ilość komentarzy: 9
Użytkownik: MKMR 2013-01-03 22:54 napisał(a):
Odpowiedź na: Tam... jest kosmos. Za ty... | nitjsefni
Dostałam ostatni tom ''Pana Lodowego Ogrodu'' na święta. Wiedziałam, że tak się stanie i przez miesiąc męczyłam się mijając księgarnię w drodze do pracy/na uczelnię i widząc ''Pana...'' na wystawie. Aż mnie skręcało, gdy tak czekałam do tych świąt.
Ale w końcu jest! Zostały mi jeszcze 2 rozdziały, mam ogólną teorię jak to wszystko się skończy, ale jak sam napisałeś - to nie ma aż takiego znaczenia, bo każda strona to czysta przyjemność! Pamiętam, jak musiałam kiedyś nagle wyjść z domu i przerwać czytanie w chwili opisu jednej z najciekawszych walk i zanim realne życie nie zmusiło mnie do skupienia się na czymś innym, ciągle myślałam jak to się wszystko skończy.
Jedynym minusem są faktycznie ilustracje - wolałam te z pierwszych tomów. Ale cóż, nie można mieć wszystkiego.
Wsiąkam, kiedy tylko mam wolną chwilę.
I mimo tych 850 stron, idzie mi to o wiele szybciej niż niejedna krótsza książka. I ciągle się boję, co będzie gdy już skończę czytać. Tak samo było, gdy kończyłam ''Wiedźmina'' Sapkowskiego (mimo paru jego niedociągnięć). Przez jakiś czas będę wracała myślami do Lodowego Ogrodu. Zostanie książkowy kac. Znowu. Ech, co za nałóg.
Użytkownik: Pani_Wu 2013-01-09 23:59 napisał(a):
Odpowiedź na: Tam... jest kosmos. Za ty... | nitjsefni
Twoja wypowiedź to raczej pean na cześć Autora i jego tetralogii, niż recenzja. Jest pełna emocji.
Właśnie takich emocji poszukujemy w książkach. A im więcej ich przeczytamy, tym trudniej nas, czytelników, zadowolić. Trudniej o uczucie oczekiwania, zaglądania do księgarń, niesienia książki jak trofeum i wreszcie zanurzenia się w jej świecie.
Nie czytam fantastyki, a raczej rzadko. Mało znam ten gatunek, od czasów Lema czytałam jedynie Pratchetta. Ale chciałabym poczuć jak mnie książka całkowicie pochłania. I właśnie Twoje zachwyty, słowa pełne ognia spowodowały, że postanowiłam sięgnąć po "Pana Lodowego Ogrodu".
Zobaczymy, jak się moja przygoda zakończy :)
Pozdrawiam!
Użytkownik: nitjsefni 2013-01-10 12:01 napisał(a):
Odpowiedź na: Twoja wypowiedź to raczej... | Pani_Wu
Czytam sobie dzisiejszy Duży Format - krótką rozmowę z Teresą Torańską konkretnie - i znajduję tam zdania, które świetnie pasują do tego, JAK piszę. "Najważniejsze w tekście jest pierwsze zdanie. Dzisiaj, kiedy człowiek nie ma czasu zagłębiać się w tekst, czytelnika trzeba od razu chwycić za gardło, wciągnąć go w środek [...] To jest najtrudniejsze." Piszę o tym nie bez powodu.

W różnych miejscach Sieci natykam się na komentarze pod tym moim tekstem i widzę tam różne opinie. Że to nie recenzja. Że za długie. Że tytuł jakby zbyt odważny. W jednej ze swoich recenzji, w odpowiedzi na zarzut autora z jednego z wywiadów, napisałem, że chromolę "prawdziwe" recenzje (cokolwiek to znaczy). Pisanie o książce ma sprawiać mi przyjemność - jeśli z recenzji zrobi się felieton albo coś innego, jeśli pojawią się jakieś emocje, jeśli uda mi się "wciągnąć" czytelnika w tekst jakimś brudnym chwytem, jakimś chwytliwym tytułem, jakimś prowokującym leadem - świetnie, o to chodziło! Dlaczego mamy produkować kolejne mymłonowate, suche recenzje, pisane koniecznie z pozycji nieomylnego recenzenta, pełne okrągłych słów, fachowej terminologii i wytartych frazesów? Jak sensownie napisać recenzję CZWARTEGO TOMU powieści - w taki sposób, aby nie powielać tego, co napisało się w przypadku poprzednich trzech jej tomów i aby zaciekawić czytelników, którzy tych poprzednich tomów nie czytali?

Robię to po swojemu - i cieszę się, że są tacy, którym moja metoda się podoba. Dziękuję za wszystkie ciepłe słowa. Za mniej ciepłe też, oczywiście. Niezmiernie cieszę się, że spora część recenzji, które odważyłem się wrzucić do jednego z moich ulubionych serwisów książkowych - do biblioNETki właśnie - doczekała się wyróżnienia ze strony redakcji. Cieszę się, że są tacy, którzy deklarują chęć sięgnięcia po opisywane przeze mnie książki po lekturze moich tekstów. I ciszę się, że są i tacy, którzy potem piszą do mnie maile, dyskutują na forach i dzielą się swoimi opiniami.

Raz jeszcze dziękuję za nagrodę :) Dzięki niej poznałem również nową księgarnię internetową, o której wcześniej nie miałem pojęcia: Bonito.pl. Jako że książki zwykle kupuję w internecie, znajomość kolejnego miejsca oferującego przyzwoite ceny na pewno się przyda.

Pozdrawiam serdecznie.
Użytkownik: krasnal 2013-01-12 00:31 napisał(a):
Odpowiedź na: Czytam sobie dzisiejszy D... | nitjsefni
Masz rację - takie recenzje czyta się najlepiej i najbardziej zachęcają:) Jeśli kogoś jeszcze trzeba zachęcać po trzech poprzednich tomach;)

(A "sufit" mnie rozbroił - idę sobie przypomnieć:)
Użytkownik: nitjsefni 2013-01-12 19:46 napisał(a):
Odpowiedź na: Masz rację - takie recenz... | krasnal
> A "sufit" mnie rozbroił - idę sobie przypomnieć:)

Ciekawy jestem, ilu ludzi wie, że to cytat. I ilu ludzi wie, skąd ci on? :)
Użytkownik: DariuszCichockiOpiekun BiblioNETki 2013-01-13 09:43 napisał(a):
Odpowiedź na: Tam... jest kosmos. Za ty... | nitjsefni
Jestem właściwie na początku lektury (ok. 160 stron) i rzadko sięgam po recenzje przed przeczytaniem powieści do końca. Ale w wypadku Grzędowicza nie jest to konieczne. Już ta ponad jedna ósma daje obraz niezwykłej konsekwencji narracji. A Twoja recenzja ma tak silny ładunek emocjonalny, że czyta się ją z przyjemnością i zazdrością, że się jeszcze do końca nie doczytało. Słowami krytyki się przejmuj - świadczą bowiem o tym, że Twój tekst działa (liczba odsłon jest imponująca). Działa nie tylko na zwolenników tego gatunku, ale również na jego zaprzysięgłych krytyków, którzy z uporem godnym lepszej sprawy próbują udawać, że go nie ma. Tak trzymaj i pisz więcej.
Użytkownik: konstanty 2013-01-30 13:48 napisał(a):
Odpowiedź na: Tam... jest kosmos. Za ty... | nitjsefni
Zacznę od tego,że uwielbiam Grzędowicza!
Miesiąc temu skończyłam czwarty tom i już mam ochotę zatopić się w "Panu Lodowego Ogrodu" od nowa. To był cudownie spędzony czas, śmiałam się przy nim jak dziecko i jak dziecko płakałam! Niestety i ja czuję się "niedopieszczona" przez Grzędowicza zakończeniem :( miałam dziwne wrażenie,że autor bardzo chciał już pożegnać się z "Panem...."(Teraz cierpię na po książkowego kaca! Od miesiąca nie mogę sięgnąć po żadną książkę!).Miałam nawet szalony plan,żeby napisać do pana Jarka z zażaleniem! Ale po Twojej recenzji trochę ochłonęłam. Mnie nie do końca chodziło o to, że chciałabym innego zakończenia, ja po prostu chciałam, żeby ono było bardziej rozwinięte, po prostu mam wrażenie że autor za szybko wszystko zakończył i rozwiązał,przez co niektóre rozwiązania wydają mi się nie naturalne,sztuczne,nie dopracowane. Może to dlatego,że do tej pory każdy rozdział,każde wydarzenie a nawet każde zdanie było dopieszczone na maksa? Nie wiem... Spodziewałam się czegoś więcej,ale to nie znaczy,że się rozczarowałam.
Grzędowicz "Panem Lodowego Ogrodu" wyrobił sobie stałe miejsce w moim sercu,zaraz koło Sapkowskiego:)
Uwielbiam humor obu panów i sposób w jaki kreują swoich bohaterów. "Pan Lodowego Ogrodu"- pozycją obowiązkową dla miłośnika polskiej fantastyki!
Ps recenzja świetna:)
Użytkownik: nnbobak 2013-04-10 08:57 napisał(a):
Odpowiedź na: Tam... jest kosmos. Za ty... | nitjsefni
Kurcze myślałam że to recenzja jest... a tak naprawdę to nic się nie dowiedziałam, dlaczego warto, o czym jest, w jakim klimacie. Dopiero inne recenzje coś więcej mi powiedziały. Jak recenzja to recenzja na przyszłość. No i czasami zbyt dużo to nie zdrowo, zgubiłam się bo tyle textu było.
Użytkownik: mchpro 2013-04-10 09:05 napisał(a):
Odpowiedź na: Kurcze myślałam że to rec... | nnbobak
Tekstu (textu???) rzeczywiście nieco więcej niż w SMS-ie, ale to jednak recenzja ;-)
Patronaty Biblionetki
Biblionetka potrzebuje opiekunów
Recenzje

Użytkownicy polecają:

Redakcja poleca: