Dodany: 2019-10-31 21:49|Autor: dot59Opiekun BiblioNETki

Czytatnik: Czytam, bo żyję

Czytatka-remanentka X 19


Tradycyjnie w tym miejscu kilka październikowych lektur, których z różnych względów nie uhonorowałam pełnymi recenzjami:

Zdradziecka Agnieszka Osiecka (Derlatka Piotr) (4,5)
Trzecia czy czwarta biografia tej samej postaci rzadko wnosi wiele nowego do naszej wiedzy, ale jeśli się za jej życia było gorącym wielbicielem jej talentu, to zawsze przyjemnie jest się z nią spotkać po raz kolejny, jeszcze raz przejść z nią drogami, które ją w końcu doprowadziły do sławy, jeszcze raz posłuchać, co miała do powiedzenia na ten i ów temat. Tu najważniejszym elementem konstrukcji opowieści jest szukanie w tekstach piosenek odniesień biograficznych (co nie znaczy, że w żadnej innej biografii Osieckiej ich nie ma), a największą atrakcją – duży wybór cytatów z niepublikowanego tekstu wspomnieniowego „Testament” (napisanego, gdy poetka miała… 21 lat) i kalendarz biograficzny, zbierający wydarzenia z jej życia prywatnego i zawodowego na osi czasu.

Zabójcza biel (Rowling Joanne (pseud. Rowling J. K., Skamander Newt, Whisp Kennilworthy, Galbraith Robert)) (4)
Czwarta część detektywistycznych (i życiowych, i życiowych…) perypetii Cormorana Strike’a i jego asystentki Robin Ellacott zaczyna się czymś, do czego w ogóle nie powinno było dojść: ślubem Robin i Matthew. To nawet nie to, że są niedobrani upodobaniami i temperamentem – taką różnicę można przeskoczyć. Ale jeśli ktoś tak, jak Matthew, ostentacyjnie kontestuje niemalże wszystko, co robi jego narzeczona, jeśli wykazuje tak wrogie nastawienie do lubianej przez nią pracy, jeśli potrafi grzebać jej w telefonie i kasować wiadomości od szefa (w którym, być może, podświadomie upatruje konkurencję i otwarcie nim gardzi, tym bardziej, im bardziej Robin Strike’a lubi i ceni) – to czy można się spodziewać, że nawet przy najlepszych chęciach drugiej połowy taki związek przetrwa długo? No, właśnie… Trudno się oprzeć wrażeniu, że Robin podświadomie wzbrania się przed ostatecznym jego przypieczętowaniem, i gdyby to, co się wydarza rok później, miało miejsce przed ślubem, chyba byłaby losowi wdzięczna za oszczędzenie zmarnowanego czasu (a rodzicom wydatków na wesele). Ale chwilowo sama sobie wmawia, że jest szczęśliwa. Gdy niespełna rok po ślubie bierze krótki urlop, Strike’a odwiedza młody człowiek, mający oczywisty problem z równowagą psychiczną; powtarza bez ładu i składu opowieść o morderstwie, którego był świadkiem jako małe dziecko, ale zanim Cormoranowi udaje się wyciągnąć z niego jakieś konkrety, niekompetentne zachowanie sekretarki na zastępstwie powoduje, że niedoszły klient ucieka. Próbując go odnaleźć, Strike trafia na wiec anarchosocjalistów, a niebawem otrzymuje zlecenie od człowieka, którego nazwisko dopiero co usłyszał z ust pewnej poznanej tam osoby. Od tej pory i on, i Robin na przemian eksplorują środowiska podejrzanych wichrzycieli i szacownych (często tylko pozornie) parlamentarzystów; zadanie jest trudne, a nie ułatwiają go problemy emocjonalne obojga ani też fakt, że jedna z postaci zaangażowanych w sprawę ginie śmiercią tragiczną…
„Zabójcza biel” jest wyraźnie grubsza od każdej z trzech pierwszych części cyklu. Opisy scenerii i scenki rodzajowe z udziałem rodzin Chiswellów i Winnów są dość rozbudowane, ale też tworzą specyficzny klimat, z którego trudno byłoby zrezygnować, i dają czytelnikowi wgląd w profil socjologiczny tej grupy brytyjskiego społeczeństwa, z którą raczej sam się nie zetknie. Trochę męczące są natomiast przydługawe relacje z działań Robin w Ministerstwie Kultury i z samych rozgrywek politycznych między parą oponentów, a sama intryga, w której spora część pary idzie w gwizdek, wydaje się lekko przekombinowana. Trudno powiedzieć, żeby to była powieść zła czy słaba, ale czytało mi się ją gorzej, niż wcześniejsze tomy.

Zawołajcie położną (Worth Jennifer) (4)
Tajniki zawodu + tło społeczne bardzo ładnie opisane, styl i język dobry, ale kompozycyjnie rzecz niedorobiona; jeden epizod z pracy zajmuje pół rozdziału, inny pięć, bez żadnego uzasadnienia dla takiego podziału, a poza tym jak na mój gust za dużo dygresji niemających nic wspólnego z samym zawodem jako takim, a tylko z miejscem zamieszkania autorki podczas jego wykonywania, tzn. z klasztorem żeńskim: długaśne opowieści o poszczególnych zakonnicach, jeszcze dłuższe i nudniejsze – o zaprzyjaźnionych młodzieńcach, z którymi się spotykała poza klasztorem i czasowo ukrywała ich na strychu, bo popadli w długi. Nie całkiem tego oczekiwałam…

Swoją drogą: Opowieść o trzech podróżach po inne życie (Michniewicz Tomasz (Michniewicz Tomek)) (4,5)
Autor, sprowokowany opinią, że „taki podróżnik to ma dobrze”, zabiera kolejno przyjaciela, żonę i ojca w podróż tam, gdzie sobie zażyczą, rejestrując ich wrażenia. Sposób pisania, styl, refleksyjność – rewelacja; ale o ile dwie pierwsze relacje bardzo ciekawe (i ugruntowujące we mnie przekonanie, że nigdy, ale to nigdy, nawet za darmo, nie wybrałabym się do żadnego kraju w Afryce i żadnego islamskiego. Nie dla mnie takie rzeczy i kropka), o tyle przy trzeciej wynudziłam się jak mops z powodu samego klimatu (bluesa mogę słuchać góra przez kwadrans, a kto, co i na czym grał, w tej sytuacji nie bardzo mnie interesuje; Nowy Orlean nie należy do tych miejsc, które bym odwiedziła, gdybym w ogóle zdecydowała się na podróż do Stanów; a pogawędki autora z ojcem też jakieś bez wdzięku).

Znaki szczególne (Wilk Paulina) (5,5)
Jedna z najlepszych książek, które w tym miesiącu, a może i w całym roku przeczytałam, a recenzji z niej napisać nie umiem… Połączenie wspomnień z esejem socjologicznym, pisane tak doskonałym stylem (o czym w przypadku tej autorki przekonuję się nie pierwszy raz), że chciałoby się czytać bez końca. Zwłaszcza, że wspomnienia są po trosze i moimi wspomnieniami, choć nie należę do tego samego pokolenia; jestem tylko trochę młodsza od rodziców autorki, do których doświadczeń często się ona odwołuje – a refleksje są niemal w całości i moimi refleksjami.

Drugi dziennik: 21 czerwca 2012 - 20 czerwca 2013 (Pilch Jerzy) (3)
A to chyba będzie największe moje rozczarowanie czytelnicze w tym roku. Lubię Pilcha, ale ten dziennik przeczytałam z trudem: przegadany, przeintelektualizowany, a specyficzny styl z charakterystycznym szykiem zdania i milionem pytajników oraz wykrzykników osiągnął chyba apogeum specyficzności i zaczął mnie drażnić. Na trzeci tom już się chyba nie porwę.

Guguły (Grzegorzewska Wioletta) (4,5)
„Guguły”, pierwszą część dyptyku wspomnieniowego Grzegorzewskiej, przeczytałam sporo później niż „Stancje”; czytanie w niewłaściwej kolejności jednak nie wpływa niekorzystnie na odbiór. Te opowiadania, inspirowane własnymi doświadczeniami autorki – urodzonej i dorastającej w jednej z wiosek na tym krańcu Jury Krakowsko-Częstochowskiej, z którym ja sama najrzadziej miałam do czynienia (ale co to „guguły”, też wiedziałam) – są tak samo barwne, tak samo wyraziste, jak przedstawione w „Stancjach” impresje z życia niezamożnej studentki. Język piękny, obrazy autentyczne, może tylko trochę za dużo w tym wszystkim cielesności (a może my te kilkanaście lat wcześniej rzeczywiście inaczej dojrzewaliśmy? I nie wąchaliśmy butaprenu, co najwyżej ćmiło się gdzieś na strychu czy w rowie za miastem podprowadzone rodzicom papierosy).



(c)Wszystkie prawa zastrzeżone. Kopiowanie bez zgody autora zabronione.

Wyświetleń: 124
Dodaj komentarz
Przeczytaj komentarze
ilość komentarzy: 2
Użytkownik: Rbit 2019-10-31 22:44 napisał(a):
Odpowiedź na: Tradycyjnie w tym miejscu... | dot59Opiekun BiblioNETki
Taki zachwyt "Znakami szczególnymi"? Lubię Paulinę Wilk i jej pisanie (szczególnie Misia Kazimierza), ale w tym przypadku mam dużo zastrzeżeń - vide My? Dzieci Transformacji
Użytkownik: dot59Opiekun BiblioNETki 2019-11-01 20:20 napisał(a):
Odpowiedź na: Taki zachwyt "Znakami szc... | Rbit
Tak, widziałam Twoją czytatkę, bo zawsze po przeczytaniu książki zerkam na jej stronę, żeby sprawdzić, czy ktoś miał takie wrażenia jak ja - i rozumiem, dlaczego miałeś zastrzeżenia. Ja tę książkę odebrałam jako dość osobiste spojrzenie na czas transformacji, bo nie jest to przecież ani reportaż, ani praca socjologiczna - i w takim ujęciu, powiedziałabym, pewne zawężenie pojęcia "my" też jest nieuniknione. "My", czyli moja klasa, moja grupa studencka, moi koledzy z klubu hobbystycznego czy z harcerstwa. Ja sama, myśląc o czasach opisywanych przez autorkę, też myślę o tylko pewnej grupie "nas", bo z mojego pokolenia (czyli pokolenia rodziców autorki) na palcach mogłabym policzyć ludzi, którzy by na transformacji zrobili jakiś istotny życiowy skok - nikt nie poszedł w politykę, nikt nagle nie wskoczył do mediów o ogólnopolskim zasięgu ani do pierwszej setki, ba, pewnie i pierwszego tysiąca w biznesie. Więc rozumiem tę swego rodzaju wycinkowość wspomnień, a jeśli chodzi o refleksje ogólne, o zmianę mentalności z "bardziej być" na "bardziej mieć", o zanik więzi międzyludzkich zastąpionych posiadaniem wirtualnych znajomości, uważam, że to autorka bardzo trafnie odnotowała. A styl ma doskonały, niewielu dziennikarzy z tego pokolenia tak potrafi.
Legenda
  • - książka oceniona przez Ciebie - najedź na ikonę przy książce aby zobaczyć ocenę
  • - do książki dodano opisy lub recenzje
  • - książka dostępna w naszej księgarni
  • - książka dostępna u innych użytkowników (wymiana, kupno)
  • - książka znajduje się w Twoim schowku
Patronaty Biblionetki
Biblionetka potrzebuje opiekunów
Recenzje

Użytkownicy polecają:

Redakcja poleca: