Dodany: 2019-10-01 13:36|Autor: pawelw

Książki i okolice> Konkursy biblionetkowe

ZIMNO W LITERATURZE - konkurs nr 231


Przedstawiam KONKURS nr 231, który przygotowała Joyeuse

ZIMNO W LITERATURZE

Mam przyjemność przedstawić konkurs „ZIMNO w LITERATURZE”.

Zimno, czyli takie zjawiska jak mróz, lód, lodowce, śnieg, zadymki śnieżne, lodowate wiatry kojarzą się zwykle z zimą, ale nie tylko wtedy występują. Ich domeną są także wysokie góry, Antarktyda i Arktyka lub... fantastyka.
Jedną z najpiękniejszych rzeczy na Ziemi jest zimowy krajobraz. A co powiecie na ośnieżone, skrzące się blaskiem drzewa? Pamiętam jak kiedyś złapała mnie zadymka śnieżna, taka, że na metr nic nie było widać. Jaka byłam szczęśliwa, to było takie wspaniałe przeżycie. Choć pewnie, gdyby mi się coś takiego przytrafiło na jakiś pustkowiach, a nie w mieście, raczej nie byłabym tak bardzo szczęśliwa.
Ale nie da się ukryć, że uwielbiam zimę :)

Uwagi dot. konkursu.

Jest 27 fragmentów konkursowych. Do zdobycia 54 punkty – za każdy fragment 2 punkty. Jeden za odgadnięcie autora, drugi za tytuł.

Odpowiedzi proszę wysyłać w prywatnej wiadomości z tytułem: Konkurs+swój nick.

Termin nadsyłania odpowiedzi upływa 14 października o godz. 23:59.

Zwycięzcą konkursu zostaje osoba, która jako pierwsza prześle wszystkie prawidłowe odpowiedzi lub zdobędzie najwięcej punktów spośród wszystkich uczestników.

Imiona/nazwiska/nazwy/miejsca rozpoznawalne oznaczyłam literami „X”, „Y”, „Z” lub zostawiłam tylko pierwszą literę.

Prawie wszystkie książki (oprócz dwóch) z których pochodzą fragmenty konkursowe mam ocenione.

ZAPRASZAM DO ZABAWY


--------------------------------------------------

ŚNIEG

1.

Szedł przed siebie w mrocznych i mroźnych ciemnościach.
To było niezwykłe, niesamowite przeżycie. Szedłem przez sparaliżowane miasto... Nie, to złe określenie – poprawia się. - To było miasto, przynajmniej ja miałem takie wrażenie, zamarłe. Był późny wieczór. Szedłem tak o dziewiątej, dziesiątej. Cały Wrocław tonął już w zaspach śniegu. Na dodatek było kompletnie ciemno. Na ulicach nie świeciły lampy, nie było świateł w budynkach. A kto mógł, siedział w domu. Szło się ciemnymi ulicami, takimi tunelami wśród bloków, a później kamienic, patrząc na światełka świec w oknach. Bo ludzie ten wieczór sylwestrowy spędzali przy świecach. Ulice były puste, z rzadka kogoś spotykałem. Oprócz tych świec błyskających tu i ówdzie w oknach największe wrażenie zrobiły na mnie porzucone samochody, autobusy i tramwaje. Zaspy wokół były ogromne. Te samochody w nich ugrzęzły i ludzie je tak po prostu zostawili, porzucili, bo i też nic innego zrobić nie mogli. Stanęła cała sieć tramwajowa. Tam, gdzie tramwaj stanął, bo nagle prąd przestał płynąć w trakcji, tam został. Z otwartymi drzwiami. Ciemne puste wozy na środku ulicy, na przystankach, na skrzyżowaniach. Takie widma tramwajowe. Przez otwarte drzwi wpadał śnieg, więc one po paru godzinach były zasypane nie tylko na zewnątrz, ale i wewnątrz. Mnie to wszystko kojarzyło się z filmem science fiction. Z kinem katastroficznym, w którym Marsjanie wybijają całą ludność i pozostawiają porzucone miasto.


2.

O tej porze samochodem można dojechać tylko do czegoś na kształt skrzyżowania przed słupem wysokiego napięcia, bo potem już nie ma jak zawrócić. Wszystko trzeba więc nieść na plecach. Idzie się pod górę, zapadając po uda, z latarkami na głowach, które w śnieżycę jeszcze skracają widoczność. Hyttę widać dopiero na kilkanaście metrów przed. Ciekawe, jak w takiej widoczności dałoby się zauważyć niedźwiedzia polarnego i oddać bezpiecznie strzał ostrzegawczy w powietrze nad jego głową. (…)
Zmysły wariują w taką pogodę. Im dłużej jest ciemno, tym mniej im można ufać. Wcześniej wydawało nam się, że śnieg pada z chmur, ale tutaj, w tej ciemnej dolinie, nagle okazuje się, że niebo jest rozgwieżdżone, jak to tylko potrafi być na „X”, a zorza kręci oberki widoczne na całą dolinę. Gwiazdy i góry są zielone, a śnieg wcale nie pada. To wiatr go niesie po tej białej pustyni i przewiewa po grzbietach reniferów, które leżą wprost na ziemi. Są niewidoczne, dopóki światło latarki nie odbije się w oczach któregoś z nich. Stracił gdzieś róg i wygląda jak jednorożec z bajki dla smutnych dorosłych. Nie podnosi się, bo oszczędza energię. Jak wstanie, to będzie zawzięcie kopał śnieg w poszukiwaniu zeszłorocznych przemarzniętych źdźbeł. Pożuje trochę, narzuca bobków i tak całą noc.
Wejście do hytty jest od zawietrznej, więc rzadko kiedy wieje tak, żeby nie dało się otworzyć drzwi. Wiatr porozrzucał kawałki porąbanego drewna, a wokół utworzył ze śniegu przepiękne zaspy, parawan wysoki na metr, dwa. Na zboczach gór właśnie w takich zaspach niedźwiedzice budują swoje jamy, w których rodzą młode. W hytcie jest ciepło, zaledwie minus cztery stopnie, bo na ścianach wiszą dwa elektryczne grzejniki, które włączają się po wysłaniu esemesa na odpowiedni numer. To między innymi po to potrzebny był ten kabel z prądem. Nie są jednak w stanie nagrzać hytty, więc woda i tak zamarza w metalowym baniaku, ale przynajmniej para z ust nie unosi się tak obficie. W prognozie pogody mówili, że jutro wszystko ma ucichnąć. A nuż będzie wreszcie można zobaczyć cokolwiek z tego bezksiężycowego teraz krajobrazu.


3.

Ściany pałacu były zrobione ze śnieżnej zawiei, a okna i drzwi z ostrych wiatrów; było tam przeszło sto sal, zależnie od tego, jak zawiał śnieg; największa sala rozciągała się na wiele mil, wszystkie oświetlało silne światło zorzy polarnej; były wielkie, puste, lodowato zimne i błyszczące! Nie panowała tu nigdy radość, nie odbył się tu nawet ani razu balik niedźwiedzi, na którym mógłby zagrać wicher i gdzie by białe niedźwiedzie mogły chodzić na tylnych nogach i popisać się swoimi dobrymi manierami; nie było tu nigdy towarzyskich zabaw ani otwierania paszcz i bicia łapami; białe lisice nie plotkowały tu nigdy przy herbatce; puste, wielkie i zimne były sale „X”. Zorza północna paliła się tak równomiernie, że można było według jej światła oznaczyć, kiedy znajdowała się na najwyższym punkcie, a kiedy na najniższym. Pośrodku pustej, nieskończonej, śnieżnej sali leżało zamarznięte jezioro, które popękało na tysiące kawałków, ale jeden kawałek był podobny do drugiego, było to prawdziwe dzieło sztuki; pośrodku tego jeziora siadywała „X”, wtedy gdy była w domu, i wówczas mówiła, że siedzi na zwierciadle rozsądku i że to jest jedyne i najlepsze zwierciadło na świecie.


WIATR, ZAWIEJA ŚNIEŻNA

4.

W południe wychodzę na wiatr. Idę odwiedzić swojego sąsiada Wołodię, który jest strażnikiem rezerwatu w bazie na przylądku „X”, piętnaście kilometrów na północ od mojej chaty. (…)
Za przylądkiem, który osłania moją chatę, wiatr wieje bardziej z północy. Cedry kołyszą czubkami. Dają znaki jak tonący. Kto przybędzie na pomoc drzewom?
Nie przewidziałem, że wiatr przybierze na sile. Idę na skróty przez jezioro w stronę „X”, trzymając się kilometr lub dwa od brzegu, otulony kurtką Canada Goose, przewidzianą na minus czterdzieści stopni. Na twarzy mam neoprenową maskę i gogle dla alpinistów, na rękach arktyczne rękawice. Ubieranie zajęło mi dwadzieścia minut. Najważniejsze to nie wystawiać na zewnątrz najmniejszego skrawka nagiej skóry.
Dziś „Y” choruje na łuszczycę. Obłazi z niego śnieg. Wiatr szarpie go zębami, pozostawiając tu i ówdzie na obsydianie lodu okrągłe białe łaty jak plamy na skórze orki. Powierzchnia czernieje, w miarę jak lód się obnaża.
Raki wgryzają się w lakę. Bez nich zniosłoby mnie na środek jeziora. Wiatr na łeb na szyję spada z gór, omiata tajgę. Wołodia powie mi potem, że prędkość w podmuchach dochodzi do stu dwudziestu kilometrów na godzinę. Muszę iść zgięty w pół. Czasem silniejszy podmuch zatrzymuje mnie w miejscu.
Wpatruję się w parcelę lodu, widoczną przez wycięcie kaptura z futra kojota. Ogony śniegu wiją się po zwierciadle z gracją meduz. Wzdłuż pęknięć zespawanych mrozem lód jest turkusowy jak laguna. Po tym tropikalnym interludium następuje długa kałuża dymnego szkła. Słońce rozświetla strumienie białej lawy w szczelinach. To uwięzione w lodzie pęcherzyki powietrza. Waham się postawić nogę na tych meduzach z masy perłowej. Wodne wizje falują poprzez gogle. Kiedy zamknę oczy, ich obraz pozostaje na siatkówce.


5.

Przed nami pojawiło się ze sto husky. Były rozsiane równomiernie po całym polu jak kwitnące psie uprawy. Każdy miał drewniana budę i tabliczkę z imieniem. (…)
Psy, psy, psy – jak okiem sięgnąć. Ale żadnych ludzi.
Gdzie jest reszta? - zapytałam zaniepokojona.
Sebastien wskazał głową równinę za lasem.
Już pojechali.
Możemy ich dogonić? - Próbowałam ukryć konsternację.
Chcesz się pobawić w pościg? - Wyglądał na rozbawionego. - Da się zrobić!
Sprawnie i bez zbędnej gadaniny zaprzągł sześć psów i zaproponował miejsce w saniach. Nie sądziłam, że mają tak niską i cienką podstawę – całość nieco więcej niż kilka balsowych desek i wykładzina.
Trzymaj to. - Sebastien wręczył mi linę.
W porządku – odparłam, zastanawiając się, czy siedzę w prawidłowej pozycji – z nogami wyciągniętymi przed siebie.
Wyglądałam jak podparta lalka. Ale zanim zdążyłam zapytać, już ruszyliśmy.

Zatrzęsło nami, sanki zaklekotały i już pięć sekund po tym gwałtownym starcie było mi przeraźliwie zimno. Nie wzięłam pod uwagę zacinającego wiatru podczas jazdy, nie zauważyłam też braku wymarzonych kaszmirowych narzut. Zamiast tego siedziałam na tartanowej podkładce i zamarzałam. Żałowałam, że nie skorzystałam z propozycji pożyczenia dodatkowego ubrania. Kurtki i kamizelki wyglądały jak stroje robocze drwala, ale przynajmniej grzały jak trzeba. Tymczasem moje ciało drętwiało coraz bardziej z każdym odgłosem psich łap tratujących śnieg.
Mimo to ich susy były tak pełne gracji, a ich puchate ogony powiewały zawadiacko, że nie mogłam się powstrzymać od uśmiechu.


6.

„X” - Zaczęło kurzyć. Porywany przez wiatr wczorajszy sypki śnieg unosił się tumanami, a potem raptownie opadał, jakby chciał zasypać nas wyrwanymi spod nóg płatkami. Szło się dość kiepsko, bo na śliskim i twardym firnie leżała kilkucentymetrowa warstwa sypkiego, osuwającego się puchu.
„Y” - Chcąc uniknąć szalejącego na grani wiatru próbowaliśmy zejść nieco niżej. Okazało się jednak, że zdmuchiwany z góry śnieg utworzył poniżej grani sięgające do pół łydki zaspy, na których w każdej chwili można się było poślizgnąć i zjechać aż na Przełęcz.
„X” - (…) Dlatego takie ważne jest doświadczenie – lata wspinaczki i miesiące chodzenia po Himalajach. Człowiek, który by tu był pierwszy raz, miałby znikome szanse ujścia z życiem. (…)
„Y” - Szarpały nami gwałtowne porywy nasilającej się wichury. Stąpaliśmy ostrożnie mając świadomość, że śnieg, po którym idziemy, może się w każdej chwili oderwać od skalnego podłoża. Normalnie w takiej sytuacji należałoby asekurować się liną, zakładać stanowiska, wkręcać śruby, ale to zwolniłoby tempo marszu, a nasza walka o Everest była na razie głównie walką z czasem. (…)
Porywisty, lodowaty wiatr smagał nas po twarzach. Żeby uniknąć zadawanych przez wichurę razów, odwracaliśmy głowy i szliśmy twarzami do stoku. Co chwila wydawało mi się, że szczyt jest tuż-tuż, że jeszcze najwyżej kilka minut, kilka kroków dzieli nas do końca wspinaczki, a potem wchodziłem na któryś z kolejnych wierzchołków i spostrzegałem następny, następny, następny...
Dokładnie o czternastej dwadzieścia pięć stanąłem w końcu na tym prawdziwym, najwyższym, najważniejszym wierzchołku – na szczycie Mount Everestu. Chwilę potem „X” był już przy mnie.


7.

Tylko ten cholerny wiatr.
Nie wytrzymuję:
A., spróbujmy już nie nową drogą, ale drogą normalną. Przynajmniej wejdziemy na szczyt.
Dobra – odparł. A. jest młody, ale ufa mi. A przede wszystkim ma w sobie sakramencko silny ciąg do przodu. Ten typ psychiki, który w wysokich górach znaczy więcej niż technika i kondycja. (…)
Okazuje się, że czeka nas jednak jeszcze bardzo daleka droga. Do tego wieje tak silny wiatr, że gdy o czwartej dochodzimy do miejsca już na drodze normalnej, tam gdzie są ślady dawnych obozów (7500 m), rozbicie namiotu pochłania nam dwie godziny. Nie potrafimy się długo uporać z wyrywaną z rąk wiatrem płachtą, wsadzeniem w kieszenie jej tkaniny, gnących się na wichrze masztów.
Robi się ciemno. Robi się strasznie.
Jesteśmy zziębnięci, głodni i cholernie zmęczeni. Jest zimno. Ten wiatr nas, po prostu, przeszywa mimo znakomitych puchowych ubrań, jakie mamy na sobie. Co z tego, kiedy nie możemy wejść do namiotu by się tam schronić.
Bez namiotu w takim „wygwizdowie” człowiek zaczyna po prostu sztywnieć i... zostaje.
A. to wyczuwa:
Uciekajmy. Schodzimy.
Dokąd uciekniesz? Nie da się. Trzeba przetrwać.
W takiej sytuacji trudno o właściwe słowa. Zwłaszcza, gdy zwracam się do A., który jeszcze przed rozpoczęciem wyprawy powiedział mi szczerze, w oczy, o tym, jak ponura opinia powstała wokół mojej osoby. Chcę tylko, by zrozumiał, że zabrnęliśmy tak daleko, że już nie można powiedzieć: „Przestaję się bawić, idę do domu”. Zaczyna się po prostu walka. O wszystko. Więc mówię tylko spokojnie:
Spróbujmy się tym namiotem chociaż tylko owinąć, może tak przetrwamy.
„Wchodzimy” do namiotu, a raczej wkładamy go na siebie. I siadamy na kamieniach, z których wywiało śnieg. Kuląc się w środku udało nam się rozepchać jego maszty na tyle, że płachta nie tłucze nas już po twarzach tylko łopocze o kilka centymetrów dalej.
Tak przetrwaliśmy tę noc.
Wiatr nie słabnie. Jest już jednak jasno, widać którędy można schodzić. Jesteśmy tak zziębnięci, że wiem już na pewno. Nie ma siły.
Nie damy rady wejść.
Schodzimy.


8.

Wydostałem z mojego schowka brulion w ceratowej oprawie pod zielonkawy marmurek, by dołączyć wycinek z „Gołosa Sibiri” i zanotować, co mi się przytrafiło.
Kiedy wyruszyłem z zaimki, mój niezawodny zegarek wskazywał godzinę ósmą. Na plecach miałem spory tobół z całomiesięczną zdobyczą futerkową. Po miesiącu chodzenia w lesie za zwierzyną czuję się na nartach pewnie, oczywiście nie tak swobodnie jak M., który zda się bosą nogą wyczuwać teren, do takiej perfekcji i znawstwa może dojdę po paru latach polowania na nartach, tymczasem, powiadam, nie miałem żadnych wątpliwości, że dojdę do „X”.
A mogłem nie dojść. W połowie drogi zorientowałem się, że zanosi się na zawieję śnieżną, więc zacząłem gnać co tchu. Było to ściganie się z białą śmiercią. Wiatr się wzmagał i gwizdał, kurzawa zrobiła się taka, że na dwa kroki nie było widać. Ja z pewnością zgubiłbym drogę i zginął w śnieżnej pustyni, gdyby nie Brysiek. On biegł przede mną wskazując drogę, a ostatnie kilometry, kiedy kompletnie nic nie widziałem, szczekał i powracał po mnie. Już czuł dymy ze wsi i nieomylnie prowadził do niej. Jak źle było, wystarczy powiedzieć, że kiedy w pewnej chwili oparłem się o jakiś słup i uniosłem głowę, ujrzałem przed sobą rzeźbioną bramę obejścia M. Do domu miałem jeszcze wiorstę. To było ponad moje siły.


MRÓZ

9.

J. rozejrzał się – do tej pory niewiele uwagi zwracał na to, co się dzieje dookoła, zajęty odmrażaniem i odkopywaniem cholernych drzwi – i przeżył prawdziwy szok. Zaraz potem zaczął się bać. Silnik warczał równomiernie, ale to było jedyne w miarę stałe odniesienie do rzeczywistości. Reszta zmieniała się jak w kalejdoskopie.
Padający śnieg to odsłaniał, to zakrywał elementy krajobrazu. Przez przednią szybę widoczność tylko krótkimi chwilami sięgała dziesięciu metrów; najczęściej oscylowała wokół zera. Nie było widać niczego; ani drogi, ani poboczy, ani zaparkowanych samochodów, przystanków czy znaków drogowych. Panował półmrok koloru ołowiu, jasne smugi rzucane przez reflektory tworzyły wraz z wirującym śniegiem kompozycje plastyczne przypominające sen wariata. (…)
Choć ogrzewanie działało z pełną mocą i w kabinie panowała znośna temperatura, nadmuch nie radził sobie z postępującym w zastraszającym tempie zamrożeniem przedniej szyby. Śnieg przylepiał się do szklanej, profilowanej tafli i nim wycieraczki zdołały go odgarnąć, zamarzał. Musieli przyjąć prostą jak drut procedurę: co kilka minut postój, pospieszne odskrobywanie szyb i rozpaczliwie pospieszne skrywanie się w kabinie.
Już drugie takie wyjście omal nie skończyło się źle. Wyskoczyli i szybko zorientowali się, że temperatura spadła od ich ostatniej bytności na świeżym powietrzu, dosłownie przed kilkoma minutami. Obaj w pośpiechu nie założyli gogli ani masek śnieżnych umożliwiających oddychanie w niskich temperaturach. Obszerne, obszyte futrem kaptury kurtek osłaniały co prawda twarz z trzech stron, ale wspomagany wiatrem mróz był już tak duży, że poczuli się bardzo źle. Wiatr i śnieg siekły wściekle odkryte fragmenty twarzy, wciskały się w każdą lukę. W pośpiechu i niemal na oślep machnęli kilka razy skrobaczkami i wrócili do kabiny. W milczeniu sięgnęli do plecaków i wyciągnęli maski i gogle. Chwilę otrząsali się z szoku, po czym K. położył ręce na kierownicy. Maszyna ruszyła do przodu.
Minus trzydzieści pięć – mruknął komisarz, zerkając na odczyt temperatury.
A ma być jeszcze gorzej – J. tarł intensywnie policzek. - Za to wiatr chyba trochę osłabł.
Nie zauważyłem.
Ja też nie. Staram się myśleć pozytywnie.


10.

Tajemnica dotarcia na biegun południowy polega na stawianiu jednej nogi przed drugą dostateczną liczbę razy. Pod względem technicznym jest to proste. Nawet mysz może przecież zjeść słonia, jeśli tylko będzie odgryzała odpowiednio małe kawałeczki. Wyzwanie polega na tym, żeby tego chcieć. Największym wyzwaniem jest wstać rano przy pięćdziesięciu stopniach mrozu. Dzisiaj tak samo jak w czasach Roalda Amundsena i Roberta Scotta. A drugim z kolei? Być w zgodzie ze sobą.
Cisza wniknęła we mnie. Pozbawiony kontaktu ze światem zewnętrznym, odizolowany od wszystkiego, pozostawiony sam na sam ze sobą, byłem zmuszony do kontynuowania tych myśli, które już miałem w głowie. I co gorsza, do kontynuowania uczuć. Antarktyda to największa pustynia na świecie, składa się z wody i ma więcej godzin słonecznych niż południowa Kalifornia. Nie ma się tu gdzie schować. Codzienne drobne kłamstwa i półprawdy, które opowiadamy sobie w cywilizacji, z daleka wydają się całkowicie pozbawione sensu.
Zabrzmiało to może tak, jakbym posuwał się do przodu dzięki medytacji, ale to nieprawda. Czasami mróz i wiatr ściskały mnie jak lodowate obcęgi. Marzłem aż do płaczu. Nos, palce u rąk i nóg stopniowo bielały, traciłem w nich czucie. Gdy następuje odmrożenie jakiejś części ciała, pojawia się ból, który później znika. Powraca natomiast przy odmarzaniu. Całą energię, jaką miałem, poświęcałem na odzyskiwanie ciepła. Rozmarzanie odmrożenia jest bardziej bolesne niż zamarzanie. Później tego samego dnia, gdy już udało mi się rozgrzać, odzyskiwałem energię i znów mogłem śnić na jawie.


11.

W „X” zaledwie minus trzydzieści, a widok jak ze szkła. Wystarczy krzyknąć albo trzasnąć drzwiami i świat stłucze się niczym akwarium, a kryształowy lazur prześwitującego kosmosu pokruszy się w drobny mak. Czy to samolot z T. leci na południe, czy rysa pierwszego pęknięcia już przekreśliła niebo? Jeśli w taki czas nieopatrznie wysunąć nos spod uszanki, można go dotkliwie odmrozić, dłoń czy palec wyjęte z rękawicy skaleczy byle podmuch. Płuc w nic nie można ubrać, więc każdy oddech to cios nożem. Wdychasz ostrze za ostrzem, zazdroszcząc reniferom skomplikowanej budowy jamy nosowej. W nosie rena zimne powietrze musi pokonać kilkanaście zakrętów i zakamarków i dopiero w ten sposób ogrzane wpada do płuc. Czy to minus czterdzieści, czy czterdzieści pięć – nie ma większego znaczenia. Wystarczy, że trochę zawieje, twarz ostudzi i tuż przy skórze jest już minus sześćdziesiąt, a w powietrzu wiruje lodowy pył, miliony małych lodowych nożyków. Promienie słońca kaleczą się o nie, rozpadają jak w pryzmacie i tworzą halo, gigantyczną tęczę spinającą wschodni i zachodni kraniec T.


12.

Wyszli na pomost i zaczęli wietrzyć zwróceni ku morzu. Wieczorne niebo było zielone, a cały świat wyglądał, jakby go zrobiono z cienkiego szkła. Cisza była absolutna, a drobne gwiazdy świeciły zewsząd i przeglądały się w lodzie. I był straszliwy mróz.
Tak, idzie – powiedziała „X”. - Wejdźmy do domu.
Mysz pod stołem przestała grać.
W dali, po zamarzniętym morzu, szła L. P. Była biała jak stearyna, ale jeśli patrzyło się na nią przez szybę z prawej strony, była czerwona, a widziana przez lewą była jasnozielona.
„Y” poczuł nagle, że szyba zrobiła się tak zimna, że aż pyszczek go zabolał; cofnął się ostrożnie.
Usiedli koło piecyka i czekali.
Nie patrzcie w tamtą stronę – powiedziała „X”.
Ojej, ktoś mi wlazł na kolana – krzyknęła „Z” zdziwiona i spojrzała na swoją spódnicę, na której nic nie było widać.
To moje myszy się boją – wyjaśniła jej „X”. - Siedź spokojnie, zaraz sobie pójdą.
L. P. mijała ich kabinę. Może spojrzała w okno, bo przez pokój przeszedł lodowaty powiew, a czerwony żelazny piecyk zbladł. Lecz nie trwało to długo; w chwilę później było już po wszystkim. Niewidzialne myszy, zawstydzone, zeskoczyły z kolan „Z”, po czym wszyscy rzucili się do okna, żeby popatrzeć.
L. P. stała na skraju trzcin odwrócona do nich plecami; pochyliła się nad śniegiem.
To wiewiórka – powiedziała „X”. - Zapomniała, że ma siedzieć w domu.
L. P. pochyliła twarz nad wiewiórką i podrapała ją za uchem.
Wiewiórka patrzyła na nią oczarowana, prosto w jej zimne, niebieskie oczy. L. P. uśmiechnęła się lekko i poszła dalej.


13.

Saskia idzie przede mną i pierwsza staje przed drzwiami. Odwraca się i robi minę, która mówi: „Będzie bolało”. Kuli się w sobie. Saskia potrafi w jednej sekundzie przejść od opanowania i chłodu do wesołości. Dlatego myślę, że niczego nie udaje. Chciałbym, żeby nasz związek przetrwał w obecnym kształcie najdłużej jak to możliwe. Chciałbym, byśmy pozostali dla siebie obcy. Otwiera drzwi. Na ulicy jest biało, a niebo ma ołowiany odcień. Naprzeciwko nam wychodzi wieczna zmarzlina, bardziej dotkliwa niż się spodziewałem, choć prawdopodobnie taka sama jak wczoraj. Saskia szuka w torebce rękawiczek, zakładam zimową czapkę i naciągam ją na uszy – najgłębiej jak się da. Zapinam palto i stawiam kołnierz, wbijam ręce w kieszenie. Stacja metra, na której kupuję gazety i papierosy, jest po lewej stronie. Przystanek autobusowy jest bliżej, po prawej, ale autobus w drodze do śródmieścia często się zatrzymuje. W którą, pytam, do metra, czy do autobusu? Wszystko jedno, odpowiada. Samochody mają włączone reflektory, śnieg lśni w ich blasku, światła omiatają ulice, co sprawia, że ma się wrażenie, iż śnieg unosi się z ziemi, a nie pada z nieba. Może jednak autobus, mówi Saskia. Szczęka zębami. Wiata jest bliżej, dodaje. Przez dwie koleiny wypełnione rozdeptaną breją, w którą pod stopami przechodniów zamienia się gruba warstwa śniegu, schodzimy pospiesznie na chodnik. Jest trochę ślisko i staram się nadążyć za Saskią, wyjmuję więc ręce z kieszeni. I od razu zaczynają mi drętwieć palce. Wydaje mi się, że przez całe życie tylko raz doświadczyłem takiego mrozu: w Chicago, gdzie odwiedzałem starego znajomego. W Chicago przeklinałem mrozy, tutaj jakoś mi nie przeszkadzają. Jakbym wędrował po własnej wyobraźni, jakbym śnił.


14.

KB1ZFI – powtarzała raz po raz – KB1ZFI, KB1ZFI – aż w końcu zdołał się podnieść i znaleźć mikrofon.
Odbiór – powiedział - tu KB1ZFI.
Już myślałam, że cię straciłam – odparła z ulgą.
Jeszcze nie – odrzekł ochrypłym, zaflegmionym głosem. - Mów do mnie A. - Zwolnił przycisk „nadawanie”, żeby zanieść się charczącym kaszlem z głębi piersi. Zastanawiał się, ile jeszcze zostało mu czasu.
Dobrze, A. Nazywam się S. Dziś jestem tu sama. Opowiedz mi o niebie – poprosiła. - Albo o zwierzętach. Do diabła, opowiedz mi o czymkolwiek, co jest na Ziemi.
Uśmiechnął się. Musiała bardzo długo nie widzieć swojej planety.
A więc – zaczął – niebo jest ciemne od rana do wieczora. Mamy koniec października, prawda? Do wiosny nie będzie słońca, tylko gwiazdy.
Tak, jest październik. A zwierzęta? Pogoda?
Ostatnio zrobiło się zimno... dwadzieścia, trzydzieści stopni poniżej zera. Ptaki w większości już odleciały. Są jednak wilki, wciąż wyją, i arktyczne zające, kicają po lodzie jak ten cholerny królik z kieszonkowym zegarkiem, wiesz, co mam na myśli. A, i jest jeszcze niedźwiedź. Nie powinien o tej porze roku zapuszczać się w głąb lądu, ale cóż. Sam widziałem jego ślady na śniegu. Mówiąc między nami, myślę, że mnie śledzi.
Niedźwiedź polarny? Śledzi cię? To niedobrze.
Nie, nie, jest w porządku... nie narzuca się, trzyma się raczej na uboczu. A ziemia... ziemia jest zamarznięta. Niewiele ci mogę powiedzieć. Staram się przezimować. A ty? Jak tam u was?
Jako tako – odpowiedziała. - Jesteśmy już na orbicie. Jeśli się powiedzie, połączymy się z MSK, zobaczymy, czy uda nam się wykorzystać jej kapsuły powrotne.
A wasza wyprawa? Co widzieliście?
Jowisza – odparła. W jej głosie brzmiał smutek. - Marsa. Jowiańskie księżyce. Gwiazdy. Pustkę. Sama nie wiem... trudno to wszystko opisać. Tak długo nas nie było. A.? Chyba zaraz stracę sygnał, orbitujemy w stronę półkuli południowej. Ale posłuchaj... dbaj o siebie, dobrze? Nie wiem, co będzie. Mam nadzieję, że jeszcze porozmawiamy. Mam nadzieję...


15.

Drzwi otworzyły się z głośnym sykiem, ukazując wnętrze śluzy.
Wyślemy cię w próżnię, chłopcze – powiedziała. - Będziesz musiał...
Milo zawył i rzucił się do wyjścia, lecz Thomas złapał go i przytrzymał w miejscu.
Kiedy otworzy się zewnętrzny właz, będziesz miał jakieś dziesięć sekund, żeby przejść do następnych drzwi, jakieś sześć metrów dalej w tę stronę... - wskazała ręką – zanim stracisz przytomność.
Thomas wrzucił go do śluzy. Milo próbował wrócić do pokoju, ale odepchnęli go i naparli na właz.
Hej! - wrzasnął. (…)
Otworzył się zewnętrzny właz. Milo zobaczył w górze gwiazdy, a w dole całkowitą ciemność.
W tym samym momencie poczuł się tak, jakby ktoś nadmuchał go niczym balon...
Powietrze wypłynęło z jego gardła i ust, klatka piersiowa zrobiła się płaska jak naleśnik...
Przeraźliwe zimno palące jak ogień, wulkan przejmującego mrozu...
Był w przestrzeni kosmicznej, nagi.
Straszliwa, dzika panika...
Jeśli poddasz się panice – mówiły jego stare, mądre głosy – zginiesz. Szybko – rób to, o czym mówiła ci ta stara kobieta.
Milo wytężył umysł i skupił się na problemie.
Odepchnął się palcami u nóg i złapał rękami krawędź włazu – parzyła! Wszystko parzyło, jak zamarznięty metal, do którego za namową kolegów przystawiasz język.
Coś strasznego działo się z jego oczami. Zasnuwała je mgła, bardzo szybko!
Drugi właz... Spojrzał w kierunku wskazanym przez starą kobietę. Tak, były tam drzwi. Jak daleko?
(Czuł, jak się rozdyma, rośnie jak na drożdżach. Krew musowała w jego ciele niby gazowana woda...)
Trzymając się krawędzi włazu, podciągnął mocno ręce, odepchnął się nogami i popłynął przez ciemność w stronę tamtego światła.
Świat przed jego oczami zamienił się w jedną, wielką, niewyraźną plamę. Właściwie nic już nie widział. (…)
Wbrew wszelkiemu prawdopodobieństwu ocknął się
Jak to możliwe, że wciąż żył? Prawdę mówiąc, wcale go to nie cieszyło. (…)
Powoli odzyskiwał wzrok. Dostrzegł dwie postacie pochylone nad jego ciałem.
Mało kto przechodzi tę próbę – powiedziała kobieta. - Miałeś szczęście. Będziesz atletą. Przez jakiś czas, dopóki nie zginiesz.
Osadzeni w więzieniu U. mają bardzo mało rozrywek.


16.

W wyprawie (…) powtórzył się ten sam co zawsze schemat, o którym już tu parokrotnie mówiłem. Początek był całkiem przyjemny, „tylko” minus trzydzieści stopni, nieduże torosy, stosunkowo łatwy marsz. Ale wkrótce zaczął się dryf lodu, który spychał nas wstecz, do tego doszły wielkie torosy; wydawało się, że nie mamy szans. Kiedy z arytmetyki zaczęło wynikać, że nie dojdziemy do bieguna, zastanawiałem się, co jeszcze nam pozostało. Modlitwa? Pozostawienie części ekwipunku, po to by zmniejszyć obciążenie, mogłoby się dla nas źle skończyć. Wtedy zdarzył się jeden z tych kilku cudów, jakich doświadczyłem w moich podróżach, moment zawieszenia racjonalności. „X” wspomniał o swojej pielgrzymce do Lourdes, w której uczestniczył przed wyprawą, a mnie przypomniało się, jak w drodze z W. M. na biegun północny zostawiliśmy kurtki puchowe, „w ofierze” biegunowi, i od tego momentu szliśmy jak burza. Zostawiłem więc swoją kurtkę i … po dosłownie dwudziestu minutach teren się wyrównał, dryf ustał, szczeliny w lodzie się skończyły. Być może był to przypadek, ale mimo wszystko dziwny przypadek.
Kiedy po zdobyciu bieguna zostaliśmy zabrani samolotem do dryfującej stacji Borneo, piloci rosyjscy chcieli oddać salwę z kałasznikowów na cześć „X” i powiedzieli: „Wyruszył „X”, wrócił „Y”.

ZORZA POLARNA

17.

Komandor "X" wychodzi na pokład i widzi, że jego statek stał się obiektem ataku duchów niebieskich. Rozedrgane fałdy światła nad jego głową i "Y" rzucają się raptownie do przodu, a potem szybko wycofują, niczym kolorowe ramiona agresywnej, lecz wyjątkowo niezdecydowanej zjawy. Ektoplazmatyczne upiorne palce wyciągają się w stronę okrętu, otwierają, gotowe go pochwycić, a potem odsuwają się.
Temperatura wynosi minus pięćdziesiąt stopni Fahrenheita i szybko spada. Z powodu mgły, która nadciągnęła wcześniej, podczas krótkiej godziny szarówki, będącej dla nich teraz jedyną namiastką dnia, musieli usunąć i złożyć w luku trzy stengi, bramstengi, górny takielunek i najwyższe drzewca - spadające z nich sople mogły kogoś zranić, a poza tym ciężar oblepiającego je lodu groził przewróceniem statku na bok. Teraz nagie maszty wyglądają niczym odarte z gałęzi i wierzchołków drzewa, w których odbija się zorza tańcząca nad niewyraźną kreską horyzontu. "X" obserwuje w milczeniu, jak poszarpane pola lodowe wokół statku okrywają się błękitem, który przechodzi w fiolet, potem zaś jaśnieją soczystą zielenią, niczym wzgórza, które pamięta z dzieciństwa w północnej Irlandii. Przez moment wydaje się, że odległa niemal o milę, olbrzymia pływająca góra lodowa, skrywająca "Z", siostrzany statek "Y", rozpala się wewnętrznym blaskiem, barwnym światłem, które wypływa z jej zimnego serca.


LÓD, LODOWCE


18.

Była już blisko granicy: dotykała jej lodowata dłoń. Poczuła wewnętrzne paraliżujące zimno. To dlatego że zostawiła gdzieś płaszcz. Teraz mróz może swobodnie przenikać ciało. Odczuła lęk, podbiegła do ściany chcąc wyjść i dostać się do ciepłego płaszcza. Którędy weszła? Ściana przypominała kryształową taflę, ścisłą, gładką, podbiegła do innej. Ile tu jest ścian? Gładkie, jednolite, gdziekolwiek „X” się zwraca. Wydała najprostszy okrzyk: "Muszę stąd wyjść!" Zaraz potem znalazła otwór. Jednakże pałac ten był niezwykły: nie wróciła do płaszcza, znalazła się natomiast w pomieszczeniu dziwnie niemiłym.
Nowa komnata. Naprawdę niewielka i pełna ociekających wodą sopli lodowych, zwisających z niskiego sklepienia, oraz innych podobnych, lecz wyrastających z podłoża, ściany miała pozałamywane pod najrozmaitszymi kątami, a tak grube, że zielone światło zamierało. Nie zamarł tylko szum wodospadu, tu nagle wydawał się ogromnie bliski, był tuż obok albo pod stopami, nie wiadomo - zupełnie, jakby ogarniał „X” ze wszystkich stron. (...)
Na ziemi mokro od spadających kropel. Gdzieniegdzie woda zaczyna zamarzać. Nie sposób pozostawać w tak nieodpowiednim miejscu, „X” raz jeszcze zaczęła szukać przejścia w załomach ścian. Komnata jednak była ostatnia, z niej nie ma przejścia dalej. (...)
"Teraz nie chodzi o wejście, lecz o wyjście, a to inna sprawa" - pomyślała „X” zataczając się. Szczelina, przez którą tutaj weszła, oczywiście nie da się odszukać, skoro pragnęła wyjść. Na nic się nie zda wołanie. Dławi je szum. (...)
„X” szukała już tylko suchego miejsca, na którym mogłaby stanąć. W końcu znalazła kącik, gdzie nie było wody, tylko suchy lód. Tam usiadła z podkurczonymi nogami, już ich po prostu nie czuła. Ziąb przejmował ją całą, choć silnie go nie odczuwała. Była zmęczona, musiała chwilkę posiedzieć, nim zabierze się poważnie do szukania wyjścia.


19.

S. spojrzał na Mur, który majaczył nad nimi niczym oblodzone urwisko, wysokie na siedemset stóp. J. był niekiedy niemal skłonny sądzić, że potężna budowla jest żywym stworzeniem, zdolnym ulegać nastrojom. Przy każdej zmianie oświetlenia lód nabierał innego koloru. W jednej chwili miał głęboko niebieski odcień zamarzniętych rzek, w następnej brudnobiałą barwę starego śniegu, a gdy słońce przesłoniła chmura, stawał się jasnoszary jak zmurszały kamień. Mur ciągnął się na wschód i ku zachodowi tak daleko, jak okiem sięgnąć, tak ogromny, że drewniane donżony i kamienne wieże zamku wyglądały przy nim jak zabawki. Stanowił kres świata.
„A my wybieramy się za niego”.


20.

Ze szczytu wału roztaczał się efektowny widok. Oświetlona przez księżyc lodowa równina zwężała się w dali i znikała w górach.
Lodowiec M. – wyjaśnił kierowca, wskazując góry. - Tam się zaczyna i spływa, tworząc ten szeroki wachlarz, na którym stoimy.
Dodał gazu. Rachel musiała się przytrzymać, gdy pojazd zjeżdżał ze stromego zbocza. Na dole przecięli kolejną rzekę lodu i wspięli się na następny wał, pokonali szczyt i szybko zjechali po drugiej stronie na ogromne lodowisko.
Jak daleko? - Rachel widziała przed sobą tylko lód.
Jakieś trzy kilometry.
Uznała, że to daleko. Wiatr uderzał (...) jakby próbował zmieść ich z powrotem w kierunku morza.
To wiatr katabatyczny! - wyjaśnił kierowca. - Przywyknie pani! - Wytłumaczył jej, że na tym obszarze przeważa wiatr zstępujący, zwany katabatycznym. Ciężkie, zimne powietrze spływa po lodowcu jak wściekła rzeka. - To jedyne miejsce na Ziemi, gdzie piekło naprawdę zamarza! - dodał ze śmiechem.
Kilka minut później Rachel dostrzegła w dali mglisty zarys ogromnej białej kopuły, która wyrastała z lodu. Co, u licha...?
Mieszkają tutaj duzi Eskimosi, no nie? - zażartował mężczyzna.
Rachel próbowała coś z tego zrozumieć. Budowla przypominała pomniejszony stadion Astrodome w Houston.
NASA zbudowała ją półtora tygodnia temu – mówił. (…) Wygląda jak przerośnięty kopulasty namiot, ale w rzeczywistości jest prototypem przenośnego siedliska, jakie mamy nadzieję pewnego dnia postawić na Marsie.


21.

Zazwyczaj lute przemieszczają się ponad dachami, w miastach rzadziej do ziemi schodząc. Nawet z takiej odległości zdawało mi się, że czuję płynące od niego fale zimna. Zadrżałem i odruchowo wcisnąłem brodę w kołnierz kożucha. (…)
Tymczasem ten tutaj (...) – poczekać kwadransik i pewnie mógłbym dostrzec jego ruch, jak przemarza z miejsca na miejsce, przesuwa się w lodzie, lodem, od lodu do lodu, jak pęka za nim jedna, potem druga nić krystaliczna i osypuje się powoli sinobiały rozkrusz. (…)
Luty nie poruszał się po linji prostej ani też nie utrzymywał się na stałej wysokości nad brukiem (wmarzają także pod powierzchnię ziemi). Trzy-cztery godziny temu, szacując podług skruszonej architektury lodu, luty jął zmieniać trajektorję: dotąd przemieszczał się ledwie metr nad środkiem ulicy, lecz wtedy, przed trzema godzinami, ruszył po ostrej paraboli wzwyż, ponad szczyty lamp i wierzchołki drzew zamrożonych. Widziałem pozostawiony przez niego szereg smukłych stalagmitów, lśniły odbijanym blaskiem latarni, refleksami neonów kolorowych, świateł bijących przez okna i wystawy. Szereg urywał się nad szynami tramwajowemi – luty zawisł całym ciężarem na gwiaździstej sieci (...) rozpiętych w poziomie oraz sięgających wzwyż, ku fasadom narożnych budynków. Można było pod niego wejść, gdyby znalazł się ktoś na tyle szalony.


22.

Naraz wydało mu się, że słyszy jakiś głos, pierwszy obcy głos po trzech latach. Krew uderzyła mu do głowy, serce waliło jak młot, rozsadzało pierś. Wbiegł na wzgórze i co sił w płucach, jak wariat, zaczął krzyczeć. Z tym obcym głosem, z tym jedynym zwiastunem życia związany był jego kraj, dom, ona! Nogi wrosły mu w śnieg. Nie dowierzał wciąż jeszcze własnym oczom. Ze szczytu wzgórza zbiegł pies, a z tyłu, za nim szedł... człowiek. Usłyszał znów jego głos.
„X” stał wciąż jak wryty. Gdy nieznajomy zbliżył się do niego, nie kryjąc zdumienia, podali sobie ręce. Wymienili zdawkowe „How are you?” Nad nimi kłębiła się mgła, u stóp leżały potrzaskane kry, w głębi błyszczały słabe zarysy jakiegoś lądu. Czoło lodowca tonęło we mgle. I tak stali długą chwilę w milczeniu. Jeden w eleganckim, kraciastym, sportowym ubraniu, w wysokich, gumowych butach, ogolony starannie, ostrzyżony, pachnący dobrą wodą kolońską. I ten drugi – dziki człowiek. W łachmanach, brudny, z długimi, nie czesanymi kłakami włosów, ze zmierzwioną brodą, z czarną od sadzy twarzą, na której niepodobna było dopatrzeć się koloru skóry, pokryta była bowiem skorupą brudu. Nie mogły go zmyć podczas długiej zimy ani woda, ani krew niedźwiedzia, ani piasek zmieszany z mchem. Nie mógł go zeskrobać nawet nóż. Któż mógł domyślać się w tej chwili, kim jest ów dziki. Skąd się tu wziął.
Nieznajomy chwilę jeszcze pasował się z sobą. Dżentelmen w każdym calu, nie chciał, nie mógł zasypać przybysza pytaniami. Wydawało mu się, że poprzez brud wyzierają ku niemu jakieś znajome rysy. Znajome dla każdego polarnika. Nie śmiał jednak sprecyzować pytań, które cisnęły mu się na usta. Czekał, aż dziwny człowiek sam zacznie mówić, ale człowiek milczał. Wzruszenie odebrało mu mowę.
Cieszy mnie ogromnie, że pana spotkałem – wykrztusił wreszcie z trudem nieznajomy. - Gdzież pana statek? A ludzie? Ilu tu was jest?
Statku nie mam. Jest nas tylko dwóch. (…)
Nieznajomy, nie wytrzymując dłużej napięcia, spogląda mu wprost w oczy i wyrzuca z siebie gwałtownie, jednym tchem:
Czyżby pan był „X”?
Pytanie brzmi jak pewnik.
Tak – pada krótka odpowiedź.


23.

Przez następne dwa dni szedł dalej na północ po Lodzie. Nie miał przy sobie żywności ani żadnego schronienia prócz swego futra. Na Lodzie nie ma żadnych roślin ani zwierząt. (...) Właśnie nadeszły pierwsze wielkie śniegi. Szedł sam przez zawieję. Drugiego dnia poczuł, że słabnie. Drugiej nocy musiał położyć się i odpocząć. Rano odkrył, że ma odmrożone ręce i stopy też, choć nie mógł zdjąć butów, żeby je obejrzeć, bo nie władał rękami. Zaczął czołgać się na łokciach i kolanach. Nie miał żadnego powodu, żeby to robić, bo było mu wszystko jedno, czy umrze tu, czy trochę dalej, ale coś pchało go na północ.
Po jakimś czasie śnieg wokół niego przestał padać i ucichł wiatr. Zaświeciło słońce. Czołgając się nie widział drogi przed sobą, bo futrzany kaptur zsuną mu się na oczy. Nie czując już bólu w kończynach ani na twarzy myślał, że stracił czucie. Ale mógł się jeszcze poruszać. Śnieg pokrywający lodowiec wydał mu się dziwny, wyglądał jak biała trawa rosnąca na lodzie, która kładła się pod jego dotknięciem, a potem wstawała. Zatrzymał się i usiadł, zsuwając kaptur, żeby móc się rozejrzeć. Jak okiem sięgnąć ciągnęły się połacie śnieżnej trawy, białe i błyszczące. Widział też kępy białych drzew, na których rosły białe liście. Świeciło słońce, nie było wiatru i wszystko było białe.
G. zdjął rękawice i spojrzał na swoje ręce. Były białe jak śnieg, ale odmrożenie znikło, odzyskał władzę w palcach i mógł stać na nogach. Nie czuł bólu, zimna ani głodu.
Wtedy zobaczył daleko na lodzie w kierunku północnym białą, jakby zamkową wieżę i postać, która szła z tego dalekiego miejsca w jego stronę. Po chwili G. zobaczył, że ten ktoś jest nagi, że ma białą skórę i białe włosy. Jeszcze chwila i zbliżył się na odległość głosu. G. spytał:
Kim jesteś?
Biały człowiek odpowiedział:
Jestem twoim bratem i (…).
G. spytał:
Co to za miejsce?
To kraina w środku zamieci – odpowiedział H. - Tu mieszkają ci, którzy się sami zabili. Tutaj ty i ja dotrzymamy naszego ślubu.
G. przestraszył się i powiedział:
Nie chcę tu zostać. (…)
Podbiegł do G. wyciągając ramiona, żeby go zatrzymać, i chwycił go za lewą rękę. G. wyrwał się i uciekł. Biegł na południe i w pewnej chwili zobaczył przed sobą białą ścianę padającego śniegu. Kiedy ją przekroczył, upadł znów na kolana i nie mógł biec, tylko musiał się czołgać.
Dziewiątego dnia od czasu wejścia na Lód został znaleziony przez ludzi (…).


24.

Mniej więcej w tym samym czasie, gdy słońce schowało się za horyzontem, lody znowu ruszyły. Hałas był ogłuszający – najpierw odgłos walki lodu samego ze sobą, a potem jeszcze straszniejszy huk towarzyszący jego zmaganiom ze statkiem. Żywioł zaczął napierać zimnym listopadowym rankiem. „X” obudził „zgrzyt i trzask”. „Żaden z dźwięków na lądzie nie może się z tym równać”, napisał. „Rumor, pisk, a potem jęk i trzask walącego się domu – wszystkie te odgłosy wzięte razem dają jakieś wyobrażenie o tym hałasie”. (…)
Raptem lód zaczął ściskać statek – dosłownie go dusząc. Ze szpar wyciekały krople smoły i sosnowej żywicy. W pewnej chwili pokład się w y b r z u s z y ł. Lód napierał z taką siłą na deski, że „X” spodziewał się, iż lada moment pękną.
Kilka razy myślał, by wydać rozkaz opuszczenia statku. Stosy zapasów piętrzyły się na pokładzie, łodzie były gotowe do spuszczenia na lód, a sanie stały wypchane racjami żywnościowymi na czterdzieści dni. Ludzie spali w ubraniach, mieli spakowane plecaki i śpiwory. Nic więcej nie mógł zrobić. Pozostało czekać i nasłuchiwać. (…)
W pewnym momencie „X” myślał już, że widzi koniec „Y”. Gdzieś na lodzie połyskującym w świetle księżyca rozległ się huk. Dwie gigantyczne płyty zderzyły się ze sobą, powodując powstanie grzbietu ciśnieniowego, którego czołowa krawędź złożyła krę w harmonijkę, zapoczątkowując reakcję łańcuchową w postaci wypiętrzenia sunącego wprost na „Y”. „X”, Ch. i kilku innych członków załogi stało na dachu nadbudówki i patrzyło na lodowe bryły zbliżające się niczym rozpędzony pociąg. Kapitan złapał się forsztagu i krzyknął: „Trzymać się mocno!”. Mężczyźni z szeroko otwartymi oczami sięgnęli po najbliższe liny i szepcząc słowa modlitwy, gotowali się na zderzenie. „Lodowa fala podchodziła coraz bliżej”, napisał M., „a my w ciszy i przerażeniu patrzyliśmy, jak na nas sunie”.
W końcu, wznosząc się na wysokość relingów, wybiła dziurę w wale chroniącym sterburtę i pokryła pokład warstwą śliskich odłamków. Statek zachybotał się i zatrząsł. Ludzie mocniej chwycili się dyndających lin. Niektórzy czuli na twarzy uderzenia lodowych pocisków. Jednakże zagrożenie, choć straszne, trwało tylko chwilę i wypiętrzenie ruszyło dalej po drugiej stronie statku niczym jakaś gigantyczna bestia, która przepłynęła tuż pod lodem. Załoga zastygła w milczeniu, jedynie przerażone psy wyły i ujadały.
Jakimś cudem „Y” nie odniosła śmiertelnych ran.


PRZYRODA BRATA SIĘ Z OPRAWCĄ

25.

Dojechaliśmy do Zatoki Nogajewa i zatrzymaliśmy się nad wodą, koło porzuconych, rdzewiejących kutrów. Jest to miejsce-symbol, miejsce-dokument, o takim ciężarze, jak brama do obozu w Oświęcimiu czy rampa kolejowa w Treblince. Ta zatoka, brama i rampa są to trzy różne scenografie tej samej sceny: zejścia do piekieł.
Spośród milionów ludzi, których wyrzucono na ten kamienisty, zasypany żwirem brzeg, na którym teraz stoimy, trzy miliony nie wróciły już nigdy.
(…) W takim miejscu jak Kołyma przyroda brata się z oprawcą, pomaga mu w niszczeniu bezbronnej i niewinnej ofiary, wysługuje się zbrodniarzom, płaszczy się przed nimi, podsuwając im coraz to nowe narzędzia tortur – trzaskający mróz, lodowate wichry, piętrowe śniegi, ogromne, nie dające się przejść zimne pustynie.
Więc do tej zatoki dopływały statki wiozące w swoich lukach stłoczonych, półżywych z głodu i duchoty więźniów. Ci, którzy jeszcze poruszali się, schodzili trapami na brzeg. Wtedy właśnie po raz pierwszy widzieli zatokę. Pierwsze wrażenie odnotowane w dziesiątkach wspomnień: stąd się już nie wróci. Formowano ich w kolumny. Zaczynało się liczenie więźniów. Wielu strażników było właściwie analfabetami, dodawanie większych liczb sprawiało im ogromne trudności. Apel trwał godzinami. Półnadzy zesłańcy stali nieruchomo, chłostani wichurą, w śnieżycy. Wreszcie rozlegało się rutynowe ostrzeżenie konwojentów: Krok w lewo lub krok w prawo uważa się za próbę ucieczki – strzelamy bez uprzedzenia! Formuła ta była identyczna na całym obszarze ZSRR. Dwustumilionowy naród musiał kroczyć zwartą kolumną w nakazanym kierunku. Każde odchylenie w lewo lub w prawo oznaczało śmierć.
Znad zatoki pędzono ich teraz główną ulicą Magadanu. (…)
Umęczone kolumny, po przejściu ulicą Berzina-Stalina, znikały w bramach łagrów tranzytowych, których w mieście i najbliższej okolicy istniało kilka. (…)
Po kilku dniach więzienne kolumny szły dalej, popędzane krzykiem konwojentów, kolbami, ujadaniem psów. Najważniejsze było dojść na miejsce, bo kto osłabł i padał – był dobijany. Kolumny posuwały się w głąb Kołymy, do wyznaczonych im obozów i prymitywnych, łopatami i kilofami drążonych kopalń złota, platyny, srebra, ołowiu, uranu. Ruszały z Magadanu czasem codziennie, czasem co tydzień, przez dziesiątki lat, jedna za drugą, setna za setną, tysięczna za tysięczną, idąc do miejsc przeznaczenia jedyną tu drogą – Północną – i kolejno znikając w wiecznie panującej, gęstej i zimnej mgle.


POZOSTAWIENI SAMYM SOBIE

26.

Wiem, że mam gdzieś zapasową baterię. Gmeram w głębi plecaka, znajduję, zakładam do czołówki. Skacząca, jasna smuga przebija mrok, ukazując w chybotliwym tańcu lodowe ściany, uciekające w głębię nieosiągalną dla promienia latarki. Lód odpowiada migotaniem zielonych, srebrnych i błękitnych błysków. Odłamki wmarzniętych weń kamieni znaczą ściany w regularnych odstępach. Oświetlone, połyskują mokro jak muszelki na piasku. Przełykam nerwowo ślinę. Światło sięga trzydzieści metrów w głąb szczeliny. Ma ona ze sześć metrów szerokości, a ściany są dokładnie równoległe. Mogę tylko zgadywać, jaką otchłań kryje ciemność poniżej. Przeciwległa ściana wznosi się rumowiskiem potrzaskanych bloków lodu, kilkanaście metrów wyżej tworząc łukowate sklepienie. Po prawej mam stromy stok, który urywa się na krawędzi czerni.
Zafascynowany, wpatruję się w przestrzeń nie rozjaśnioną promieniem latarki. Łatwo się domyślić, co jest pod spodem. Ogarnia mnie przerażenie. Czuję się schwytany w pułapkę, w panice omiatam wzrokiem ściany, szukając jakiejś możliwości wyjścia. Nie ma żadnej. Światło przesuwa się po jednolicie gładkim, litym lodzie, aby zniknąć w czarnej gardzieli. Szczelinę po prawej nakrywa dach, który po drugiej stronie opada chaosem lodowych bloków, zasłaniających widok na otwartą część krewasy. Jestem uwięziony w ogromnej, lodowo-śnieżnej grocie. Jedyną oznaką, że istnieje inny świat jest mała, czarna dziura nad głową, wypełniona gwiazdami. Jeśli nie zdołam wspiąć się na lodowe rumowisko, pozostanie on dla mnie równie niedostępny, jak i one.
(…) Mogę liczyć tylko na Simona. Jedynie on może mnie uratować. Lecz jeśli żyje, pewnie sądzi, że ja zginąłem. Wołam go, wrzeszczę na całe gardło. Uderza we mnie fala echa, stopniowo niknąc w głębinach. Żaden dźwięk nie przebije ścian z lodu i śniegu, a szczelinę zamyka dach. Przed upadkiem wisiałem co najmniej piętnaście metrów nad nim. Simon zobaczy na prawo pod przewieszką wielką szczelinę. Od razu będzie wiedział, że się w niej zabiłem. Nie można przecież ocaleć, spadając z takiej wysokości. To właśnie pomyśli. Oczywiście. Na jego miejscu uważałbym tak samo. Zobaczy czarną czeluść i to go upewni, że zginąłem. Cóż za niesłychana ironia losu: zlecieć trzydzieści metrów i przeżyć bez szwanku.


27.

Szerpowie, kierując się wskazówkami B., szybko odnaleźli dwa ciała, leżące na szarym, usianym głazami lodowym stoku, w pobliżu krawędzi ściany Kangchung. Niezwykle przesądni na punkcie zmarłych, jak zresztą większość Szerpów, zatrzymali się w odległości dwudziestu metrów od tego miejsca i czekali na „X”.
„Obydwa ciała były częściowo zagrzebane – wspomina „X”. - Ich plecaki leżały wyżej, jakieś trzydzieści metrów od nich. Twarze i tułowie obojga pokrywał śnieg, wystawały tylko ręce i nogi. Po przełęczy hulał wściekły wiatr”. Pierwsze ciało mógł zidentyfikować dopiero wtedy, gdy ukląkł obok i odskrobał z twarzy lodową skorupę kilkucentymetrowej grubości. Była to „Y”. Ku swojemu zaskoczeniu odkrył, że jeszcze oddycha. Nie miała na sobie rękawiczek, a jej gołe ręce zamarzły na kość. Patrzyła niewidzącymi, rozszerzonymi źrenicami, a jej twarz przybrała kolor białej porcelany. „To było straszne – wspomina „X”. - Czułem się zdruzgotany. Była bardzo bliska śmierci. Nie wiedziałem, co robić”.
Potem skierował uwagę na „Z”. który leżał w odległości sześciu metrów od niej. Głowę miał również pokrytą grubym lodowym pancerzem. Do włosów i powiek przywarły kule lodu wielkości winogron. Po oczyszczeniu twarzy „Z”, „X” odkrył, że Teksańczyk też jeszcze żyje. „”Z” coś mamrotał, ale nie mam pojęcia, co próbował powiedzieć. Zgubił prawą rękawiczkę i miał straszne odmrożenia. Próbowałem go posadzić, ale mi się to nie udało. Był tak bliski śmierci, jak człowiek, który w każdej chwili może wydać ostatnie tchnienie”.
Wstrząśnięty „X” podszedł do Szerpów i zapytał Lakpę, co robić. Lakpa, doświadczony wspinacz, którego zdrowy rozsądek cenili zarówno Szerpowie, jak i „sahibowie”, namawiał do pozostawienia „Z” i „Y” tam, gdzie leżą. Argumentował, że nawet gdyby przeżyli ściągnięcie do Obozu IV, z pewnością nie przetrwaliby żywi transportu do bazy, a próba ratunku byłaby tylko niepotrzebnym narażaniem życia innych wspinaczy na przełęczy, z których większość będzie miała dostatecznie dużo problemów z bezpiecznym sprowadzeniem samych siebie.
„X” doszedł do wniosku, że Lakpa ma rację. Istniało tylko jedno wyjście, jakkolwiek niełatwe – pozwolić naturze, żeby zrobiła swoje, i ocalić tych, którym można było pomóc. Był to klasyczny akt selekcji naturalnej. „X” wrócił do obozu bliski łez i blady jak upiór.
Wyświetleń: 560
Dodaj komentarz
Przeczytaj komentarze
ilość komentarzy: 33
Użytkownik: pawelw 2019-10-01 13:37 napisał(a):
Odpowiedź na: Przedstawiam KONKURS nr 2... | pawelw
Dopiero co zaczęła się jesień i pogoda też zrobiła się taka jesienna, ale po letnich upałach może się wydawać, że jest zimno. Joyeuse udowadnia nam w 27 fragmentach, że to co teraz mamy za oknem to przyjemne ciepełko w porównaniu z tym co może nam przynieść zima.

Zapraszam (gorąco!) do konkursu.
Użytkownik: pawelw 2019-10-02 23:37 napisał(a):
Odpowiedź na: Przedstawiam KONKURS nr 2... | pawelw
Wśród uczestników konkursu, którzy zdobędą chociaż jeden punkt, rozlosuję nagrodę od Ravelo.
Będzie to książka Pasażerka (Posmysz Zofia)
Losowanie odbędzie się dzień po ogłoszeniu wyników.
Użytkownik: ilia 2019-10-04 21:29 napisał(a):
Odpowiedź na: Przedstawiam KONKURS nr 2... | pawelw
Zapraszam ponownie do udziału w konkursie. Na razie tylko dwie osoby biorą w nim udział. Nie zrażajcie się tym zimnem :)
Bardzo dużo fragmentów pochodzi ze znanych książek, znanych autorów. Wybrałam takie fragmenty, które zachęcałyby do przeczytania danej książki, gdyby się jej wcześniej nie znało.
Użytkownik: Marylek 2019-10-05 21:44 napisał(a):
Odpowiedź na: Przedstawiam KONKURS nr 2... | pawelw
Co tu tak cicho, że aż zimno się robi?
Ktoś mi przybliży 23? Znam ten tekst, ale skąd go znam?... Ni hu-hu!
Użytkownik: LouriOpiekun BiblioNETki 2019-10-05 21:55 napisał(a):
Odpowiedź na: Co tu tak cicho, że aż zi... | Marylek
No cóż, znasz dobrze rodzica, znasz nawet dusiołka, choć nie był Twoim ulubionym dzieckiem. Więcej boję się napisać, bo mi czołg wyjdzie ;)
Użytkownik: Marylek 2019-10-05 23:06 napisał(a):
Odpowiedź na: No cóż, znasz dobrze rodz... | LouriOpiekun BiblioNETki
To, że go znam, wiem od autorki konkursu. Ale skąd?...
Użytkownik: LouriOpiekun BiblioNETki 2019-10-06 10:06 napisał(a):
Odpowiedź na: To, że go znam, wiem od a... | Marylek
Ostatnie spotkanie z rodzicem miałaś w zeszłym roku, wcześniej - nie mam pojęcia, wiele stron musiałem kartkować, a większość tego, co znasz - w tym sam dusiołek - musiałaś oceniać chyba w okolicach przyjścia na BNetkę z lektur wcześniejszych :)

Rodzic niestety nowych dzieci nie spłodzi, jednak w Polsce poznajemy co i raz jego nieznane potomstwo.
Użytkownik: Marylek 2019-10-06 10:06 napisał(a):
Odpowiedź na: No cóż, znasz dobrze rodz... | LouriOpiekun BiblioNETki
No, już wiem. Muszę to sobie powtórzyć :)
Użytkownik: dot59Opiekun BiblioNETki 2019-10-08 16:27 napisał(a):
Odpowiedź na: Przedstawiam KONKURS nr 2... | pawelw
Czy można liczyć na jakąś chłodną wymianę zdań? Dużo mi brak w pierwszej połowie, zwłaszcza tych ze statkami kosmicznymi etc. Ale także np. 4, 5, 17. Ktoś poratuje mataczeniem? Wzajem mogę służyć wszystkim od 18 w dół.
Użytkownik: Marylek 2019-10-08 16:55 napisał(a):
Odpowiedź na: Czy można liczyć na jakąś... | dot59Opiekun BiblioNETki
17. Nie dość, że zimno i mroźno, to jeszcze tak straszno, że strach się bać. A przecież to się zdarzyło naprawdę. Zwróć uwagę na "siostrzany statek" we fragmencie.
Użytkownik: dot59Opiekun BiblioNETki 2019-10-08 18:49 napisał(a):
Odpowiedź na: 17. Nie dość, że zimno i ... | Marylek
A, czekaj, coś mi się kojarzy ze statkami o bardzo strasznych nazwach!
Użytkownik: Marylek 2019-10-08 19:24 napisał(a):
Odpowiedź na: A, czekaj, coś mi się koj... | dot59Opiekun BiblioNETki
Tak! Jak można w ogóle dać taką nazwę... :o
Użytkownik: Marylek 2019-10-08 21:56 napisał(a):
Odpowiedź na: Czy można liczyć na jakąś... | dot59Opiekun BiblioNETki
4 - Zimno i pusto nad głęboką, zimną lecz piękną wodą osiadł taki współczesny Thoreau. A potem o tym napisał.
Użytkownik: Marylek 2019-10-08 16:52 napisał(a):
Odpowiedź na: Przedstawiam KONKURS nr 2... | pawelw
Kto mi coś powie o numerze 20? I może jeszcze 18.

Użytkownik: dot59Opiekun BiblioNETki 2019-10-08 19:01 napisał(a):
Odpowiedź na: Kto mi coś powie o numerz... | Marylek
W 18 musi być zimno. Zwłaszcza w środku. Bo tam się nie mieszka.

20 to jedno ze słynnych dzieł typu "zabili-go-i-uciekł", czytanych przez tysiące ludzi; tu akurat nie ma niezwykłego bohatera, którego domeną jest myślenie za biurkiem albo grzebanie w bibliotece, ale który w potrzebie potrafi zeskoczyć z trzymetrowego muru i pobiec dalej w tempie mistrza Europy w sprincie :-) - za to jest temat równie nośny, jak te, w których się on grzebie: dowody na istnienie nie-nas.
Użytkownik: Marylek 2019-10-08 19:47 napisał(a):
Odpowiedź na: W 18 musi być zimno. Zwła... | dot59Opiekun BiblioNETki
Chyba kojarzę tę 20 :)
Użytkownik: minutka 2019-10-09 12:24 napisał(a):
Odpowiedź na: Kto mi coś powie o numerz... | Marylek
18. Tatusia szukaj w krainie surowej przyrody i surowych, ale wrażliwych ludzi. Lubię te klimaty.
Użytkownik: Marylek 2019-10-09 16:42 napisał(a):
Odpowiedź na: 18. Tatusia szukaj w krai... | minutka
Dzięki! Dałaś mi do myślenia, szczególnie o miejscu pochodzenia tatusia ;)
Użytkownik: ilia 2019-10-08 21:10 napisał(a):
Odpowiedź na: Przedstawiam KONKURS nr 2... | pawelw
Minął pierwszy tydzień konkursu. W zabawie bierze udział na razie tylko 6 osób. Zapraszam niezdecydowanych.
W tych naszych biblionetkowych konkursach nikt chyba nie zna od razu wszystkich odpowiedzi, ale można prosić o podpowiedzi prowadzącego konkurs (na PW) lub wszystkich, którzy coś wiedzą by pomataczyli w dyskusji pod konkursem.
Do tej pory zostały odgadnięte 22 fragmenty. Najbardziej tajemnicze okazały się nr 5, 8, 13, 14 i 15 których nikt jeszcze nie odkrył.
Użytkownik: Marylek 2019-10-09 16:43 napisał(a):
Odpowiedź na: Przedstawiam KONKURS nr 2... | pawelw
Poszukuję: 5, 8 oraz od 13 do 16.

W zamian służę całą resztą :)
Użytkownik: dot59Opiekun BiblioNETki 2019-10-09 17:04 napisał(a):
Odpowiedź na: Poszukuję: 5, 8 oraz od 1... | Marylek
Z tego tylko 16 mam. Pomocne w ustaleniu narratora (i rodzica zarazem) są podane inicjały drugiego zdobywcy bieguna. Ale to rodzic jest słynniejszy, za sprawą osiągnięcia, którego o mało nie dokonał wcześniej autor drugiej książki o identycznym tytule.
Użytkownik: Marylek 2019-10-09 18:35 napisał(a):
Odpowiedź na: Z tego tylko 16 mam. Pomo... | dot59Opiekun BiblioNETki
No, rodzic to już pewniak :)
Użytkownik: Marylek 2019-10-09 23:42 napisał(a):
Odpowiedź na: Z tego tylko 16 mam. Pomo... | dot59Opiekun BiblioNETki
8 - tatusia miałam na liście lektur w 4, licealnej, ale dusiołka tamtego nie tknęłam, bo miał opinię produkcyjniaka. Ten tutaj, natomiast, ma opinię bardzo dobrą, wręcz świetną. Tyczy się podróży tam, gdzie nikt jechać nie chciał, jednak wielu musiało i to na dłużej. Rzeczony tatuś spłodził sporo dusiołków oraz następcę, parającego się identyczną co tatuś profesją, jeno bardziej płodnego jeszcze. Potomek ów nawet szlagiery płodził...
Użytkownik: dot59Opiekun BiblioNETki 2019-10-10 08:03 napisał(a):
Odpowiedź na: 8 - tatusia miałam na liś... | Marylek
Aaa... no przecież ja o tym potomku dopiero co czytałam, w biografii Osieckiej! A produkcyjniak, swoją drogą, zaliczyłam, ale niewiele mi utkwiło w pamięci prócz imienia bohatera, bo staropolskie i takie trochę anty-nomen omen :-).
Użytkownik: Marylek 2019-10-10 08:54 napisał(a):
Odpowiedź na: Aaa... no przecież ja o t... | dot59Opiekun BiblioNETki
Tak, tak, z Osiecką też trochę żartował ;)
On Ci jest!
Użytkownik: Marylek 2019-10-12 09:22 napisał(a):
Odpowiedź na: Z tego tylko 16 mam. Pomo... | dot59Opiekun BiblioNETki
13 - trudno cokolwiek zamataczyć do tak mało znanej i mającej niewiele ocen pozycji. Jest to niewątpliwie odkrycie patronującej nam Ma-tki - Wielbicielki zimna, u niej trzeba szukać ;) Tatuś, jak dotąd, spłodził tylko trzy dzieciątka, ale po naszemu możemy poznać dwa; dusiołek jest pierworodny. Ponoć tatusia porównują nawet do Hemingwaya...
Użytkownik: dot59Opiekun BiblioNETki 2019-10-12 12:22 napisał(a):
Odpowiedź na: 13 - trudno cokolwiek zam... | Marylek
Ależ Ty wybornie mataczysz! Nie mogłam przedtem nic wykombinować, a teraz zerknęłam w stosowne oceny pod odpowiednim kątem i wygląda na to, że mam!
Użytkownik: Marylek 2019-10-13 09:13 napisał(a):
Odpowiedź na: Ależ Ty wybornie mataczys... | dot59Opiekun BiblioNETki
14 - wydaje mi się, że mam. Hm, nie dość tego, nawet poszukuję! ;) A dusiołek imieniem pasuje do kierunku kojarzącego się z tematem konkursu.
Użytkownik: McAgnes 2019-10-11 23:15 napisał(a):
Odpowiedź na: Poszukuję: 5, 8 oraz od 1... | Marylek
14 to debiut mamusi, bohaterowie są baaaardzo daleko od siebie, ale jakoś udaje im się porozumieć (to zresztą widać we fragmencie). Istotne jest to, że oboje są bardzo samotni, on nawet bardziej. W tle apokalipsa, ale jakaś niewyraźna.
Użytkownik: McAgnes 2019-10-10 00:00 napisał(a):
Odpowiedź na: Przedstawiam KONKURS nr 2... | pawelw
Lubię ten konkurs! Wysłałam parę odpowiedzi, zobaczymy, czy trafię.
Użytkownik: ilia 2019-10-12 21:17 napisał(a):
Odpowiedź na: Przedstawiam KONKURS nr 2... | pawelw
Zostały tylko 2 dni do końca konkursu. Jest 8 uczestników. Może jeszcze ktoś dołączy do zabawy?
Nadal nieodkryte zostały numery 5 i 15.
Użytkownik: Marylek 2019-10-13 22:34 napisał(a):
Odpowiedź na: Zostały tylko 2 dni do ko... | ilia
A może zamataczysz coś do tych dwóch nieodkrytych? Żeby trochę stopić lód? ;)
Użytkownik: ilia 2019-10-13 23:29 napisał(a):
Odpowiedź na: A może zamataczysz coś do... | Marylek
5 - książki mamusi są o miłości :), główna bohaterka robi reportaż o Zimowym karnawale w jednym z miast Kanady
15 - autor amerykański, napisał dwie powieści, po polsku wyszła tylko jedna (chyba?); jest o życiu, śmierci, miłości, o ciągłych szansach. Napisano, że styl tego autora odzwierciedla eklektyczną mieszankę pisarzy: Terry'ego Pratchetta, Neila Gaimana, Samuela R. Delany'ego i Kurta Vonneguta.
Legenda
  • - książka oceniona przez Ciebie - najedź na ikonę przy książce aby zobaczyć ocenę
  • - do książki dodano opisy lub recenzje
  • - książka dostępna w naszej księgarni
  • - książka dostępna u innych użytkowników (wymiana, kupno)
  • - książka znajduje się w Twoim schowku
Patronaty Biblionetki
Biblionetka potrzebuje opiekunów
Recenzje

Użytkownicy polecają:

Redakcja poleca: