Dodany: 2014-05-07 12:23|Autor: dot59Opiekun BiblioNETki

Ptak z piekła rodem?


Jak zwykle po lekturach, przy których odczuwam dysonans pomiędzy poszczególnymi aspektami dzieła, mam problem z wystawieniem oceny i ze słownym sformułowaniem swoich wrażeń. Bo „Zapomnij patrząc na słońce” to nie jest książka, która może się „podobać” albo „nie podobać”; ta kategoria ma nieco inną pojemność znaczeniową. Ale jest w niej na pewno coś, co nie pozostawia człowieka obojętnym, niezależnie od tego, czy akceptuje on wszystkie zastosowane przez autorkę koncepcje i środki wyrazu, czy nie.

Na początku wydaje się, że nie będzie z tym problemu. Bo jakiż problem może być z zaakceptowaniem faktu, że siedmioletnie dziecko dręczą koszmary senne? Zwłaszcza kiedy przeczytawszy parę pierwszych stronic zorientujemy się, że w domu źle się dzieje. Hanka teoretycznie wychowuje się w tradycyjnej śląskiej rodzinie: ojciec pracuje, matka zajmuje się domem i na razie – jednym dzieckiem. Ale tylko teoretycznie... bo właściwie Sabina poza imieniem, dość często w regionie spotykanym, nie ma w sobie nic z tradycyjnej śląskiej gospodyni. Nie dlatego przecież, że nie mieszka w familoku ani domku na przedmieściu, tylko w blokowisku (którego obraz w ujęciu autorki jest znacznie bardziej ponury, niż w rzeczywistości – osiedle Tysiąclecia to wcale nie goły beton z jakimiś pojedynczymi smętnymi drzewkami). I nie dlatego, że w domu Borowskich ani u ich sąsiadów nie mówi się po śląsku (nietrudno sobie wyobrazić, że większość mieszkań w bloku przydzielono ludziom nietutejszym, których rodzice lub oni sami przybyli na Śląsk w poszukiwaniu pracy). Nie, to nie to; po prostu sama Sabina jest zaprzeczeniem czy raczej złowrogim wykoślawieniem idei żony, matki, gospodyni. Gdyby tylko chodziło o bałagan, o brak serca do gotowania, o nieporadność pedagogiczną... ale nie, w tej kobiecie jest tyle złej woli, tyle agresji wylewanej na pokornego, wycofanego małżonka i na Bogu ducha winne dziecko! Janusz pewnie zgodziłby się, żeby pracowała, gdyby to miało jakoś zaspokoić jej rozwścieczone ego, tyle że Sabina wcale nie marzy o pracy, o rozwijaniu się w jakimkolwiek sensie. A o czym? No właśnie... Zdaje się, że tylko o dużej ilości ostrego seksu i o tym, by prócz tego nie musiała absolutnie nic robić. Takiego rodzaju kobieta nie powinna wychodzić za mąż. A już na pewno nie za człowieka, który chce mieć prawdziwą rodzinę. Ale klamka zapadła, mleko się rozlało, był ślub, jest Hanka, której „urodzenie (…) było pierwszą i ostatnią rzeczą, jaką Sabina dla niej zrobiła. A i to niechętnie”[1]. Hanka wyzywana, szturchana, szarpana, bita czym popadnie – ręką, butem, szczotką do włosów. Hanka, której kochający (naprawdę!) ojciec boi się okazać czułość w obecności żony, a cóż dopiero czynnie stanąć w jej obronie albo poszukać pomocy gdzieś na zewnątrz (częściej widzi się odwrotność takiej sytuacji – on pije i bije, ona bezradnie rozkłada ręce, nie umiejąc ochronić ani siebie, ani potomstwa; ale przecież dla dziecka nie ma znaczenia, które z rodziców jest katem, a które ofiarą!). Hanka, której nawet noc nie daje wytchnienia od udręk dnia, a przeciwnie, staje się sceną koszmarów jeszcze większych niż te, które przeżywa u boku matki…

I gdybyśmy przyjęli, że upiorny kruk nawiedzający dziewczynkę we śnie jest tylko projekcją jej cierpień i lęków, byłaby to po prostu przejmująca opowieść o tym, jak dorośli mogą zniszczyć życie dziecka. Jednak autorka robi wszystko, by czytelnik uwierzył, że jest inaczej Uwaga: po kliknięciu pokażą się szczegóły fabuły lub zakończenia utworu. Gdyby jeszcze na tym się kończyło, ostatnie sceny mogłyby uzasadnić jego istnienie: Uwaga: po kliknięciu pokażą się szczegóły fabuły lub zakończenia utworu. Ale jest coś, co burzy tę w miarę sensowną koncepcję: otóż w międzyczasie obiektem prześladowań ptaszyska staje się kolejna osoba, niemająca w danym momencie kontaktu z Hanką i niewiedząca o wcześniejszych jego powiązaniach z dziewczynką. A więc kim/czym jest kruk? Wysłańcem piekła lub jakiejkolwiek innej siły nadprzyrodzonej? To mi nie przemawia do wyobraźni…

Pomijając ową feralną metafizykę – której akceptacja lub odrzucenie to kwestia indywidualna – powieść jest wiarygodna psychologicznie i całkiem dobra technicznie (przyczepiłabym się tylko do jednej niezręczności: „wżęte w ciało gumki podkolanówek”[2] wyglądałyby zdecydowanie lepiej jako „wrzynające się”). To wystarczy, żeby zapamiętać nazwisko autorki i przyglądać się bacznie jej przyszłym dokonaniom.


---
[1] Katarzyna Mlek, „Zapomnij patrząc na słońce”, wyd. Oficynka, 2013, s. 14.
[2] Tamże, s. 117.



(c)Wszystkie prawa zastrzeżone. Kopiowanie bez zgody autora zabronione.

Wyświetleń: 1351
Dodaj komentarz
Patronaty Biblionetki
Biblionetka potrzebuje opiekunów
Recenzje

Użytkownicy polecają:

Redakcja poleca: