Dodany: 2021-05-20 14:09|Autor: dot59Opiekun BiblioNETki

Książka: Bękart ze Stambułu
Shafak Elif (Şafak Elif)

2 osoby polecają ten tekst.

Nie dla każdego przeszłość jest wygodna


Recenzja oficjalna PWN

Recenzent: dot59

Gdybym już nie wiedziała tego i owego o twórczości Elif Shafak, moje pierwsze skojarzenie, jakie wzbudziłby tytuł „Bękart ze Stambułu”, byłoby: powieść historyczna, może z okresu świetności imperium osmańskiego, z XVI czy XVII wieku, pewnie opisująca awanturniczy żywot jakiegoś młodzieńca, który mimo nieprawego pochodzenia zdobywa fortunę/miłość/znaczącą pozycję społeczną. Ale przecież ta autorka nie pisuje powieści historycznych; jej fabuły są całkiem współczesne, a bohaterkami są przede wszystkim kobiety, które jeśli nawet – jak w „Honorze” – okresowo ustępują miejsca na pierwszym planie mężczyznom, to i tak są przynajmniej równorzędnie z nimi zaangażowane w akcję.

Nie inaczej jest i w tej opowieści. Historia, owszem, przewija się w niej, ale tylko trzy pokolenia wstecz, jak to bywa w sagach rodzinnych, a rozpoczyna ją scena, w której – gdzieś w latach 80 XX wieku – dorodna, wyemancypowana dziewczyna z upodobaniem do „jaskrawych minispódniczek, obcisłych bluzek, które uwydatniały jej bujne piersi, gładkim niczym atłas nylonowych pończoch, no i tych butów na niebotycznych obcasach”[1] udaje się do lekarza, by przerwać niechcianą ciążę. Niespodziewany obrót spraw powoduje, że zmienia zdanie – i w stosownym czasie przychodzi na świat tytułowa postać, dziewczynka imieniem Asya (którą poznamy, gdy osiągnie ten sam wiek, co jej matka w owym decydującym momencie, nie wiedząc do tej pory – podobnie, jak jej prababka, babka i ciotki – kto jest jej ojcem). Ale najpierw Zeliha nasłucha się jeszcze od matki i sióstr: „Powinnaś dniem i nocą dziękować Allahowi (…), że w tej rodzinie nie ma mężczyzn. Zabiliby cię”[2]. A mężczyzn nie ma, bo dziadek i ojciec nie żyją, zaś „osiemnastoletni potomek rodu”[3] został wysłany na studia do Ameryki.

Tu się autorce przydarzyła drobna niekonsekwencja chronologiczna: Mustafa musiał być starszy od Zelihy – skoro po jego urodzeniu ją „poczęto w nadziei, że los okaże się hojny dwa razy z rzędu”[4] – a zatem wyjeżdżając nie więcej, niż dwa miesiące przed ową sceną, musiał liczyć sobie przynajmniej 20 lat. Taka rachuba potwierdza się później, gdy czterdziestoletni Mustafa przyjeżdża do Stambułu, a krewniaczki zdają sobie sprawę, że od jego wyjazdu „minęło dwadzieścia lat”[5]. Jeszcze większy jest problem z wiekiem zmarłego protoplasty rodu, Rızy Selima, który pojawia się w retrospektywnej scenie z roku 1915 jako chłopiec „kilkunastoletni”[6], a zatem urodzony najwyżej dwa, trzy lata przed końcem wieku XIX, za to jego żona, młodsza odeń „aż o trzydzieści trzy lata”[7], podczas wojen bałkańskich – 1912-13 – miała lat osiem, z czego wynika, że on musiałby się urodzić w ósmej, a nie ostatniej dekadzie poprzedniego wieku.

Ale te drobne szczegóły nie są tak istotne. Ważniejsze jest to, co się wydarzy podczas pobytu Mustafy w Stanach i konsekwencje, jakie stąd wynikną dla niego i dla całej żeńskiej części rodziny Kazancı, dotychczas tkwiącej w stanie jakiej takiej stabilizacji. Bo gdy odsłoni się przeszłość – według Banu, najstarszej z ciotek Asyi, dokona się to za sprawą nieustannie towarzyszącego jej dżinna, na co jednakże narrator zdaje się patrzeć z lekkim przymrużeniem oka, więc może załóżmy, że raczej ta przeszłość zostanie poskładana ze strzępków informacji zapamiętanych i utrwalonych w podświadomości niektórych osób – nie wszyscy będą się czuli komfortowo…

Mimo tych tajemnic, które stopniowo wychodzą na jaw, odsłaniając dzieje bardziej powikłane, niż można by się z początku spodziewać, mimo co najmniej dwóch zdarzeń, które także w tureckim kodeksie karnym musiałyby być zakwalifikowane jako skutek działania przestępczego, gdyby tylko ktoś o nich policję poinformował (a dlaczego nie informuje, dowiemy się z czasem), nie jest to w żadnej mierze powieść sensacyjna czy kryminalna. „Bękart ze Stambułu” jest przede wszystkim rozwinięciem dobrze znanego miłośnikom literatury toposu wpływu przypadku na los człowieka, a raczej wielu ludzi; przypadku niekiedy tak drobnego, jak opaczna reakcja na środek znieczulający, a innym znów razem tak wielkiego, jak skumulowanie się w danym czasie i miejscu określonych przekonań i nastrojów wielu ludzi, co doprowadza do wojen, rewolucji, masowych ludobójstw, zmieniając życie całych rodzin, społeczności, narodów. Tutaj tym dramatycznym momentem historycznym jest rzeź Ormian z roku 1915, która doprowadziła do zenitu wrogość istniejącą między oboma narodami. Mija dziewięćdziesiąt lat – i Asya, prawie nieświadoma tego, co stało się przed laty w jej rodzinnym kraju („owszem, docierały do niej różne pogłoski; niektórzy informatorzy potwierdzali prawdziwość tej historii, lecz większość ją dementowała”[8]), cokolwiek naiwnie pyta przybyłą z Ameryki krewniaczkę: „powiedz, czy System of a Down rzeczywiście tak nas nienawidzi? (…) Oni są Ormianami i krążą o nich takie bajdy, że podobno nienawidzą Turków i wcale by nie chcieli, żeby jakiemuś Turkowi spodobała się ich muzyka”[9]. Armanusz tego zespołu nie zna, ale doskonale wie, że powód do nienawiści by się znalazł: chociaż ją „wychowywał jakiś Turek”[10], ma wśród swoich przodków osobę, której większość bliskich zginęła podczas tamtej masakry, i zna przebieg wydarzeń bezpośrednio z jej opowieści. A w kraju, z którego jej dziadkowie wyjechali, osieroceni, naznaczeni nieodwracalną traumą, ludzie dotąd mówią: „Roszczenia Ormian oparte są na przesadzie i przekłamaniach”[11]…

Jest ta powieść także barwnym przeglądem ludzkich typów, między którymi na pierwszy plan wysuwają się wszystkie, co do jednej, kobiety z rodziny Kazancı, ale wcale nie ustępują im wyrazistością ani Armanusz, ani jej matka Rose, ani Mustafa, ani nawet przesiadujący w Cafe Kundera przedstawiciele stambulskiego światka kulturalnego. I równie barwną panoramą Stambułu, miasta, w którym niegdyś obok Turków żyli Żydzi, Grecy, Ormianie, „wszyscy mieszali się ze wszystkimi”[12], co zresztą do dziś znajduje odzwierciedlenie w zwyczajach kulinarnych (kiedy Armanusz przybywa do krewnych, okazuje się, że to, co gotują w domu, zna jako „potrawy z ormiańskiej kuchni”[13]); miasta pulsującego życiem i emanującego zapachami ingrediencji, których nazwy posłużyły za tytuły rozdziałów: cynamonu, wanilii, migdałów, pistacji, suszonych owoców, wody różanej… aż jeść się chce!

A i czytać się chce, tym bardziej, że niezmiernie podoba mi się sposób formułowania przez autorkę myśli; że wybitnie mi odpowiada jej styl pisania, po polsku oddany przez doświadczonego tłumacza, Michała Kłobukowskiego, bez najmniejszego potknięcia; wreszcie, że dzięki starannej korekcie nie trzeba się męczyć z usterkami interpunkcyjnymi czy literówkami (jedyny niewypał, jeśli chodzi o kwestie edytorskie, to pomysł wydrukowania not biograficznych autorki i tłumacza, zajmujących wewnętrzne strony okładki, pomarańczową czcionką na bordowobrązowym tle, wskutek czego tekst jest widoczny jedynie w silnym świetle, skierowanym bezpośrednio na papier). To moja trzecia powieść Shafak i trzecia bardzo dobra – byle tak dalej!

[1] Elif Shafak, „Bękart ze Stambułu”, przeł. Michał Kłobukowski, wyd. Wydawnictwo Poznańskie, 2021, s. 12.
[2] Tamże, s. 41.
[3] Tamże, s. 44.
[4] Tamże, s. 43.
[5] Tamże, s. 362.
[6] Tamże, s. 272.
[7] Tamże, s. 160.
[8] Tamże, s. 190.
[9] Tamże, s. 183.
[10] Tamże, s. 67.
[11] Tamże, s. 240.
[12] Tamże, s. 195.
[13] Tamże, s. 182.

Ocena recenzenta: 5/6

(c)Wszystkie prawa zastrzeżone. Kopiowanie bez zgody autora zabronione.

Wyświetleń: 214
Dodaj komentarz
Patronaty Biblionetki
Biblionetka potrzebuje opiekunów
Recenzje

Użytkownicy polecają:

Redakcja poleca: