Dodany: 2016-04-21 21:04|Autor: Roy2002

Czytatnik: uRoyenia

Pan Tagomi i Pilot Pirx (cytat`ka)



Pan Tagomi:

"Co widzę? – zadawał sobie pytanie. W wyniku długiego, cierpliwego, wnikliwego badania. Gdzież jest przebłysk prawdy, ukryty w tym przedmiocie?
Poddaj się, mówił do srebrnego trójkąta. Wykrztuś ten swój wielki sekret.
Jak żaba wyciągnięta z głębiny, pomyślał. Trzymana w garści, ma powiedzieć, co znajduje się na dnie. Ale tutaj żaba nawet się nie wyrywa; dusi się w milczeniu, zmienia się w kamień, błoto albo minerał. Bezwładna. Staje się na powrót nieożywioną substancją, powszechną w jej grobowym świecie.
Metal pochodzi z ziemi, myślał nie przerywając obserwacji. Z dołu, z najniższego, najbardziej gęstego królestwa. Kraina trollów i jaskiń, wilgotna, wiecznie mroczna. Świat in w jego najbardziej ponurym aspekcie. Świat trupów, rozkładu, odchodów, wszystkiego, co umarło, a teraz rozpada się i osuwa warstwa za warstwą, coraz głębiej. Demoniczny świat niezmiennego czasu, który przeminął.
A jednak srebrny trójkąt błyszczy w blasku słońca. Odbija światło. Ogień, pomyślał pan Tagomi. Nie jest to wcale przedmiot wilgotny i ciemny. Nie ciężki, ospały, lecz pulsujący życiem. A więc górne królestwo, aspekt jang; empirejski, eteryczny. Jak przystało dziełu sztuki. Tak, na tym polega zadanie artysty: bierze okruch skały z mrocznej, milczącej ziemi i przekształca go w błyszczący, igrający światłem kształt z nieba. Przywraca mu życie. Trup zajaśniał błyskiem; przeszłość uległa przyszłości.
Czym ty jesteś? – zapytywał srebrnego kleksa. Ciemnym, martwym in czy jasnym, żywym jang? W jego dłoni bryłka metalu tańczyła i oślepiała; zmrużył oczy, widząc teraz jedynie grę ognia.
Ciało z in, dusza z jang. Metal i ogień połączone. Zewnętrzne; mikrokosmos w mojej dłoni.
Do jakiej przestrzeni to się odnosi? Pionowe wznoszenie się. Do nieba. W świetlisty świat zmienności. Tak, ten przedmiot wyrzucił wreszcie swego ducha: światło. Przykuł całą moją uwagę; nie potrafię oderwać wzroku. Zauroczony hipnotyczną, połyskującą powierzchnią, której już nie kontroluję, od której nie umiem się uwolnić.
Przemów do mnie teraz, prosił. Teraz, kiedy mnie schwytałeś. Chcę usłyszeć twój głos wydobywający się z oślepiającego jasnego, białego światła, jakie widuje się tylko w życiu pośmiertnym znanym z księgi Bardo Thodol. Ja jednak nie muszę czekać na śmierć, na rozkład mojego ducha wędrującego w poszukiwaniu nowego ciała. Pomińmy wszystkie przerażające i dobroczynne bóstwa, jak również kopulujące pary. Wszystko z wyjątkiem światła. Jestem gotów stanąć bez lęku. Zobacz, że nawet nie drgnę.
Czuję, jak porywa mnie gorący wicher karmy. Mimo to zostaję tutaj. Uczono mnie słusznie: nie wolno cofać się przed czystym białym światłem, bo kto się cofa, musi powtarzać cykl narodzin i śmierci, nie wiedząc, co to wolność, bez nadziei na wyzwolenie. Maja znowu spuści zasłonę, jeżeli...
Światło zgasło."*

Pilot Pirx:

"Nagle wszystko to zgasło, jakby się zbudził. Wstał, umył twarz, ręce, otworzył neseser, wyjął piżamę, pantofle, szczoteczkę do zębów, i trzeci raz tego dnia zobaczył siebie w lustrze umywalki — jak kogoś obcego.

Między trzydziestką a czterdziestką, bliżej drugiej: smuga cienia — kiedy już przychodzi akceptować warunki nie podpisanego kontraktu, narzuconego bez pytania, kiedy wiadomo, że to, co obowiązuje innych, odnosi się i do ciebie, że z tej reguły nie ma wyjątków: chociaż to przeciwne naturze, należy się jednak starzeć. Dotąd robiło to po kryjomu ciało — tego już nie dość. Wymagana jest zgoda. Młodzieńczy wiek ustanawia jako regułę gry — nie, jako jej fundament — niezmienność własną: byłem dziecinny, niedorosły, ale już jestem prawdziwym sobą i taki zostanę. Ten nonsens jest przecież podstawą egzystencji. W odkryciu bezzasadności tego ustalenia zrazu tkwi więcej zdziwienia niż lęku. Jest to poczucie oburzenia tak mocne, jakbyś przejrzał i dostrzegł, że gra, do jakiej cię wciągnięto, jest oszukańcza. Rozgrywka miała być całkiem inna; po zaskoczeniu, gniewie, oporze zaczyna się powolne pertraktacje z samym sobą, z własnym ciałem, które można by wysłowić tak: bez względu na to, jak płynnie i niepostrzeżenie starzejemy się fizycznie, nigdy nie jesteśmy zdolni dostosować się umysłowo do takiej ciągłości. Nastawiamy się na trzydzieści pięć, potem na czterdzieści lat, jakby już w tym wieku miało się zostać, i trzeba potem przy kolejnej rewizji przełamania samoobłudy, natrafiającego na taki opór, że impet powoduje jak gdyby nazbyt daleki skok. Czterdziestolatek pocznie się wtedy zachowywać tak, jak sobie wyobraża sposób bycia człowieka starego. Uznawszy raz nieuchronność, kontynuujemy grę z ponurą zaciekłością, jakby chcąc przewrotnie zdublować stawkę; proszę bardzo, jeśli ten bezwstyd, to cyniczne, okrutne żądanie, ten oblig ma być wypłacony, jeżeli muszę płacić, chociaż nie godziłem się, nie chciałem, nie wiedziałem, masz więcej, niż wynosi zadłużenie — podług tej zasady, brzmiącej humorystycznie, gdy ją tak nazwać, usiłujemy przelicytować przeciwnika. Będę ci tak od razu stary, że stracisz kontenans. Chociaż tkwimy w smudze cienia, prawie za nią, w fazie tracenia i oddawania pozycji, w samej rzeczy wciąż walczymy jeszcze, bo stawiamy oczywistości opór, i przez tę szamotaninę psychicznie starzejemy się skokami. To przeciągamy, to nie dociągamy, aż ujrzymy, jak zwykle zbyt późno, że cała ta potyczka, te samostraceńcze przebicia, rejterady, butady też były niepoważne. Starzejemy się bowiem jak dzieci, to znaczy odmawiając zgody na to, na co zgoda nasza jest z góry niepotrzebna, bo zawsze tak jest, gdzie nie ma miejsca na spór ani walkę — podszytą nadto załganiem. Smuga cienia to jeszcze nie memento mori, ale miejsce pod niejednym względem gorsze, bo już widać z niego, że nie ma nietkniętych szans. To znaczy: teraźniejsze nie jest już żadna zapowiedzią, poczekalnią, wstępem, trampoliną wielkich nadziei, bo niepostrzeżenie odwróciła się sytuacja. Rzekomy trening był nieodwołalną rzeczywistością; wstęp — treścią właściwą; nadzieje — mrzonkami; nie obowiązujące zaś, prowizoryczne, tymczasowe i byle jakie — jedyną zawartością życia. Nic z tego, co się nie spełniło, już na pewno się nie spełni; i trzeba się z tym pogodzić milcząc, bez strachu, a jeśli się da — i bez rozpaczy."**

I pomyśleć tylko, jak "poważna krytyka literacka" przez długi czas traktowała fantastykę...

* - Człowiek z Wysokiego Zamku (Dick Philip K. (Dick Philip Kindred))
** - Opowieści o pilocie Pirxie (Lem Stanisław)

(c)Wszystkie prawa zastrzeżone. Kopiowanie bez zgody autora zabronione.

Wyświetleń: 454
Dodaj komentarz
Legenda
  • - książka oceniona przez Ciebie - najedź na ikonę przy książce aby zobaczyć ocenę
  • - do książki dodano opisy lub recenzje
  • - książka dostępna w naszej księgarni
  • - książka dostępna u innych użytkowników (wymiana, kupno)
  • - książka znajduje się w Twoim schowku
Patronaty Biblionetki
Biblionetka potrzebuje opiekunów
Recenzje

Użytkownicy polecają:

Redakcja poleca: