Dodany: 2021-11-02 22:35|Autor: idiom1983

Redakcja BiblioNETki poleca!

Książka: Żołnierze spod Salaminy
Cercas Javier

5 osób poleca ten tekst.

Popiół i diament hiszpańskiej wojny domowej


Typ recenzji: oficjalna PWN
Recenzent: idiom1983 (Krzysztof Gromadzki)

Tragedia wojny domowej prześladowała ludzkość od niepamiętnych czasów. 10 stycznia 49 roku p.n.e, po długich wahaniach i rozważeniu wszystkich "za" i "przeciw", Gajusz Juliusz Cezar, wypowiadając słynne słowa: "Kości zostały rzucone", na czele wiernego sobie XIII Legionu, nad którym w dalszym ciągu, wbrew rzymskiemu prawu sprawował wojskowe dowództwo, przekroczył oddzielającą Galię Przedalpejską od Italii graniczną rzekę Rubikon, wzniecając tym samym wojnę domową przeciwko Gnejuszowi Pompejuszowi Wielkiemu. I choć w nieodległej przeszłości obydwaj dowódcy razem z innym wybitnym wodzem epoki, pogromcą niewolniczego powstania Spartakusa Markiem Licyniuszem Krassusem, tkwili złączeni w nieformalnym układzie, zwanym I triumwiratem - funkcjonującym wedle zasady, że od momentu jego zawiązania w Republice Rzymskiej nie stanie się nic, co byłoby sprzeczne z wolą któregokolwiek z sygnatariuszy - żądza władzy zaprowadziła niegdysiejszego zięcia i teścia do bratobójczej walki przeciwko sobie. Pobity przez przeciwnika w bitwie pod Dyrrachium, Cezar nie zasypiał gruszek w popiele, lecz w miesiąc później w bitwie pod Farsalos rozgromił osiadłego na laurach Pompejusza, którego pokłóceni między sobą dowódcy, upojeni niedawnym sukcesem, dzielili już skórę na żywym jeszcze niedźwiedziu. Zarówno zwycięski Cezar, jak i pokonany Pompejusz zakończyli swe życie jako ofiary uknutych w spiskach skrytobójczych morderstw.
12 kwietnia 1861 roku oddziały Skonfederowanych Stanów Zjednoczonych pod dowództwem generała Pierre'a Beauregarda rozpoczęły trwający półtorej doby ostrzał artyleryjski federalnego Fortu Sumter, położonego w porcie Charleston w stanie Południowa Karolina, będącym matecznikiem kwestionowanej na gruncie konstytucyjnym secesji południowych stanów USA. W ten oto sposób rozpoczęła się amerykańska wojna domowa, w polskiej historiografii zwana wojną secesyjną. Beauregard, który w styczniu tamtego roku, jeszcze jako żołnierz wierny Unii, został powołany na stanowisko komendanta Akademii Wojskowej Stanów Zjednoczonych w West Point, osobiście podziwiał jako wzór oficera i żołnierza dowodzącego załogą Fortu majora Roberta Andersona, jako że ten był w przeszłości jego bezpośrednim przełożonym i wykładowcą w czasach, kiedy sam Beauregard kształcił się w murach tej szacownej wojskowej uczelni. Trwająca cztery lata krwawa i zacięta wojna, zwieńczona zabójstwem prezydenta Abrahama Lincolna i klęską secesjonistów, uratowała wprawdzie polityczną jedność kraju, lecz skutecznie podzieliła amerykański Naród, kosztując ów Naród ogromną liczbę ofiar i dziedziczoną z ojca na syna nienawiść do niegdysiejszych wrogów.
12 maja 1926 roku oddziały wierne marszałkowi Józefowi Piłsudskiemu rozpoczęły bunt przeciwko legalnemu rządowi premiera Wincentego Witosa i prezydenturze Stanisława Wojciechowskiego. Tego samego dnia prezydent i marszałek, starzy towarzysze z Polskiej Partii Socjalistycznej, onegdaj ścigani i tropieni przez agentów carskiej ochrany, bezustannie zagrożeni aresztowaniem, zsyłką na Sybir lub osadzeniem w kazamatach Cytadeli Warszawskiej z perspektywą zawiśnięcia na szubienicy, spotkali się na moście Poniatowskiego w celu omówienia zaistniałej sytuacji i zapobieżeniu dalszej eskalacji przemocy. Spotkanie zakończyło się jednak fiaskiem, a w trzydniowych bratobójczych walkach poniosło śmierć kilkaset ofiar, rekrutujących się tak z grona wojskowych, jak i spośród cywilnej ludności stolicy. Pośród żołnierskich grobów poległych w walkach w zamachu majowym, na Cmentarzu Powązkowskim widnieje tablica z gorzkim jak piołun wyrzutu sumienia epitafium: "W jedną ziemię wsiąkła krew nasza, ziemię jednym i drugim jednakowo drogą, przez obie strony jednakowo umiłowaną".
W dekadę później, 18 lipca 1936 roku, w niemal identycznych okolicznościach, bo poprzez bunt oddziałów wojskowych przeciwko wybranemu w demokratycznych wyborach legalnemu rządowi, rozpoczęła się stanowiąca preludium koszmaru II wojny światowej, epatująca okrucieństwem obydwu walczących stron wojna domowa w Hiszpanii. Jej tragiczne konsekwencje dla podzielonego na dwa odrębne i nienawidzące się nawzajem plemiona Narodu wnikliwie opisano w licznych powieściach, poematach czy opasłych naukowych monografiach. Jednak 60 lat po jej zakończeniu pewien hiszpański dziennikarz pragnący zostać wielkim pisarzem, lub też pisarz, któremu mimo starań wcześniej nie udała się ta trudna sztuka, a teraz z konieczności, dla materialnego utrzymania para się dziennikarstwem, spojrzał na wojenną problematykę w sposób nad wyraz błyskotliwy, oryginalny i odświeżający, frapujący liczne grono czytelników. Sukces publikacji Javiera Cercasa, mierzony liczbą sprzedanych egzemplarzy, windujący przetłumaczoną na wiele języków książkę "Żołnierze spod Salaminy'' na szczyty rodzimych list bestsellerów, najbardziej chyba zaskoczył samego autora. Historia jednego niekonwencjonalnego wywiadu oraz napisanego na jego bazie niepozornego artykułu w lokalnej gazecie o niewielkim nakładzie, a także ciąg na poły sensacyjnych, na poły niesamowitych, wynikających z tych okoliczności późniejszych wydarzeń, przeobraziły Cercasa z anonimowego dla większości czytelników literata w jednego z największych współcześnie tworzących pisarzy hiszpańskich.

W pewnym momencie swojego życia, kiedy wydawało mu się, że dojrzał do podjęcia tej przełomowej dla swojej kariery decyzji, Javier Cercas postanowił porzucić nudną, gnuśną i nie dającą mu zawodowej satysfakcji posadę dziennikarza, aby realizując największe życiowe marzenie, poświęcić się w pełni karierze pisarskiej. Jednak dwie napisane przez niego powieści przeszły zupełnie bez echa, nie wzbudzając szerokiego zainteresowania, nie przynosząc także ich autorowi tak oczekiwanego sukcesu i popularności. W międzyczasie umarł ojciec pisarza i skończyły się jego wypracowane we wcześniejszych latach skromne oszczędności. Opuszczony przez żonę, która nie mogła dłużej wytrzymać życia w takich warunkach, z podkulonym ogonem, niczym syn marnotrawny lub krnąbrny uczeń powtarzający klasę, Cercas wrócił do dziennikarskiego rzemiosła w swojej macierzystej gazecie, trafiając do znaczącego najmniej działu kulturalnego. Niewolny od szyderczych żartów i złośliwych docinków kolegów i koleżanek, parząc kawę i przynosząc redaktorowi naczelnemu posiłki z pobliskiej restauracji, wolno, lecz konsekwentnie Cercas odbudowywał swoją nadwątloną zawodową pozycję. Latem 1994 roku trafiła mu się prawdziwa gratka. Miał przeprowadzić wywiad z zazwyczaj niechętnym temu literatem Rafaelem Sánchezem Ferlosio, synem Rafaela Sáncheza Mazasa, również pisarza, lecz przede wszystkim głównego ideologa Falange Española. W luźnej i niezobowiązującej atmosferze, przywodzącej na myśl bardziej towarzyską pogawędkę dobrych przyjaciół, niż profesjonalny dziennikarski wywiad, być może mimochodem, być może po to, żeby nie odpowiadać na trudne i dociekliwe pytania na temat swojej własnej twórczości, Ferlosio opowiedział Cercasowi fascynującą historię z życia swego ojca, który pod koniec wojny uszedł kulom republikańskiego plutonu egzekucyjnego, a ścigający go żołnierz wrogiej armii, mierząc do niego z wypełnionego śmiercionośnymi pociskami karabinu w gęstym sosnowym lesie, z niewyjaśnionych do dziś powodów ostatecznie darował mu życie i pozwolił odejść. Wyjątkowa historia Sáncheza Mazasa już wówczas głęboko zaintrygowała Cercasa, lecz dopiero po kilku latach, kiedy niczym dobre wytrawne wino dojrzała w jego umyśle, Cercas zdecydował się poświęcić temu tematowi najważniejszy napisany w swojej dziennikarskiej karierze artykuł.

W niepozornym i oszczędnym w słowach tekście, opublikowanym w 1999 roku, a więc w sześćdziesiątą rocznicę zakończenia wojny, Cercas zestawił historię Sáncheza Mazasa z kolejami losu zwolennika Republiki, poety Antonia Machado, który uchodząc razem z matką i młodszym bratem przed napierającą armią frankistów, chory i wynędzniały, przedarł się w Pirenejach przez zieloną granicę tylko po to, żeby w niespełna miesiąc później umrzeć z wyczerpania w prowizorycznym obozie dla uchodźców we francuskiej miejscowości Collioure. W trzy dni potem umarła jego równie wyczerpana i schorowana matka. Na wieść o ich śmierci o rok starszy od niego brat Manuel, tak samo uznany poeta, lecz w przeciwieństwie do niego zwolennik nacjonalistów, niezwłocznie przybył do Collioure, żeby, trzymając pod rękę najmłodszego z braci imieniem José, stanąć na grobach bliskich i bolejąc nad ich utratą, rozmyślać o bezsensie i okrucieństwie wojny, w jaką uwikłał się cały, głęboko podzielony, nieszczęsny hiszpański Naród. Tragiczne losy braci Machado, członków tzw. Pokolenia 98, grupy literackiej powstałej po klęsce Hiszpanii w wojnie z USA w 1898 roku, wzywającej hiszpańskie społeczeństwo do moralnej odnowy, a także historia Sáncheza Mazasa, pisarza i artysty, który niejako wbrew sobie został politycznym agitatorem, ku zdziwieniu Cercasa wywołała dużo większy, niż się spodziewał, odzew społeczny, aktywizujący na dodatek ludzi o różnych i często przeciwstawnych sobie poglądach politycznych na temat wojny i współczesności. Najważniejszą dla Cercasa osobą miał się jednak okazać niejaki Miguel Aguirre, urzędnik magistratu w Banyoles, który zadzwonił do dziennikarza z prośbą o osobiste spotkanie, twierdząc przy tym, że zna i może doprowadzić Cercasa do żyjących jeszcze świadków nieudanej egzekucji Sáncheza Mazasa lub potomków tych świadków, pamiętających historię opowiadaną w domu przez rodziców i krewnych. Cercas skrzętnie skorzystał ze spadającej mu niemal z nieba okazji, aby z pierwszej ręki poznać koleje losu przyjaciela José Antonia Primo de Rivery, żarliwie propagującego ideały Falangi w społeczeństwie hiszpańskim. Owocem tych wysiłków stał się jeden z największych bestsellerów ostatnich lat na hiszpańskim rynku wydawniczym.

Urodzony w 1894 roku, wcześnie osierocony przez ojca lekarza, Sánchez Mazas od najmłodszych lat zdradzał odziedziczony po matce Baskijce talent literacki i zamiłowanie do czytania książek. Wychowywany w jej rodzinnym Bilbao, przeżywającym w tamtych czasach okres gospodarczego i kulturalnego rozkwitu, otoczony licznym wianuszkiem rozpieszczających go bezdzietnych ciotek, bardzo wcześnie podjął swoje pierwsze próby w tym zakresie. Był bystrym młodzieńcem i krnąbrnym uczniem, który z niechęcią, z trudem i bez entuzjazmu przyswajał wiedzę z przedmiotów, które nie raczyły go zainteresować, uzyskując z nich bardzo kiepskie oceny. Mimo wszystko udało mu się w 1916 roku ukończyć studia prawnicze w prowadzonej przez ojców augustianów Królewskiej Szkole Wyższej imienia Marii Christiny w Escorialu. Powróciwszy do Bilbao, zaczął brylować na towarzyskich i literackich salonach miasta, a wkrótce potem podjął się współpracy z lokalnymi gazetami, publikując na ich łamach poświęcone życiu artystycznemu artykuły. Otrzymawszy w ten sposób swoje pierwsze dziennikarskie szlify, w 1921 roku pojechał do Maroka jako korespondent wojenny, relacjonujący wojnę Hiszpanów z beduińskim plemieniem Rifenów. Zaledwie rok później z rekomendacji najważniejszej lokalnej gazety "ABC" trafił do Włoch, a wizyta w tym kraju miała się okazać decydująca dla jego późniejszych życiowych dokonań. Zafascynowany włoską kulturą, przesiąknięty dziedzictwem renesansu, ożenił się niemal wbrew woli obu rodzin z młodziutką i piękną Lillianą Ferlosio, lecz przede wszystkim, co najbardziej jest w tym znamienne, zetknął się tam z przeżywającym wówczas chwile swego największego triumfu włoskim faszyzmem. Postać Benita Mussoliniego, prowodyra marszu na Rzym po urząd włoskiego premiera, który jako Duce uosabiał potęgę nowej ideologii i majestat państwa rządzonego pod jego przywództwem, uświadomił młodemu hiszpańskiemu dziennikarzowi, że w swojej ojczyźnie musi on znaleźć podobnego męża opatrznościowego, który siłą swojej charyzmy przywróci Hiszpanii niesłusznie utraconą wielkość. W ten sposób Sánchez Mazas bez cienia przesady stał się pierwszym hiszpańskim faszystą, który po powrocie do kraju w 1929 roku, rzucił wszystkie swoje siły, aby z takim samym sukcesem przenieść sprawdzone we Włoszech wzorce na hiszpański grunt. Niemal natychmiast odnalazł też człowieka, który swoją osobowością i charakterem ucieleśniał wszystkie elementy, predestynujące go do roli wodza mającej się niebawem narodzić hiszpańskiej partii faszystowskiej. José Antonio Primo de Rivera nosił w sobie wszystko to, czego brakowało Sánchezowi Mazasowi. Pełen witalnej młodości, wywodzący się z arystokracji bogaty i przystojny mężczyzna, ustosunkowany w wyższych sferach, a jednocześnie umiejący zjednywać sobie nowych zwolenników, w naturalny sposób stał się liderem nowego ruchu, a u jego boku, trochę w cieniu, lecz zawsze na tyle blisko, żeby szepnąć do ucha wodza kilka mądrych porad, stał bezkrytycznie oddany nowej idei Rafael Sánchez Mazas. To on zaprojektował nawiązujące do majestatu Królów Katolickich Ferdynanda i Izabeli godło Falangi pod postacią jarzma uprzęży, przeszytego pięciorgiem strzał. To on ukuł tradycyjne zawołanie falangistów: "Powstań Hiszpanio!", używane w hiszpańskich kręgach nacjonalistycznych do dzisiaj. On wreszcie w tekstach niezliczonych pism, odezw, biuletynów i apeli, wygłaszanych na licznych wiecach, zebraniach i demonstracjach, obudował zrozumiałą dla szerokich mas ludzkich treścią ideologiczne podstawy Falangi. Jednak 14 marca 1936 roku, w miesiąc po porażce Falangi w wyborach i zwycięstwie Frontu Ludowego, rząd Manuela Azañi zamknął możliwość dalszej legalnej działalności partii, osadzając w więzieniach wszystkich jej najważniejszych przywódców. Miało to w przyszłości przynieść daleko idące konsekwencje, torujące drogę do władzy generałowi Francisco Franco, który paradoksalnie został w ten sposób największym beneficjentem decyzji nieokrzepłej jeszcze politycznie, nowej lewicującej władzy.

Osadzony w madryckim więzieniu Modelo, Sánchez Mazas dostaje trzydniową okolicznościową przepustkę w związku z narodzinami syna. Choć złożył uroczyste słowo honoru, że po tym terminie dobrowolnie wróci do celi, za namową życzliwej mu naczelniczki służby penitencjarnej Victorii Kent postanawia tego nie robić, i po wielu perypetiach znajduje schronienie w ambasadzie Chile, przebywając w tym miejscu do jesieni 1937 roku i pisząc tam swoją najlepszą powieść pt. "Rosa Krüger". Kiedy jednak zaczynają się nasilać pogłoski o tym, że republikańskie władze, chcąc dostać go w swoje ręce, mogą naruszyć eksterytorialność ambasady, Sánchez Mazas decyduje się na ucieczkę. Pod osłoną nocy, ukryty w ciężarówce wyładowanej warzywami i owocami, w towarzystwie prostytutki i sympatyzującego z falangistami młodzieńca, udaje mu się bocznymi drogami przedostać do Barcelony. Początkowo ma zamiar przekroczyć granicę francuską, ale miejscowi działacze Falangi wymuszają na nim objęcie przywództwa nad lokalnymi strukturami partii. Nie mając innego wyjścia, Sánchez Mazas godzi się na ten plan, ale na nieszczęście dla siebie, wkrótce potem zostaje aresztowany przez patrol republikańskiej Wojskowej Służby Informacyjnej. Zamknięty w celi na zamienionym na więzienie pokładzie statku "Uruguay", przebywa tam w bardzo ciężkich warunkach aż do 24 stycznia 1939 roku. Wówczas to, kiedy triumfujący frankiści lada dzień mają wkroczyć do Barcelony, Sánchez Mazas razem ze starannie wyselekcjonowaną grupą najcenniejszych frankistowskich jeńców, zostaje przewieziony do nowego więzienia, usytuowanego w byłym klasztorze Matki Boskiej w Collell. W ciągu kilku dni pobytu więźniami targają sprzeczne emocje. Z jednej strony wiedzą oni, że niosące wolność i ocalenie oddziały frankistowskie są już bardzo blisko, z drugiej każdy z nich lęka się o to, że nie zdążą na czas przed zemstą ze strony rozgoryczonych wojenną klęską republikanów. 30 stycznia o świcie wszyscy więźniowie zostają zapakowani do ciężarówek i wywiezieni do pobliskiego lasu. Przeczuwając to, co ma się niebawem wydarzyć, z niespotykaną u niego odwagą, obarczony krótkowidztwem Sánchez Mazas puszcza się w szaleńczym biegu przez sosnowy las, ścigany przez kule karabinu maszynowego republikanów. Te dziurawią jego spodnie, jemu samemu nie czyniąc jednak żadnej, choćby najmniejszej krzywdy. Śmiertelnie zmęczony, ukryty pod stertą gałęzi i błota główny ideolog Falangi, w pewnym momencie staje oko w oko z mierzącym do niego z karabinu żołnierzem armii Republiki. Ku swojemu zdumieniu w jego twarzy Sánchez Mazas rozpoznaje człowieka, który kilka dni wcześniej na oczach spacerujących po klasztornym dziedzińcu więźniów, w zastępstwie pozostawionej gdzieś w rodzinnych stronach narzeczonej posługując się karabinem, brawurowo odtańczył popularne paso doble "Westchnienie za Hiszpanią". Jego wyczyn wywołał być może pierwszą od początku wojny szczerą radość wszystkich obserwujących to niecodzienne zdarzenie osób. Teraz we wzroku skupionego na uciekinierze młodego republikańskiego żołnierza, nie ma ani nienawiści, ani współczucia, ani potępienia, ani zrozumienia. Jest tylko jakaś bliżej nieokreślona siła, która nawet w potoku wszechogarniającego wszystko bestialstwa pozwala człowiekowi pozostać człowiekiem. Okłamawszy swoich towarzyszy broni, że nikogo tutaj nie znalazł, opuszczając lufę karabinu, żołnierz odwraca się na pięcie i odchodzi bez jednego wypowiedzianego w kierunku swojej niedoszłej ofiary słowa. Cudownie ocalony w ten sposób Sánchez Mazas przeżyje w obfitym dostatku i bogactwie jeszcze długie następne ćwierćwiecze...

Kiedy przeczytałem historię dojrzałego falangisty i młodego republikanina, od razu skojarzyła mi się ona ze sceną z filmu Andrzeja Wajdy "Popiół i diament", kiedy w momencie klęski III Rzeszy i zakończenia II wojny światowej, żołnierz AK Maciek Chełmicki ma dokonać zamachu na lokalnego sekretarza PPR Stefana Szczukę. Chociaż młodym żołnierzem targają liczne wątpliwości, ostatecznie decyduje się on pociągnąć za spust, aby wkrótce potem samemu zostać zabitym przez patrol Ludowego Wojska Polskiego. Końcowe słowa filmu: "Człowieku, czemuś uciekał", na fali popaździernikowej odwilży 1956 roku, skłaniają widza do sympatii wobec tragicznej postaci Chełmickiego. Dzieło Wajdy, przy wszystkich swoich artystycznych walorach, z genialną rolą Zbyszka Cybulskiego, który ubrany w charakterystyczne przyciemniane okulary, staje się polskim odpowiednikiem "buntownika bez powodu" - Jamesa Deana, łagodząc propagandowy wymiar literackiego pierwowzoru w powieści Jerzego Andrzejewskiego, zawiera w sobie jedną zasadniczą wadę. Legitymizuje bowiem lansowany nachalnie przez komunistyczną władzę do ostatnich dni jej przywództwa nad Polską, a z gruntu fałszywy mit traktujący o tym, że tuż po zakończeniu wojny zwarły się z sobą w śmiertelnym uścisku dwie równorzędne, zakorzenione i ugruntowane w narodowej kulturze i tradycji wizje polskości, cieszące się zaufaniem i poparciem szerokich mas polskiego społeczeństwa. Jedyne pewne zwycięstwo w tym zwarciu można osiągnąć nie poprzez budowanie płaszczyzny porozumienia i współpracy, tylko poprzez brutalne i siłowe rozprawienie się ze swoimi politycznymi oponentami. Mit ten, połączony z obłożeniem zmową milczenia sowieckiej agresji z 17 września 1939 roku, negowaniem zbrodni katyńskiej i gloryfikacją Armii Czerwonej jako najważniejszej wyzwolicielki Polski, wobec jej kunktatorskiej postawy względem tragedii Powstania Warszawskiego, złożył się na tzw. Kłamstwo Założycielskie PRL. W przypadku Hiszpanii teza o tym, że w wojnie domowej walczyły ze sobą dwie zakorzenione w narodowej tradycji wizje rozwoju państwa, była najzupełniej prawdziwa, a kłamstwo założycielskie powojennej frankistowskiej autarkii, funkcjonującej pod hasłem "Una, Grande, Libre!" , zostało ulokowane w innym miejscu. Wbrew oficjalnej propagandzie, zwycięstwo frankistów zostało odniesione nie dzięki zwartej ideowej jedności zwolenników późniejszego caudilla, jaskrawo kontrastowanej z grupującymi się w doraźnym sojuszu socjaldemokratów i marksistów z partii POUM zwolennikami Republiki, ale dzięki wymiernej pomocy płynącej z faszystowskich Włoch i nazistowskich Niemiec. Kolejny mit uparcie lansowany przez propagandę zwycięzców głosił fałszywą tezę, że powojenna rzeczywistość w całości pokrywała się z wymarzoną w pierwotnym zamiarze twórców wizją Primo de Rivery i jego najbliższych współpracowników. W rzeczywistości państwo stworzone przez Franco było jedynie marną namiastką tych ideałów, jakie przyświecały zamęczonym w republikańskich więzieniach lub poległym podczas walk twórcom Falangi w jej najczystszej pierwotnej postaci. Znamienne jest to, że w dekadę po nieudanym puczu monachijskim z 1923 roku, Adolf Hitler doszedł do władzy w Niemczech zupełnie legalnie, na mocy uczciwych i na pewno niesfałszowanych parlamentarnych wyborów. Dopiero potem nazistowska rewolucja partii NSDAP skutecznie ubezwłasnowolniła spragniony chleba, pracy i płacy niemiecki Naród, dając mu to, co Naród pragnął otrzymać. W Hiszpanii zaszedł dokładnie odwrotny proces. To zmęczony okrutną, długotrwałą wojną Naród ubezwłasnowolnił rewolucyjnego ducha zmarginalizowanej hiszpańskiej Falangi.

Cudownie ocalonemu Sánchezowi Mazasowi przetrwać do nadejścia frankistów pomogła szesnastoletnia Maria Ferré, która nakarmiła go gęstą, pożywną zupą, pełną ziemniaków i hiszpańskiej kiełbasy chorizo, oraz trzej "przyjaciele z lasu", rozczarowani wojenną rzeczywistością dezerterzy z armii republikańskiej: bracia Pére i Joaquim Figuerasowie i przyjaciel Joaquima, Daniel Angelats. Cercasowi udało się porozmawiać z każdą z tych osób, z wyjątkiem zmarłego Pére, którego zastąpił jego syn Jaume. Wszyscy zgodnie podkreślali, iż Sánchez Mazas solennie wywiązał się ze złożonej uroczyście obietnicy, że hojnie odwdzięczy się swoim dobroczyńcom w zamian za okazaną mu pomoc. Rzeczywiście, dzięki jego wstawiennictwu zwolniono przetrzymywanych w więzieniu Pére, Joaquima i Daniela, a sędziwa Maria Ferré żyła niemal w nimbie lokalnej świętej matki opatrznościowej, bowiem składanym za jej pośrednictwem prośbom okolicznych mieszkańców o łaskę w więziennej niedoli Sánchez Mazas nigdy nie potrafił odmówić. Jednak opowieść Cercasa byłaby niepełna, gdyby nie spróbował on ustalić, kim był republikański żołnierz, który w newralgicznym momencie nie pociągnął za spust wycelowanego w obdartego i głodnego frankistowskiego dygnitarza karabinu. Z pomocą znowu przyszedł przypadek. Chilijski pisarz Roberto Bolaño, ofiara łudząco podobnego do wystąpienia Franco wojskowego zamachu stanu generała Augusto Pinocheta z 1973 roku, opowiedział mu historię swojego niegdysiejszego przyjaciela Mirallesa, którego poznał pracując w obsłudze kempingu "Gwiazda Morza" na francuskim wybrzeżu w miejscowości Castelldefels. Miralles, weteran hiszpańskiej wojny domowej, walczący po stronie Republiki, po przekroczeniu francuskiej granicy trafił do ogrodzonego kolczastym drutem obozu dla uchodźców na nieosłoniętym od wiatru brzegu Morza Śródziemnego. Widząc w tym kroku jedyną szansę na ratunek, zaciągnął się do Legii Cudzoziemskiej, trafiając do północnej Afryki pod rozkazy generała Leclerca. Po klęsce Francji latem 1940 roku generał Leclerc nie podporządkował się kolaborującemu z Niemcami rządowi Vichy, oddając się pod rozkazy tworzącego siły Wolnych Francuzów generała De Gaulle'a. Walcząc w jego szeregach, Miralles był jednym z pierwszych francuskich żołnierzy, którzy wkroczyli do wyzwolonego Paryża w sierpniu 1944 roku. Ranny w wybuchu miny, otrzymał w obliczu swych zasług obywatelstwo francuskie i wypłacaną przez państwo dożywotnią rentę. Osiadł w Dijon, ożenił się, doczekał córki Marii, a po śmierci żony regularnie przyjeżdżał z dorosłą córką na wakacyjny odpoczynek do Castelldefels. W takich okolicznościach poznał Bolaño, z którym szybko się zaprzyjaźnił. Któregoś razu Bolaño przyłapał Mirallesa na tym, jak ten nocą w świetle gwiazd tańczy ze swoją przyjaciółką Luz do melodii paso doble "Westchnienie za Hiszpanią". Kojarząc ze sobą oba te fakty, Cercas natychmiast uzmysłowił sobie, że to właśnie Miralles jest tym samym republikańskim żołnierzem, który wiele lat temu oszczędził od śmierci Sáncheza Mazasa... Cercas odnalazł go w jednym z domów opieki w Dijon, pojechał tam, i choć Miralles nie potwierdził kategorycznie, że on i poszukiwany przez Cercasa żołnierz to jedna i ta sama osoba, hiszpański pisarz i tak odnalazł to, czego tak usilnie i długo poszukiwał. Mianowicie zakończenie pisanej przez siebie opowieści...

Wydana w Hiszpanii w pierwszym roku XXI wieku i trzeciego tysiąclecia książka Javiera Cercasa wymyka się jednoznacznemu przywiązaniu do konkretnego gatunku literackiego. Łączy w sobie elementy powieści, biografii, eseju historycznego, dziennikarskiego reportażu, którego autorstwa
nie powstydziłby sam Ryszard Kapuściński, czy obyczajowego romansu lub opowieści o dojrzewaniu na oczach czytelnika najważniejszego bohatera utworu Cercasa, którym to bohaterem jest nie kto inny, tylko sam Javier Cercas we własnej osobie. Na ogromną popularność "Żołnierzy spod Salaminy", opowiadających o zapomnianych już dzisiaj bohaterach niezapomnianej wojny - podobnie, jak nikt już dziś nie pamięta o wojownikach pochodzących z antycznych czasów wojen grecko-perskich, choć sam fakt istnienia tych wojen jest powszechnie znany - wpływa moim zdaniem przynajmniej kilka czynników. Po pierwsze, napisana z perspektywy ćwierćwiecza od upadku reżimu Franco, w targanym licznymi podziałami i nierównościami społeczeństwie hiszpańskim, książka Cercasa to ponura przestroga, że dzisiejsza pokojowa idylliczna rzeczywistość nie jest dana Hiszpanom raz na zawsze. Szczególnie, kiedy baskijski i kataloński separatyzm coraz śmielej otwarcie wygłasza hasła żądające dla tych ludów pełnej niepodległości. Po drugie, młodzi czytelnicy odnaleźli w pełnokrwistych postaciach żołnierzy obu walczących stron namiastkę własnych życiowych postaw, najczęściej przesiąkniętych konformizmem, egocentryzmem i konsumpcjonizmem, konfrontując je z dramatyczną walką o życie i o życiowe wartości, jaką ich rówieśnicy sprzed sześciu dekad musieli stoczyć, aby oni mogli żyć w świecie pozbawionym już krwawej i bratobójczej walki. Wreszcie po trzecie i chyba najważniejsze, książka Cercasa w przeciwieństwie do wielu innych tytułów poświęconych tematyce hiszpańskiej wojny domowej, traktuje nie o zabijaniu, ale właśnie o darowaniu życia pośrodku zdehumanizowanego wojennego koszmaru. Ten gest bezprzykładnego bohaterstwa, pozwala zachować tlącą się nieśmiało nadzieję, że rodzaj ludzki jest czymś więcej niż ulegającym wyłącznie podłym instynktom stadem rozumnych zwierząt...

W filmie "El Cid" poświęconemu legendarnemu bohaterowi walk z Maurami w epoce rekonkwisty, Rodrygowi Díaz de Vivar, pojawia się scena, kiedy Cyd eskortuje przez niebezpieczne górskie szlaki następcę tronu Królestwa Léonu i Kastylii, księcia Sancha. Posuwająca się powoli książęca kolumna wpada w zasadzkę przygotowaną przez Maurów. Ze śmiertelnej opresji ratuje księcia i Cyda muzułmański emir Saragossy imieniem Mutamin, który zwolniony w przeszłości przez Cyda z niewoli, dotykając z namaszczeniem czoła, ust i piersi, na święte imię Allaha uroczyście przysięgał już nigdy nie walczyć przeciwko chrześcijańskiej armii króla Ferdynanda. Szybko wychodzi na jaw, że prowodyrem arabskiej zasadzki był nienawidzący Cyda Hrabia Ordoñez, pożądający zakochanej z wzajemnością w Cydzie pięknej Jimeny. Kiedy rozwścieczony Sancho pragnie skrócić o głowę zdradzieckiego nikczemnika, Cyd powstrzymuje go, uświadamiając mu, że zabijać może byle łotr i głupiec, ale tylko prawdziwy król jest władny darować życie obarczonemu ciężkimi winami skazańcowi.

Człowiek, który darował życie Sánchezowi Mazasowi zaiste był królem, godnym królewskiej Korony i Purpury. Nawet jeżeli następnego dnia z oczami mokrymi od łez, musiał opuścić rodzinny kraj, żeby tułać się po ziemi należącej do obcych, nucąc pod nosem swoje ulubione paso doble:

"Westchnienie za Hiszpanią"

"Zapragnął Bóg, w swej wszechmocy,
stopić cztery promyki słońca
i stworzyć z nich kobietę.
Tak oto, by wola jego się wypełniła,
urodziłam się w ogrodzie Hiszpanii,
jako kwiat w różanym klombie.
O, szczęśliwa ziemio mej miłości,
błogosławiona ziemio woni i namiętności,
Hiszpanio, u twych stóp
wzdycha moje serce.
I czuję śmiertelny ból,
bo oddalam się, Hiszpanio, od ciebie,
bo wyrywają mnie z klombu róż" [1].

Ocena recenzenta 6/6

[1] Javier Cercas, ''Żołnierze spod Salaminy'', tłum. Ewa Zaleska, Oficyna Literacka Noir sur Blanc, Warszawa, 2021, s. 47.


(c)Wszystkie prawa zastrzeżone. Kopiowanie bez zgody autora zabronione.

Wyświetleń: 1058
Dodaj komentarz
Przeczytaj komentarze
ilość komentarzy: 2
Użytkownik: fugare 2021-11-04 13:54 napisał(a):
Odpowiedź na: Typ recenzji: oficjalna P... | idiom1983
Wymagająca skupienia, ale bardzo ciekawa recenzja. Poruszający fragment dotyczący "Przewrotu majowego" - celna analogia do Naszej historii.
Użytkownik: idiom1983 2021-11-04 14:25 napisał(a):
Odpowiedź na: Wymagająca skupienia, ale... | fugare
W wojnie domowej wszyscy walczący stają się Kainami i Ablami jednocześnie. Kainami, kiedy zabijają swoich braci rodaków, i Ablami, kiedy sami zostają przez braci rodaków zabici... Okrutna przemoc nakręca spiralę zemsty, a ta, realizując swój cel przemocą, podsyca jeszcze większą zemstę, żeby ciągle pomnażać przemoc. I tak bez końca, w mierzonym krwią i łzami koszmarze, zatraca się ludzka natura, co to stworzona przez Boga, który jest miłością, do miłości dążyć powinna, a nie do nienawiści...
Patronaty Biblionetki
Biblionetka potrzebuje opiekunów
Recenzje

Użytkownicy polecają:

Redakcja poleca: