Dodany: 2020-06-27 22:48|Autor: Margiela

Redakcja BiblioNETki poleca!

Książka: Jenny
Caldwell Erskine

1 osoba poleca ten tekst.

Czyja wina?


Co właściwie wiadomo o Jenny Royster, szanowanej ogólnie w mieście Sallisaw starszej pani „na emeryturze”, jak ona sama z satysfakcją podkreśla? Może nie taki znów ogólny i pełny jest ów szacunek, już od dłuższego czasu jej dom nachodzą agresywni sąsiedzi, „nabożnisie” od Niezłomnego Krzyża, przedstawiciele zboru religijnego, z naciskiem usiłujący przekonać Jenny, że jako znana grzesznica powinna sama zrzec się swojego domu razem z ogrodem i przekazać je właśnie członkom wspólnoty, chcącym wznieść na tym gruncie szkółkę niedzielną. A jeżeli w swojej zatwardziałości nie zamierza odstąpić ich dobrowolnie, mogłaby chociaż sprzedać i przestać kalać okolice kościoła tak niewygodnym, ba, gorszącym sąsiedztwem. Ale na czym polega owo zgorszenie? Coś niewątpliwie było w przeszłości Jenny – w całkiem dawnej przeszłości, należy dodać – co do tej pory rzuca swój długi cień na jej już teraz bardzo dobrą opinię. Rzuca ów cień o tyle, o ile ktoś zada sobie niemały trud odgrzebania tej sprawy, czymkolwiek była, bo niełatwo to stwierdzić. Może po prostu żywiołową młodością niepozbawioną erotycznej swobody, co w czasach i środowisku, o których mowa, wystarczyło zupełnie, by kogoś skreślić z niepisanego rejestru porządnych kobiet? A może jednak chodziło tam o coś więcej: domysł, że Jenny utrzymywała niegdyś „dom o złej sławie”, też ma, jak się wydaje, uzasadnienie.

Ale wszystko to teraz lata minione. Dziś panna Royster wiedzie życie przykładne, jest właścicielką małego pensjonaciku. W chwili, gdy Caldwell zaczyna swoją opowieść, lokatorów jest w nim zaledwie dwójka: Betty Woodruff, była nauczycielka szkoły w Sallisaw, próbująca w ramionach przygodnych mężczyzn ukoić ból po rozstaniu z tym pierwszym, niezapomnianym, oraz Veasey Goodwillie, zwany Kucykiem, spędzający dziewięć miesięcy w roku w trupach cyrkowych, gdzie prezentuje swoje trzy stopy wzrostu, a martwy sezon tutaj, pod dachem Jenny, dla której jest towarzyszem nie tylko wspólnych wieczorów przy telewizji i poranków przy kawie w słonecznej kuchni. Za ich sprawą, Kucyka i panny Betty, może Jenny dać upust swojej największej i najmilszej słabostce: potrzebie troski, chęci dbania o innych.

Bo Jenny jest serdeczna i macierzyńska, wie o tym sama, sprawia jej to przyjemność, że o tym wie, i cały świat przycisnęłaby chętnie do otulonych różowym szlafrokiem piersi, do obfitego brzucha i ciepłych bioder. Jenny ma miękkie serce, łatwo się wzrusza, choć tkwi w niej też niemało popędliwości i takich, których uważa za wydrwigroszy, intrygantów czy łgarzy, umie z punktu osadzić soczystym słówkiem, a i przed rękoczynem też się nie cofnie, gdy dobro sprawy, jej zdaniem, tego wymaga. Lubi tę swoją kuchnię, lubi salonik pełen kwiatów w doniczkach, haftowanych poduszek, kruchych figurek, i lubi siebie, swój obszerny katalog stałych nawyków, swój przyjacielski uśmiech i cięty język. I tak by zapewne żyła nadal w spokoju, zwalczając plotki niczym chwasty w ogrodzie, chroniąc przed mrozem co wrażliwsze rośliny, dzieląc zasoby swego miękkiego serca pomiędzy Betty, Kucyka i ni to miłość, ni przyjaźń ostatnich lat, poważnego Sędziego Milo Raineya, lubiącego łacinę i dobrą whisky... gdyby nie to, że pewnego wieczora zjawi się w domu jeszcze jedna osoba. Lawana Neleigh, cicha młoda dziewczyna, równie łagodna, jak jej rozlewne imię (jego brzmienie podbiło Jenny od razu), o zastanawiającej ciemnej karnacji, o którą gospodyni po prostu musi lokatorkę zapytać. W odpowiedzi usłyszy, że jeden z dziadków nowej pensjonariuszki był Indianinem, i z miejsca uzna, że to zamyka sprawę.
Ale tu jest Sallisaw, nie Jenkinstown, skąd przyjeżdża Lawana. O rodzinie Neleighów nikt tu nie słyszał, nikt nie wnika w historię dawnych pokoleń. Za to atramentowe włosy dziewczyny, śniady odcień jej skóry i czarne oczy przyciągają uwagę wszystkich miejscowych. A interpretowane są jednoznacznie. Ich właścicielka, która przybyła tutaj szukać posady, przez wiele godzin przemierza ulice miasta, odwiedzając z nadzieją kolejne biura, w każdym kolejno słysząc te same słowa: tu pracy nie ma. I gdyby jej wędrówka przyniosła z sobą tylko tego rodzaju rozczarowania, znane Lawanie z rodzinnego miasteczka (to z ich powodu ruszyła w daleki świat sąsiedniego okręgu), łatwo by było uznać, że trzeba czasu, jeszcze niejedno może się przecież zdarzyć, to pierwszy dzień. Ale tu informacjom o braku pracy coś towarzyszy – suchość czy niechęć w głosie, kose spojrzenia. Dziewczyna czuje, że nie mówią jej prawdy, że być może praca by się znalazła, ale to jej, Lawany, nie chcą w tym biurze, i w następnym, i w dalszym, widzi, że nie chcą, ale nie wie dlaczego. A kiedy jeszcze obok tych kosych spojrzeń zjawią się inne, lepkie i pożądliwe, kiedy już zobaczymy na własne oczy, że dla ludzi pokroju Cleve’a Mangruma albo restauratora Buda Purdy’ego smagłe ciało Lawany to dobry pretekst, żeby bezkarnie sięgnąć pod jej sukienkę, gdy po mieście rozpełzną się już pogłoski o tej „Mulatce”, która zajęła pokój w białej dzielnicy – z wolna, nieubłaganie stanie się jasne, że finał, do którego zmierza to wszystko, może być tylko finałem katastrofalnym, godnym „ziemi tragicznej”, jaką w oczach autora było Południe.

Nie inaczej niż w reszcie swoich utworów, także i w „Jenny” pisze Caldwell oszczędnie, a malowniczo, i nie wyręcza w pracy swych czytelników. Widzi i opisuje, przytacza słowa, utrwala miny i gesty. Nikt nam nie powie, jeśli nie spróbujemy odgadnąć sami, kto tu zwycięża, jeśli można powiedzieć to o kimkolwiek, i jakim kosztem okupiony jest tryumf. To my mamy ocenić, kto właściwie jest tutaj najbardziej winien. Jenny, naprawdę przecież dobra i czuła, lecz zapatrzona w swoją dobroć i czułość z takim głębokim samozadowoleniem, że nie jest w stanie ocenić niebezpieczeństwa i chronić innych, o których zawsze jakoby chodzi w jej życiu? Wolny od wszelkich skrupułów łajdak Dade Womack? Sędzia Rainey, niezły, niegłupi człowiek, całkowicie spętany własną słabością, zamiłowaniem do wygody i ciszy i poniewczasie dopiero rozumiejący, jakie zgubne przyniosło ono owoce? Sam przeżarty zgnilizną układ stosunków, z góry sankcjonujący krzywdę człowieka, jeśli tylko ten człowiek z jakichś powodów (rasowych, płciowych, majątkowych czy innych) został uznany za niewiele wartego, a w konsekwencji – niezdolnego się bronić?

I jakąkolwiek damy na to odpowiedź, już za sam dojmujący niepokój ducha, który potrafi jego proza wywołać, i za tej prozy zawsze świeżą urodę – należy się Caldwellowi pełne uznanie.

(c)Wszystkie prawa zastrzeżone. Kopiowanie bez zgody autora zabronione.

Wyświetleń: 293
Dodaj komentarz
Przeczytaj komentarze
ilość komentarzy: 7
Użytkownik: Margiela 2020-06-28 14:18 napisał(a):
Odpowiedź na: Co właściwie wiadomo o Je... | Margiela
Zauważyłam teraz, że jeden wiersz urywa się nieszczęśliwie, to skutek przenoszenia jakiegoś "o" na początek linijki. Czy można edytować? A jeśli tak, to gdzie szukać tej opcji, bo pokazuje mi się wyłącznie to, co da się zrobić z recenzowaną książką, a nie z recenzją:)
Użytkownik: OlimpiaOpiekun BiblioNETki 2020-06-28 15:56 napisał(a):
Odpowiedź na: Zauważyłam teraz, że jede... | Margiela
Zgłaszasz to jako błąd w recenzji i odpowiednia osoba z uprawnieniami to poprawia.
Użytkownik: Margiela 2020-06-28 18:18 napisał(a):
Odpowiedź na: Zgłaszasz to jako błąd w ... | OlimpiaOpiekun BiblioNETki
Dzięki za wyjaśnienie, będę pamiętać.
Użytkownik: dot59Opiekun BiblioNETki 2020-06-28 17:16 napisał(a):
Odpowiedź na: Zauważyłam teraz, że jede... | Margiela
Jejku, gdzie to? Patrzę, co przepuściłam, i nic nie widzę...
Użytkownik: Margiela 2020-06-28 18:21 napisał(a):
Odpowiedź na: Jejku, gdzie to? Patrzę, ... | dot59Opiekun BiblioNETki
Było – nie ma. naprawdę! To i lepiej, rzecz jasna, ale widziałam i mam teraz nadzieję, że to nie mnie się jakoś w oczach mieniło:)
Użytkownik: janmamut 2020-06-28 22:58 napisał(a):
Odpowiedź na: Było – nie ma. naprawdę! ... | Margiela
Tutaj łamanie jest dynamiczne, więc zależy od fontu i wielkości. Ponieważ nie są zaimplementowane wzorce dzielenia, rezultaty są, jakie są.

Jeśli interesuje Cię jakaś wersja do własnej przeglądarki, to istnieje implementacja algorytmu Lianga dla HTML-a: http://www.gust.org.pl/bachotex/2010/program#Nater​_1
Użytkownik: OlimpiaOpiekun BiblioNETki 2020-06-28 18:59 napisał(a):
Odpowiedź na: Jejku, gdzie to? Patrzę, ... | dot59Opiekun BiblioNETki
Byłam szybsza w reakcji, bo akurat zajrzałam na stronę pewnej książki.
Patronaty Biblionetki
Biblionetka potrzebuje opiekunów
Recenzje

Użytkownicy polecają:

Redakcja poleca: