Dodany: 2019-11-09 10:33|Autor: Marioosh

Redakcja BiblioNETki poleca!

Książka: Wotum nieufności
Mróz Remigiusz (pseud. Løgmansbø Ove)

4 osoby polecają ten tekst.

Polski "House of Cards" - litości...


Przyznam, że szlag mnie trafia, gdy widzę, że coś/ktoś jest polskim odpowiednikiem czegoś/kogoś: stare Myslovitz, jeszcze z Rojkiem, nazwano polskim Oasis, Michał Probierz przez pewien czas był polskim Jose Mourinho, a Joannę Chmielewską okrzyknięto polską Agathą Christie; gdy więc zobaczyłem na okładce „Wotum nieufności”, że jest to polski „House of Cards”, to od razu wiedziałem, na czym stoję i czego się mogę spodziewać.

Mariusz Wimmer, prezydent z partii lewicowej, oświadcza, że ze względu na poważną chorobę ustąpi z urzędu; jego obowiązki czasowo ma pełnić marszałek Sejmu Daria Seyda z ugrupowania umiarkowanie liberalnego. Między tymi partiami dochodzi do swoistych targów odnośnie najważniejszych stanowisk w kraju i najbardziej ma na nich ucierpieć partia konserwatystów – liberałowie mają cofnąć poparcie dla komisji śledczej prowadzonej przez prawicowego posła Patryka Hauera. Tymczasem Seyda udaje się do Moskwy w sprawie porwania w Dagestanie rodziny polskich turystów i prezydent Rosji składa jej kontrowersyjną ofertę; w tym czasie marzący o prezydenturze Hauer chce w sprawie prac swojej komisji udać się na Słowację, ale na polecenie spanikowanego premiera zatrzymuje go ABW. I gdy rozpoczyna się kampania wyborcza, okazuje się, że Hauer, ale przede wszystkim jego żona, ma w ręku bardzo mocne karty.

Jest w tej książce ciekawy cytat: „Mogli deliberować bez końca, tworząc dziesiątki hipotetycznych wersji. Czasem Hauer miał wrażenie, że właśnie do tego sprowadza się cała ich praca”[1]. I tak właściwie ten jeden cytat pokazuje treść całej powieści – deliberowanie bez końca. A gdy dołożymy do tego typowe elementy prozy Remigiusza Mroza, czyli miałkość intrygi przysypaną masą nieprzydatnej wiedzy, sporo product placementu, naukę poprawnej polszczyzny i akcję od kulminacji do kulminacji, to dostaniemy klasycznego zabijacza czasu udającego wielką literaturę. Postacie są nieznośnie papierowe: prezydent niewiedzący czego chce, marszałek zbierająca ochrzan od męża za to, że nie zadzwoniła, poseł-radykał przy byle okazji cytujący „Sztukę wojny” Sun Zi i będący marionetką żony; dialogi są sztuczne i drętwe („-Coś ewidentnie tąpnęło. -Jeśli już trzymamy się sejsmicznych porównań, to raczej było to trzęsienie ziemi. O magnitudzie co najmniej siedmiu stopni w skali Richtera”[2]), a wiarygodność intrygi znikoma. Weźmy trzy przykłady: po pierwsze, gdy urząd prezydenta obejmuje marszałek, to zwolnione w ten sposób stanowisko obejmuje wicemarszałek, więc po co jest targowanie się o ten urząd? Po drugie: pani prezydent udaje się do Moskwy i tam, bez uzgodnienia z kimkolwiek, dokonuje specyficznego targu niczym Zagłoba handlujący Niderlandami. A może tak można? A po trzecie: dziennikarz będący elementem w/w targu, patrząc logicznie, od powrotu Seydy do Polski powinien być pilnowany jak oko w głowie, a on tymczasem ot, tak sobie znika. Ja wszystko rozumiem, Mróz w programie u Jagielskiego powiedział, że taka jest jego licentia poetica, ale skoro w książce wymienia się paragrafy ustaw i punkty z Konstytucji, to dobrze byłoby być konsekwentnym i trzymać się tych zasad do końca. Mogę, oczywiście, się mylić, nie jestem konstytucjonalistą i jeśli nie mam racji to zwracam panu Mrozowi honor, ale na „chłopski rozum” coś mi tu nie pasuje; jeśli jednak mam rację, to jest to dowód na swobodne żonglowanie przez autora wszystkim, czym się da w imię poczytności i zysku.

I kto ma być polskim Frankiem Underwoodem? Hauer? Nie, no, litości... A skoro już jestem przy polskich odpowiednikach, to czyim odpowiednikiem jest Remigiusz Mróz? Na razie wyszło mi, że jest polskim Chrisem Carterem, Danem Brownem, Johnem Grishamem i Robertem Ludlumem; uważam jednak, że jest polskim Borisem Akuninem – ten pisarz też potrafił napisać wszystko, jego cykl o Eraście Fandorinie mnie po prostu zachwycił, ale proszę zwrócić uwagę, że napisałem „potrafił”, bo w pewnym momencie położył nacisk na ilość i, jak powiedziała jedna znajoma bibliotekarka, „się skiepścił”. Powiem brutalnie: w książce „O pisaniu na chłodno” Mróz napisał, że od początku był pewny, że pisarstwo będzie jego pracą – najwyraźniej postanowił pracować na akord.

I już na sam koniec tej krytyki: ś.p. Lidia Ostałowska przypomniała w jakimś felietonie złotą myśl Antoniego Czechowa: „Pisanie jest sztuką skracania, a zwięzłość to siostra talentu”; zresztą sam Mróz w często cytowanej przeze mnie instrukcji pisania książek jeden rozdział poświęcił skracaniu – w odpowiedzi na to mam taki cytacik: „Pokręcił głową, przykładając otwieracz do kapsla. Zamachnął się z dołu i z impetem go trącił. Rozległ się syk, a kapsel wystrzelił w górę [3]”. Jeszcze jakieś pytania?

[1] Remigiusz Mróz, „Wotum nieufności”, wydawnictwo Filia, Poznań 2017, str. 55;
[2] Tamże, str. 100;
[3] Tamże, str. 339.

(c)Wszystkie prawa zastrzeżone. Kopiowanie bez zgody autora zabronione.

Wyświetleń: 361
Dodaj komentarz
Przeczytaj komentarze
ilość komentarzy: 1
Użytkownik: misiak297 2019-11-10 21:11 napisał(a):
Odpowiedź na: Przyznam, że szlag mnie t... | Marioosh
Jeśli chodzi o porównania... Widziałem w twórczości Mroza kryminalny odpowiednik "Trędowatej" (pod względem poziomu). Natomiast ostatnio znalazłem całkiem niebanalne porównanie jego książek do literackiego disco polo.
Patronaty Biblionetki
Biblionetka potrzebuje opiekunów
Recenzje

Użytkownicy polecają:

Redakcja poleca: