Dodany: 2020-03-22 16:32|Autor: misiak297

Kto wygra, a kto przegra?


Tytuł powieści Anny Kłodzińskiej „Malwina przegrała milion” może być mylący. Tak naprawdę nie występuje w niej żadna Malwina, nie ma mowy o hazardzie (a zatem przegraniu czy wygraniu miliona). Tytuł to przeróbka hasła pewnej grupy przestępczej – „Malwina wygrała milion”. A cóż to za grupa?

Rok 1983, czasy kryzysu gospodarczego. Goleniowice. To właśnie tam powstaje zakład, w którym ma ruszyć opłacalna dla polskiego rolnictwa produkcja nawozów sztucznych. Nieoczekiwanie strona francuska – inwestująca w to przedsięwzięcie – wycofuje się, nie dostarcza niezbędnych komponentów ani receptury katalizatora. W tej sytuacji trzech zdolnych chemików podejmuje się wyprodukowania katalizatora. Ktoś jednak sabotuje ich pracę. Mało tego – jeden z nich zostaje napadnięty, a drugi cudem unika śmierci w ogniu. Nie jest to koniec zamachów… Do akcji wkracza milicja reprezentowana tym razem nie przez Szczęsnego (dyżurnego bohatera powieści Kłodzińskiej), a przez kapitana Jerzego Skierkę.

Choć w zasadzie paradoksalnie milicji tu mało, sam Skierko gra w sumie niewielką rolę. Głównymi bohaterami pozostają inżynierowie-chemicy, a także przedstawiciele przestępczego półświatka. Czytelnik dość szybko pozna prawdę, zamiary złoczyńców (liczących na to, że po udanej akcji obrosną dolarami i wyjadą na Zachód), zrozumie, kto w zakładzie jest „persona non grata”. Jednak jeśli nawet zagadek tu mało, nie obejdzie się bez zaskoczeń. Fabuła jest bardzo bogata, pełna zwrotów akcji. Kłodzińska zabiera czytelnika do fabryki, do luksusowych willi, ekskluzywnych restauracji i lokali na inżynierską kieszeń, do zwykłych mieszkań, na komendę (bohaterowie poznają milicyjny wikt). Czyta się to z przyjemnością.

Bo z dzisiejszego punktu widzenia nie intryga, ale właśnie podglądanie PRL-u jest dla mnie najciekawsze. Tak jak Skierko tropi przestępców, tak ja tropię te smaczki z dawnej rzeczywistości. A tych jest całkiem sporo. Oto informacja o lokalu, w którym jadali inżynierowie. Ależ wyrafinowane menu!:

„»Trucicielem« nazywali zupełnie niesłusznie prywatną małą restauracyjkę, gdzie od czasu do czasu jadali. Właściciel karmił skromnie, ale zdrowo i odpowiednio do ich inżynierskich portfelów. Znaleźli stolik w samym kącie, zamówili obiad firmowy. Kelnerka przyniosła jarzynową zupę, potem mielony z sałatą i coś, co nazywało się kompotem, a smakowało jak rozpuszczone landrynki”[1].

Dla porównania – w lokalu o wyższej klasie podają sandacza w galarecie, bulion z pasztecikiem, bryzol i golonkę, goście podczas kolacji mogą słuchać muzyki z „Ojca chrzestnego”, a o odpowiednio później porze – pooglądać występ striptizerki (dziewczyna ostatnio tyje i robi się wulgarna, lecz widzom zdaje się to nie przeszkadzać).

W innym miejscu dowiadujemy się o prezentach ślubnych – a taki sprawił krewnemu pewien ośmiohektarowy rolnik, występujący epizodycznie w powieści:

„Zarzycki podarował krewnemu kolorowy telewizor marki Jowisz i teraz trochę tego żałował. Grosza dużo, a pożytku mało ‒ tak oceniła prezent matka panny młodej, dodając, że lepsza byłaby automatyczna pralka. Wprawdzie siostrzeniec wybuchnął entuzjastyczną radością, Zarzycki wyczuł jednak, że teściowa ma tam głos decydujący. Pralkę niech im sama kupi ‒ mruknął do siebie. ‒ Głupia stara”[2].

A oto, jak podrywać urocze cudzoziemki:

„‒ W domu mam stereo, mnóstwo płyt. Koniak francuski. Mam samochód, volvo.
Roześmiała się.
‒ Powtarza pan: mam, mam. Czym pan chce mi zaimponować? Wozem? Płytami?
Zmieszał się, zagryzł wargi. Prawda, że u nich tam wszystko super i hi-fi.
‒ Więc dobrze ‒ powiedział desperacko. ‒ Zawiozę panią do głuchej wsi, na mleko prosto od krowy i kartofle ze słoniną. Będziemy spać w stodole na sianie, myć się przy studni. Zadowolona?
Nie zdążyła odpowiedzieć, bo orkiestra skończyła grać. Wrócili do stolika”[3].

Czasem chodzi tylko o szczegóły. Panowie z zazdrością spoglądają na pięknego jaguara, myśląc o własnych maluchach i starych fiatach. Inżynierowie oddają kartki żywnościowe w zamian za stołowanie się w domu jednego z żonatych kolegów. Ktoś próbuje się wkraść w cudze łaski, podsuwając „to paczkę kawy, to papierosy zagraniczne, ostatnio angielską herbatę”[4]. I właśnie dzięki tym szczegółom zaglądamy do świata, którego już nie ma. Dlatego, moim zdaniem, warto czytać kryminały milicyjne. Dobrze, że Wydawnictwo CM publikuje je na nowo.

A na zakończenie dowcip – ponoć już „suchar” (określenie współczesne) w latach osiemdziesiątych:

„Rozmawia Polak z Anglikiem. Anglik chwali się, że u nich wielka swoboda i mówi: »U nas na przykład każdemu wolno krytykować rząd brytyjski«. A na to Polak: »O, wielkie rzeczy! U nas też każdy może krytykować rząd brytyjski«”[5].

[1] Anna Kłodzińska, „Malwina przegrała milion”, Wydawnictwo Ciekawe Miejsca, 2019, s. 30-31.
[2] Tamże, s. 46.
[3] Tamże, s. 123.
[4] Tamże, s. 92.
[5] Tamże, s. 93-94.

(c)Wszystkie prawa zastrzeżone. Kopiowanie bez zgody autora zabronione.

Wyświetleń: 276
Dodaj komentarz
Patronaty Biblionetki
Biblionetka potrzebuje opiekunów
Recenzje

Użytkownicy polecają:

Redakcja poleca: