Dodany: 23.01.2023 23:54|Autor: fugare

Redakcja BiblioNETki poleca!

Książka: Most królowej Jadwigi
Sulima-Kamiński Jerzy

4 osoby polecają ten tekst.

Saga z miasta dwóch rzek i wielu mostów


Bydgoszcz jest miastem położonym nad rzekami: Brdą i Wisłą, nie powinno więc nikogo dziwić, że są tu również mosty. Ale już to, że jest ich ponad pięćdziesiąt, może wprawić w zdumienie. Dokładnie 43 mosty, 39 wiaduktów i 26 kładek, a wśród nich jeden szczególny - Most Królowej Jadwigi. Nie mogło zabraknąć również mostu nazwanego imieniem Jerzego Sulimy-Kamińskiego - autora bydgoskiej sagi, o której wiedzą nawet tacy mieszkańcy, którzy nieczęsto sięgają do literatury pięknej. Za to ci, którzy uważają się za jej koneserów, lubią podkreślać, że jest dla bydgoszczan mniej więcej tym, czym „Blaszany bębenek” Grassa dla gdańszczan. Słyszałam to porównanie wielokrotnie. Jak bardzo jest powszechnie lubiana i szanowana, niech świadczy choćby to, że świętuje się tu urodziny pisarza, przyznaje medal jego imienia, urządza publiczne czytanie powieści, gry miejskie i spacery śladem bohaterów. Ja też darzę ją specjalnym sentymentem, a z autorem łączy mnie jeszcze - poza samym miejscem urodzenia - fakt wychowywania się w tej samej opisywanej przez niego dzielnicy Okole, tysiące razy przemierzona trasa wiodąca przez tytułowy most, a nawet słabość do zwierząt i galaretek w cukrze. Mówiąc po „bydgosku” jestem z tego samego „fyrtla”, choć to nie jedyny powód, dla którego chciałabym ją polecić.

Jerzy Sulima-Kamiński urodził się w Bydgoszczy w 1928 r. i jest moim zdaniem najwybitniejszym, a z pewnością najpopularniejszym bydgoskim pisarzem. Był również dziennikarzem radiowym, autorem słuchowisk i od czasu do czasu poetą. Przez współpracowników, rodzinę i przyjaciół często wspominany jako człowiek skromny, miły, życzliwy i szarmancki, a przy tym obdarzony poczuciem humoru. Zmarł w 2002 r. i został pochowany na zabytkowym bydgoskim Cmentarzu Starofarnym.
Jego najpopularniejsza powieść „Most królowej Jadwigi”, wydana po raz pierwszy w 1981 r., to oparta na autobiograficznych wątkach, trzytomowa historia rodziny, a przy okazji wyjątkowo pięknie opisany fragment biografii miasta i pewien wycinek historii Polski z okresu międzywojnia, II wojny światowej i pierwszych lat powojennych do 1956 r. Warto byłoby doprecyzować, że nie jest to powieść historyczna, a historia, choć odgrywa w niej znaczącą rolę, jest tu jednak przede wszystkim tłem dla pięknej, momentami poetyckiej opowieści o ludziach. O mieszkających tu od kilku pokoleń Niemcach i Polakach, o sąsiadach, kolegach, krewnych uwikłanych w tę samą determinującą ich losy wojnę. Autor oddał pierwszoosobową narrację chłopcu – Jurkowi, nazywanemu w rodzinie Jerzusiem.

Najważniejszą informacją, którą powinien otrzymać współczesny czytelnik przed przystąpieniem do lektury, jest to, że Bydgoszcz przez półtora wieku znajdowała się pod panowaniem kolejno Królestwa Prus i Cesarstwa Niemieckiego (II Rzeszy), by powrócić do Polski w 1920 roku. W latach 1772-1920 i później 1939-1945 funkcjonowała jako Bromberg, a mieszkańcy poddawani byli przez lata bardziej lub mniej nasilonej germanizacji. Kiedy kilka lat temu powstała tu Palarnia Kawy, a następnie Kawiarnia - Bromberg Kaffe, przez lokalne media przetoczyła się gorąca dyskusja i spór o tę nazwę w przestrzeni publicznej. Myślałam o tym, jaki głos zabrałby w tej polemice autor powieści. Może powiedziałby coś, co znaczyłoby mniej więcej to samo, co napisał w przedmowie do swojej książki: "Jeśli ktoś szukał w tej trzytomowej bydgoskiej sadze nienawiści do Niemców jako narodu w całości, tego spotka rozczarowanie. Literatura nigdy i nigdzie nie powinna karmić siebie samej i społeczeństwa nienawiścią.(...)Nie powinna usprawiedliwiać zła, ale musi szukać jego źródeł i zasypywać je (...) Nie nienawidzę Niemców. Odrzucam fundamentalistyczne i totalitarystyczne idee" [1].

Akcja toczy się jednak nie w Brombergu, ale w Bydgoszczy, bo już po 1920 roku. Głównie, choć nie wyłącznie, w dzielnicy Okole, gdzie Jerzy Sulima-Kamiński mieszkał przy ulicy Królowej Jadwigi, wędrował z ojcem tytułowym mostem, i gdzie mama w trosce o moralność małego Jerzusia zasłaniała mu oczy, kiedy mijali w drodze do Kościoła Farnego słynny pomnik Łuczniczki. Dodam, że to odlana z brązu postać pięknej kobiety, sportsmenki mierzącej z łuku do niewidzialnego celu, której jedynym strojem są sandały. Już podczas wojny Jerzuś zastanawia się: "Czy ocalała ta naga Łuczniczka sprzed teatru? Chyba tak... Moja mama byłaby szczęśliwa, gdyby ją rozstrzelali z armaty. Przynajmniej mógłbym spokojnie przechodzić obok teatru. I nie musiałbym spoglądać w drugą stronę - na sklep Molendy - bielska wełna, łódzkie perkale. - Łuczniczce należało sporządzić żelazne majtki - sądzi matka. - Powinno się ją było od razu odlać z majtkami. I teraz się dziwią, kiedy porządni ludzie czasami krzyk podnoszą: precz z tym świństwem!" [2].
Dzisiaj mama Jerzusia miałaby więcej problemów, bo choć Łuczniczkę przeniesiono już w inne miejsce, to przybyła jej siostra, też łuczniczka, stojąca (już nawet bez sandałów) przy Operze, a więc na tej samej trasie do kościoła, oraz kawałek dalej „Przechodzący przez rzekę” brat, który co prawda sandały ma, ale... przewieszone przez ramię. W okresie przedwojennym (pomnik Łuczniczki został ufundowany w 1910 r.) co jakiś czas odbywały się akcje jej ubierania lub zasłaniania, a inicjatorką kilku z nich była słynna właścicielka jednej z bydgoskich kamienic - Pola Negri. Później większość mieszkańców była już z Łuczniczką tak „oswojona”, że w zasadzie nikt jej nagości nie zauważał i tak jest do dzisiaj. Autorem pomnika był niemiecki rzeźbiarz Ferdinand Lepcke - ten sam, który stworzył inny piękny symbol przedwojennej Bydgoszczy - fontannę-pomnik "Potop". Nie ma chyba w bydgoskich kolekcjach rodzinnych fotografii takiej, na której protoplaści nie pozują przed "Potopem". W moim wydaniu powieści z 1998 r. jest rycina przedstawiająca autora z młodszą siostrą na tle fontanny. Mama Jerzusia jest jednak o tym przekonana, że: "Nasz Potop też nie jest całkiem w porządku. Same nagusy! Same nagusy, a koło fontanny pełno niewinnych dzieci. Szczęście, że pomnik mówi o Biblii, to go ratuje przed ludzkim potępieniem. Jedni drugich wciągają na skały w ucieczce przed zalewem. Ale próżny ich trud; przed gniewem bożym nie ujdziesz, grzeszny człowieku. Już ci, biedaku, pozostał jeno cypelek, już kawalątek tylko, sam czybuszek góry. A naród ciągnie na skały - wspina się, wdziera, Matki z dziećmi, ojcowie, mężowie, starcy. Niedźwiedzica z niedźwiedziątkiem w pysku. Lew z lwicą. Wszystko chce żyć, wszystko ratuje się. Zaraz jedni drugich zepchną w odmęty. Co który przebije się na szczyt, to drugi leci w otchłań. Nie ma miejsca dla wszystkich, walka na żyć albo umierać. Już lepiej tym, co nie dopłyną do skały, co toną z ostatnim haustem powietrza w piersiach. Los. Ludzki okrutny los. Jedni z miłością bronią swoich bliskich, drudzy stąpają po nich jak po głazach. Ciągną pod wodę, byle samemu choć na oddech jeden utrzymać się nad powierzchnią. Potem i oni lecą na dno. Jak w życiu - mawia matka - jak w życiu"[3].
Przetopiony przez Niemców w okresie II wojny światowej na potrzeby zbrojeniowe, ten niezwykle oryginalny pomnik wrócił do miasta dopiero w 2014 roku i dalej pełni swoją rolę, czasem nawet wdzięcznego tła dla „selfie”.
Rodzina Jerzusia należy do przedwojennego drobnomieszczaństwa - ojciec jest byłym policjantem, dziadek ze strony matki - kupcem, a ze strony ojca - zubożałym ziemianinem. "Zbiorowym bohaterem powieści jest drobnomieszczaństwo bydgoskie - sól tego miasta. Sól, dodajmy - nie zawsze krystalicznie doskonała, gdyż z wyroków powikłanej historii skażona produktami odruchów obronnych, postawą mimikry i koniecznością przystosowania się do upokarzającej rzeczywistości"[4] - jak podsumowuje sam autor w przedmowie.
Wydarzenia śledzimy z perspektywy wrażliwego, inteligentnego chłopca, nieobarczonego jeszcze żadnymi narodowościowymi czy społecznymi uprzedzeniami. Brak stereotypowego spojrzenia na rzeczywistość to największa zaleta tej powieści. Autor odważył się w latach 80. XX wieku wydać książkę, na kartach której nie każdy Polak jest bohaterem, a nie każdy Niemiec oprawcą i faszystą; gdzie widać również różnice i podziały występujące między samymi Polakami z różnych części kraju, wynikające z porozbiorowych zaszłości historycznych. Pokolenie rodziców Jerzusia to ludzie wychowani jeszcze w okresie panowania pruskiego, którzy mówili i modlili się po polsku, ale chodzili do niemieckich szkół, więc liczyli już po niemiecku. Po wyzwoleniu w 1920 r. do Bydgoszczy, na miejsce opuszczających miasto Niemców przybywają Polacy z innych części kraju. Przedwojenni bydgoszczanie obawiający się trochę konkurencji z ich strony, nazywają tę napływającą do miasta ludność "bosymi antkami", „Kongresiakami” lub "Galicjokami" - ci z kolei odwdzięczają się im niechlubnym przezwiskiem "Krzyżaki".
"Ojciec (...) gotów byłby wywiesić w swojej ewentualnej kawiarence tabliczkę z napisem »antkom wstęp wzbroniony« z dopiskiem pod spodem: »nie dotyczy Pana mecenasa Kątskiego«. Bo pan mecenas, tak uważa ojciec, jest »dusza chłop«, nie wyzywa nikogo z naszych od »Krzyżaków«, gdyż wie co jesteśmy warci i cośmy tutaj przecierpieli, jakie ofiary ponieśliśmy, żeby mówić i myśleć po polsku przez tych prawie sto siedemdziesiąt lat niewoli"[5]

Bohaterowie powieści często rozmawiają ze sobą używając gwary bydgoskiej. Ten autentyczny i używany do dzisiaj język ulicy jest podobny do gwary poznańskiej, ale myślę, że mieszkańcy innych rejonów Polski, gdzie gwara, z wiadomych względów, składa się również z dużej ilości germanizmów, bez problemu ją zrozumieją. Dla pozostałych autor zamieścił słowniczek, z którego można dowiedzieć się, że świętojanki to porzeczki, karbonada to kotlet, petrolka – lampa naftowa, szneki z glancem - drożdżówki z lukrem, a plachandry oznaczają coś w rodzaju łazikowania, włóczenia się. Z doświadczenia wiem, że największe zdziwienie budzi nazywanie piwnicy - sklepem, a sklepu – składem, albo, jeśli był to sklep spożywczy - kolonialką. Części mieszkania to odpowiednio: antrejka – weranda, jadalka, kąpielka i wspomniany sklep, czyli piwnica. Oczywiście powieść napisana jest językiem literackim, ale czasem pojawiają się bohaterowie, jak sąsiad rodziny opisujący swojego syna: „- A ten mój Lejoś, ten to je rychtyg kuńda. Ino furt plachandruje z jednu taku glajdu. Kintop jeji funduje, wafle i co tam jeno”[6] lub ojciec narratora opowiadający o naprawie zegarka:„Balanks jest fucz i cylinder wyhaczył się z aksy. Cały werk wylajrowany. Chyba że trafisz do dobrego fachmana. Bo te nasze Kongresiaki, złodzieje, wybiorą kamienie i dadzą cegły. Mnie raz jeden wyjął dekel z dukatowego złota!”[7], dla których potrzebny byłby tłumacz. Jego rolę pełnią przypisy. Możemy spotkać też pojawiające się nawet obecnie u starszych mieszkańców Bydgoszczy zwroty, które są gramatyczną kalką niemieckich wyrażeń, jak „Ile lat jesteś stary?” albo „Gdzie masz, to leżeć?”

Wracałam do tej powieści już kilka razy, chociaż nie od razu dałam się namówić na jej przeczytanie, bo kiedy byłam młodsza, wydawało mi się, że to smutna, sentymentalna historia o czasach i ludziach, którzy już przeminęli. Nie zdawałam sobie sprawy, jak bardzo jest to uniwersalna opowieść o relacjach rodzinnych, o dorastaniu do swojej przeszłości i osiąganiu możliwości dokonania jej oceny. I jeszcze z tego, z jakim kunsztem, poezją i delikatnym humorem została napisana. Gdybym miała poszukiwać skojarzeń literackich, może bardziej niż z „Blaszanym bębenkiem” Grassa, kojarzy mi się z „Widnokręgiem” Wiesława Myśliwskiego lub ze „Śmiercią pięknych saren” Oty Pavla. Sulima-Kamiński nie waha się pokazywać swoich rodziców w ironiczny, czasem wręcz groteskowy sposób, ale czyni to z wielką czułością i miłością. Kiedy ukazało się pierwsze wydanie, autor miał 53 lata. Kończąc trzeci tom, zwraca się do zmarłego ojca: "Tyle czasu zmarnowaliśmy, a nie powiedzieliśmy sobie nic. Nic o sobie nie wiemy. Prawie nic. Odejdziesz jak obcy, niezrozumiany. Dopiero później urośniesz we mnie, potem dopiero wrócisz do mnie, jak wraca moja matka. Jaśniejsze i lepsza, niż była naprawdę. Więc trzeba wpierw odejść, żeby być?" [8]


[1] Jerzy Sulima-Kamiński, "Most Królowej Jadwigi", Agencja Wydawnicza SiS, Bydgoszcz, 1998 r., s. 8.
[2] Tamże, s. 288.
[3] Tamże, s. 288.
[4] Tamże, s. 5.
[5] Tamże, s. 95.
[6] Tamże, s. 34.
[7] Tamże, s. 132.
[8] Tamże, s. 795.




(c)Wszystkie prawa zastrzeżone. Kopiowanie bez zgody autora zabronione.

Wyświetleń: 682
Dodaj komentarz
Patronaty Biblionetki
Biblionetka potrzebuje opiekunów
Recenzje

Użytkownicy polecają:

Redakcja poleca: