Dodany: 2022-05-01 10:41|Autor: pawelw

Książki i okolice> Konkursy biblionetkowe

W drodze na szafot, czyli egzekucje w literaturze konkurs nr 258


Przedstawiam konkurs numer 258, który przygotowała i poprowadzi carly.


W drodze na szafot, czyli egzekucje w literaturze

Katowski pieniek, szafot czy pluton, a może zupełnie inna forma? Historia świata to również historia egzekucji, a bohaterowie literaccy nie raz stawali się świadkami i uczestnikami egzekucji. W majowym konkursie do rozpoznania przygotowałam dla Was tylko 30 fragmentów, a więc w sumie do zdobycia jest 60 punktów ( po jednym za tytuł i autora).
Zabawa trwa od 1 maja do 15 maja (godz. 23.59).

Odpowiedzi proszę przesyłać na PW, liczba strzałów nieograniczona. :) Mataczenie na forum mile widziane.
Jeżeli ktoś chciałby skorzystać z podpowiedzi, czy ewentualnie gdzieś spotkał już dusiołka bądź rodzica, proszę o informację w wiadomości.

Dla ułatwienia - 28 dusiołków znajdziecie w moich ocenach (2 pozostałych poznałam za pośrednictwem ich rodziców).

1.
Papież był bez litości dla więźniów i polecił biskupowi skazać ich na śmierć. Tak więc w lipcu tego roku, pierwszego dnia miesiąca, heretycy zostali oddani ramieniu świeckiemu. I kiedy rozdźwięczały wszystkie dzwony, wprowadzono ich między oprawcami na wóz, za którym szła milicja i który jechał przez miasto, a na każdym rogu szarpano rozpalonymi cęgami ciała winowajców. M. spalono najpierw, przed D., któremu nawet nie drgnął żadne mięsień na twarzy, tak jak nie wydał z siebie jęku, kiedy cęgi kąsały mu ciało. Potem wóz jechał dalej, i po drodze oprawcy zanurzali swój żelaza w naczyniach pełnych rozważonych głowni. D. przeszedł inne jeszcze męki i przez cały czas był niemy, poza momentem, kiedy obcinali mu nos, gdyż skulił nieco ramiona, i kiedy wyrywali mu członek męski, gdyż w tym momencie wydał przeciągłe westchnienie, jakby skowyt. Ostatnie słowa, jakie wyrzekł, świadczyły o braku skruchy, i ostrzegł, że zmartwychwstanie trzeciego dnia. Potem został spalony, a jego prochy rozrzucono na cztery wiatry.

2.
Mówią, że perspektywa powieszenia o świcie wybitnie sprzyja koncentracji umysłu. Niestety, umysł wówczas nieodmiennie się koncentruje na fakcie, że znajduj się w ciele, które o świcie zostanie powieszone. Człowiek, który miał zawisnąć, otrzymał od swych troskliwych, choć nierozsądnych rodziców imię M. i nazwisko v.L. Nie miał zamiaru przynosić im wstydu - o ile było to jeszcze możliwe - dając się pod tym nazwiskiem powiesić. Dla świata w ogólności, a zwłaszcza tej jego części, która określana jest sentencją wyroku śmierci, pozostawał A.S. Prezentował również bardziej pozytywny stosunek do sytuacji i skoncentrował umysł na perspektywie niebycia powieszonym o świcie, a zwłaszcza na usunięciu łyżką pokruszonej zaprawy wokół kamienia w ścianie celi. Jak dotąd praca ta zajęła mu pięć tygodni i zredukowała łyżkę do czegoś przypominającego pilniczek do paznokci.

3.
Nie był to wcale poetyczny szakal, lecz człowiek ubogi, chłop z wioski najbliższej. Na działku, który odtąd miał do niego należeć na zawsze, znalazły się trupy— szedł tedy zabrać je stamtąd.
Bał się srodze Moskali, toteż prawie pełzał na czworakach. Paliła go żądza poucinania rzemieni i podniecała słodka nadzieja znalezienia jeszcze, pomimo lustracji żołnierskiej, żelastwa, postronków i odzieży na trupie. Stanąwszy wreszcie nad zwłokami W., począł kiwać głową i wzdychać — potem ukląkł na ziemi, zdjął kaszkiet, przeżegnał się i zmówił głośno pacierz. Wyrzekłszy ostatnie amen, już z błyskiem pożądliwości w oczach, rzucił się przede wszystkim do kieszeni i zanadrza i począł szukać trzosa. Nic tam już nie znalazł. Obdarł tedy trupa z sukmany, szmat zgrzebnych, zzuł mu buty, zabrał nawet zbłocone onuczki, owinął tymi łachmanami część broni i szybko się oddalił. Po upływie godziny wrócił, aby zabrać resztę zdobyczy. Około południa przyprowadził parę koni i wyprzągł konia kalekę. Obejrzawszy jak najstaranniej jego przetrąconą nogę, przyszedł do wniosku, że jest zepsutą zupełnie. Trzeba było szkapę na nic niezdatną udusić. Założył jej też, nie zwlekając, linkę na kark, przywiązał ją do wagi od orczyków, wlokącej się za parą jego koni, plunął w garść i popędził je, tnąc z całej mocy. Konie nagle szarpnęły, pętlica zdusiła gardziel skazańca i zwaliła go na ziemię. Za chwilę jednak moriturus zerwał się i pobiegł cwałem za ciągnącą go parą, stąpając ostrym szpicem nagiej piszczeli po błocie i po kamieniach. Chłop spojrzał i aż zakrył sobie oczy z obrzydzenia. Zaraz odwiązał linkę i dał pokój egzekucji.

4.
- Oświadczam niniejszym, że ci ludzie wysłali przeciwko nam jeszcze innych szpiegów i zostali oni zabici. Wyrok może być tylko jeden, śmierć, i to zadana w sposób adekwatny do rangi ich plugawego czynu. Skazuję ich zatem na rozdarcie na sztuki. Wyrok zostanie wykonany niezwłocznie po jego ogłoszeniu. Obowiązkiem i powinnością każdego z was jest być świadkiem wymierzenia tej kary, abyście to zapamiętali i opowiedzieli innym o tym, co tu dziś zobaczyliście.
F. uśmiechnął się szeroko, ale szczerząc zęby, bardziej niż człowieka przypomniał wygłodniałego rekina.
- Osoby z dziećmi mogą opuścić plac.
Odwrócił się w stronę samochodów, których silniki pracowały na jałowym biegu, a z rur wydechowych wypływały wąskie smużki spalin. W tej samej chwili wśród tłumu zebranych zrobiło się zamieszanie. Jakiś mężczyzna zaczął przeciskać się miedzy nimi na otwartą przestrzeń. Był potężny, twarz miał równie bladą jak swój kucharski fartuch. Mroczny mężczyzna oddał zwój L. Dłonie H. drgnęły konwulsyjnie, kiedy ujrzał wyłaniającego się z tłumu H. Z cichym trzaskiem zwój został rozdarty na pół.
- Hej, ludzie! - zakrzyknął W.
Tłum zaszemrał z przejęciem i wyraźnym zdumieniem. W. cały się trząsł. Raz po raz to spoglądał ku mrocznemu mężczyźnie, to odwracał wzrok. F. posłał W. zjadliwy uśmiech. D. ruszył w jego kierunku, ale F. powstrzymał go ruchem dłoni.
- To wszystko nieprawda! - zawołał W. - Wiesz, że to nieprawda!
Tłum zamilkł. Zapadła grobowa cisza. Na szyi W. pojawiły się nabrzmiałe żyły. Jego jabłko Adama unosiło się i opadało jak małpka na patyku.
- Byliśmy kiedyś Amerykanami! - zakrzyknął w końcu W. - Amerykanie tak nie postępują. Nie byłem nikim szczególnym, przyznaję, zaledwie kucharzem, ale wiem, że to nie po amerykańsku, byśmy tak stali i wysłuchiwali jakiegoś żądnego krwi dziwoląga w kowbojskich butach.
Z ust mieszkańców L.V. dobył się zduszony okrzyk przerażenia i niepewności. L. i R. wymienili spojrzenia. Oni również byli zaskoczeni, tym co się stało.
- Tym właśnie jest! - rzucił z naciskiem W. - Żądnym krwi dziwolągiem w kowbojskich butach. - Pot ściekał mu po twarzy niczym łzy. - Chcecie zobaczyć jak tych dwóch mężczyzn na waszych oczach zostanie rozerwanych na kawałki? Sądzicie, że to dobry sposób na rozpoczęcie nowego życia? Wydaje się wam, że coś takiego może być słuszne i właściwe? Powiem wam coś, koszmar tej egzekucji będzie was dręczyć po kres waszych dni!

5.
P. słyszał, że Francuzi naradzali się, jak rozstrzeliwać: po jednym czy po dwóch. „ Po dwóch” - chłodno, spokojnie odpowiedział starszy oficer. Nastąpiło przegrupowanie w szeregach żołnierzy i widać było, że się spieszą; a spieszyli się nie tak, jak się spieszą ludzie, by wykonać zrozumiałą dla wszystkich robotę, ale tak, jak się śpieszą, żeby skończyć sprawę konieczną, ale nieprzyjemną i niezrozumiałą. Urzędnik - Francuz z szarfą przeszedł do prawego rzędu przestępców i przeczytał wyrok po rosyjsku i po francusku. Następnie dwie dwójki Francuzów podeszły do przestępców i chwyciły wedle wskazówki oficera dwóch kryminalistów stojących z brzegu. Kryminaliści podszedłszy do słupa zatrzymali się i zanim przyniesiono worki, milcząc rozglądali się dokoła, jak patrzy ranne zwierzę na zbliżającego się myśliwca. Jeden wciąż się żegnał, drugi drapał się w plecy i poruszał wargami jakby w uśmiechu. Żołnierze pośpiesznie zaczęli zawiązywać im oczy, nakładać worki i wiązać do słupa. Dwunastu strzelców z karabinami wyszło spoza szeregów miarowym, twardym krokiem i zatrzymało się w odległości ośmiu kroków od słupa. P. odwrócił się, żeby nie widzieć tego, co będzie. Nagle rozległ się trzask i łoskot, który wydał się P. głośniejszy niż najsilniejsze uderzenie pioruna. Obejrzał się. Widać było dym, a Francuzi z bladymi twarzami i drżącymi rękami, coś robili przy dole. Podprowadzono następnych dwóch. Tak samo, takim samym wzrokiem i ci dwaj patrzyli na wszystkich, daremnie, milcząco, jedynie wzrokiem prosząc o ratunek, i widocznie nie rozumieli i nie wierzyli temu, co się stanie. Nie mogli wierzyć dlatego, że tylko oni wiedzieli, czym było dla nich życie, i dlatego nie rozumieli i nie wierzyli, żeby można było je zabrać.

6.
Szedł więc krawiec K., już nieco uspokojony, odwiedzić sędziego, wymienić z nim poglądy na sytuację, a może także nakłonić do sprzedaży przepiękniej miniatury na drewnie, przedstawiającej sześćdziesiąt osiem postaci ludzi i zwierząt, zgromadzonych na wiejskim jarmarku flamandzkim w połowie siedemnastego stulecia. Lecz nie doszedł, ponieważ na ulicy Niecałej żandarmi zagarnęli go do „budy”, a kiedy usiłował dowodzić, że szyje spodnie dla wyższych dowódców niemieckich, zdzielili go kolbą przez plecy tak boleśnie, że stracił oddech, że stracił oddech, zakręciło mu się w głowie i natychmiast umilkł. Tak wszedł w swój wiek dojrzały. W celi zachował milczenie, a kiedy kilka razy się odezwał, to tylko w nadziei, że pocieszy i uspokoi swych towarzyszy niedoli. Już wiedział, że przyjdzie mu umrzeć pod murem warszawskiej kamienicy. Znał ten proceder publicznych egzekucji, szalejących na mieście od pewnego czasu. Że bał się śmierci, to pewne, ale godność własna nie pozwoliła mu okazać lęku.

7.
„Na wojnie, jak na wojnie. To nie teatr… Stanęliśmy oddziałem na polanie, takim pierścieniem. A pośrodku M.K. i K.M. - nasi chłopcy. M. był śmiałym zwiadowcom, grał na harmonii. Nikt nie śpiewał lepiej od K. Wyrok czytano długo: w takiej a takiej wsi zażądali butelek samogonu, a nocą… Dwie dziewczyny. A w innej wsi… Zabrali płaszcz i maszynę do szycia, którą od razu przepili u sąsiadów… Zostali skazani na śmierć… Kto ich rozstrzela? Oddział milczy… Kto? Cisza. Dowódca sam musiał wykonać wyrok.”

8.
B: O północy stawiłem się, gotów rozpocząć swoje obowiązki jako naczelnik Wydziału Administracyjno-Gospodarczego i wykonać najwyższy wymiar kary na 123 więźniach z listy, ale chcę zameldować Komitetowi Centralnemu, że zastałem komendanta i jego oficerów pijanych w obecności więźniarki Z.-P., która była traktowana w sposób sprzeczny ze wzniosła moralnością czekisty. Była już częściowo rozebrana. Stanowczo zaprotestowałem. Zaofiarowałem się natychmiast wykonać wyrok osobiście, ale odesłano mnie. Próbowałem dzwonić do towarzysza S. Kiedy przyjechał, zameldowałem mu o wszystkim. Ci pijacy i nieudolni amatorzy szydzili z mojej fachowości i wprawy w tej szczególnej i odpowiedzialnej pracy. Robili zakłady i wrzeszczeli. Mniej więcej trzydzieści trzy minuty po północy wyprowadzili więźniarkę Z.-P. na dziedziniec w pobliżu garaży oficerskich, który jest oświetlony bardzo jasnymi reflektorami. Temperatura wynosiła prawie minus czterdzieści stopni.
G: Kiedy znalazła się na dziedzińcu, wykonaliśmy najwyższy wymiar kary, wyrok Kolegium Wojskowego na więźniarce Z.-P., ale pod wpływem alkoholu i z powodu nieregulaminowego spóźnienia towarzysza S… zrobiliśmy to w niedopuszczalny, lekkomyślny i naganny sposób. Tak, przyznaję, byliśmy nią zaciekawieni jako uwodzicielską agentką japońskiego cesarza i brytyjskich lordów, oraz jako kobietą.

9.
1. Egzekucja
Morze, rozgniewane i złe, uderzało o burty, bryzgi piani strzelały pod niebo, zalewały mokry pokład galeonu. Wysoko w górze wiatr szarpał zniszczonymi żaglami i ciałami wisielców. Na rejach świeże, napuchnięte trupy, kiwały się pospołu z wyschniętymi zwłokami sprzed miesięcy. Martwe, szkliste oczy patrzyły na główny pokład. Nad głowami zmarłych łopotała piracka flaga. Wymalowany na niej kościotrup z kosą kiwał się na wietrze do taktu wisielcom. A pokładzie oberwani, poznaczeni bliznami piraci prowadzili w stronę grotmasztu młodego chłopaka w postrzępionym rajtroku. Jeniec nie był związany, ale nie szarpał się. Nie miał dokąd uciekać. Zewsząd otaczały go plugawe, zarośnięte gęby morskich rozbójników, z głowami nakrytymi chustami i kapeluszami. Wzrok młodzieńca prześlizgiwał się po kikutach rąk i nóg poprzewiązywanych zakrwawionymi bandażami, po nieruchomych czerwonych od pijaństwa twarzach. Poprowadzono go do zakrwawionego katowskiego pieńka przy grotmaszcie. Majtkowie złożyli na nim lewą rękę chłopaka, przycisnęli ją mocno do pniaka. Kapitan dał znać. Jeden z piratów podniósł w górę pałasz. Zawahał się.
- Tnij! - syknął szyper.
Ostrze zalśniło złowrogo, a potem ze świstem opadło w dół. Ryk bólu wstrząsnął pokładem okrętu. Piraci spuścili wzrok. Na katowskim pieńku leżała odcięta dłoń.

10.
Na kilka kroków przed szubienicą do premiera I.N., prowadzonego przez dwóch strażników podszedł kat i jego dwaj pomocnicy. Sędzia uniósł kartkę z wyrokiem, którą dostarczył naczelnik więzienia:
- Sąd skazał obywatela I.N. na karę śmierci. Kacie, czyń swoją powinność!
Kat odmówił jednak wykonania wyroku. Twierdził, że w 1949r. powiesił ministra, jak się okazało - niewinnie skazanego. Nie chciał ponownie popełnić tego samego błędu. Zastąpił go jeden z pomocników. Pomógł premierowi wejść na stołek. Drugi założył mu pętlę na szyję. Potem kopnął stołek. Po 30 minutach dwaj lekarze stwierdzili zgon. Był 19 czerwca 1957r. Zwłoki skazańca pochowano na więziennym podwórzu, twarzą do ziemi. Tak nakazywała ustawa z 1954r. o wyrokach na zdrajcach ojczyzny, którą N. jako premier podpisał.

11.
J. też ma na sobie przebranie: przyodziali go w źle dopasowany strój ze srebrnego atłasu, a na kapeluszu zatknęli zadziorne pióro, którego J. sam nigdy by nie nosił, jako dobitne podkreślenie tego, że jak się ubierasz, świadczy o tym, kim jesteś. J. ukazuje się N. między ramionami zebranych - wśród szarości i czerni jego jasny rękaw lśni niczym zbroja. N. chwieje się niespodziewanie i opiera niechcący o kobietę stojącą obok, a ta wzdryga się i odwraca.
- Nic się nie stało, skarbie - mówi, widząc zgrozę na twarzy N. - Nie musisz patrzeć, jak nie dasz rady.
Kobieta jest taka życzliwa, że N. niemal pęka serce. Jak dobrzy ludzie mogą przychodzić, by patrzeć na coś takiego? S. kładzie dłoń na ramieniu J. i od tego momentu N. nie patrzy. Tylko słucha z zamkniętymi oczami. Wiat wiej jej w twarz, żagle łopoczą jak mokre pranie. Słyszysz odgłos kamienia młyńskiego toczonego przez dwóch katów. J. przywiązany do niego, teraz najprawdopodobniej stoi już na krawędzi nabrzeża. Półtonowy kamień toczy się ze chrzęstem, który mrozi jej krew w żyłach. Tłum wstrzymuje oddech, a N. czuje, że po nogach spływa jej gorący mocz; wełna pończoch wchłania go i drażni jej skórę. J. przemawia. N. wyobraża sobie, jak odwraca się, wypatrując jej, M., C. Niech mnie zobaczy. Niech wie, że ślę mu modlitwę. Lecz wiatr porywa ostatnie słowa J. i N. ich nie słyszy.
- J. - szepcze. Wytęża słuch, ale wokół słychać prozaiczne pomrukiwania, modlitwy i niepotrzebne komentarze. J. nie ma siły mówić głośniej i zanim szmery cichną, kamień młyński zostaje strącony z mola. - J. - Kamień roztrzaskuje zmarszczoną powierzchnię wody i spada w odmęty.

12.
Jej egzekucja odbędzie się dziś, tłum już zaczyna gromadzić się na dziedzińcu. Wyglądając przez okno dostrzegam wiele znajomych twarzy. To przyjaciele i wrogowie towarzyszący mi przez długie lata; dorastaliśmy razem, kiedy na tronie zasiadł jeszcze H., byliśmy dworzanami w czasach, gdy koronę nosiła K.A. Macham do nich wesoło, a ci, którzy to widzą, pokazują mnie palcem innym i wszyscy gapią się pustym wzorkiem. A oto i katowski pieniek. Gdzieś go wczoraj schowali, a teraz dwóch robotników się biedzi, żeby go wnieść po stopniach na podwyższenie, i obsypuje dokoła trocinami. Trociny są po to, żeby krew miała gdzie wsiąkać. W dole stoi kosz wyłożony słomą. Do niego trafi odcięta głowa. Wiem to wszystko, gdyż nieraz byłam świadkiem straceń. H. często korzystał z usług kata. Przyglądałam się egzekucji A.B., widziałam jak moja szwagierka wchodzi po stopniach na szafot, jak spogląda na tłum gapiów, słyszałam jak wyznaje grzechy i modli się za swoją duszę.

13.
 W rzeczy samej, długie i wzrastające drżenie wstrząsnęło tłumem, towarzysząc poruszeniu, o którem wspomniał L. Było to coś na kształt podmorskiego wiatru, który z razu gwiżdże, a potem ryczy. W istocie zaczynano spostrzegać już inną również obrzydliwą jak gilotyna machinę, był to śmiertelny wóz. Po prawej i lewej jego stronie świeciła się broń eskorty, z przodu G. połyskiem szabli odpowiadał na krzyki niektórych fanatyków. Ale w miarę jak wóz naprzód postępował, krzyki te powoli cichły, przerażone zimnem i ponurem spojrzeniem skazanej.  Niczyja twarz energiczniej nie nakazywała poszanowania; nigdy X nie była większą i majestatyczniejszą. Dumą swoją i odwagą trwożyła wszystkich otaczających. Obojętna na napomnienia księdza G., który jej na przekorę towarzyszył, nie skłoniła głowy ani na prawo ani na lewo; myśl, w jej mózgu osiadła, zdawała się być równie jak wzrok jej niewzruszona; jej nieugięta postawa tem silniej odbijała się na wozie, gwałtownie nierównością bruku wstrząsanym; rzec było można, że to posąg marmurowy na wozie, tylko oko tego królewskiego posągu promieniło się, a wiatr powiewał włosami. Cisza jak w pustyni nagle zaległa wśród trzystu tysięcy widzów tej sceny, na którą niebo po raz pierwszy przy blasku swojego słońca patrzyło.  Wkrótce w miejscu, które zajmował M. i L., usłyszano zgrzyt osi śmiertelnego wozu i sapanie gwardyjskich koni.  Wóz stanął wreszcie u stóp rusztowania.  Królowa, która zapewne nie myślała o tej chwili, przebudziła się i zrozumiała. Dumnym wzrokiem powiodła po tłumach i spostrzegła teraz, że na kamiennym słupie stoi ten sam blady młodzieniec, którego niedawno widziała na armacie. Posłał on jej to samo pełne uszanowania pozdrowienie, które już był przesłał poprzednio, gdy wyjeżdżali z C.; potem znowu zeskoczył ze słupa.  Widziało go kilka osób, że zaś czarno był ubrany, stąd więc rozgłoszono, że ksiądz oczekuje na X, której pragnie udzielić rozgrzeszenia, skoro wstąpi na rusztowanie.  Królowa ostrożnie zeszła po stopniach, podtrzymywał ją S., który aż do ostatniej chwili spełniając obowiązek, na jaki sam zdawał się być skazanym, największe jej okazywał względy.  Gdy postępowała ku stopniom rusztowania, kilka koni wspinać się poczęło, kilku gwardzistów i żołnierzy zdawało się poruszać, tracić równowagę; potem widziano, że jakiś niby cień wśliznął się pod rusztowanie; ale spokój prawie natychmiast znowu został przywrócony; w tej uroczystej chwili nikt nie chciał opuszczać swojego miejsca, ażeby nie utracić najmniejszego szczegółu odegrać się mającego wielkiego dramatu. Oczy wszystkich skierowały się ku osądzanej.
 Królowa stała już na platformie rusztowania. Ksiądz ciągle do niej przemawiał, pomocnik kata lekko ją z tyłu popychał, drugi odwiązywał chustkę osłaniając jej barki.
 X uczuła, że ta haniebna ręka dotyka jej szyi. Nagle się poruszyła i nastąpiła na nogę Samsona, który przywiązywał ją do okropnej deski, tak, iż tego nie widziała.
 S. cofnął nogę.
 — Przebacz pan - rzekła królowa - nie uczyniłam tego naumyślnie.

14.
Łamanie kołem, choć nie było wyjątkiem, stosowano jednak dość rzadko, toteż doświadczenie R.L. w tym względzie sprowadzało się do wspomnienia dwóch egzekucji dokonanych przez mistrza Pradela. Ten po raz pierwszy łamał protestanta, który wrzucił do studni swego syna, zamierzającego się nawrócić, a w kilka lat później - truciciela z Severac, który zamordował swego dobroczyńcę, by móc po nim dziedziczyć.
- Przede wszystkim pamiętaj, że możesz zadać najwyżej jedenaście ciosów: takie jest prawo. Cztery w nogi, cztery w ręce, dwa w klatkę piersiową, a ostatni w pas. Tempo agonii będzie zależało od sposobu, w jaki je zadasz. Nie zapominaj, że jego śmierć musi napawać przerażeniem wystrzegaj się przeto uderzenia w okolice serca, w szyję, w głowę, jeśli go nie chcesz zabić od razu.
Wyciągają rękę w kierunku baszty, B. zaproponował:
- Chodźmy, pokażę ci, jak to wygląda na nim.
- Dziękuję! Pokażcie mi tylko, gdzie dokładnie mam uderzyć.
X bał się chwili, w której skazaniec dowie się, że on jest jego katem. Na samą myśl o tym czuł się nieswojo.

15.
- Oglądałem filmy z pierwszych egzekucji - powiedział kat. - I muszę wyznać, że nie jestem w pełni zadowolony.
- Dlaczego nie? - zapytał jeden z pomocników. - Przecież dotychczas wszystko grało.
- Pod względem czysto technicznym tak - przyznał kat. - Ale, że tak powiem, optycznie wyszły na jaw pewne braki.
Wyglądali jakby grali w skata. Kat spoglądał jak wzorowy urzędnik w okienku po wielu latach służby. Jego pomocnicy mieli poczciwe twarze robotników. Jeden z nich był ojcem czworga dzieci; drugi zamierzał właśnie się ożenić. Jego narzeczona pracowała w kwiaciarni.
- Przecież ustanawiamy rekordy - powiedział jeden z pomocników - i to każdego dnia. Nikt nam tak łatwo nie dorówna.
- Z pewnością, z pewnością - odrzekł kat: - Ale na tych filmach wyszły na jaw braki, których nie mogę pokazać fuhrerowi.
- Może kamerzysta jest do niczego - powiedział jeden z pomocników. - Ten filmowiec już nieraz mi podpadł! W końcu musi się przecież dostosować do nas, prawda?
- Pracujemy tym razem w szczególnie skomplikowanych warunkach - rozwodził się kat. - I musimy mieć to na uwadze. Tak więc haki są zbyt lśniące, pętle druciane również, co powoduje, że podczas filmowania pojawiają się refleksy świetlne. Obniża to jakość obrazu.
- Pomalujemy więc po prostu haki i pętle albo postarajmy się o inny materiał. Trzeba go skądś wytrzasnąć.

16.
–Tak mi przykro, mamuśku – wymamrotał R. – Tak mi przykro.
Płakali razem przez chwilę, a L. i B. stali obok w milczeniu. Do pokoju wszedł ojciec L. i R. wstał powoli. Oczy miał wilgotne i zaczerwienione, mówił cicho, słabym głosem. – To chyba już koniec – powiedział do księdza, który ze smutkiem kiwnął głową i poklepał go po ramieniu. – Będę z tobą w izolatce, Raymondzie – zapewnił. – Odmówimy ostatnią modlitwę, jeżeli zechcesz. – To chyba niezły pomysł.
Drzwi otworzyły się znowu i wrócił dyrektor. – Proszę posłuchać – zwrócił się do G. i ojca Lelanda. – To moja czwarta egzekucja i kilku rzeczy się nauczyłem. Po pierwsze, to kiepski pomysł, żeby matka była przy egzekucji. Zdecydowanie sugeruję, pani G., żeby została pani w tym pokoju przez następną godzinę, dopóki nie będzie po wszystkim. Przyślę pielęgniarkę, posiedzi tu z panią. Ma środek uspokajający, niech pani go weźmie. Proszę. – Spojrzał na L. i B., błagając ich wzrokiem. Obaj zrozumieli.
– Będę z nim aż do końca – oświadczyła I. i załkała tak głośno, że nawet dyrektorowi ciarki przebiegły po plecach. B. podszedł do niej i pogłaskał ją po ramieniu.
– Powinnaś tu zostać, mamusiu – powiedział L. Inez załkała znowu. –Zostanie – zwrócił się do dyrektora. – Tylko dajcie jej tę pigułkę.
R. uścisnął obu braci i po raz pierwszy w życiu powiedział, że ich kocha. Przyszło mu to z trudem, nawet w tej koszmarnej chwili. Pocałował matkę w policzek i się pożegnał.
– Bądź mężczyzną – wycedził B. Zęby miał zaciśnięte, oczy wilgotne. Objęli się po raz ostatni.
R. wyprowadzono i do pokoju weszła pielęgniarka. Podała I. pigułkę i kubek wody i po kilku minutach pani G. osunęła się w swoim wózku. Pielęgniarka usiadła przy niej i powiedziała: „Bardzo mi przykro" do B. i L. O dwunastej piętnaście drzwi otworzyły się i strażnik oznajmił:
– Proszę ze mną.
Braci wyprowadzono z pokoju do korytarza pełnego strażników, urzędników i ciekawskich gapiów – szczęściarzy, którzy dostali przepustkę – a potem wyprowadzono głównym wyjściem.

17.
Od stycznia 1933 roku kat Karl Gropler zarabia znacznie więcej niż za Republiki Weimarskiej. Gilotynuje kilka razy w tygodniu. Ścina też toporem. Jest dumny z tych form egzekucji, to niemiecka tradycja. W całej Europie od dawna się już wiesza albo rozstrzeliwuje. A w Rzeszy - stara szkoła dekapitacji, obowiązująca od czasu zjednoczenia Niemiec w 1897 roku. Dziś te dwie arystokratki, o których pisały gazety. I decyzja sądu: topór. Topór jest w magazynie więzienia Plotzensee, Gropler nie musi przywozić go ze sobą. Więźniarki czekają na wykonanie wyroku w celach trzeciego budynku, nazywanego „domem śmierci”. Ostatniej nocy przed egzekucją X pisze do Y list: „Kochany Y, za kilka godzin będzie po wszystkim. W całym swoim życiu kochałam tylko ciebie. Wybaczam ci wszystko i mam nadzieję, że mnie także zostanie wszystko wybaczone. Może najświętsza Panna Częstochowska, przed której cudownym obrazem modliliśmy się razem - pamiętasz? - wstawi się za mną. X.” Jest wczesny ranek, w Berlinie prószy śnieg. Karl Gropler, nie zważając na mróz, przebiera się w wytworny frak. Wkłada cylinder i białe rękawiczki. Wychodząc na plac Plotzensee, wstępuje na szafot, staje z boku, żeby nikomu nie sprawiać swoją obecnością kłopotów, i czeka. Droga, która wiedzie X na stracenie, jest długa. Najpierw X musi przejść krętym korytarzem budynku trzeciego, o którym współwięźniarki szeptały w Moabicie, że jest pełen szczurów. „Na szczęście to nieprawda” - myśli skazana. Później X przejdzie razem ze strażnikami pod długim, wysokim na sześć metrów więziennym murem, dwukrotnie skręci w prawo i w końcu wejdzie na plac straceń. Na szafocie jest ascetycznie i schludnie, zadbał o to Gropler: on, topór, pieniek, kosz na głowę. Nic zbędnego.

18.
Miasto Lyon miało egzekucji w nadmiarze, gdyż niewielu spośród jego mieszkańców popierało rewolucję. Gilotyna nie nadążała z ciachaniem po szyjach, więc rewolucjoniści odgrzebali z lamusa stary dobry pluton egzekucyjny, aby uporać się z ogromnym „przerobem” skazańców. W Nantes natomiast spędzano ich na barki, wywożono na środek rzeki i barki zatapiano razem z pasażerami. Gilotyna była tak straszna, że gapie, a nawet sami kaci drżeli, patrząc na jej wyczyny. Mniej wytrzymali mogli reagować gwałtownie. W Nantes władze miejskie zarządziły więc, aby gilotyny malowano na czerwono. Wówczas nie było tak widać bryzgającej krwi i tłum nie drżał ze zgrozy. Nie ma w tym za grosz logiki, prawda? Jeśli kogoś przerażał widok krwi, nie musiał przecież chodzić na egzekucje!

19.
Aktowi egzekucji towarzyszyły nieraz wyrafinowane męczarnie: „ W roku 1526 straszne męki zadawano dwiema białogłowom (piekarce z Krakowa i Kliszewskiej ziemiance), jakoby ony Janusza Xiąże Mazowieckie zgładziły z tego świata. Wkopali słup pod Warszawą i dwa łańcuchy przy nim, którymi je opak za ręce nago przywiązali, i drew koło nich stosami nakładłszy zapalili; piekły się przez cztery godziny, biegając około słupa, a gdy się ze sobą zeszły, kąsały ciało na sobie wzajemnie, aż upieczone pomarły”. W 1699 w Wierzbocicach jedna z oskarżonych, Jagata, skazana została na spalenie, „zachowując tę kondycję, aby wprzód ręce obiedwie jej, po kikut smołą i siarką polane, wzgórę wyniesione i tak gorzały za to, iż się ona rękoma ważyła dotykać Najświętszego Sakramentu, a to na ukaranie wszystkich ludzi, aby się złego wystrzegali, a do dobrego pobudkę mieli”. Były wypadki, że czarownice palono razem z bydłem.

20.
6 stycznia 1940r.
Na wydmowe pagórki nazywane Szwedzkimi Górami, na północnych krańcach dzisiejszego Bemowa, podjeżdżają samochody ciężarowe. Góry stanowią pozostałość fortyfikacji z czasów potopu, stąd ich nazwa. Dzisiaj prawie na po nich śladu. Wtedy z rzadka porastały je rachityczna sosny, przecinały piaszczyste jary i doły. W święto Trzech Króli 1940 roku do jednego z takich dołów żołnierze w mundurach feldgrau prowadzą dziewięćdziesięciu ludzi przywiezionych ciężarówkami. Potem rozlegają się strzały. Pojedyncze strzały. Wszystko trwa dość długo. Kilku skazańców wyrywa się i nieporadnie biegnie na wzniesienia. Potykając się, próbują uciekać w stronę odległych zabudowań. Dosięgają ich kule.
Widzieliśmy to z okien. Widziałem tych ludzi, jak upadali. Mieszkaliśmy w Chomiczówce, widzieliśmy te pagórki. Kilkaset metrów od nas. Małe uciekające postacie. Patrzyłem skamieniały. Rodzice też. Groza. Miałem piętnaście lat. Niecałe, bo urodziłem się 30 czerwca 1925 roku. I pamiętam tych uciekających ludzi. Pamiętam jak upadali.
Szczegóły zbrodni na Szwedzkich Górach nie są znane do dziś. Komisja Czerwonego Krzyża w 1947 roku wydobyła z dołów zwłoki dziewięćdziesięciu sześciu osób, ustalono tożsamość zaledwie kilku. Wiadomo, że wśród rozstrzelanych była kobieta. Egzekucja na Szwedzkich Górach była jedną z pierwszych niemieckich zbrodni masowych w Warszawie. Dokonano jej dziesięć dni po rozstrzelaniach w Wawrze.

21.
Ktoś a trybunie strzelił w palce. Weszła na podium, pojawiła się znowu i sepleniąc trochę powiedziała tonem dziecka te słowa:
- Chcę, abyś dał mi w misie głowę…
Zapomniała czyją, lecz po chwili dokończyła z uśmiechem:
- Głowę Iaokananna!
Tetrarcha zachwiał się i ugiął zmiażdżony. Żądanie zmuszało go do decyzji, lud czekał. Ale śmierć, która mu wróżono, jeśli spotka innego, może od niego się odwróci? Jeżeli Iaokanann jest naprawdę Eliaszem, potrafi jej uniknąć; jeśli nim nie jest, mord nie będzie miał znaczenia. Mannaei, stojący u boku Heroda, odgadł te myśli. Witeliusz przywołał go i powierzył mu hasło dane warcie pilnującej ciemnicy. Nastąpiło odprężenie. Za chwilę będzie po wszystkim! Jednak Mannaei nie śpieszył się z wykonaniem wyroku. Wrócił, ale jakże wstrząśnięty. Od czterdziestu lat był katem z zawodu. On, który utopił Arystobula, udusił Aleksandra, spalił żywcem Matiasza, ściął Sosima, ściął Pappusa, Józefa i Antypatra, nie miał odwagi zgładzić Iaokananna. Szczękał zębami ze strachu i drżał na całym ciele. Spostrzegł był bowiem nad ciemnicą Wielkiego Anioła Samarytan, od stóp do głów pokrytego oczyma, który potrząsał olbrzymim czerwonym mieczem, otoczonym językami płomieni. Dwaj żołnierze, przyprowadzeni jako świadkowie, mogli to potwierdzić. Nie widzieli nikogo, oprócz żydowskiego setnika, co rzucił się na nich, więc przestał istnieć. Wściekłość Herodiady buchnęła z gardła potokiem gminnych i krwawych przekleństw. Połamała paznokcie o kratę krużganku, a dwa rzeźbione lwy zdawały się gryźć jej ręce i ryczeć tak samo jak ona. Antypas poszedł za jej przykładem; a także kapłani, faryzeusze, wszyscy domagający się pomsty i inni, oburzeni, że opóźniono im rozrywkę. Mannaei oddalił się zasłaniając twarz. Biesiadnikom czas dłużył się jeszcze bardziej niż za pierwszym razem. Nudziło im się. Nagle na korytarzach zadudnił czyjś krok. Nuda stawała się nieznośna. Głowa się ukazała; Mannaei trzymał ją za włosy wyciągnąwszy ramię, dumny z owacji. Położył głowę na półmisku i ofiarował Salome.

22.
- Rozstrzelają nas! - krzyczy neapolitańczyk P. do ludzi mijanych przy Mariblanca. - Te łajdaki chcą nas rozstrzelać!
Idący szeregiem więźniowie rozdzierająco krzyczą, a są to wrzaski buntu i rozpaczy, którym towarzyszą jęki krewnych, zamykających ten smutny kondukt. Wrzaski i lamenty powodują, że zaraz pojawia się więcej francuskich żołnierzy, którzy rozpędzają ludzi i uderzeniami kolb popychają związanych skazańców. Docierają do Buen Suceso, gdzie w jednej z pustych sal mężczyzn zostają zamknięci, a francuscy kaci zabierają im resztki wartościowych przedmiotów i obdzierają z co lepszego odzienia. Potem Hiszpanie zostają wyprowadzeni czwórkami i ustawieni na dziedzińcu przed plutonem, który strzela do nich z bardzo bliska, a przyjaciele i członkowie rodzin, oczekujący przed pałacem albo na jego korytarzach, reagują okrzykami przerażenia na odgłos wystrzałów. Szpital Buen Suceso to początek zorganizowanego, uporządkowanego mordu, usankcjonowanego dekretem księcia B., sprzecznego z obietnicami danymi hiszpańskiemu rządowi. Począwszy od trzeciej popołudniu nieustający trzask wystrzałów, okrzyki torturowanych i wrzask katów sieją przerażenie wśród tych nielicznych madrytczyków, którzy szukając wiadomości o bliskich, zapuszczają się w pobliże Buen Retiro i Prado. Ta aleja oraz teren pomiędzy klasztorem Hieronimitów, fontanną Cibeles, murem kościoła Jezusa Nazareńskiego i bramą Atocha stają się wielkim polem śmierci, na którym trupów przybywa w miarę, jak dzień chyli się ku zachodowi. Egzekucje, do których dochodziło przypadkiem już przed południem, teraz poprzedzane są oficjalnymi wyrokami śmierci, następują masowo i potrwają do wieczora.

23.
- Chcę wrócić do domu. Na Haiti.
- Ale San Domingo zostało zniszczone - ostrzega D. - Słyszałeś opowieść.
- Tak. Wiem, że Francuzi gotowali żywcem moich ludzi w kotłach z melasą. Wiem, że torturowali i okaleczali haitańskich więźniów, zagrzebywali ich w dołach na plaży i czekali na przypływ, żeby utonęli. W Port-au-Prince żołnierze cesarza zaprosili wszystkich mulatres na bal, a kiedy wybiła północ, ogłosili, że wszyscy zostaną straceni. Zabili ich na miejscu, na oczach żon. F. i D. są przerażeni, ale podobnie postępowali ich towarzysze w Egipcie, kiedy Napoleon pozwolił swoim ludziom gwałcić i rabować przez dwa dni i dwie noce. Nawet on znalazł sobie brankę: szesnastoletnią córkę szejka El-Bekriego, którą zmuszono by oddała się nowemu władcy Egiptu. Kiedy Zenab błagała, by zabrał ją ze sobą , gdy Francuzi wycofywali się z Egiptu, odmówił. Nie obchodziło go, co się stanie ze zhańbioną dziewczyną. Została ścięta przez starszyznę miasta. Kiedy się o tym dowiedział, wzruszył tylko ramionami. „Skoro chcą zabijać swoje najpiękniejsze kobiety, to ich sprawa”, stwierdził.

24.
- Oto jeszcze jeden obraz, F. - podjął ksiądz X tonem zadumy. - Widzę go, chociaż niczego nie mogę dowieść. Czasami jednak wizja znaczy więcej niż dowód. Żołnierze zwijają obóz na jałowej, pustej wyżynie. Brazylijskie mundury stoją w zwartych kolumnach marszowych. Widzę długą, czarną bodę O. i jego charakterystyczną czerwoną koszulę. Stojąc na pagórku, kłania się szerokoskrzydłym kapeluszem i żegna znakomitego przeciwnika - angielskiego generała o prostolinijnej naturze i głowie jak śnieg białej - ten zaś w imieniu swoim i towarzyszy broni dziękuję prezydentowi za wolność. Niedobitki Anglików stoją na baczność za swoim wodzem. Tabory brazylijskie gotują się do odjazdu. Dźwięczą werble. Brazylijskie oddziały ruszają z miejsca jedne po drugich. Anglicy stoją bez ruchu, jak posągi. Czekają, aż tylne straże nieprzyjaciół znikną za podzwrotnikowym horyzontem. Potem odmieniają się nagle, jak gdyby martwi wrócili do życia. W stronę generała zwraca się pięćdziesiąt twarzy, których nie podobna zapomnieć.
Francuz wstrząsnął się nerwowo.
- Nie twierdzi ksiądz chyba…- zawołał.
- Twierdzę!- przerwał mu ksiądz X głębokim, drgającym ze wzruszenia głosem. - Angielska ręka założyła powróz na szyję Y. Zapewne ta sama ręka, która niebawem miała wsunąć obrączkę na palec jego córki. Angielskie ręce powlokły go pod drzewo hańby - ręce ludzi co uwielbiali swego wodza i szli za nim od zwycięstwa do zwycięstwa. I angielskie (Boże, zmiłuj się nad nami!) oczy zwracały się w stronę trupa dyndającego pod obcym słońcem na zielonej palmowej szubienicy. Angielskie dusze przepełnione nienawiścią i pogardą modliły się by wisielec spadł prosto w otchłanie piekieł.

25.
Sprawiedliwości musiało stać się zadość! Król zapamiętale czynił przygotowania, być może zanim jeszcze rozpoczął się proces, aby sprowadzić kata z C. do uśmiercenia X. Człowiek ten był specjalistą w stosowaniu ciężkiego, używanego na kontynencie miecza egzekucyjnego, którym można było ściąć skazańca w wyprostowanej pozycji klęczącej, zamiast mniej poręcznego topora angielskiego, który wymagał, by skazany położył podbródek na bloku. Policzył sobie za to 23 funty 6 szylingów i 8 pensów. Śmierci w stylu francuskim mogła sobie zresztą zażyczyć sama X. Z całą pewnością był to ukłon w jej stronę, wraz z życzliwością, jaką była zamiana sposobu egzekucji na ścięcie zamiast stosu, którym zwyczajowo uśmiercano zdrajczynie. W uzasadnieniu egzekucji X jest nawet napisane, że król kierowany współczuciem postanowił nie oddawać jej na pastwę płomieni. Można się tylko zastanawiać, jaki mechanizm psychologiczny pozwala przejść od wątpliwości co do winy ukochanej w czułą refleksję nad sposobem jej uśmiercenia.

26.
R. zbladł jak płótno. Zerwał się i odskoczył od stołu z takim wyrazem twarzy, że dowódca gwardii natychmiast podbiegł do niego z ręką na gardzie miecza.
- Wasza Wysokość? Co rozkażecie, panie?
- Ten oto człowiek własnymi ustami przyznał się przed chwilą do zdrady. Skoro tak, to teraz dowie się jak postępuje się ze zdrajcami. - Skronie R. lśniły od potu, pierś unosiła się w gwałtownym oddechu. – Wyprowadzić go na dziedziniec i ściąć!
Dowódca nie do końca wierzył własnym uszom.
- Teraz… natychmiast, Wasza Wysokość? Bez… - Miał już na końcu języka „procesu”, ale zamiast tego powiedział: - Ale potrzebny jest szafot, mój panie. Nie jesteśmy gotowi do egzekucji.
- To znajdźcie coś! - wrzasnął R. - Cóż to, nie znajdzie się tu jakiś pniak?
Dowódca nie wahał się dalej i ręką dał milczący rozkaz, a jego podwładni przyskoczyli do Willa i podchwyciwszy go pod pachy, unieśli z fotela. Nie opierał się; jedynie poruszał bezgłośnie wargami. Także pozostali spiskowcy byli całkowicie zaskoczeni. Stanley, który krótko się opierał, został siłą odciągnięty od stołu. Widząc to, Morton śpiesznie sam powstał. Zupełnie opuścił go niedawny wigor, gdyż błysnęła mu nagle myśl, że również on za kilka chwil może położyć kark pod topór. Twarz chorobliwie mu poszarzała.

27.
Istniał również inny, znaczne ważniejszy powód dla którego osiemnastowieczny skazańcy obawiali się noża anatoma. Katowskie rzemiosło wciąż jeszcze nie opierało się na podstawach naukowych, toteż przestępcy, których egzekucje odbywały się w Tyburn, zazwyczaj umierali powoli z powodu uduszenia, a nie szybkiego przerwania rdzenia kręgowego w odcinku szyjnym. W związku z tym niejednokrotnie się zdarzało, że wisielcy po upływie pewnego czasu od zdjęcia z szubienicy odzyskiwali przytomność, niekiedy na stole sekcyjnym. W rejestrach odnotowano kilka osób powracających do życia po powieszeniu. Zjawisko to wzbudziło szczególne zainteresowanie J.H. Przypuszczalnie pierwszy odnotowany przypadek powrotu do życia po egzekucji zdarzył się w 1587 roku. Wisielec, przewieziony do londyńskiej siedziby Kompanii Balwierzy - Chirurgów, odzyskał przytomność na stole sekcyjnym, w chwili, gdy wbijano mu nóż w klatkę piersiową, co z pewnością wywołało dodatkowy dreszczyk emocji u licznie zebranych widzów. Żył jeszcze przez trzy dni, co skłoniło balwierzy -chirurgów do wydania oświadczenia, że jeśli przyszły materiał do badań anatomicznych będzie miał czelność wracać do życia, to gildia nie zamierza pokrywać kosztów należnej mu opieki medycznej.

28.
10 września 1773 roku około 600 żołnierzy uformowało najeżony bagnetami kwadrat na niezabudowanym placu nieopodal ulicy Inflanckiej. Odgradzali wysokie drewniane rusztowanie od wielotysięcznego tłumu gapiów przybyłych na egzekucję. Na miejsce wjechały niebawem eskortowane przez wojsko trzy wozy więzienne ze skutymi łańcuchami skazańcami. Siedzący na jednym z wozów Kuźma zasłaniał twarz dłońmi; bojąc się widocznie zemsty rebeliantów, zachowywał środki ostrożności. Obaj skazani na ścięcie zachowali zimną krew, nie okazując strachu w obliczu śmierci. Kat jednym, wprawnym ciosem miecza skrócił najpierw o głowę Łukawskiego. Zgodnie z wyrokiem odciął następnie ręce od ciała i zaczął rąbać tułów na kawałki. Obserwująca egzekucję Marianna omdlała, doznając silnego szoku. Nie patrzyła już na dalszą część ponurego przedstawienia, podczas której mistrz rzucał krwawe ochłapy ciała jej męża na płonący stos. Po sprawieniu się w podobny sposób z drugim skazańcem oprawca przemówił uroczyście do tłumu. Apelował do zgromadzonych o dobre wychowanie swych dzieci, aby nie skończyły w przyszłości tak jak uśmierceni właśnie delikwenci.

29.
Miejsca egzekucji nie trzeba było wskazywać. Miała się odbyć tam, gdzie zawsze - na stokach Cytadeli warszawskiej. Przed półwieczem pod murami ponurego politycznego więzienia powieszono przywódców powstania styczniowego. Później to tutaj umierali niezliczeni patrioci, rewolucjoniści. Po odzyskaniu niepodległości przez chwilę wydawało się, że dawna rosyjska twierdza stanie się miejscem pamięci. To na jej stokach 3 maja 1919 roku zebrał się pięćdziesięciotysięczny tłum, by obchodzić pierwsze w wolnym kraju święto narodowe. „Całe wzgórze było czarne [od ludzi], jeśli się pominie liczne polskie flagi i sztandary w uderzających biało-czerwonych barwach” - opowiadał obecny na miejscu Amerykanin Hugh Gibson. Odprawiono mszę polową, przemawiał Piłsudski, grała orkiestra. Potem jeszcze w kraterze po niemieckiej bombie zasadzono „drzewko wolności”. A gdy tłumy się rozeszły… na nowo odkurzono szafot i zaczęto sprowadzać kolejnych skazańców. Pospolici przestępcy ginęli w tym samym miejscu, co dawni bohaterowie. A rzut kamieniem dalej zakopywano ich ciała.

30.
Złoczyńcy skazani na karę śmierci w przeddzień egzekucji opuszczali mury więzienia, aby noc spędzić w tzw. Kaplicy Złoczyńców. Znajdowała się ona na parterze wyższej wieży kościoła Mariackiego. Co ciekawe, kraty w drzwiach do kaplicy wstawiono dopiero na początku XVII wieku. Czyżby wcześniej skazani nie próbowali uciec z kościelnej wieży? Skazaniec, przebywając w kaplicy, miał pojednać się z Bogiem. Teoretycznie tamtejsi kapłani mieli obowiązek wysłuchać spowiedzi przestępcy oraz towarzyszyć mu w drodze na miejsce kaźni. Nie zawsze jednak tak bywało, np. znanemu nam już Andrzejowi Wierzynkowi odmówiono ostatniej posługi. Przed wyruszeniem na stracenie skazańcy ubierani byli w nowe odzienie zwane śmiertelną koszulą. Stare, noszące ślady tortur, nie nadawało się do noszenia podczas ostatniej drogi. Skazańca prowadzono następnie w jedno z dwóch miejsc straceń: albo na szubienicę zwaną cierpięgą, albo na obszar przed kościołem Mariackim, gdzie u wylotu ulicy Siennej odbywały się ścięcia oraz palenia. Z oczywistych względów utopień dokonywano nad Wisłą.
Wyświetleń: 1014
Dodaj komentarz
Przeczytaj komentarze
ilość komentarzy: 22
Użytkownik: pawelw 2022-05-01 10:42 napisał(a):
Odpowiedź na: Przedstawiam konkurs nume... | pawelw
Nie zawsze tematy konkursowe są lekkie, łatwe i przyjemne. "Historia świata to również historia egzekucji" - to stwierdzenie, niestety, nie chce się zdezaktualizować.
A skoro zło istnieje na świecie, to istnieje też w literaturze. 30 fragmentów przygotowała dla nas Carly


Wśród wszystkich uczestników konkursu wylosuję nagrodę od ePWN. Szczęśliwy zwycięzca będzie mógł wybrać książkę z oferty księgarni PWN (do 50zł). Tym bardziej zachęcam do uczestnictwa.
Użytkownik: dot59Opiekun BiblioNETki 2022-05-01 12:35 napisał(a):
Odpowiedź na: Przedstawiam konkurs nume... | pawelw
Uuu... cieniutko, cieniutko... dwa (chyba) rozpoznaję, w co najmniej jednym także postacie (powszechnie znane), ale dusiołka nie...
Użytkownik: carly 2022-05-02 17:51 napisał(a):
Odpowiedź na: Przedstawiam konkurs nume... | pawelw
Drugi dzień zabawy i już ponad połowa skazańców została trafnie zidentyfikowana:)

Podpowiedź dla wszystkich: o kolejności dusiołków zdecydowała liczba ocen czytelników serwisu.
Użytkownik: fugare 2022-05-03 11:27 napisał(a):
Odpowiedź na: Przedstawiam konkurs nume... | pawelw
Istnienie zła, wojen i egzekucji w świecie literackim nie jest niczym złym, ani kontrowersyjnym, ale taki temat konkursu, czyli zabawy w tym konkretnym czasie, już tak. Wybaczcie szczerość - tak to odbieram.
Użytkownik: margines 2022-05-03 12:14 napisał(a):
Odpowiedź na: Istnienie zła, wojen i eg... | fugare
Uff!
Ulżyło mi.
Myślałem, że tylko ja z tej garstki pozostałych tu biblionetkowiczek i biblionetkowiczów mam jakieś dziwne, spaczone patrzenie na świat i sytuację.
Nie jestem sam w tym:)

Uważam to (ten konkurs w tym czasie) za - delikatnie rzecz określając - przynajmniej niefortunne, haniebne.
Cóż, takie jest moje zdanie.
Użytkownik: jolekp 2022-05-03 13:51 napisał(a):
Odpowiedź na: Istnienie zła, wojen i eg... | fugare
Termin konkursu rezerwuje się we wrześniu. Carly nie była w stanie wówczas przewidzieć, że będzie go prowadzić w takich okolicznościach.
Użytkownik: margines 2022-05-04 22:33 napisał(a):
Odpowiedź na: Termin konkursu rezerwuje... | jolekp
Pewnie, że nie była w stanie, ale nie uważasz, że realia świata się zmieniły?
I to nagle!

W Polsce oczywiście nie aż do tego stopnia, ale wiele osób w różnych firmach, w domach i na ulicach też zmieniło swoje myślenie, poczynania.
Można było wycofać się z tej… „zabawy”.
Albo przynajmniej odłożyć ten temat na… kiedyś.
Użytkownik: janmamut 2022-05-04 23:52 napisał(a):
Odpowiedź na: Pewnie, że nie była w sta... | margines
Nagle? Gdy USA wraz z UE odbierały Serbii Kosowo, to były lepsze czasy? Czy może kiedy bombardowano Syrię? A akurat te dwa narody nie mordowały Polaków.
Użytkownik: LouriOpiekun BiblioNETki 2022-05-05 08:15 napisał(a):
Odpowiedź na: Nagle? Gdy USA wraz z UE ... | janmamut
Przestań, taka jest moda – taka np. Maja Staśko kwestionuje właściwość robienia sobie selfie, skoro trwa wojna. Na lokalnym forum skrytykowano osobę, która w pierwszych dniach wojny wystawiła coś na sprzedaż (bo "zamiast myśleć o zysku, powinna oddać dla uchodźców wojennych"). Po prostu nie wypada żyć, gdy wokół giną ludzie!
Użytkownik: Marylek 2022-05-10 11:14 napisał(a):
Odpowiedź na: Przestań, taka jest moda ... | LouriOpiekun BiblioNETki
I po co ta kpina? Czy jest jeden tylko sposób odbierania świata, jedna możliwa do zaakceptowania wrażliwość - Twoja? Ludzie różnie reagują, różne mają skojarzenia. Nie trzeba ich wyśmiewać, ni potępiać, skoro nie robią nikomu krzywdy.
Użytkownik: LouriOpiekun BiblioNETki 2022-05-10 11:19 napisał(a):
Odpowiedź na: I po co ta kpina? Czy jes... | Marylek
Ale przecież to nie ja chciałbym zabraniania tego konkursu… Abstrahując od logiki trawestującej chyba powiedzenie "w domu powieszonego nie mówi się o sznurze". Nie podoba się konkurs – można nie brać udziału.
Użytkownik: MELCIA 2022-05-11 18:49 napisał(a):
Odpowiedź na: Przestań, taka jest moda ... | LouriOpiekun BiblioNETki
Podałeś ciekawe przykłady, Louri - z tym selfie i wystawianiem na sprzedaż. W pierwszych tygodniach wojny podobne głosy były powszechne, to się udzielało. Pamiętam, że mimo udzielania pomocy humanitarnej czułam się wtedy głupio, bo wydałam sporą kwotę na tom komiksów Gościnnego. Taka była atmosfera. A przecież musimy jakoś żyć, pomimo tego, że na świecie dzieją się straszne rzeczy. Bo dzieją się wciąż i od zawsze, i dziać się nie przestaną, nawet jak Putina szlag jasny wreszcie trafi.

Temat konkursu jest kontrowersyjny, ale bywały już takie. Mieliśmy już śmierć w literaturze, kiedyś chyba nawet przemoc seksualną. Zawsze wiązało się to z dyskusjami, również z głosami oburzenia, co jest poniekąd zrozumiałe (zgodne z istotą kontrowersji). Ja chyba nie mam zdania, poza wyrażonym wyżej - że przecież musimy jakoś żyć, normalnie funkcjonować, w miarę możliwości przeciwstawiać się złu, ale nie popadając w obsesję ani paranoję...
Użytkownik: LouriOpiekun BiblioNETki 2022-05-11 19:30 napisał(a):
Odpowiedź na: Podałeś ciekawe przykłady... | MELCIA
A tymczasem wczoraj grała sobie Eurowizja, choć w Europie toczy się wojna, czyż nie…?
Użytkownik: mafia 2022-05-11 21:43 napisał(a):
Odpowiedź na: Przedstawiam konkurs nume... | pawelw
A skoro jednak konkurs jest, to mogę poprosić o jakieś mataczenia? Bo nic nie znam.
Użytkownik: carly 2022-05-11 22:16 napisał(a):
Odpowiedź na: A skoro jednak konkurs je... | mafia
3 masz ocenione, znasz również kilku rodziców:)

Dodatkowo: 12 książek napisano w języku angielskim, 10 po polsku, 3 po francusku, a pozostałych 5 w językach: rosyjskim, niemieckim, hiszpańskim i włoskim.
Użytkownik: MELCIA 2022-05-11 22:18 napisał(a):
Odpowiedź na: A skoro jednak konkurs je... | mafia
Postaram się pomataczyć numer 3. To pozycja z naszej klasyki. Zwróć uwagę na Moskali w trzecim zdaniu i na to, co robi chłop - ta bardzo wymowna scena jest.
Użytkownik: mafia 2022-05-12 19:42 napisał(a):
Odpowiedź na: Postaram się pomataczyć n... | MELCIA
Mam. :) Dzięki. :)
Użytkownik: Akrim 2022-05-12 09:38 napisał(a):
Odpowiedź na: A skoro jednak konkurs je... | mafia
7 również oceniłaś, i to wysoko. Tytuł i treść adekwatne do aktualnej strasznej rzeczywistości.
Użytkownik: mafia 2022-05-12 20:51 napisał(a):
Odpowiedź na: 7 również oceniłaś, i to ... | Akrim
Mam. Dzięki. ;)
Użytkownik: Akrim 2022-05-12 09:58 napisał(a):
Odpowiedź na: A skoro jednak konkurs je... | mafia
Znasz tatusia 13. To klasyk. Jednemu z jego dzieł dałaś najwyższą notę. Dusiołek jest częścią cyklu, którego tytuł mógłby sugerować, że będziemy mieli do czynienia z medycyną.
11 - to jeden z najbardziej udanych debiutów literackich XXI wieku. Został sfilmowany w odcinkach. Jeśli lubiłaś w dzieciństwie bawić się domkiem dla lalek, okładka na pewno by ci się spodobała. :)
Użytkownik: mafia 2022-05-12 19:40 napisał(a):
Odpowiedź na: Znasz tatusia 13. To klas... | Akrim
13. Namierzony rodzic. Dziękuję. :)
Użytkownik: Akrim 2022-05-13 12:18 napisał(a):
Odpowiedź na: A skoro jednak konkurs je... | mafia
10 i 15 odnoszą się do autentycznych wydarzeń.
10 - rodzic (nasz) jest pomysłodawcą/autorem programów, które na pewno kiedyś widziałaś w Tv. Dusiołek opowiada o ponad dwudziestu sensacyjnych wydarzeniach, które miały wielki wpływ na historię poprzedniego stulecia.
15 - rodzic nie nasz, ale bliski, ten dusiołek opisuje jedno wydarzenie, które się nie powiodło, a szkoda, bo mogłoby zmienić bieg historii i losy milionów ludzi.
Patronaty Biblionetki
Biblionetka potrzebuje opiekunów
Recenzje

Użytkownicy polecają:

Redakcja poleca: