Dodany: 2019-10-16 18:39|Autor: dot59Opiekun BiblioNETki

Redakcja BiblioNETki poleca!

Książka: Burze w mózgu: Opowieści ze świata neurologii
O'Sullivan Suzanne

4 osoby polecają ten tekst.

Wielka książka o "wielkiej chorobie"


Jak wygląda burza i jakie może mieć skutki, każdy wie: wyładowania elektryczne przeszywają atmosferę, co powoduje określone zjawiska wizualne (błyskawice) i akustyczne (grzmoty). Czasem tylko na tym się kończy, ale częściej wyładowania trafiają w określone punkty na powierzchni Ziemi, wywołując pożary i raniąc lub zabijając istoty żywe; na ogół towarzyszą im jeszcze porywiste wiatry i intensywne opady deszczu czy gradu, których skutkiem bywa zniszczenie upraw, budynków, pojazdów, obrażenia doznawane przez ludzi czy zwierzęta. Jednym słowem, nic w burzy dobrego.

A jeśli coś podobnego, oczywiście z mniejszą siłą, dzieje się w żywej tkance? Niemożliwe? Ależ tak, możliwe, przecież uczyliśmy się w szkole, że impulsy elektryczne – oczywiście nieporównywalnie mniejsze od tych, które powstają w chmurach – są nieodłączną częścią działania naszych mięśni, serca i mózgu. Zwłaszcza mózgu. Dopóki są one tylko tak częste, tylko tak silne i tylko tak się przemieszczające, jak trzeba, wszystko gra: „centrala” przy ich pomocy kontroluje każdy nasz ruch zależny od woli i każdy nieświadomy odruch. I teraz wyobraźmy sobie, że nagle w jakimś miejscu zaczynają się mnożyć w chwili, kiedy w ogóle nie powinny tam powstać, przybierają na sile, a potem, jak piorun spływający z iglicy czy drzewa, w które uderzył, rozbiegają się, czasem na mniejszą, czasem na większą odległość. I tu się kończy analogia, bo taki rodzaj „prądu” nie wypali dziur w tkance, przez którą przebiega. Co nie znaczy, że pozostaje bez skutku. Bo oto człowiek, w którego głowie to się dzieje, nagle zwraca oczy ku górze, traci przytomność, wstrząsają nim niekontrolowane skurcze mięśni. Albo patrzy nieruchomo w jeden punkt, skubiąc palcami ubranie lub tupiąc nogą w podłogę. Albo zaczyna wykrzykiwać wulgarne słowa i pluć, nawet gdy mu już braknie śliny. Albo… i tu można wymienić jeszcze kilka czy kilkanaście innych nietypowych aktywności, powtarzających się czasem raz na parę lat, czasem kilkadziesiąt razy dziennie, w identycznych lub całkiem różnych okolicznościach – zawsze niepokojących samą ofiarę choroby i/lub jej otoczenie, zawsze utrudniających życie samemu choremu i jego bliskim, a nierzadko temu życiu zagrażających.

Tych i innych ludzi, doświadczonych na najróżniejsze sposoby tą samą przypadłością – w języku medycznym noszącą nazwę padaczki lub, z grecka, epilepsji, a kiedyś znaną pod popularną nazwą "wielkiej choroby" - spotkamy w książce brytyjskiej neurolożki Suzanne O’Sullivan, znanej już czytelnikom z wydanego przed dwoma laty zbioru opowieści o chorobach psychosomatycznych „Wszystko jest w twojej głowie”. Każdy z nich ma własne imię i własną historię; nie jest „przypadkiem nr 1234”, lecz na przykład Mayą, dobiegającą sześćdziesiątki gospodynią domową, której choroba uniemożliwiła zdobycie wykształcenia i odebrała znaczną część samodzielności, albo Rayem, miłym, optymistycznym trzydziestolatkiem, którego szczególna natura jego napadów narażała w najlepszym razie na zgorszone spojrzenia przechodniów czy towarzyszy podróży, a w najgorszym – na wizytę w policyjnym radiowozie. Głównych bohaterów, których imionami zatytułowano poszczególne rozdziały, jest dwanaścioro, ale oprócz nich pojawiają się w tekście i inni pacjenci dr O’Sullivan, przedstawiani czytelnikom dla zilustrowania złożoności opisywanej choroby.

Mogłoby się oczywiście bez nich obyć, ale… Starzy lekarze wiedzą, że opanowanie teorii z podręcznika jest ważne, lecz człowiek nie maszyna – która, jeśli jest wykonana dokładnie według tego samego schematu i z tego samego materiału (i jeśli jej w międzyczasie człowiek nie zepsuje…), zawsze zachowuje się identycznie – więc prócz teorii trzeba poznawać konkretne przypadki, uczące, że ta sama choroba u dziesięciorga różnych ludzi może przebiegać zupełnie inaczej, zależnie od wielu bardzo drobnych uwarunkowań (których medycyna mogła jeszcze do tej pory nie rozgryźć). Wiedzą też popularyzatorzy wiedzy, że łatwiej coś przyswoić, gdy jest ujęte w formę opowieści mającej osobowych bohaterów (dlatego po przeczytaniu „Trylogii” Sienkiewicza znamy daty wydarzeń z XVII-wiecznej historii Polski lepiej, niż po odbyciu paru lekcji według podręcznika, dlatego amatorzy powieści Londona i Curwooda mogą pamiętać więcej informacji o życiu wilków i niedźwiedzi, niż ci, co przestudiowali stosowne rozdziały z Wikipedii). W dziedzinie nauk medycznych wykorzystał tę technikę po raz pierwszy chyba Jürgen Thorwald, pisząc swoje pasjonujące rozprawy o dziejach chirurgii i transplantologii w formie quasi-wspomnieniowych opowiadań; „Stulecie chirurgów”, „Triumf chirurgów” i „Pacjentów” przeczytały tysiące czytelników z całego świata – a czy jakiś nie-lekarz sięgnąłby po dzieło, które by tylko wyliczało, że, na przykład, „w roku 18.. dr XY po raz pierwszy zastosował cięcie wzdłuż mięśnia takiego a takiego”, a „zabieg taki a taki przed udoskonaleniem techniki przez dra VZ dawał taki a taki odsetek powikłań”?

O’Sullivan łączy umiejętności narracyjne Thorwalda z własnym profesjonalizmem medycznym, dzięki czemu jej opowieści mogą spełniać dwojaką rolę: z jednej strony dostarczyć dobrze przyswajalnych informacji o padaczce samym chorym, ich rodzinom i każdemu dowolnemu czytelnikowi zainteresowanemu tematyką medyczną, z drugiej zaś – posłużyć za materiał szkoleniowy studentom medycyny czy lekarzom, którzy wiedzy teoretycznej w tej kwestii mają wprawdzie dosyć, lecz brakuje im doświadczenia w analizie konkretnych przypadków. To drugie zastosowanie będzie wprawdzie zapewne rzadsze, co nie znaczy jednak, że należy je pominąć. Zwłaszcza, że język narracji jest na tyle uniwersalny, by nie wprawić w zakłopotanie osób nieobeznanych z anatomią i fizjologią w zakresie większym, niż przewiduje licealny program nauczania biologii, a równocześnie nie wydać się trywialnym czytelnikowi z wykształceniem medycznym i pokrewnym.

„Burze w mózgu” to jedna z najlepszych pozycji popularnonaukowych z dziedziny medycyny, jakie zdarzyło mi się przeczytać, a czytam ich wiele, więc skalę porównawczą mam obszerną. Jeśli autorka postanowi napisać kolejną książkę – kupuję na pniu!

(c)Wszystkie prawa zastrzeżone. Kopiowanie bez zgody autora zabronione.

Wyświetleń: 494
Dodaj komentarz
Patronaty Biblionetki
Biblionetka potrzebuje opiekunów
Recenzje

Użytkownicy polecają:

Redakcja poleca: