Dodany: 2019-11-01 10:31|Autor: pawelw

Książki i okolice> Konkursy biblionetkowe

SCHODY W LITERATURZE - konkurs nr 232


Przedstawiam KONKURS nr 232, który przygotował KrzysiekJoy



There's a lady who's sure all that glitters is gold
And she's buying a stairway to heaven.
When she gets there she knows, if the stores are all closed
With a word she can get what she came for.

Ooh, ooh, and she's buying a stairway to heaven.


Robert Plant




Witajcie.
Tematem wiodącym kolejnego mojego konkursy, tym razem uczyniłem "SCHODY". Nie wiem jak Wy, ale mnie "schody" od razu kojarzą się z utworem Led Zeppelin - Stairway to Heaven. Zawsze to przyjemniejsze skojarzenie od na przykład zadyszki, którą można dostać wdrapując się na piętro w budynku pozbawionym windy.

Na pewno, niektóre schody okażą się dla Was bardzo strome, ale wówczas, trzeba poprosić o wsparcie mnie lub współuczestników konkursu. Razem na pewno uda się pokonać wszystkie lub prawie wszystkie stopnie.


Regulaminowa część konkursu.

Punktacja i laureaci:

Do odgadnięcia przygotowałem Wam 30 fragmentów, za każdy można otrzymać 2 punkty (po jednym za autora i tytuł), czyli maksymalnie 60 punktów.

Uwaga:
Fragment nr 13 nie posiada tytułu, więc proszę w zamian podać rok, w którym rodzic został uhonorowany pewną nagrodą literacką.


Podpowiedzi:

- Na forum macie pełen luz, więc podpowiadajcie sobie w dowolny sposób.
- Jeżeli ktoś chce uzyskać podpowiedzi standardowe, czyli czytałaś/eś, znasz autora, proszę mnie o tym poinformować.
- Jeżeli ktoś życzy sobie szczegółową podpowiedź dotyczącą konkretnego fragmentu, może mnie o takową poprosić.

Kontakt:

- Odpowiedzi przesyłamy na adres: [...] lub przez BiblioNETkowe PW .
- Proszę się trzymać jednej opcji.


Termin:

- Termin nadsyłania odpowiedzi upływa 17 listopada (niedziela) o godzinie 23.59.


Uwagi różne:

- Wszystkie książki występujące w konkursie mam ocenione.
- Odpowiedzi ode mnie spodziewajcie się w ciągu 48 godzin (dłuższy czas oczekiwania spowodowany brakiem opcji pokaż wszystkie oceny!)


Miłej zabawy,
KrzysiekJoy


1.

- A gdybyście zobaczyli wnętrze kaplicy! - mówił dalej poeta ze swym gadatliwym zapałem - wszędzie rzeźby. Gęsto ich, jak liści w kapuście. Absyda jest ozdobiona bardzo pobożnie i tak przedziwnie, że nigdzie nie widziałem czegoś podobnego.
Ksiądz K. przerwał mu:
- A więc jesteście szczęśliwi?
G. odpowiedział z ogniem:
- Słowo honoru, tak. Najpierw kochałem kobiety, później zwierzęta. Teraz kocham kamienie.
Są równie zajmujące jak zwierzęta i kobiety, a mniej przewrotne...
Ksiądz przyłożył dłoń do czoła. Był to jego zwykły gest.
- To prawda.
- Chodźcie za mną - rzekł G. - ile tu rozkoszy!
Wziął księdza za rękę. Ksiądz nie opierał się. G. zaprowadził go do wieżyczki, w której znajdowały się schody Biskupiego Więzienia.
- To mi schody! Jestem szczęśliwy, ilekroć je oglądam. Najprostsze, a najbardziej wyszukane w całym Paryżu. Wszystkie stopnie są obciosane od spodu. Ich piękno i prostota polega na proporcjach tych trójkątnych płyt, szerokich mniej więcej na stopę, które są zastawione, zaklinowane, jedna w drugą wprawione jedna w drugiej osadzone, werżnięte, wgryzione jedna w drugą rzeczywiście solidnie, a lekko zarazem.


2.

L. zeskoczył z bryczki, na której już się był usadowił, i poszedł rozmówić się z przedsiębiorcą robót ciesielskich zbliżającym się do ganku z miarą sążniową w ręku.
- Wczoraj nie przyszedłeś do kancelarii, a teraz mnie zatrzymujesz. O co ci chodzi?
- Niech pan dziedzic zezwoli zrobić jeszcze jeden zakręt. Dodałoby się nie więcej niż trzy stopnie i akurat by dosięgło. Tak będzie wygodniej.
- Gdybyś mnie był posłuchał - rozgniewał się L.. - Mówiłem ci - ustal naprzód policzki schodowe, a potem wyciosaj wręby. Teraz się to już nie da naprawić. Rób tak, jak ci kazałem - wyciosaj nowe policzki.
Chodziło o to, że w nowo budującej się oficynie przedsiębiorca zepsuł schody wyciosawszy policzki osobno, a nie łącznie ze stopniami, i nie j obliczywszy spadu, tak że gdy schody postawiono na miejsce, wszystkie stopnie wypadły pochyło. Obecnie chciał pozostawić te same schody, jak były, dodając trzy stopnie.
- Będzie o wiele lepiej.
- Dokądże te schody dojdą z twoimi trzema stopniami?
- Ależ proszę pana dziedzica - tłumaczył przedsiębiorca z pogardliwym uśmiechem - stopnie dojdą aż do samej góry. Jeśli, jak powiadam, weźmie się je od dołu tak - tu zrobił przekonywający gest - schody pójdą, pójdą, aż dojdą.
- Przecież trzy stopnie dodadzą im także długości… Gdzież się to podzieje?
- Jak się doda u dołu, dojdą, gdzie trzeba - uparcie i przekonywająco perswadował przedsiębiorca.
- Dojdą do sufitu i trafią w ścianę.
- Skądże! Przecież doda się u samego dołu. Pójdą sobie, pójdą, aż dojdą.
L. wydobył stempel i począł rysować schody na piasku.
- No, teraz rozumiesz?
- Słucham — rzekł cieśla, w którego oczach nagle zaświtało zrozumienie. Widać było, że wreszcie pojął, o co chodziło. Widocznie trzeba ciosać nowe.
- No więc rób tak, jak ci kazano! - krzyknął do niego L. siadając na bryczkę.


3.

Gdy szli po schodach F. uprzedzał go, że na pierwszym i drugim piętrze tarasują drogę drewniane bębny. Były to schody, jakie widuje się w podejrzanych domach. Hrabia spotykał je podczas swych wędrówek w charakterze członka towarzystwa dobroczynności.
Schody gołe i zniszczone, zasmarowane na żółto, z wydeptanymi stopniami i żelazną poręczą wygładzoną od rąk. Na każdym piętrze w korytarzu znajdowało się tuż przy podłodze we wnęce niskie kwadratowe okno jak w suterenie. W przyczepionych do ścian latarniach paliły się płomienie gazowe; oświetlały jaskrawo całą tę nędzę i wydzielały ciepło, które ulatywało w górę gromadząc się pod wąską spiralą pięter.
U stóp schodów hrabia znowu poczuł gorący powiew, zapach kobiety wychodzącej z garderoby w fali światła i zgiełku. Na każdym stopniu coraz bardziej go rozgrzewała i oszałamiała woń piżmowych pudrów i toaletowego octu. Na pierwszym piętrze biegły w głąb dwa korytarze, które nagle skręcały. Były tam drzwi, jak w podejrzanym hotelu pomalowane na żółto i opstrzone wielkimi, białymi numerami.


4.

Biuro policyjne mieściło się o jakie ćwierć wiorsty od kamienicy R.. Świeżo właśnie przeniesiono je do nowego lokalu, w nowym domu, na czwartym piętrze. W poprzednim lokalu R. był kiedyś przelotnie, lecz już bardzo dawno. Wszedłszy do bramy, zobaczył na prawo klatkę schodową, z której wyłonił się człowiek z księgą pod pachą. "Widocznie stróż; to znaczy, że urząd jest tutaj."
I na chybił trafił zaczął się wspinać na górę. Nie miał ochoty nikogo o nic pytać. "Wejdę, padnę na kolana i wszystko wyśpiewam..." - pomyślał wstępując na czwarte piętro. Schody były wąziutkie, strome i zanieczyszczone pomyjami. Wszystkie kuchnie wszystkich mieszkań na wszystkich czterech piętrach wychodziły na te schody i prawie cały dzień stały otworem. Toteż było tutaj okropnie duszno. Na górę i na dół wchodzili i schodzili stróże z księgami pod pachą, różni petenci i interesanci płci obojga. Również drzwi do biura byty szeroko otwarte. Wszedł i zatrzymał się w poczekalni.


5.

Te znienawidzone schody, przebywane zawsze tak smutno, wydzielały zapach lakieru, który poniekąd wchłonął i utrwalił ową swoistą cowieczorną zgryzotę
i czynił ją może jeszcze okrutniejszą dla mojej wrażliwości, ile że w tej zapachowej formie męczarni inteligencja moja nie mogła brać udziału. Kiedy śpimy i kiedy ból zębów objawia się nam na przykład jako młoda dziewczyna, którą silimy się dwieście razy z rzędu wyciągnąć z wody, lub jako wiersz z Moliera powtarzany bez przerwy, wielką ulgą jest obudzić się, iżby nasza inteligencja mogła oswobodzić ideę bólu zębów z wszelkiego heroicznego lub rytmicznego przebrania. Ja doznawałem przeciwieństwa tej ulgi, kiedy zgryzota, że idę do swego pokoju, wchodziła we mnie w sposób nieskończenie szybszy, prawie błyskawiczny, podstępny zarazem i gwałtowny, przez wdychanie - o wiele toksyczniejsze niż wnikanie duchowe - właściwego tym schodom zapachu lakieru.


6.

Nie minęły dwie minuty, odkąd wybiła godzina, kiedy młoda panienka w towarzystwie siwowłosego pana wysiadła z dorożki niedaleko mostu i poszła prosto w jego stronę, odprawiwszy przedtem pojazd. Ledwo znaleźli się na moście, śledzona dziewczyna drgnęła i natychmiast ruszyła ku nim.
Oni szli tymczasem dalej, rozglądając się jak ludzie mający jakąś nikłą nadzieję, której spełnienie wydaje się im bardzo mało prawdopodobne, gdy nagle dołączyła się do nich ta nowa towarzyszka. Zatrzymali się z okrzykiem zdziwienia, który jednak od razu stłumili, ponieważ w tej właśnie chwili nadszedł człowiek ubrany po wiejsku i prawie że otarł się o nich.
- Nie tu - rzekła Nancy pośpiesznie. - Boję się rozmawiać z wami tutaj. Chodźcie... zejdźmy z drogi... tam, po schodach w dół.
Kiedy wymawiała te słowa wskazując dłonią kierunek, w którym pragnęła się udać, wieśniak obejrzał się, spytał grubiańsko, dlaczego zajmują cały chodnik, i poszedł dalej. Schody, na które wskazała dziewczyna, były to te, które na wybrzeżu Surrey, po tej samej stronie co kościół Zbawiciela, schodzą ku rzece i kończą się przystanią. Ku nim też pospieszył niepostrzeżenie człowiek wyglądający na wieśniaka; przez chwilę przypatrywał się całej okolicy, a potem zaczął schodzić. Schody owe są częścią mostu i składają się z trzech kondygnacji. Tuż poniżej końca drugiej, licząc od góry, kamienny mur po lewej kończy się ozdobnym pilastrem zwróconym fasadą ku Tamizie. W miejscu tym stopnie niżej położone rozszerzają się tak, że ktoś, kto skręcił idąc po tej stronie tuż pod murem, nie może być widoczny dla osób znajdujących się bodaj o jeden stopień wyżej od niego. Gdy wieśniak doszedł do tego miejsca, rozejrzał się szybko. Nie widać było nigdzie lepszej kryjówki, a że był odpływ i miejsca było pod dostatkiem, więc uskoczył w bok, oparł się plecami o pilaster i tam czekał, prawie pewien, że tamci nie zejdą niżej i że jeśli nawet nie uda mu się dosłyszeć, co mówią, będzie mógł bezpiecznie dalej ich śledzić.


7.

Po tym obiedzie, w czasie którego pierwszy raz była mowa o małżeństwie E., Nanon poszła przynieść butelkę nalewki z pokoju pana G. i omal nie przewróciła się wracając.
- Niedorajdo - rzekł jej pan - i ty chcesz upaść tak jak drugie?
- Proszę pana, to ten stopień na schodach się rusza.
- Ona ma rację - rzekła pani G.. - Powinieneś go już od dawna naprawić. Wczoraj E. o mały włos nie zwichnęła nogi.
- No - rzekł stary G. widząc bladość Nanon - skoro to dziś urodziny E. i skoroś o mało nie upadła, wypij kieliszek nalewki dla pokrzepienia.
- Dalibóg, zarobiłam na to - rzekła Nanon. - Na moim miejscu niejedna byłaby stłukła butelkę, ale ja prędzej bym sobie złamała rękę, niżbym ją upuściła.
- Biedna Nanon - rzekł G. nalewając jej cassis.
- Uderzyłaś się? - rzekła E. patrząc na nią ze współczuciem.
- Nie, zatrzymałam się, zaparłam się w sobie.
- No więc, skoro to urodziny E. i, naprawię wam ten stopień. Wy nie umiecie stąpać bokiem, tam gdzie jest jeszcze dobry.
G. wziął świecę, zostawił żonę, córkę i służącą bez innego światła prócz kominka, rzucającego żywe blaski, i poszedł do drewutni, aby przynieść deski, gwoździe i narzędzia.
- Pomóc panu? - zawołała Nanon słysząc, że pan jej tłucze się na schodach.
- Nie, nie, znam się na tej robocie - odparł eks-bednarz.
W chwili gdy G. sam naprawiał spróchniałe schody i gwizdał co sił, przypominając sobie młode lata, trzej Cruchotowie zapukali do drzwi.
- To pan, panie Cruchot? - spytała Nanon patrząc przez kratę.
- Tak - odparł prezydent.
Nanon otworzyła drzwi. Blask ognia, odbijający się od sklepienia, pozwolił trzem panom Cruchot znaleźć wejście do sali.
- Ho ho, panowie z winszunkami! - rzekła Nanon czując zapach kwiatów.
- Darujcie, panowie - krzyknął G. poznając głos przyjaciół - zaraz idę. Ja tam nie jestem dumny, sam naprawiam stopień na schodach.
- Prosimy, prosimy, panie G.; każdy ma prawo burmistrzować


8.

Minęła prawie godzina, podczas której hrabia przemierzał na oślep różne zakamar­ki, nasłuchując, czy nie dojdą go jakieś dalekie odgłosy, nie ośmielając się wołać Stilli, której imię echo mogłoby donieść do pięter baszty. Jednakże nie czuł wcale lęku, poru­szał się tak, jakby miał niewyczerpane siły, jakby największe nawet przeszkody nie były w stanie go zatrzymać.
Tymczasem, nie zdawszy sobie nawet z tego sprawy, Franciszek był już wyczerpany. Od wyruszenia z Werstu nic nie jadł. Odczuwał więc głód i pragnienie. Jego krok nie był już tak pewny, nogi się uginały. W tym wilgotnym i ciepłym powietrzu, przenikają­cym przez ubranie, oddychał ciężko, a serce jego biło gwałtownie.
Musiało być około dziewiątej, gdy Franciszek, wysunąwszy lewą nogę, nie natrafił na podłoże.
Pochylił się i ręką wymacał poniżej stopień, a potem drugi.
To były schody.
Może zagłębiały się one w podwaliny zamku i nie miały wyjścia? Franciszek nie wa­hał się jednak przed zejściem nimi i liczył stopnie. Schody kierowały się skośnie w sto­sunku do korytarza.
Musiał zejść siedemdziesiąt siedem stopni, aby osiągnąć następny poziomy korytarz, ginący w licznych i ciemnych odnogach.
Franciszek szedł jeszcze pół godziny, aż półżywy ze zmęczenia musiał się zatrzymać.
Nagle, dwieście lub trzysta kroków z przodu, zauważył jakiś świecący punkt. Skąd mogło pochodzić to światło? Może było to zjawisko naturalne, wodór błędne­go ognika, zapalający się na tej głębokości? A może raczej latarnia niesiona przez jed­nego z mieszkańców fortecy?
- A może to ona?... - wyszeptał Franciszek.


9.

Ojciec i ksiądz spojrzeli na dzieci. Ksiądz roześmiał się i kazał chłopakowi wracać do szkoły. L. zmarszczył czoło i wziął K. za rękę.
Przewędrowali cały kościół i w końcu weszli do przedsionka.
Stamtąd prowadziły kamienne schody na wieżę zachodnią. Zmęczona K. zataczała się na stopniach; ksiądz otworzył drzwi pięknej kaplicy, a ojciec kazał, by usiadła na schodach i czekała, aż on się wyspowiada, potem miała wejść i ucałować relikwiarz świętego Tomasza.
W tej chwili wyszedł z kaplicy stary mnich w płowobrązowym habicie. Zatrzymał się, uśmiechnął do dziecka i wyciągnąwszy z niszy w murze kilka worków i kawałków zgrzebnego płótna rozpostarł je na stopniu.
- Usiądź na tym, nie będziesz tak marzła - rzekł i zszedł boso na dół.


10.

W sklepie, dosyć dużym i obszernym, znajduje się dwoje drzwi, z których każde prowadzą na schody. Jedne z tych schodów wiją się w murze, są więc wewnętrzne; drugie zaś, zewnętrzne, widziane są z bulwaru, zwanego dziś des Augustins, i z nabrzeża, znanego dziś pod nazwą bulwaru des Orfevres.
Schody te prowadzą do pokoju, położonego na pierwszym piętrze.
Pokój, tej samej wielkości co sklep znajdujący się pod nim, przedzielony jest zasłoną na dwie części. W głębi pierwszej części widać drzwi prowadzące na schody zewnętrzne. W drugiej części prowadzą drzwi do schodów ukrytych, lecz drzwi także są niewidzialne, zakryte są bowiem wielką rzeźbioną szafą, obracającą się, jak gdyby na osi, na wielkich, żelaznych zawiasach. Tylko Katarzyna i René wiedzą o tych tajemniczych drzwiczkach. Tędy to królowa–matka przychodzi i schodzi. Tu, przyłożywszy oko lub ucho do szafy, może przez porobione w niej otwory widzieć i słyszeć wszystko, co się dzieje w pokoju.


11.

Siostra Inga jeszcze raz chwyciła ją za rękę i pociągnęła za sobą.
- No, chodźże! Nie ma się czego bać...
Schody wejściowe były ogromne. Kamienne. Zupełnie inne niż drewniane schodki prowadzące na werandę w domu dziecka. Te się nie trzęsły, kiedy się na nich postawiło stopę, były nieruchome i masywne, jak góra, która czeka, by ją zdobyć. Poza tym ktoś je przed chwilą zamiótł; na resztkach śniegu widniały ślady szczotki.
Siostra Inga zadzwoniła do drzwi, po czym od razu je otworzyła i wpuściła Ch. do małego hallu. Tu też wszystko z kamienia: szarego i lśniącego na podłodze, jasnozielonego i porowatego na ścianach. Jak w szpitalu, małym kamiennym szpitalu.


12.

W ciągu tych lat czterdziestu, jakie minęły od czasu, kiedy tu na trzecim piętrze zamieszkałem, odbyłem kilkadziesiąt tysięcy wędrówek schodami w dół i w górę. Z początku zbiegałem i wbiegałem po trzy schody, ale rzecz jasna z czasem tempo zwolniłem, a ostatnio zdarza mi się nawet przystawać na półpiętrach i coraz częściej dotykam dłonią poręczy. W ciszy panującej w klatce schodowej słyszę skrzypienie drewna i czuję drżenie poręczy, która zdaje się sygnalizować moją wędrówkę. Dawniej odbywałem te codzienne podróże często w towarzystwie żony albo matki, od pewnego czasu schodzę i wspinam się przeważnie sam.
Ale w domu, w którym żyję od lat czterdziestu, nie tylko ja mieszkam i nie ja jeden wędruję po schodach. Oto zamykając za sobą drzwi, kiedy umilkł trzask klucza, kiedy nastała w klatce schodowej cisza, usłyszałem skrzypnięcie bramy wejściowej na dole, potem zrazu cichy, ale w miarę wspinania się coraz głośniejszy szelest, a wreszcie wyraźny odgłos kroków. Przystanąłem i dotknąłem dłonią poręczy. Drgała, i to był jeszcze jeden dowód, że ktoś porusza się, idzie schodami w górę. Nie mając na razie żadnej pewności, kim może być człowiek, który zbliża się do mnie, mogłem zatrzymać się, aby uniknąć spotkania z kimś, kto mieszka na niższych piętrach. Uniknąć? Ale właściwie dlaczego miałbym chcieć uniknąć spotkania? Przecież w moją stronę zbliżać się może ktoś, kto przynosi mi wiadomość dla mnie korzystną - listonosz, posłaniec z paczką albo telegramem? Lub w ogóle ktoś najmniej spodziewany - gość z zagranicy, który nie mógł się do mnie dodzwonić, i oto wspina się teraz po schodach, przystaje na piętrach, odczytuje nazwiska lokatorów. Ale może to być ktoś mniej pożądany - dozorca z jakimś nakazem porządkowym, urzędnik z administracji albo nawet milicjant?
Schodzę jednak i na drugim piętrze spotykam pana R. Stoi przed drzwiami swojego mieszkania, zdążył wyjąć klucz z kieszeni i zrobić nim jeden obrót w zamku. Mijam go i mówię: „dzień dobry!”. Pan R. nie wyjmuje klucza z zamka, odwraca się, mówi:
- O, dzień dobry, dzień dobry! Świetnie, że pana spotykam. Kiedyś pytałem pana, jaka według pana jest różnica między prozą a poezją? I nie pamiętam, co pan mi wtedy odpowiedział.


13.

Zszedłem, podając ci ramię, co najmniej z miliona schodów
i teraz, kiedy cię nie ma, jest pusto na każdym stopniu.
I w ten sposób krótką była nasza podróż.
Moja trwa nadal, choć już nie potrzebuję
połączeń i rezerwacji,
pułapek, które szydzą z tych, co uważają,
że rzeczywistość jest tym, co się widzi.

Zszedłem z miliona schodów podając ci ramię
nie dlatego, że czworgiem oczu więcej można zobaczyć,
że prawdziwe źrenice, choć takie zaćmione,
z nas dwojga miałaś ty.

*
(Utwór bez tytułu. Proszę podać imię i nazwisko autora oraz datę zdobycia przez autora pewnej literackiej nagrody)


14.

- Słucham pana - powiedziała z godnością. Nieznajomy grzecznie uchylił melonika i pani Loubet zauważyła, że miał krótko przycięte włosy, gładko zaczesane z przedziałkiem z boku.
- Czy mógłbym obejrzeć mieszkanie z pracownią? - zapytał. - Przeczytałem ogłoszenie na bramie.
- Ma się rozumieć, proszę pana.
Stał grzecznie w progu z uśmiechem patrząc na nią przez binokle. Mógł mieć najwyżej metr czterdzieści wzrostu.
- Ale to na czwartym piętrze - dodała z ubolewaniem patrząc na jego nogi. - I schody są dość strome.
- Rzeczywiście, wydają się dość strome - odrzekł rzuciwszy okiem na schody w końcu sieni. - Czy mógłbym jednak obejrzeć to mieszkanie?
Popatrzyła na niego z powątpiewaniem, zebrała spódnicę w obie ręce i zaczęła wspinać się na górę. Szedł za nią, jedną ręką trzymając się balustrady, drugą podpierając się laską i uparcie zmuszając nogi do dźwigania nieproporcjonalnie ciężkiego tułowia.
Dyszał ciężko, kiedy dotarli do czwartego piętra. Krople potu błyszczały mu na policzkach.
- Miała pani rację - powiedział. Nie mógł złapać tchu, mimo to starał się uśmiechać. - Schody są bardzo strome. - Wyciągnął chustkę z kieszeni i otarł twarz. - Niczym wycieczka w Alpy, prawda? - roześmiał się.


15.

Kapitan H. lubił wchodzić na schody budynku dowództwa. Nie wyglądały na betonowe; przypominały stary, szaro i czarno prążkowany marmur. Czas wyszlifował porowaty niegdyś beton, deszcze i ludzkie stopy zaokrągliły ostre kanty, a schody nabrały gładkiego, śliskiego połysku. Kiedy były mokre, odbijała się w nich i utrwalała tęcza, jak obietnica. „Wojsko będzie zawsze" - mówiły do niego te schody.
Ciężki beton i spojone zaprawą cegły ujmowały w pewien kształt pojęcia, w które kapitan H. wierzył, i przydawały im realności. Jego ordynans wiernie mu czyścił i glansował raz na dzień buty do konnej jazdy, i to było to samo. Kiedy H. podnosił kolejno stopy wchodząc na górę, miękka, elastyczna skóra butów fałdowała się długimi, gładkimi bruzdami, bez żadnych pomarszczeń, które wskazują na kiepską pielęgnację. Raz na dzień - regularnie jak comiesięczny kwit na wypłatę żołdu.


16.

- Opowiem wam teraz - ciągnął Lampton - o niektórych urządzeniach, jakie tu widzicie. Schody ruchome na środku sali nie różnią się od tych, jakie znacie z londyńskiego metra.
Kilku z obecnych nie miało ochoty się przyznać, że nigdy nie podróżowali metrem, zachowali więc milczenie.
- Jest jednak pewna zasadnicza różnica. Nasze schody ruchome nie są tu po to, żeby wam pomóc. Przeciwnie, one będą stawiać wam opór. Podczas gdy będą sunęły w dół, wy macie iść w górę... opanujecie ten sposób poruszania się po kilku chwilach. Ważne, aby pamiętać, że to nie jest wyścig, tylko próba wytrzymałości. Schody będą się poruszały z prędkością pięciu mil na godzinę, a wy starajcie się na nich utrzymać przez sześćdziesiąt minut.
- Z min na twarzach kilku z was widzę, że nie rozumiecie, po co te korowody - mówił dalej Lampton. - W końcu dla mężczyzn z waszym doświadczeniem i umiejętnościami nie jest rzeczą niezwykłą wspinać się przez wiele godzin bez przerwy. Jednakże jest jeszcze parę innych trudności, z którymi będziecie się musieli borykać w trakcie następnej godziny.


17.

Teraz po raz pierwszy od dłuższego czasu wstępuje na stare, kochane schody, na które tylekroć wchodziła podczas swego długiego pobytu w lecie oraz w święta Bożego Narodzenia, radosna czy stroskana. Stary otworzył ciężkie drzwi. Zgrzytnęły zardzewiałe zawiasy; po chwili byli już w starej komnacie na dole. W kominku był ogień, jeszcze tlił się i dawał tyle światła, że po ciemnościach na podwórzu można się było po komnacie rozejrzeć. Ojciec Dag wszedł na schody, które trzeszczały pod jego stopami. Młodzi w milczeniu szli za nim. Gdy weszli na piętro, stary skierował się prosto do "panieńskiego pokoju". Otworzył drzwi, wewnątrz było ciemno. Wyjął krzesiwo z kieszeni... A więc przygotował sobie tę chwilę! Jakoś nie wiodło mu się z krzesaniem, ale w świetle pojedynczych iskier zauważyła, że wszystko stoi na dawnym miejscu. Tak jak było w czasie jej pobytu w lecie i na Boże Narodzenie.
W końcu udało mu się ogień wykrzesać i zapalić świecę na komodzie.
Następnie z całą ostrożnością zbliżył się do pieca, otworzył drzwiczki, gdzie się jeszcze tlił ogień, poruszył wewnątrz drzewo brzozowe i łatwopalną korę. Wskazał młodym miejsce pomiędzy piecem a łóżkiem.


18.

Ludzie mi mówili, iż w Szwecji panuje obyczaj, że po odebraniu nagrody trzeba się oddalić od króla twarzą do niego, nie odwracając się. Schodzisz po schodach, odbierasz nagrodę, a potem tyłem wchodzisz z powrotem na schody. Pomyślałem sobie, dobra, już ja wam pokażę!, i zacząłem ćwiczyć skakanie do tyłu po schodach, żeby im zademonstrować, jak idiotyczny jest ich obyczaj.
Byłem w okropnym nastroju! Oczywiście wiem, że to głupie i infantylne.
Potem się dowiedziałem, że obyczaj już nie obowiązuje: można się odwrócić do króla plecami i iść przed siebie jak człowiek, tam gdzie chcesz, nosem do przodu.
Ucieszyłem się, stwierdziwszy, że nie wszyscy Szwedzi traktują królewskie ceremonie aż tak poważnie. Kiedy przyjeżdżasz na miejsce, okazuje się, że są po twojej stronie.


19.

W roku 1928 przenosi nowojorski salon pod numer 8 przy Wschodniej 57 Ulicy, tuż przy Piątej Alei. Budynek, którego właścicielem był Collis Huntington, konstruktor Southern Pacific Railways, jest, tak jak chciała, majestatycznie okazały. Obejrzała ich dziesiątki, w dziesiątkach miejsc, ale żaden się jej nie spodobał. Gdy ujrzała ten, natychmiast chce podpisać umowę. - Dlaczego - pyta ją zaskoczony agent nieruchomości - tak szybko się pani zdecydowała, po tylu odmowach?
- Lubię schody - odpowiedziała.
Uwielbia stać na najwyższym stopniu salonu i panować nad całością. Złośliwcy mówią, że to upodobanie do szczytowych punktów wzięło się z jej małego wzrostu. "- To najpiękniejsze schody, jakie kiedykolwiek widziałam - odpowiada. - A teraz muszę uczynić ten dom godnym jego urody".
Zachowuje schody, ale przebudowuje całą resztę. Część zewnętrzna jest odnowiona przez architekta Benjamina Whinstona, a wnętrze powierzono talentowi Paula Frankla, który wraz z Donaldem Deskeyem, modnym wówczas designerem, projektuje większą część mebli.


20.

Pensjonat La Tapada był jednym z tych starych, dwupiętrowych domów w centrum Limy wybudowanych w ubiegłym stuleciu, które kiedyś uznawano za obszerne, komfortowe i nawet okazałe, a które później, w miarę jak ludzie dobrze sytuowani zaczęli uciekać z centrum do podmiejskich uzdrowisk, a stara Lima traciła swoją rangę, zaczęły podupadać, były dzielone na mniejsze pomieszczenia, aż stały się podobne do uli dzięki przepierzeniom, które podwajały, a nawet uczterokrotniały ilość mieszkań, oraz dzięki nowym urządzeniom wznoszonym byle jak w sieniach, na poddaszach, a nawet na balkonach i schodach. Pensjonat La Tapada sprawiał wrażenie, że za chwilę się rozleci. Stopnie schodów, po których wchodziliśmy do pokoju Pedra Camacho, chwiały się pod tym ciężarem i unosiły się z nich obłoki pyłu, które spowodowały, że c. J. zaczęła kichać. Warstwa kurzu okrywała wszystko, ściany oraz podłogi, i było oczywiste, że dom nigdy nie bywał zamiatany ani sprzątany.


21.

Zamek wzniesiono w oszczędnym a. stylu, nie zapewniającym załodze zbytnich wygód. Prywatne komnaty M. raziły surowością i nie były szczególnie obszerne. A. jednak miał przed oczami wnętrza starych górskich twierdz w G. - wilgotne, ciemne i zimne.
Na tle tego nawet sławetne armektańskie schody przestawały drażnić.
Właśnie: schody i stopnie... Żaden dom a. nie mógł obyć się bez nich; najwyraźniej to samo dotyczyło twierdzy. Nie chodziło, rzecz jasna, o zwyczajne schody, wiodące dokądś, zbudowane w konkretnym celu, potrzebne. Chodziło o płaskie, niewysokie stopnie, czasem dwa, czasem trzy lub cztery, w mieszkalnych komnatach biegnące od ściany do ściany. A. wiedział, lecz zapomniał, czemu to miało służyć i co właściwie oznaczało. Jedna z a. tradycji, wiodących znikąd donikąd - no, akurat jak schody w komnatach. Człowiekowi nieprzywykłemu do a. mody, te niskie stopnie-tarasy naprawdę potrafiły zatruć życie. A. też miał swoje przykre doświadczenia...
Wspominając stary ból stłuczonej kości ogonowej, poprzedzany przez legionistę wszedł do komnaty, w której czekał komendant, zszedł ze stopnia, energicznie przemierzył płaską, podejrzanie równą posadzkę pośrodku, wspiął się na drugi stopień i zrobiwszy dwa kroki, znowu zszedł, stając przed M..


22.

Drewniane schody pięły się zygzakami w górę od południowej strony ściany, wsparte na ogromnych balach wbitych głęboko w zamarzniętą ziemię. Czarni bracia zapewniali go, że schody są mocniejsze, niż na to wyglądają, lecz T., zbyt zmęczony, nie miał ochoty na wspinaczkę. Zbliżył się więc do żelaznej klatki, wszedł do niej i pociągnął trzykrotnie za linę dzwonka.
Wydawało mu się, że czekał całą wieczność, odwrócony tyłem do Muru. W każdym razie wystarczająco długo, żeby zacząć się zastanawiać, po co to robi. Już miał zrezygnować, kiedy poczuł szarpnięcie i klatka ruszyła w górę.


23.

P. odwrócił się i spróbował biec w górę, ale schody poruszały się tak szybko, że na swych krótkich nóżkach właściwie dreptał w miejscu.
Spuścił głowę, więc opasłego mężczyznę z teczką biegnącego w dół dostrzegł dopiero wtedy, gdy już było za późno. Tłuścioch ryknął z gniewu, przewrócił się i pociągnął za sobą parę osób. P. poczuł, że leci na dół. Bums, bums, bums – spadał po stopniach, aż gruchnął na samym dole i pojechał dalej korytarzem, by zatrzymać się dopiero na ścianie.
Rozejrzał się i zobaczył wokół siebie wielkie zamieszanie. Tłum otoczył tłuściocha, który siedział na posadzce i pocierał sobie głowę. Daleko w górze ujrzał panią Brown i Judytę przepychające się na dół po schodach idących w górę.
Obserwując ich wysiłki, zobaczył jeszcze jeden napis. Umieszczony był na mosiężnej skrzynce u stóp schodów i głosił wielkimi czerwonymi literami: W RAZIE NIEBEZPIECZEŃSTWA ZATRZYMAĆ SCHODY NACISKAJĄC TEN GUZIK.
Niżej, małymi literami było dodane: „Za użycie bez ważnego powodu grozi kara w wysokości 5 funtów”. Ale P. tak się spieszył, że nie doczytał do końca. Zresztą uważał, że niebezpieczeństwo jest dostatecznie wielkie.
Zamierzył się walizką i z całej siły rąbnął nią w guzik.
Jeżeli zrobiło się zamieszanie, gdy schody były w ruchu, jeszcze większy popłoch ogarnął pasażerów, kiedy stanęły. P. z niemałym zdziwieniem przyglądał się, jak wszyscy zaczęli biec, jedni w górę, drudzy na dół, i pokrzykiwać na siebie. Jakiś mężczyzna zawołał parę razy „Pali się!” i gdzieś daleko zaczął bić dzwon.


24.

A. spojrzała na pozdrawiającego, gdyż głos jego wydał się jej znajomy. Przed bramą, z czapką w ręce, stał jakiś wąsaty mężczyzna w zielonym fartuchu, wsparty na miotle.
Gdzie ja już go widziałam - zaczęła zastanawiać się, ale za chwilę co innego pochłonęło jej uwagę. Ciotka E., unosząc jedną ręką tren sukni, drugą ujęła A. pod ramię i zaczęła wchodzić z nią na jakieś schody. A. nigdy w życiu nie widziała podobnych. Były marmurowe, wyłożone czerwonym chodnikiem, a na każdym półpiętrze stała figura kobiety, trzymającej w podniesionej ręce płonący świecznik gazowy. A. miała zamiar znów protestować, że to nie tu, że na pewno nie tu mieszkają jej rodzice, kiedy naraz zatrzymały się przed wielkimi, drewnianymi drzwiami, ozdobionymi rzeźbami.
Obejrzała się więc na ciotkę E. i powiedziała najgroźniej, jak tylko potrafiła:
- Ale jeśli się okaże, że tu nie ma moich rodziców... Ciotka w milczeniu wskazała na drzwi.


25.

Przebycie trzech długich przęseł schodów, wiodących na poddasze, okazało się dla dziecka rzeczą trudną. Schody te nieraz S. wydawały się długie i strome, gdy była zmęczona. Tego wieczora jednak miała wrażenie, że nigdy nie dojdzie do ich końca. Kilka razy musiała się zatrzymać, by wypocząć. Gdy wreszcie dotarła do najwyższego podestu, ujrzała smugę światła dochodzącą z jej pokoiku. Domyśliła się, że E. przyszła znów do niej z wizytą. Myśl ta przyniosła S. pewną pociechę. Sama obecność nieporadnej i grubej E., opatulonej w czerwony szal, zdolna była ją nieco rozgrzać.


26.

Z ciekawości pobiegł K. jeszcze do drzwi, chciał widzieć, dokąd student zaniesie kobietę, chyba nie będzie jej niósł na ramieniu przez ulicę. Okazało się, że droga była znacznie krótsza. Tuż naprzeciw drzwi mieszkania prowadziły wąskie, drewniane schody prawdopodobnie na strych, w pewnym miejscu skręcały, tak że nie było widać ich końca. Po tych schodach niósł student kobietę na górę, już bardzo powoli i stękając, ponieważ był osłabiony dotychczasowym biegiem. Kobieta rzuciła ręką pozdrowienie w kierunku K. i dawała mu przez wzruszanie ramion do zrozumienia, że nie jest winna temu porwaniu, wiele jednak żalu nie było w tym geście. K. patrzył na nią bez wyrazu, jak na obcą osobę, nie chciał zdradzić, ani że był rozczarowany, ani że mógł łatwo zawód przeboleć.
Oboje już zniknęli, ale K. stał jeszcze ciągle w drzwiach. Pojął, że kobieta nie tylko go oszukała, ale i okłamała, twierdząc, iż student niesie ją do sędziego śledczego. Przecież sędzia nie czekałby siedząc na strychu. Drewniane schody nic nie wyjaśniały, choćby najdłużej na nie patrzeć. Wtem zauważył K. małą kartkę obok schodów, podszedł bliżej i przeczytał dziecinnym, niewprawnym pismem wykonany napis: "Wejście do kancelarii sądowych". Więc tu na strychu tego domu czynszowego były kancelarie sądowe?


27.

Każdy zauważył, że nierzadko podłoga załamuje się w ten sposób, że część jej ustawiona jest pod kątem prostym do jej powierzchni, następnie zaś inna jej część równolegle do tejże podłogi, aby umożliwić ustawienie nowego kawałka prostopadłego, a cała rzecz powtarza się spiralnie lub w linii łamanej do najrozmaitszych wysokości. Schyliwszy się i umieściwszy rękę lewą na części pionowej, prawą zaś na części poziomej, człowiek staje się krótkotrwałym posiadaczem schodka, czyli stopnia. Każdy z tych stopni, składający się, jak widać, z dwóch elementów, znajduje się odrobinę wyżej i odrobinę dalej niż poprzedni, która to zasada nadaje schodom sens, jako że każda inna kombinacja wytworzyłaby formy może piękniejsze i bardziej malownicze, lecz niezdolne do przenoszenia nas z parteru na piętro.
Na schody wchodzi się przodem, bowiem tyłem i bokiem jest niebywale niewygodnie. Naturalna pozycja jest stojąca, ręce zwieszone, głowa prosto, nie na tyle jednak, aby oczy nie widziały wyższych stopni niż te, po których się stąpa, a oddychać trzeba powoli i rytmicznie. Ażeby wejść na schody, trzeba zacząć od podniesienia prawej dolnej części ciała, opakowanej prawie zawsze w skórę albo zamsz, niemalże bez reszty mieszczącej się na schodku. Kiedy wyżej wymieniona cześć ciała, którą dla uproszczenia nazwiemy nogą, zostanie już umieszczona na pierwszym stopniu, należy unieść odpowiadającą jej lewą część (również zwaną nogą, nie mylić z uprzednio wymienioną), po czym uniósłszy ją tak, ażeby noga spoczęła na drugim stopniu, przenieść całe ciało aż do umieszczenia nogi na następnym stopniu, na którym znowu spocznie noga, podczas gdy na pierwszym jeszcze spoczywa noga. (Pierwsze stopnie są zawsze najtrudniejsze, aż do chwili zdobycia nieodzownej koordynacji ruchów. Koincydencja nazwy pomiędzy nogą a nogą utrudnia nieco instrukcję. Uwaga: nie podnosić równocześnie nogi i nogi).
Dotarłszy tym sposobem do drugiego stopnia, należy na zmianę powtarzać wyżej wymienione ruchy i w ten sposób znajdziemy się na najwyższym stopniu schodów. Schodzi się z nich bez trudności, przy pomocy lekkiego ruchu pięty, który wpiera ją w należne miejsce, ażeby nie ruszyła się aż do chwili, kiedy skończymy schodzenie.


28.

Schody jednak nadal stanowiły wyzwanie, po części dlatego, że F. właściwie nigdy wcześniej nie musiał ich pokonywać. Ten dom był pierwszym, w którym pokój naszego synka mieścił się na piętrze. F. znał dotąd schody tylko z domu rodziców Chrisa. Moi rodzice mieszkali w domu parterowym.
Z tego powodu F. albo czołgał się po stopniach, albo był noszony. Niestety z każdym dniem robił się coraz cięższy. Jeśli Chrisa nie było w domu i sama musiałam tachać F. do jego sypialni, na górę często docierałam z zadyszką.
Helen już z nami nie pracowała. Pojawiła się nowa fizjoterapeutka, Lindsey.
Miała przyjechać w grudniu, mniej więcej dwa tygodnie przed świętami, więc w połowie listopada podjęłam, że tak powiem, konieczne kroki.
Najpierw zamówiliśmy poręcze. Po uzyskaniu zgody zarządcy na wprowadzenie zmian w domu poprosiliśmy o pomoc Mike’a, stolarza zatrudnionego w posiadłości.
Mike najpierw zamontował metalową podpórkę przed domem, a potem zrobił świetną poręcz w środku. Była drewniana i pasowała do małych rączek.
Niemal natychmiast zaczęłam namawiać F. do korzystania z nowego udogodnienia. W dni kiedy mały nie szedł do przedszkola, spędzałam na półpiętrze dobre pół godziny. Prowadziło tam jakieś sześć schodków.
– Pokaż, czy potrafisz wejść tu do mnie, przytrzymując się poręczy – mówiłam, na różne sposoby zachęcając i dopingując F..
Nauka nie szła gładko. Czasem F. po prostu odmawiał współpracy i nie chciał nawet próbować. W inne dni pokonywał stopień lub dwa, a potem czołgał się na górę. Bywało, że opierał się o ścianę i w pewnym sensie ślizgał pod górę, używając rąk, by odepchnąć się od schodów. Jednak od czasu do czasu podnosił ręce, chwytał mocno poręcz i wspinał się jak należy.
– Brawo, synku – chwaliłam go za każdym razem, gdy to zrobił.
Wiedziałam, że trochę to potrwa i będzie wymagało dużo pracy, ale w końcu nam się uda.
Szybciej poradziliśmy sobie z wysokim betonowym stopniem na zewnątrz. Kiedy wracaliśmy z przedszkola, zakupów albo od lekarza, prosiłam Frasera, żeby wszedł na schodek, trzymając się poręczy. Początkowo mały opierał się o ścianę całym ciałem albo ręką, żeby nie stracić równowagi. Jednak niedługo później korzystanie z poręczy szło mu całkiem dobrze.
Za każdym razem kiedy klaskałam z podziwem, F. wyglądał na bardzo
zadowolonego z siebie. Często szukał wzrokiem Billy’ego, który zawsze kręcił się gdzieś w pobliżu.
– Zobacz, Billy, F. wszedł na schodek – mówił mały.
Uprzedziłam go, że wkrótce przyjdzie terapeutka i poprosi, aby powtórzył swój wyczyn. Był więc przygotowany, kiedy pewnego lodowatego grudniowego poranka zjawiła się Lindsey.
Ubrałam go ciepło i wyszliśmy na zewnątrz. Z początku F. trzymał się ściany lub mnie, żeby nie stracić równowagi. Jednak kiedy chwycił poręcz, poszło mu
znakomicie.
– Świetnie, F. – powiedziała Lindsey, gdy z łatwością pokonał schodek.
Mały, uradowany, posłał mi promienny uśmiech.
Schody w domu to była wyższa szkoła jazdy. Kiedy Lindsey poprosiła F., żeby wszedł i zszedł bez korzystania z poręczy, trzymał się kurczowo ściany albo czołgał się pod górę, a potem zjeżdżał w dół na pupie. Raz pokonał dwa stopnie, ale dopiero wtedy, kiedy Lindsey podała mu rękę.
Znacznie łatwiej poszło z poręczą. F. zdołał przemierzyć połowę stopni, lewą ręką trzymając się poręczy, prawą zaś opierając na schodku przed sobą. Mimo zachęt Lindsey potem zjechał na pupie.
Terapeutka powiedziała, że po Nowym Roku napisze raport, a w styczniu przyjedzie ponownie, żeby ocenić postępy.
– Jestem pewna, że będą ogromne – stwierdziła.


29.

- Cukier kupiłeś?! A sól?! A chleb?!
I od razu tracę moc w rękach, coś mnie ściąga jak latawca za sznurek, zniżam się, spadam i staję przed nią zawstydzony, że nie kupiłem, bo kupiłem sobie chałwy, a resztę przegrałem w obijanego z chłopakami.
Toteż jeśli chciałem się w jej oczach poprawić, a wysłała mnie akurat po cukier, sól czy chleb do miasta, zamiast schodzić po schodach w dół, sfruwałem wtedy pod nasz dom, zeskakując z tych rozpiętych rąk tuż pod drzwiami do naszej sutereny. Choć i bez fruwania zwykle przebiegałem te schody susami, po dwa, trzy, a z góry po pięć i sześć, aż nie potrafiła matka nigdy ukryć zaskoczenia, graniczącego omal z lękiem, że jestem już z powrotem. Ale nie pochwałą mnie witała, pochwała zapewne wydawała się jej niewystarczającą miarą mojego wyczynu, a tym bardziej nie oddawała jej bezwiednie ujawnionego lęku, lecz czymś w rodzaju przestrogi:
- Skacz, skacz, aż złamiesz kiedyś nogę.
Chyba że była w pogodnym nastroju, co zdarzało się niezwykle rzadko i w chwilach jedynie zapomnienia, albo gdy ktoś z sąsiadów był akurat u nas, wówczas głos jej pobrzmiewał omalże podziwem dla mnie.
- Ależ ty, chłopak, fruwasz.
Te schody zaczynały się tuż za naszym domem i prawie w linii prostej, z niewielkimi odchyleniami w jedną, w drugą stronę, poprzerywane brukowanymi podestami co kilkanaście stopni, pięły się na sam szczyt wzgórza, na którym leżało miasto. Lub odwrotnie, jako że wszystko zależy od naszego miejsca w przestrzeni, przestrzeń bowiem określa nasze odczucia i wyobrażenia, a w konsekwencji nasz los, zaczynały się na szczycie tego wzgórza, na którym leżało miasto, i spadały kaskadą po najbardziej urwistej jego stronie aż do miejsca, gdzie brała swój początek ta rozległa równina.
Tu właśnie stał nasz dom, od tyłu po wysokość sutereny wkopany w łagodniejące zbocze, choć można też powiedzieć, że był to jego przód, a myśmy mieszkali od tyłu, od tej rozległej równiny.
Prócz schodów prowadziły do miasta też inne drogi, łatwiejsze.


30.

K. przyrzeka, całuje pokornie rękę swej przyszłej chlebodawczyni i wychodzi wraz z woźnym z kuchenki. Wychodząc, uderza się czołem o niskie drzwi i stoi przez chwilę w ciemnej sionce, ściskając w ręku otrzymanego przed chwilą guldena. Przed nią majaczy drobna postać kantorowego, który po omacku stara się znaleźć poręcz od schodów. Znajduje ją wreszcie i woła na opóźniającą się dziewczynę. W gorącym zaduchu, pełnym kurzu i stęchlizny, wiją się kręcone schody, tak zwane „kuchenne”, popsute, otulone ścianą posmarowaną węglem i sczerniałą od dymiących lampek naftowych, którymi służące rozjaśniały wieczorem ciemną i wąską przestrzeń.
Woźny, klnąc, nasuwa czapkę i rozpoczyna karkołomną wędrówkę, trzymając się mocno skrzypiącej poręczy. K. idzie za nim szybko, otwierając oczy, pragnąc się w ten sposób przyzwyczaić do panującej w klatce schodowej ciemności. Słabe, na wpół spróchniałe deski uginają się prawie pod olbrzymią stopą dziewczyny, spadającej ciężką masą w równych odstępach; schodzi na dół, nie licząc nawet pięter, uspokojona o swą przyszłość, pełna wiary i otuchy w miłosierdzie boskie. Pani wydała się jej uosobieniem piękna i dobroci po brzydkiej, wrzaskliwej pani Lewi, która kazała się „szanować” i przeglądała ustawicznie w miedzianych rondlach lub samowarze. I K., na samą myśl lepszego słowa lub pochwały z ust ślicznej pani, dostaje jakby zawrotu w głowie i ciśnienia w gardle. Schodząc na dół, myślała więc, jak będzie się starać, aby zasłużyć na tę pochwałę, jak będzie pracować całymi dniami i nocami... Nagle zaciskają się jej oczy pod wpływem żółtawego światła, które zajaśniało na zakręcie schodów. Nie jest to przecież już światło słoneczne, ale mdły płomień świecy łojowej, osadzonej w latarce i niesionej przez młodego mężczyznę, ubranego w szarawą bluzę i długi fartuch płócienny.
Woźny, uszczęśliwiony z wypadku rozjaśniającego mu dalszą część klatki schodowej, spuszcza się czym prędzej na dół – na wąskim przejściu pozostaje sama K. naprzeciw młodego mężczyzny, niosącego w ręku latarkę. Ze zwykłą nieśmiałością przyciska się do ściany, pragnąc zostawić jak najszersze miejsce nadchodzącemu człowiekowi.
Pomimo jednak jej dobrych chęci szerokie jej ramiona zabierają wiele miejsca i mężczyzna mimo woli zmuszony jest otrzeć się o nią, aby przejść dalej.
– Ihi, diabeł tu łazi? – pyta niezbyt uprzejmym tonem, podnosząc w górę latarkę.
– To ja, K. – odpowiada dziewczyna, oblewając się rumieńcem.




==========

Aktualizacja po zakończeniu konkursu:
Tytuły utworów, z których pochodzą konkursowe fragmenty, znajdziesz tutaj:

rozwiązanie konkursu
Wyświetleń: 808
Dodaj komentarz
Przeczytaj komentarze
ilość komentarzy: 28
Użytkownik: pawelw 2019-11-01 10:37 napisał(a):
Odpowiedź na: Przedstawiam KONKURS nr 2... | pawelw
W każdym konkursie jest moment, gdy po odgadnięciu kilku najprostszych fragmentów można powiedzieć "Koniec żartów, zaczynają się schody". Tym razem ten moment jest już na początku. :)
Zapraszam do konkursu, który przygotował KrzysiekJoy
Użytkownik: KrzysiekJoy 2019-11-02 00:22 napisał(a):
Odpowiedź na: Przedstawiam KONKURS nr 2... | pawelw
Dwie osoby podjęły mozolną wspinaczkę po stromych schodach. Wspólnie pokonały 18 stopni. Zapraszam do udziału. :-)
Użytkownik: KrzysiekJoy 2019-11-03 22:41 napisał(a):
Odpowiedź na: Przedstawiam KONKURS nr 2... | pawelw
Pięć pań bierze udział w konkursie. Dziękuję.

Podpowiedź 1

Fragmenty 1 -10. Tylko jeden powstał w okresie po I wojnie światowej, ale przed II WŚ.
8 jest z XIX w a jeden powstał w XX wieku ale przed I wojną światową.

Użytkownik: mika_p 2019-11-04 14:49 napisał(a):
Odpowiedź na: Przedstawiam KONKURS nr 2... | pawelw
Mam 1, 4, 23, 24, 25 i możliwe, że 18 - wymienię na coś innego, chętnie z pierwszej dziesiątki, bo tam podobno mam szanse coś rozpoznać :)
Użytkownik: dot59Opiekun BiblioNETki 2019-11-04 17:11 napisał(a):
Odpowiedź na: Mam 1, 4, 23, 24, 25 i mo... | mika_p
Te, co Ty, też mam, ale mogę się podzielić tym, co mam ponadto, tzn. 3,5,6,7.

Daty urodzenia rodziców, a także narodzin dusiołków, układają się w porządku chronologicznym tak: 7, 6, 3, 5. Daty śmierci rodziców 7 i 6 oraz 3 i 5 dzielą równo dwie dekady, zaś daty wydania dusiołków 7 i 5 - równo osiem.
3 rodziców pochodzi z jednego kraju, jeden - od razu widać, który - z innego, w pewnym sensie antagonistycznego geograficznie, a przez jakiś czas także i militarnie.
Rodzic 5 ma imię, które tak samo się pisze w jego języku, jak i po polsku, zaś imiona trzech pozostałych zwykło się u nas podawać w wersji spolszczonej.
Tytuły wszystkich 4 dusiołków zawierają łącznie 3 imiona i 3 nazwiska, a płeć wspomnianych w nich postaci rozkłada się pół na pół.
Dusiołki 3, 6 i 7 mają bardzo liczne rodzeństwo, 5 mniej liczne, ale za to "ściślejsze".
Użytkownik: ilia 2019-11-04 20:44 napisał(a):
Odpowiedź na: Te, co Ty, też mam, ale m... | dot59Opiekun BiblioNETki
Wspomniałaś, że masz 24 i 25. Możesz coś pomataczyć :)
Użytkownik: dot59Opiekun BiblioNETki 2019-11-04 21:31 napisał(a):
Odpowiedź na: Wspomniałaś, że masz 24 i... | ilia
Obie rodzicielki specjalizowały się w literaturze dla określonej grupy wiekowej.
Ta pierwsza jako dziecko z pewnością czytała 25, ale raczej nie w oryginale - gdy chodziła do szkoły, uczyła się tylko jednego języka obcego (sąsiedzkiego) z przymusu, a spośród tych nieobowiązkowych powszechniejszy był inny. Spośród jej licznego potomstwa co najmniej 2 trafiło w różnych momentach na listę lektur obowiązkowych, a sam dusiołek można było także obejrzeć.
Rodzicielka 25, choć bardziej staroświecka, miała większe szczęście do wizualizacji - samego dusiołka kręcono w kilku wersjach (w jednym wystąpiła najsłynniejsza aktorka świata w danej grupie wiekowej), podobnie jak innego równie znanego potomka (w czym maczała palce znana rodaczka rodzicielki 24).
Użytkownik: ilia 2019-11-04 22:09 napisał(a):
Odpowiedź na: Obie rodzicielki specjali... | dot59Opiekun BiblioNETki
Dzięki! Bardzo pomocne mataczenia. Już odgadłam, myślę, że dobrze
Użytkownik: mika_p 2019-11-06 13:37 napisał(a):
Odpowiedź na: Te, co Ty, też mam, ale m... | dot59Opiekun BiblioNETki
Dzięki, po dwóch dniach układania Twoich puzzli mam 5 i 7 :)
Użytkownik: carly 2019-11-04 22:18 napisał(a):
Odpowiedź na: Przedstawiam KONKURS nr 2... | pawelw
A ma ktoś może 16? Podobno znam, choć nie pamiętam:(
Użytkownik: KrzysiekJoy 2019-11-05 09:49 napisał(a):
Odpowiedź na: A ma ktoś może 16? Podob... | carly
Znasz i widzę, że lubisz tego autora, choć akurat szukana powieść słabiej oceniona od pozostałych jego autorstwa.
Użytkownik: KrzysiekJoy 2019-11-06 14:46 napisał(a):
Odpowiedź na: Przedstawiam KONKURS nr 2... | pawelw
Nie odgadnięty pozostaje tylko stopień 12. A szkoda, bo pewna poetka mówiła, że on zasługuje na Nobla.
Użytkownik: KrzysiekJoy 2019-11-06 15:50 napisał(a):
Odpowiedź na: Przedstawiam KONKURS nr 2... | pawelw
Wszystkie fragmenty zostały rozpoznane. Zapraszam do aktywności na forum.
Użytkownik: mika_p 2019-11-07 19:56 napisał(a):
Odpowiedź na: Wszystkie fragmenty zosta... | KrzysiekJoy
Będzie ciężko z tą aktywnością, bo wybrałeś tak trudne fragmenty, że nie ma o co zaczepić. Ja jeszcze wyślę jeden email i poczekam w kąciku na rozwiązanie, żeby zobaczyć, czy w mojej bibliotece jest 27, podoba mi się ten fragment.
Użytkownik: KrzysiekJoy 2019-11-08 11:22 napisał(a):
Odpowiedź na: Przedstawiam KONKURS nr 2... | pawelw
Miko, nie dlatego konkurs jest "trudny" bo wybrałem nie wiadomo jak nie nieznane utwory do niego, tylko dlatego, że sobie wzajemnie, jak to dawniej bywało, nie pomagacie. Widzisz podoba Ci się fragment 27 ale nie poprosisz na forum o podpowiedź. Są osoby, które chcą podpowiadać, i lubią to robić, ale gdy nikt nic nie chce to... sama rozumiesz, trochę głupio, bo powiedzą, że się popisujesz.
Użytkownik: mika_p 2019-11-08 17:21 napisał(a):
Odpowiedź na: Miko, nie dlatego konkurs... | KrzysiekJoy
Rzeczywiście, masz rację, ten konkurs jest wyjątkowo łatwy. W ciągu ostatnich 10 lat w Twoich konkursach na pierwszy rzut oka rozpoznawałam średnio 3,8 dusiołka, a tu aż 5!

To ja poproszę o pomoc do nr 9, bo podobno znam
Użytkownik: ilia 2019-11-08 18:17 napisał(a):
Odpowiedź na: Rzeczywiście, masz rację,... | mika_p
Fragment pochodzi ze słynnej sagi, którą czytałaś. Rodzic otrzymał nagrodę Nobla.
Użytkownik: mika_p 2019-11-08 18:42 napisał(a):
Odpowiedź na: Fragment pochodzi ze słyn... | ilia
Och! Jak się szuka tam, gdzie nie ma, to się nie znajduje :( Już wiem, co to. Dzięki.
Użytkownik: KrzysiekJoy 2019-11-09 09:55 napisał(a):
Odpowiedź na: Rzeczywiście, masz rację,... | mika_p
Następnym razem nie będę ukrywał imion własnych. Jak powiem, że w 2 L. Lew a w 30 K. to Kaśka, będzie to konkurs czy parodia konkursu?
W 27 specjalnie zostawiłem jedno imię dwa razy. Dla uważnie czytających dusiołki.
Użytkownik: mika_p 2019-11-09 15:29 napisał(a):
Odpowiedź na: Następnym razem nie będę ... | KrzysiekJoy
Już widzę ten konkurs :) Będzie miał tytuł "Kasia i Tomek" i taki fragment:

"Gdy był jeszcze obrońcą, biegał tak prędko, że nie uciekłaby przed nim żadna szwaczka wracająca z magazynu do domu Był wesoły, rozmowny, trzymał się prosto, miał czuprynę i nosił wąsy zakręcone ostro do góry Już wówczas sztuki piękne robiły na nim wrażenie, ale czasu im nie poświęcał, bo szalał - za kobietami. Co prawda, miał do nich szczęście i nieustannie był swatany. Ale cóż z tego, kiedy pan Tomasz nie mógł nigdy znaleźć ani jednej chwili na oświadczyny będąc zajęty jeżeli nie praktyką, to - schadzkami. Od Frani szedł do sądu, z sądu biegł do Zosi, którą nad wieczorem opuszczał, ażeby z Józią i Filką zjeść kolacją."

i to też będzie niełatwe, bo chociaż praktycznie wszyscy znają pana Tomasza, to raczej kojarzą go jako tego zgreda, który wygonił kataryniarza, ale się nawrócił :)


Użytkownik: pawelw 2019-11-12 10:28 napisał(a):
Odpowiedź na: Przedstawiam KONKURS nr 2... | pawelw
Informacja z lekkim poślizgiem, ale i tym razem wśród uczestników konkursu, którzy zdobędą chociaż jeden punkt, rozlosuję nagrodę od Ravelo.
Będzie to książka Szczęście przy kominku (Gargaś Gabriela)
Losowanie odbędzie się dzień po ogłoszeniu wyników.

Konkurs kończy się dopiero za kilka dni, jest jeszcze czas, żeby wziąć udział


Użytkownik: ilia 2019-11-13 23:14 napisał(a):
Odpowiedź na: Przedstawiam KONKURS nr 2... | pawelw
Chcę się odnieść do sprawy trudności konkursów i sposobów ich rozwiązywania. Dla weteranów konkursów, to co napiszę poniżej jest "oczywistą oczywistością", ale niektórym może to pomóc lub zachęci niezdecydowanych do brania w nich udziału.

W prawie każdym konkursie, prawie wszystkie fragmenty można odgadnąć. I nie trzeba mieć przeczytanych wszystkich książek z których pochodzą. Paradoksalnie często łatwiej odgadnąć autora i tytuł książki, której się nie czytało, niż tej którą się zna. Potrzeba na to tylko chęci i czasu.

Gdy autor konkursu zaznaczy, że wszystkie książki konkursowe ma ocenione, to nie ma już żadnych przeszkód (oprócz braku czasu) by rozszyfrować z jakich książek pochodzą wybrane fragmenty. Tylko trzeba sobie ułatwić poszukiwania, zwłaszcza gdy autor ma ocenionych 2-3 tys. książek.

Na przykład, gdy z fragmentu wynika, że to może być biografia, to z listy ocenionych książek autora konkursu wybieramy kategorię - biografia/autobiografia/pamiętnik zamiast kategorię - wszystkie gatunki i kategorie. I w ten sposób mamy do przeszukania np. nie 25 stron ocen tylko 1 lub 2.
Gdy podejrzewamy, że fragment może dotyczyć książki fantastycznej, to przeszukujemy kategorię - fantasy lub SF.
Gdy w fragmencie pojawi się jakiś komisarz, detektyw to możemy szukać w kategorii - thriller/sensacja/kryminał.
I tak dalej.

Jednocześnie, gdy są jakieś nazwiska/imiona polskie lub nazwa polska np. milicjant, to zaznaczamy język oryginału - polski. Gdy francuskie, to zaznaczamy język oryginału - francuski, itd.

Łatwiej szukać (przynajmniej mi), gdy wybierze się sortuj według autora, zamiast sortuj według tytułu.

A gdy już naprawdę nie umie się odgadnąć jakiegoś fragmentu, to zawsze można prosić o mataczenie, czyli "zakręconą" podpowiedź autora konkursu lub innych uczestników konkursu, w forum pod konkursem.

Podsumowując - prawie każdy konkurs można w prawie 100% rozwiązać. Więc nie należy dumać - taki trudny konkurs, przeczytałam/przeczytałem tylko kilka książek, więc dalej nie będę się trudzić, bo przecież nie znam tych innych książek.

To jest zabawa. Bardzo fajna - trzeba dużo myśleć :) Jeśli tylko ma się na tyle czasu, to można powalczyć do końca, aby wszystko rozszyfrować.
Użytkownik: mika_p 2019-11-15 02:30 napisał(a):
Odpowiedź na: Chcę się odnieść do spraw... | ilia
A, to tak się robi...

Cóż, jak by to ująć, żeby nie wyszło, że tylko marudzę... Wielogodzinna dłubanina w arkuszu kalkulacyjnym i na kolejnych podstronach BNetki to nie jest moja wizja fajnej zabawy w konkursie skojarzeń literackich. Nie mówię, że tak nie robię, bo robię, ale krótko, dla pojedynczych punktów. Nie wyobrażam sobie, żeby w taki mechaniczny sposób odgadywać większość fragmentów, to już lepiej w googla wrzucić, przyjemność podobna, a mniej roboty.

Jak dla mnie, optymalny konkurs zawiera:
- fragmenty, które rozpoznaję bez pudła (lub z minimalną pomyłką) na pierwszy rzut oka,
- fragmenty, które mi dzwonią i motywują do dalszego monitorowania forum i korespondencji z organizatorem,
- fragmenty książek, których nie znam osobiście, ale które były na tyle głośne lub są na tyle utrwalone w ogólnej świadomości, że wystarczy krótka podpowiedź typu "gorszący fanfik" (no, może nie aż taki czołg), żeby można było odgadnąć,
- fragmenty, których nie znam, ale budzą zaciekawienie,
- fragmenty, które mnie w ogóle nie ruszają, dla równowagi.

I, niestety, w skład optymalnego konkursu wchodzą też współuczestnicy, którzy chcą się wspólnie bawić. Niestety, bo o to coraz trudniej.
Ja już się czuję jak Wróżka Radości z "Wiedźmikołaja"
Użytkownik: dot59Opiekun BiblioNETki 2019-11-15 07:30 napisał(a):
Odpowiedź na: A, to tak się robi... ... | mika_p
Jestem chętna do zabawy, póki czas! Masz jakieś braki, to może pomogę?
Użytkownik: mika_p 2019-11-16 18:24 napisał(a):
Odpowiedź na: Jestem chętna do zabawy, ... | dot59Opiekun BiblioNETki
Dot, ja mam większość braków :) Niestety,w ten weekend mam też absolutny brak czasu na rozrywki, więc mogę tylko podziękować za chęć pomocy i najwyżej przypomnę się w następnym konkursie :)
Użytkownik: dot59Opiekun BiblioNETki 2019-11-16 18:41 napisał(a):
Odpowiedź na: Dot, ja mam większość bra... | mika_p
Hi, hi, następny jest mój :-).
Użytkownik: ilia 2019-11-15 19:07 napisał(a):
Odpowiedź na: A, to tak się robi... ... | mika_p
Piszesz - "A, to tak się robi... ". Nie, tak to się nie robi. Może zapomniałam napisać o tym na początku, ale wydawało mi się, że jest to samo przez się oczywiste.

W pierwszym etapie odgaduje się bez wspomagania, jak piszesz - "fragmenty, które rozpoznaję bez pudła, na pierwszy rzut oka" i "fragmenty książek, których nie znam osobiście, ale które były na tyle głośne lub są na tyle utrwalone w ogólnej świadomości".

A później, gdy wyczerpie się inwencja, to jeśli chce się rozszyfrować wszystkie fragmenty - m o ż n a - ale nie trzeba zacząć przeczesywać oceny organizatora konkursu. I nie robi się tego mechanicznie, tylko jest to robota dedukcyjna, bardzo ciekawa. Ale jeśli nie ma się ochoty na doprowadzenie sprawy do końca i poprzestanie się tylko na kilku odpowiedziach, to nikt nikogo do niczego nie zmusza.

Tylko trzeba sobie też uzmysłowić, że przygotowanie konkursu zajmuje sporo czasu, a potem gdy część osób biorących w nim udział (a ostatnimi czasy bardzo mało biblionetkowiczów się w nich bawi) przysyła raz lub dwa lub trzy razy odpowiedzi, i potem już się nie odzywa, nie podpytuje, milczy - to myślicie, że jak się czuje organizator? Gdy aktywne są np. 2-4 osoby?
Użytkownik: KrzysiekJoy 2019-11-17 22:04 napisał(a):
Odpowiedź na: Przedstawiam KONKURS nr 2... | pawelw
Konkurs zbliża się do końca. Odpowiedzi można jeszcze przesyłać do północy. Wyniki zostaną ogłoszone jutro w godzinach popołudniowych.
Legenda
  • - książka oceniona przez Ciebie - najedź na ikonę przy książce aby zobaczyć ocenę
  • - do książki dodano opisy lub recenzje
  • - książka dostępna w naszej księgarni
  • - książka dostępna u innych użytkowników (wymiana, kupno)
  • - książka znajduje się w Twoim schowku
Patronaty Biblionetki
Biblionetka potrzebuje opiekunów
Recenzje

Użytkownicy polecają:

Redakcja poleca: