Dodany: 2019-05-21 20:12|Autor: dot59Opiekun BiblioNETki

Gdzie jest to miejsce na ziemi?


Niektóre wydawnictwa mają dziwny, żeby nie powiedzieć: okrutnie irytujący zwyczaj nieuwzględniania pewnych tytułów w publikowanych na stronie zapowiedziach, wskutek czego nawet czytelnik, który na te akurat pozycje szczególnie czeka, może przegapić ich ukazanie się i odkryć je zupełnym przypadkiem, szukając w księgarni czegoś innego. Tak też stało się z "Dziennikiem 1967-1976" – na szczęście obecna, wielotomowa wersja nie jest już tak rozchwytywana, jak ta poprzednia w jednym tomie, więc bez trudu udało mi się zaspokoić pragnienie poobcowania z kolejną porcją zapisków węgierskiego prozaika.

Węgierskiego… Zaduma przy tym słowie pojawia się nie bez przyczyny, bo po dwudziestu latach na obczyźnie Márai nie zna Węgier obecnych, a do dawnych wracać nie chce; akcję swoich dzieł umiejscawia a to w antycznej Grecji („Pokój na Itace”), a to w Brazylii („Sąd w Canudos”), a to w szesnastowiecznej Hiszpanii („Pokrzepiciel”), a to we Włoszech, gdzie spędził pierwsze lata emigracji („Krew świętego Januarego”, opublikowana nieco wcześniej, niż zaczyna się ten tom dziennika, ale w gruncie rzeczy nie ma to znaczenia). Ale przecież, utraciwszy kontakt z ojczyzną, nie stał się przez to automatycznie pisarzem amerykańskim czy włoskim! Pisze tylko po węgiersku – nie tylko pisze zresztą, bo wyznaje: „również wówczas, gdy czytam i mówię w języku angielskim, niemieckim czy francuskim: zawsze myślę i wszystko pojmuję po węgiersku, a potem tłumaczę, lepiej lub gorzej, swoje myśli na język obcy”[1] – i uwiera go fakt, że „na obczyźnie świadomość językowa wietrzeje”[2]; ratuje się przed tym niepożądanym zjawiskiem, sprawiając sobie kilkutomowy „słownik z opisami znaczeń, żebym wiedział do ostatniej chwili, jaka jest różnica pomiędzy całunem a kirem”[3].

W Stanach, co tu ukrywać, nie jest mu dobrze. Jest tu, bo chwilowo nie miał innego wyjścia; czuje się „zmuszony żyć w niegodnym, prostackim otoczeniu”[4], gdzie „ludzie żyją obok siebie, szczerząc zęby na innych i chorobliwie nie cierpiąc się nawzajem, w odrębnych małych gettach, przerażeni perspektywą bliskości”[5], ale nie tylko to jest tak przykre, gorzej, że „człowiek jest w gruncie rzeczy tylko na tyle człowiekiem, na ile można to wycenić w dolarach”[6]. A ponieważ właśnie przeszedł na emeryturę, kończąc współpracę z Radiem Wolna Europa, nic go już w Stanach trzyma (adoptowany syn János jest dorosły i od paru lat całkowicie samodzielny); zważywszy na różnice cen tu i w Europie oraz na fakt, że we Włoszech, w Salerno, czeka mieszkanie odziedziczone po krewnym Loli, o wiele lepiej będzie się żyło tam. Decyzja zapada; Máraiowie wracają do Włoch.

Na razie nie żałują – bo „tu wszystko lepsze niż gdzie indziej”[7], ludzie przyjaźniejsi, klimat łaskawszy. I nawet polityczno-społeczne zawieruchy ’68 roku jakoś to włoskie południe omijają; nawet ruch hippisowski, na który autor patrzy zgoła nieprzychylnie, nie dominuje tu aż tak, jak w Anglii czy Stanach. Ale to nie wystarcza; już po niespełna trzech latach Márai czuje „niechęć do wszystkiego, co włoskie”[8], nie dlatego, żeby go Włosi jakoś szczególnie zdenerwowali… tylko po prostu to też nie jest jego miejsce na ziemi… Nie jest nim także dom Jánosa i jego niedawno poślubionej żony, w którym Máraiowie goszczą wiosną ’71 i zimą ‘74/75: dom, w którym „nie ma żadnych książek poza telefonicznymi”[9], tylko „telewizja, która tu jest chyba bardziej prymitywna i idiotyczna niż w Europie”[10]; po pierwszej wizycie jeszcze raz pada konkluzja: „mamy rację, że nie zostaliśmy w Ameryce (…) człowiek mojego pokroju nie może się zadomowić w tym obcym świecie pozbawionym kultury i wpojonym przez nią odruchów”[11]. I nie jest, odwiedzony „po trzydziestu pięciu latach po raz pierwszy”[12], Wiedeń, gdzie z perspektywy czasu autor czuje się jak „ktoś, kto w dojrzałym wieku odwiedził dom rodzinny, gdzie cieszy się ze wszystkiego (…), ale w sekrecie (…) zagląda do rozkładu jazdy, by zobaczyć, kiedy odjeżdża najbliższy pociąg”[13]…

Starość – do której autor przyznawał się już koło pięćdziesiątki – teraz, dwadzieścia lat później, naprawdę daje o sobie znać, i zmęczeniem, i coraz liczniejszymi przypadłościami zdrowotnymi, tak samo dotykającymi jego, jak i starszą o rok żonę. Ale w słabnącym powoli (naprawdę powoli! Zauważmy, że ta para siedemdziesięcioparolatków jest jednak wciąż w ruchu, krąży z kraju do kraju, z miasta do miasta, z kawiarni do muzeum, z muzeum do hotelu etc.) ciele tkwi umysł wciąż potężny i sprawny. Ileż ten człowiek czyta (głównie w językach obcych, bo przecież oryginalnej węgierskiej literatury w księgarniach i bibliotekach niewiele) – i co czyta! Pochłania klasykę, eseje, publicystykę historyczną, wspomnienia, rozprawy filozoficzne i socjologiczne w kilku językach na przemian, a głębi refleksji, jakie sobie w swoich kajetach notuje, mógłby mu pozazdrościć niejeden współczesny recenzent. Obserwuje z całą ostrością i wnikliwością wszystko, co się dzieje wokół: osąd wydarzeń ze światowej polityki sąsiaduje z zapiskiem o śmierci mleczarza, reminiscencje ze zwiedzania zabytków z opisem widzianej w autobusie ułomnej kobiety, informacja o wydaniu własnej książki z jedno-czy dwuzdaniową „złotą myślą”…

Można by to czytać bez końca. Tym większy żal, że ten koniec nadchodzi szybciej, niż powinien – bo to znów tylko wybór, nie ma tu wielu fragmentów, których istnienie sygnalizuje w posłowiu tłumaczka (zabrakło, jak się zdaje, głównie tych najbardziej osobistych – o relacjach z Jánosem i Harriet, o świętowaniu 50 rocznicy ślubu). Fakt, że będzie ciąg dalszy, pociesza tylko trochę, bo wiemy, że obejmie ostatnich trzynaście lat życia autora, w których zapiski będą się stawały coraz smutniejsze, coraz bardziej pozbawione nadziei i wewnętrznej siły…

[1] Sándor Márai, „Dziennik 1967-1976”, przeł. Teresa Worowska, wyd. Czytelnik, 2019, s. 312.
[2] Tamże, s. 181.
[3] Tamże, s. 161.
[4] Tamże, s. 9.
[5] Tamże, s. 10.
[6] Tamże, s. 13.
[7] Tamże, s. 79.
[8] Tamże, s. 124.
[9] Tamże, s. 171.
[10] Tamże, s. 172.
[11] Tamże, s. 175.
[12] Tamże, s. 240.
[13] Tamże, s. 256.

(c)Wszystkie prawa zastrzeżone. Kopiowanie bez zgody autora zabronione.

Wyświetleń: 248
Dodaj komentarz
Przeczytaj komentarze
ilość komentarzy: 2
Użytkownik: Monika.W 2019-06-01 08:54 napisał(a):
Odpowiedź na: Niektóre wydawnictwa mają... | dot59Opiekun BiblioNETki
A ja wciąż nie czytam tego nowego, rozszerzonego wydania. Wstyd mi. Przecież zachwyt 1-tomowym wyciągiem z Dziennika powinien motywować. I nawet nie byłaby to powtórka, ale nowa lektura.
Ech - trzeba wyciągnąć z półki i zacząć się zachwycać. Tak pięknie piszesz o tym, co tak pięknie pisze Marai.
Użytkownik: dot59Opiekun BiblioNETki 2019-06-01 17:11 napisał(a):
Odpowiedź na: A ja wciąż nie czytam teg... | Monika.W
No właśnie, ja też to czytam jako nową lekturę, rzucając się na nią zachłannie; czytam właściwie każdy tom dwa razy, bo wyszukuję cytaty wypisane do notesu z tamtego krótszego wydania i zaznaczam, na której stronie są w nowym.
On nawet jak pisze o banalnych rzeczach, to pisze z takim jakimś urokiem, że przestają się wydawać banalne.
Patronaty Biblionetki
Biblionetka potrzebuje opiekunów
Recenzje

Użytkownicy polecają:

Redakcja poleca: