Dodany: 2022-07-30 18:56|Autor: fugare

Redakcja BiblioNETki poleca!

Książka: Testament
Wähä Nina

2 osoby polecają ten tekst.

Testament: To, co po nas zostaje?


Na „Testament” Niny Wähä zdecydowałam się z dwóch powodów. Powieść w tłumaczeniu Justyny Czechowskiej, kolejna, którą wydało w tym roku Wydawnictwo Poznańskie w ramach Serii Dzieł Pisarzy Skandynawskich - to powód pierwszy. Żadna książka z tego „skandynawskiego” zestawu jeszcze mnie nie zawiodła i okręt na okładce traktuję wciąż jako znak jakości. To w pełni zasłużona reklama dla tego cyklu i wydawnictwa, bo wypływa wprost z mojego czytelniczego serca, a nie z innych, na przykład merkantylnych powodów. Drugim jest opinia Joanny Bator: „Wspaniała historia rodzinna. Opowiedziana z lekkością stylu, lecz nie błaha. Zabawna i straszna, złożona z wielu warstw”[1]. Tak, jak było w przypadku autora, którego odkryłam dzięki tej serii - Kjella Westö („Niebo w kolorze siarki”) - nie słyszałam wcześniej o urodzonej w 1979 r. Szwedce, wokalistce zespołu muzycznego i autorce trzech powieści, z których ostatnia - „Testament” wydany w Szwecji w 2019 r. - nie tylko zdobyła uznanie czytelników, trafiając na tak zwane listy bestsellerów, ale została nominowana do kilku prestiżowych nagród literackich.

Myślę, że można by spróbować postawić i obronić tezę, że sagi i historie rodzinne to jeden z najczęściej poruszanych tematów w literaturze. Co ciekawe, samo pochodzące z języka islandzkiego słowo „saga” wywodzi się z tradycji staroskandynawskiej i dopiero współcześnie zaczęto go używać jako określenia dla często kilkutomowej opowieści o kolejnych pokoleniach jednej lub kilku powiązanych ze sobą rodzin. W tym wypadku jest to historia tylko dwóch pokoleń rodziny Toimich, więc sagą zdecydowanie nie można jej nazwać. Obejmuje właściwie tylko pewien wycinek z losów rodziców i ich dzieci, z reminiscencjami z młodości starszych bohaterów. Co jest w niej zatem tak oryginalnego, co mogłoby wyróżniać ją na tle tych wielu innych? Poza stylem opowiadania autorki - współczesnym, prawie „koleżeńskim” i swobodnym - sposób pokazania tej momentami schematycznej, a czasami tragicznej, czy wręcz wstydliwej i trudnej historii: bez upiększeń, bez filtra i retuszu. Nie wiemy, czy dokładnie takie były wspomnienia babci autorki, której losy wnuczka chciała uwiecznić na kartach tej powieści, czy tylko miejsce, czas i niektóre rodzinne historie stały się do niej pretekstem. Wiemy jednak, że to właśnie w tej opisywanej części Finlandii Nina Wähä spędzała w dzieciństwie wakacje i tam mieszkała jej rodzina. A w tej opowieści, tak jak w każdej rodzinie, pozostaje jeszcze sporo niedomówień, zaś interpretację wielu faktów autorka zdaje się pozostawiać wyłącznie czytelnikowi.

Akcja toczy się w Finlandii - w dolinie Tornio, leżącej na granicy szwedzko-fińskiej. W miejscu raczej odludnym i smutnym, trudnym do życia dla jej mieszkańców, głównie rolników, tak jak zresztą większość terenów tego pięknego, ale niezbyt urodzajnego kraju. Finlandia - trochę uboższa siostra w rodzinie państw nordyckich - niemal od początku swoich dziejów przez całe wieki borykała się z trudami niefortunnego położenia geograficznego i po wyzwoleniu spod kilkusetletniego panowania szwedzkiego wpadła wprost pod jarzmo Imperium Rosyjskiego, a to udało jej się zrzucić dopiero wraz z upadkiem caratu. Historia rodziny Toimich sięga jednak tylko jednej z ostatnich XX-wiecznych potyczek w obronie niepodległości, toczącej się na terenach fińskich pomiędzy listopadem 1939 r., a marcem 1940 r. Na skutek tej tzw. wojny zimowej, czyli agresji Rosji na Finlandię, ta ostatnia utraciła część swojego terytorium - Karelii, na rzecz Rosji, fińską suwerenność udało się jednak zachować. W wojnie uczestniczył ojciec rodziny - wówczas młody, 20-letni - Pentti, a podczas exodusu mieszkańców przechodzącej z rąk do rąk Karelii, poznał przyszłą żonę, Karelkę o imieniu Siri, ale o tym, jak do tego doszło, mamy dowiedzieć się dopiero w końcowej części opowieści, która dla czytelnika rozpoczyna się w latach 80. XX wieku. Finlandia zaczyna już osiągać swój gospodarczy i społeczny sukces. Jednak nawet wtedy to Szwecja postrzegana jest jeszcze wciąż przez Finów jako kraj dostatku, większych szans na usamodzielnienie się i finansowe odbicie od dna dla tych, którzy nie mogą liczyć na wsparcie rodziny. To właśnie do Sztokholmu przeprowadza się Annie - najstarsza z żyjących córek Toimich, a później ściąga tam jednego z młodszych braci. Ciężarna Annie i reszta jej uczącego się i usamodzielnionego rodzeństwa przyjeżdżają właśnie do domu z okazji Świąt Bożego Narodzenia. Autorka w tym miejscu rozpoczyna swoją opowieść. A właściwie nie, tak naprawdę to rozpoczyna ją narrator, który już w pierwszym zdaniu, informuje nas, że: „To nic innego jak historia morderstwa"[2]. A dalej, w wielu miejscach, choćby w krótkich streszczeniach treści rozdziałów, stara się wciąż podtrzymywać wywołany w czytelniku niepokój i zapowiada: „Ale przecież nic się jeszcze nie wydarzyło?” [3], a „przecież niebawem coś jednak się wydarzy?”[4].

Rodzina Toimich, niezamożnych rolników, jest wielodzietna. Nawet po śmierci dwojga najstarszych dzieci, zmarłych w wieku 5 i 2 lat, wychowywało się razem aż dwanaścioro rodzeństwa. Kiedy ich poznajemy, część jest już dorosła i mieszka poza domem, kilkoro to nastolatki, a dwóch najmłodszych chłopców to kilkuletnie dzieci. Autorka na początku powieści umieściła, niczym w faulknerowskim "Absalomie, Absalomie” opatrzonym „Chronologią” i „Genealogią”, spis kluczowych postaci, do którego często wraca się podczas lektury, bo poza swojską Annie, wszystkie imiona brzmią, myślę, że nie tylko dla mnie, egzotycznie. Jest więc Siri i Pentti - rodzice, i pozostałe dzieci: Lauri, Esko, Rinne, Helmi, Onni, Arto, Tarmo, Lahja, Valo, Hirvo i Voitto. Nie jest to zresztą moje jedyne skojarzenie z powieścią Wiliama Faulknera. Nieoczywista, czasami okrutna, również dla swoich dzieci, postać Sutpena, może budzić skojarzenie się z Penttim - ojcem rodziny Toimich. W obu przypadkach mamy zresztą, posługując się dużym uproszczeniem, postacie zarówno „marnotrawnego” ojca, jak i powielającego ten schemat syna.
„Nauczyć się, jak być człowiekiem - wiedzieli to od Siri. Trudno powiedzieć, czego nauczył ich Pentti, może jak nie być człowiekiem?” [5].
Za to, jak łatwo wywnioskować z tego cytatu, w tej rodzinie, jak w wielu innych - to niechlubny, choć niestety nie tylko stereotyp - problemem był mąż i ojciec. Bez wątpienia to kluczowa postać, chociaż początkowo poznajemy go prawie wyłącznie z opowieści innych o tym, jak na przestrzeni lat zdominował życie całej dwunastki, a w zasadzie czternastki, i ich matki. Sam Pentti dochodzi do głosu dopiero w dalszej części historii. Dzieci Toimich łączy więc, poza więzią bratersko-siostrzaną, jeszcze wspólna niechęć i obawa przed ojcem. Są jednak, również w tym uczuciu, bardzo różni.

„Czy można podzielić rodzeństwo według temperamentu odziedziczonego po rodzicach? Jedno słoneczne, łatwe, nieskomplikowane. Drugie ogniste, nieobliczalne, melancholijne. Tu mieli większy rozrzut. W tym wymiarze większość z nich była mieszanką tych dwojga, a kilkoro było jeszcze całkiem innych”[6].

Jak bardzo są odmienni, choć wychowani w jednym domu, w tych samych warunkach, dowiadujemy się w poszczególnych rozdziałach, gdzie każdemu poświęcone jest osobne miejsce. Poznajemy kolejne osobowości i indywidualne, choć czasami wręcz szokujące sposoby, na stworzenie sobie własnej strategii przeżycia w tej rodzinie, w której nie wszyscy są tak samo obdarzani miłością i czułością matki, ale na wszystkich postać ojca odciska swoje piętno. Oczywiście, tak jak zapowiada wszechwiedzący narrator „coś się wydarza” i staje się impulsem do zmian, chociaż nie jest to tylko zapowiadana na początku śmierć jednego z bohaterów, a tytułowym „testamentem” nie musi wcale być ostatnia wola wskazująca na spadkobiercę. Sukcesorami są bowiem w metaforycznym sensie wszyscy uczestnicy opisywanych wydarzeń. Konkluzja, która kończy powieść dobrze to podsumowuje:
„Bo nie mamy żadnych obowiązków wobec przeszłości, poza tym jednym, by nieść świadectwo, nigdy nie zapominać o tym, co się wydarzyło i co wiemy, przekazać to dalej, tak by dzieci oraz te jeszcze nienarodzone dzieci, a także dzieci, które będą żyły długo po tym, jak nas już nie będzie, mogły zapoznać się z naszym testamentem” [7].

Tym, co dla mnie okazało się najważniejsze i odróżniające tę historię od innych, był - jak pisałam we wstępie - sposób, w jaki autorka opisuje swoich bohaterów, choć jest ich wielu, bo to nie tylko dwunastka rodzeństwa i rodzice, to również chłopak Annie, żona Eska, mąż Helmi czy dalsi członkowie rodzin Siri i Penttiego. Opowiada o nich z czułością, nie ocenia ich i nie obwinia. Nina Wähä po prostu bez upiększeń pokazuje, co wydarzyło się w ich życiu, nie próbując jednak dokonywać dokładnej analizy, nie wskazując czytelnikowi, kiedy i na skutek jakich wydarzeń, doszło do kulminacji emocji i nie odpowiadając nawet wprost, kto jest winny. Wielokrotnie w powieści pada może nie całkiem formalnie wyartykułowane pytanie, które dla mnie pozostaje powracającą refleksją po jej lekturze. Do jakiego stopnia jesteśmy osobni i jedyni w swoim rodzaju i czy przychodząc na świat, przynosimy ze sobą własny niepowtarzalny sposób postrzegania go, czy jesteśmy przede wszystkim spadkobiercami poprzednich pokoleń, ich błędów i tego co przekazano nam w dzieciństwie. Czy faktycznie, a jeśli tak, to w jakim celu realizujemy ten testament? Z pewnością genetyka i psychologia mają sporo do zaoferowania, jeśli chodzi o próby formułowania odpowiedzi na te rodzące się pod wpływem książki pytania.

Należy zauważyć, że autorka patrzy przeszłości bohaterów - i, jak możemy domniemywać, również własnej - prosto w oczy. Nie udaje, nie poszukuje wymówek i nie usprawiedliwia. Mówi nam za to: - Tak to było! Taki właśnie był mój dziadek, ojciec, moja matka i stąd jestem! Prawda jest lepsza od mitu, bo od prawdy można rozpocząć od początku.
W pewnym miejscu, a dociekliwy czytelnik na pewno je odnajdzie, pada jednak definicja deficytu, który stał się prapoczątkiem zła w tej rodzinie, a przynajmniej ja ją tak odczytałam. Nie podaję, kto i kiedy to powiedział, aby nie zdradzać zbyt wiele:

„O sile miłości powiedziano wiele, miłość, to siła, która wielu wydaje się przewodnia, wszechogarniająca. Ważna część życia. Pewnie i w moim przypadku mogło tak być. Pewnie mogłem być całkiem zwyczajnym dzieckiem”[7].

[1] Nina Wähä, „Testament”, przeł. Justyna Czechowska, Wydawnictwo Poznańskie, 2022 r., z okładki.
[2] Tamże, s. 5.
[3] Tamże, s. 91.
[4] Tamże, s. 143.
[5] Tamże, s. 33.
[6] Tamże, str. 22.
[7] Tamże, s. 511.
[8] Tamże, s. 407.

(c)Wszystkie prawa zastrzeżone. Kopiowanie bez zgody autora zabronione.

Wyświetleń: 166
Dodaj komentarz
Patronaty Biblionetki
Biblionetka potrzebuje opiekunów
Recenzje

Użytkownicy polecają:

Redakcja poleca: