Dodany: 2021-05-08 12:41|Autor: jolekp

Redakcja BiblioNETki poleca!

Książka: Miasto niedźwiedzia
Backman Fredrik

"Sport opowiada historie"[1]


„Jeśli dojechałeś do Björnstad, to jesteś za daleko”[2], głosi żartobliwy drogowskaz. Jednak jest w nim ziarno prawdy. Björnstad to miasteczko pośrodku niczego, z roku na rok coraz mniej w nim domów, a coraz więcej lasów. Wędrując po nim mija się „[f]abrykę – największego pracodawcę w mieście, który już trzy lata z rzędu »optymalizuje kadrę pracowniczą«, jak w pięknych słowach nazywa się zwolnienia. Duży supermarket, który usunął z rynku mniejsze sklepy spożywcze. Ulicę handlową w różnym stopniu ruiny i coraz cichszą dzielnicę przemysłową. Sklep sportowy z działami myśliwskim, wędkarskim oraz hokejowym. I to by było na tyle. Trochę dalej: pub Futro, dokąd uczęszcza śmietanka towarzyska miasta, mężczyźni gotowi spuścić łomot ciekawskiemu turyście, który się tu zapuści”[3]. „Wszyscy w Björnstad oczywiście nienawidzą dużych miast, noszą w sobie ciągłą złość, że wszystkie zasoby naturalne są w lesie, ale wszystkie pieniądze lądują gdzieś indziej”[4]. Nie ma tu w zasadzie żadnych większych perspektyw. Odstrasza także klimat, wyjątkowo surowy nawet jak na szwedzkie realia. W Björnstad nie ma niczego godnego uwagi, niczego co by sprawiało, że warto tu pozostać. Ale Björnstad ma hokeja.

„Niektórzy twierdzą, że hokej jest jak religia, ale to nieprawda. Hokej jest jak wiara. Religia to coś między tobą a innymi ludźmi, jest pełna interpretacji, teorii i opinii. Wiara natomiast… jest tylko między tobą a Bogiem. To uczucie w piersi, gdy sędzia wyjeżdża na lód i staje między dwoma rozpoczynającymi grę zawodnikami, odgłos uderzających o siebie kijów, czarny krążek opadający pomiędzy nimi. Wszystko rozgrywa się wtedy między tobą a hokejem”[5].

Björnstad jest miastem hokeja. To stąd lata temu wyszło kilku legendarnych zawodników, na czele z obecnym dyrektorem sportowym miejscowego klubu hokejowego, Peterem Anderssonem. Potem nadeszło parę chudych lat, miasto podupadło, jego sława nieco wyblakła, ale teraz jest szansa, żeby mogło rozbłysnąć na nowo, a wszystko to za sprawą drużyny ligi młodzieżowej, prowadzonej przez młodego, ambitnego trenera, Davida.

Dlaczego hokej jest tak ważny? Bo ze sportem zawsze wiążą się emocje – tym większe, im częściej się wygrywa, więc hokej staje się najłatwiej dostępną rozrywką. Poza tym to właściwie jedyna rzecz, którą miasteczko może się jeszcze poszczycić, ich jedyna duma. „To dzieje się pomiędzy ludźmi a hokejem, pomiędzy miastem, które chce wierzyć, a światem, który od lat mówił im, żeby odpuścić”[6]. To też długo wyczekiwana szansa, że poprzez hokejowy sukces coś zmieni się na lepsze, otworzą się nowe perspektywy. Że coś w mieście pójdzie do przodu, bo miasto, które stoi w miejscu, prędzej czy później znika.

Do Björnstad zaglądamy po raz pierwszy w przeddzień meczu półfinałowego. Emocje sięgają zenitu, Peterowi wszystko leci z rąk, żołądek Davida nie przyjmuje pokarmów stałych, wszystkie oczy zwrócone są w stronę tych kilku jeszcze nie całkiem dorosłych chłopców, w nich pokładana jest cała nadzieja miasta. „Wszyscy budzą się zatopieni w marzeniu o tym, że mecz juniorów wszystko zmieni. Czy dzięki niemu władze gminy znów zwrócą wzrok w stronę lasu? Otworzą liceum hokejowe, a może i galerię handlową?”[7]

A kto jest w drużynie? Przede wszystkim Kevin, samorodny talent i główny filar zespołu, któremu wszyscy wróżą wielką międzynarodową karierę. To niemal idealna figura „złotego chłopca”: pochodzi z jednego z bogatszych domów w okolicy, ma wszelkie warunki do rozwoju i właściwie nieograniczone zasoby materialne, ale żadnego wsparcia emocjonalnego. Wobec Kevina od zawsze stosowany był zimny wychów, w jego domu niemal programowo nie okazuje się uczuć, ojciec nigdy nie widział żadnego meczu, ale za to ma wielkie ambicje. „Kevin dzwoni do niego od razu po każdym meczu. Niektórzy ojcowie pytają: »Wygraliście?«, ale jego pyta: »Jak dużo wygraliście?«. Kevin słyszy, że ojciec zawsze zapisuje wyniki – całą jedną część piwnicy zajmują schludnie ułożone pudła wypełnione grubymi zeszytami ze staranną statystyką z każdego meczu Kevina, odkąd był małym chłopcem. Z pewnością wielu uważa, że to błąd pytać swojego syna: »Ile strzeliłeś bramek?« zamiast »Strzeliłeś jakaś bramkę?«, ale zarówno ojciec, jak i sam Kevin odpowiedzieliby na to to samo: »Ile bramek strzelili ich synowie?«”[8].
Benji, najlepszy przyjaciel Kevina i jego główna boiskowa podpora, „[c]hłopiec o najpiękniejszej twarzy, najsmutniejszych oczach i najdzikszym sercu”[9], w którym kochają się wszystkie dziewczyny w okolicy. Benji jest duszą drużyny, jej motorem napędowym i największym autorytetem dla kolegów. To też człowiek, „który za mało troszczy się o przyszłość, a za dużo dręczy przeszłością”[10], dźwiga na sobie ciężar rodzinnych tajemnic, zdecydowanie przesadza z używkami i zbyt wiele problemów rozwiązuje przemocą. Jest niewyczerpanym źródłem zmartwień dla swojej mamy, bo wie ona z doświadczenia, że „takich mężczyzn nie czeka nic innego niż problemy”[11].
Amat, niepozorny syn sprzątaczki – sądząc po imieniu, najprawdopodobniej emigrantki z jakiegoś arabskiego kraju, mieszkający w najbiedniejszej dzielnicy, lekceważony i pogardzany przez wszystkich, także z racji swojej drobnej budowy. O takich, jak on mówi się, że są mali wzrostem, ale wielcy duchem. Amat nie ma najlepszych warunków fizycznych ani szczególnego talentu, ale ma determinację, wytrwałość i cel, do którego dąży.
Bobo, którego główną wartością w grze jest siła i wielkość tarana. Zdaje sobie sprawę ze swoich ograniczeń i z tego, że nigdy nie będzie wielkim zawodnikiem, bardzo lubi się popisywać, choć „nikt nigdy nie posądzał Bobo o myślenie”[12]. Za fasadą z brutalności i rubasznego humoru kryje się całkiem szlachetne serce.
Postaci jest dużo więcej, nie wszystkie są związane bezpośrednio z drużyną, ale wszyscy są jacyś i choć niektórzy wydają się być mniej ważni od innych, to nikt nie sprawia wrażenia sztucznego tłumu.
Poza Kevinem, żaden z zawodników nie ma szczególnie dobrej techniki ani wyjątkowego talentu, większość nie jest nawet na tyle dobra, żeby przejść do ligi seniorskiej, ale ich siłą jest to, że są drużyną. Trenerowi Davidowi udało się stworzyć silne, niemal rodzinne więzi, sam jest dla swoich zawodników czymś w rodzaju drugiego ojca, a dla jego podopiecznych hasło „jeden za wszystkich, wszyscy za jednego”, nie jest tylko pustym sloganem, ale sposobem na życie. Ta solidarność to coś co budzi szczery podziw, ale i przeraża, może być siłą, która będzie w stanie udźwignąć każdy problem, ale też niszczycielskim żywiołem zostawiającym po sobie zgliszcza. Drużyna jest dowodem na to, że ma się swoje miejsce na ziemi, że się gdzieś przynależy, że to, co się robi jest ważne. Że samemu jest się ważnym.

W związku z tym członkom drużyny juniorskiej wolno właściwie wszystko. Poniewieranie młodszymi zawodnikami? No pewnie. „Pożyczenie” skutera bez pytania właściciela o zgodę? Jak najbardziej. Impreza tak szalona, że sąsiadom w promieniu kilkuset metrów drżą szyby w oknach? Oczywiście. Nazywanie nauczycielki „cukierkową majteczką”? Nie ma sprawy. Chłopcy czują się zupełnie bezkarni – przecież nie może być żadnych poważnych konsekwencji, one mogłyby zagrozić wynikowi meczu, a tego nikt w mieście nie zaryzykuje – więc powoli tracą wszelkie hamulce i zacierają się im granice pomiędzy tym, co może i niewłaściwe, ale jeszcze dopuszczalne, a tym, co jest już nie do wybaczenia.

Nigdy nie widziałam żadnego meczu hokejowego, nie mam emocjonalnego związku z tym sportem. Właściwie wiem o nim tylko tyle, że jest jeden krążek, bramki są dwie, zawodnicy z kijami jeżdżą na łyżwach i leją się częściej niż kibice. Powiem wam szczerze, że wiedza na tym poziomie w zupełności wystarczy, żeby cieszyć się sportową częścią książki, bo Backman potrafi zbudować słowem dokładnie te emocje, które zna każdy, kto oglądał kiedyś z zaangażowaniem jakiekolwiek zawody. Czytając jego opisy czuje się chłód bijący od lodu, słyszy chrzęst łyżew i gwar rozentuzjazmowanego tłumu. W ten sposób autor ustawia czytelnikowi zupełnie inną perspektywę – nie jest on już postronnym obserwatorem patrzącym na wszystko z bezpiecznego dystansu, ale wiernym kibicem ukochanej drużyny. Ten odmienny punkt widzenia wbrew pozorom okaże się kluczowy dla odbioru dalszej treści książki. Uważam, że to posunięcie jest ze strony autora absolutnie genialnie przemyślane. Ponadto, ponieważ kibicowanie niejako z definicji wymaga emocjonalnego zaangażowania, jest to książka, w której niezwykle łatwo jest się zakochać.

„Miasto niedźwiedzia” to wspaniała opowieść o istocie sportu, jego roli w społeczeństwie i o tym, co tworzy prawdziwego sportowca, nawet jeśli nigdy nie zapisze się on w zbiorowej pamięci spektakularnym sukcesem. Prawdziwy sportowiec to ten, który odmraża policzki tak, że do końca życia zostaną ślady, codziennie wstaje o piątej rano i trenuje aż do bólu, który najpierw znosi, potem się nim rozkoszuje, aż w końcu zaczyna za nim tęsknić. Wszystko to dla tej jednej chwili, jednego startu, jednego meczu, tylko po to, by cieszyć się po zwycięstwie lub płakać po porażce, a następnego dnia wstać i zacząć od nowa. Dla niektórych sport jest jedyną szansą, żeby wyrwać się z patologicznego środowiska i samemu się nie stoczyć. By odnieść sukces i pokazać innym, że jest się kimś więcej, niż tylko ofiarą z „limem pod okiem, na które każdy zwracał uwagę, ale nikt nie pytał”[13]. Żeby zapewnić sobie lepszy los. Sport może sprawić, że niemożliwe przestaje istnieć. Ale to nie tylko to.

Bo to też historia o przyjaźni. O tym, co tworzy prawdziwą więź, a co jest jej definitywnym końcem. Kiedy należy kogoś wesprzeć, na co można przymknąć oko, co da się wybaczyć, a kiedy nielojalność jest jedynym sposobem, by samemu pozostać przyzwoitym człowiekiem, nawet jeśli czasem to najtrudniejsza rzecz na świecie. O tym, że są sytuacje, w których nie da się być neutralnym, że kiedy nic nie robisz, to tak naprawdę decydujesz się nie stanąć po właściwej stronie. O tym, że „można coś kochać, nie kochając w tym wszystkiego. Nie ma się czego wstydzić, nawet jak nie jest się z tego dumnym. To działa zarówno w stosunku do hokeja, jak i do przyjaciół”[14].

To ciekawe, jaką rolę w życiu odgrywają czasem drobne przypadki. Dziesięć lat temu usłyszałam od znajomej wyjątkowo czerstwego suchara o niedźwiedziu z tobołem. Pięć lat później przypomniałam go sobie, wybierając mój podpis biblionetkowy i dziś to właściwie moja oficjalna ksywa. A po kolejnych pięciu, gdy grzebałam na stronie księgarni, moją uwagę przykuła pewna książka, tylko dlatego, że miała niedźwiedzia w tytule. Mogę tylko powiedzieć, że warto czasem słuchać sucharów, jeśli potem można polecić innym naprawdę dobrą książkę – zdecydowanie najlepszą, jaką czytałam w tym roku, a możliwe, że nie tylko w tym. Mam nadzieję, że Wy również dacie się namówić na krótką wizytę w mieście hokeja i głęboko wierzę, że nie będziecie tego żałować.

[1] Fredrik Backman, "Miasto niedźwiedzia", przeł. Anna Kicka, wyd. Sonia Draga, 2020, s. 48.
[2] Tamże, s. 127.
[3] Tamże, s. 55.
[4] Tamże, s. 42.
[5] Tamże, s. 151.
[6] Tamże, s. 172.
[7] Tamże, s. 126-127.
[8] Tamże, s. 138.
[9] Tamże, s. 53.
[10] Tamże, s. 53.
[11] Tamże, s. 53.
[12] Tamże, s. 299.
[13] Tamże, s. 43.
[14] Tamże, s. 301.

(c)Wszystkie prawa zastrzeżone. Kopiowanie bez zgody autora zabronione.

Wyświetleń: 591
Dodaj komentarz
Patronaty Biblionetki
Biblionetka potrzebuje opiekunów
Recenzje

Użytkownicy polecają:

Redakcja poleca: