Dodany: 2014-02-03 13:34|Autor: mastrangelo

Redakcja BiblioNETki poleca!

Książka: Eli, Eli
Tochman Wojciech

2 osoby polecają ten tekst.

Zderzenie nie do zniesienia


Zwrot wizualny, którego ofiarami padliśmy w okrutnym wieku XX, drastycznie pozbawił nas długotrwałej wrażliwości, przekuwanej w realne działanie. Czujemy wewnętrzny spokój, gdy zadrży nam serce nad poruszającym zdjęciem, o którym chwilę potem zapominamy. Wojciech Tochman i Grzegorz Wełnicki, próbując uporać się z własnymi demonami, wskazują, jak bardzo daliśmy się opanować demonowi zdystansowania.

W czasie wykładów w Institut für die Wissenschaften vom Menschen, w Wyższej Szkole Europejskiej im. ks. Józefa Tischnera oraz na Uniwersytecie Jagiellońskim, wydanych później zbiorze „Ten Inny”, Ryszard Kapuściński porusza problem etyki podróży i reportażu, moralności działań autora i jego relacji z Innym, z kimś spotkanym w odmiennym kręgu kulturowym. Zastanawia się nad istotą takiego spotkania, głęboko analizując sprzężenia, które stają się udziałem obu zaangażowanych stron. Metaforycznie ujmuje zagadnienie w alegorię lustrzanego odbicia, wskazując intencjonalność podróży, która sprowadzona do meritum, jest autoterapią i psychologicznym instrumentem poznawczym. Definiować możemy się tylko w zestawieniu z kimś bądź z czymś, gdy analogią stają się abstrakcyjne idee, jak naród czy rasa. To Inność pozwala precyzować tożsamość, Inność jest stabilizatorem konstrukcji. To, co wyróżnia indywidualne podejście jest kwestią w rzeczywistości addytywną, wtórną w stosunku do pierwotnego, poniekąd egoistycznego impulsu.

Ta potrzeba autoterapii i zrozumienia siebie samego jest głównym powodem, dla którego na Filipiny wyrusza młody fotograf Grzegorz Wełnicki. Po śmierci ojca wydaje mu się, że lustrem zrozumienia może stać się jedynie coś bardzo odbiegającego od przyjętej definicji normalności. Tłumacząc przyczynę wykonania tych głęboko poruszających zdjęć, pisze: „(…) potrzebowałem bliskości śmierci, musiałem ją zrozumieć, pobyłem chwilę z mamą, ale chciałem być sam, gdzieś w najgorszym na świecie miejscu, mówię do kumpla, wpisz mi to w Google’a, no i wyskoczyła nam Manila, cmentarze…”[1]. W ten sposób trafia do punktu, gdzie świat żywych łączy się ze światem umarłych, dociera do miejsca, gdzie domem zwykło się nazywać grobowce, a śpi się na zmiany i jedno na drugim, za podłoże mając zapomnianego nieboszczyka. Potem zdjęcia trafiają do Mariusza Szczygła, a ten pisze mail do kilku osób, między innymi do Wojciecha Tochmana. Tochman widzi, że te fotografie mogą być świetnym uzupełnieniem tekstu o powinnościach reportażu literackiego, a przytłaczające wizualne doświadczenie postkolonialnej biedy stać się może dobrym powodem do uwrażliwienia zarówno jego samego, jak i czytelnika. Jedzie z Wełnickim na Filipiny, potem wraca tam drugi raz, piąty, dwudziesty, setny. Drąży tę chorą przestrzeń zdegenerowanego świata, świata, który dla Trzeciego Świata jest Trzecim Światem. Tak powstaje „Eli, Eli”.

To zły początek opowieści o książce, bo wypacza już swą analityczną dosadnością przyjemność z lektury. Problem bądź zaleta w tym, że słowo przyjemność w przypadku „Eli, Eli” jest, zdaje się, ostatnim, jakie się nasuwa. Owszem, czytelnik odczuć może czystą estetyczną przyjemność, gdy bierze do ręki wydawnicze arcydzieło, jakim bez żadnych wątpliwości ta książka jest. Czuje szybszy stukot serca, gdy zamiast nudnych kartek z recyklingu, jakże bliskich papierowi toaletowemu, dotyka zgrabnej fraktury papieru fotograficznego. Jeśli jest szczególnie wrażliwy, może nawet westchnąć, przypatrując się dłużej niezwykłym fotografiom, lecz na tym przyjemność wynikła z formy się kończy.

Potem na zasadzie dysonansu, gwałtownego wstrząsu, zderza się z brzydotą i estetyczną degradacją najgorszego miejsca na Ziemi. Potem zaczyna zagłębiać się w teksty, osobne dla każdego zdjęcia, i uzupełnia wizję fotografa o kontekst reportera, reportera, który intencjonalnie daleko wykracza poza swoją standardową rolę. Reporter staje się krytykiem teorii postkolonialnych, a więc przyjmuje na siebie odpowiedzialność wezwania świata do działania.

Po raz pierwszy Wojciech Tochman w swojej reporterskiej pracy wkracza w świat problemów bez wątpienia bieżących i permanentnych. Opowieści z Bośni i Rwandy to reportaże z krain, które spustoszone psychicznie po głębokiej i gwałtownej, ale jednocześnie krótkotrwałej traumie próbują powrócić do normalności, poszukując zwykłej codzienności. Inaczej odbywa się to na poziomie społecznym, inaczej na kulturowej mapie wartości, czyli poziomie indywidualnym. Tym razem reporter wchodzi do świata zdeformowanego stale, do wypaczonych egzystencji istot, które przecież za moment znikną, zastąpione przez kolejne bezproduktywne istnienia. Trafia, razem z Wełnickim, do świata, który ontologicznie, z punktu widzenia człowieka Zachodu, z punktu widzenia post-kolonizatora albo nie ma prawa bytu, albo stać się może tylko terenem eksploatacji. Niekoniecznie tej najczęstszej – ekonomicznej i politycznej; także ideowej i estetycznej. Przyjeżdża fotograf obwieszony drogimi nikonami i canonami, ustawia statyw więcej wart od niejednej klitki z metalu i drewna, a pewnie i więcej od życia filipińskich niewolnic seksualnych, i robi pstryk! Potem jeszcze jedno pstryk! I następne pstryk! Kilkanaście takich pstryków, uciekamy z Onyxu, uciekamy z Cmentarza Południowego, wkraczamy znowu w świat szklanych wieżowców, taksówką na lotnisko, stamtąd prosto na obróbkę, wysyłamy materiał. I tak! Mamy przerażający obraz biedy, mamy najgorsze miejsce na świecie, cóż za ogromne poświęcenie, jeden dzień, kilka fotek, nieprzyjemne doznania zapachowe i jest! World Press Photo! Co za przesycenie!

A Wełnicki i Tochman się nie zgadzają, protestują każdym słowem i każdym wspomnieniem, które zmieściło się w „Eli, Eli”. I w tym momencie egoistyczna, przyczynowa autoterapia staje się podstawą do oporu i wskazania wypaczeń naszego absurdalnego widzenia świata rodem z mieszkań z ciepłą wodą i centralnym ogrzewaniem. W Bośni, gdy Tochman rozmawia ze zgwałconymi kobietami, w Rwandzie, gdy przepytuje ocalałych, którzy stracili całe rodziny, nie może właściwie uczynić nic. Choć to boleśnie dosadne, przecież nie cofnie czasu. Może jedynie słowami odtworzyć historię, może przez jej powtarzanie przestrzec przed kolejnymi wybuchami etnicznej nienawiści w przyszłości. Jeśli dotrze chociaż do jednego, wtedy z pożytkiem udowodni niezaprzeczalną siłę słów, słów-broni przeciw obojętności. W tym świecie, gdzie źle dzieje się stale, w świecie slumsu, pomagać może na bieżąco. I robi to, dalece wykraczając poza swoje zawodowe obowiązki.

Jest jeszcze problem języka, skomplikowanej hybrydy, którą posługują się mieszkańcy slumsu. Czy kiedy autor korzysta z usług tłumacza, nie traci istotnej części przekazu? Przecież język to pułapka dla kodów kulturowych, których niezrozumienie jest poważnym antropologicznym błędem poznawczym. Nawet jeśli nie jest to najważniejszy problem, jak potem oddać na papierze te posklejane strzępki opowieści, aby rzeczywiście uwrażliwić odbiorcę? Pojawia się potrzeba stworzenia zupełnie nowego sposobu prowadzenia narracji. Bo tam, gdzie życie jest postrzępione, nie ma mowy o płynnej opowieści. Tam, gdzie żyje się w zawieszeniu, gdzie cykle wyznaczają rzadko spożywane posiłki, wszystko inne, chyba przede wszystkim literatura, nabiera całkowicie relatywnego charakteru. Nie chodzi zresztą tylko o sposób opisu, ten jest jedynie uzupełnieniem fotografii, co miejscami ratuje sam tekst. Chodzi o kategorie i konteksty, bo przecież niezmiernie łatwo wpaść w typowy zachodni sposób interpretacji, zapominając, że to przecież człowiek Zachodu jest po części winny temu, co reporter i fotograf na miejscu zastali. Tochman chyba wie, że momentami to, co chce opisać, nie jest możliwe do opisania. Potrzeba tutaj czegoś, co dziś, w czasach zwrotu wizualnego, wzrusza nas zdecydowanie mocniej. Wie, że wyzuci jesteśmy z literackiej wrażliwości typowej dla wieku XIX, a więc oddaje pierwszeństwo fotografowi Grzegorzowi Wełnickiemu.

„Eli, Eli” pozostawia czytelnika z bardzo relatywnym wrażeniem końcowym. Niewątpliwie książka uwrażliwia i skłania do protestu, ale czy jesteśmy w ogóle w stanie podjąć taki, który przyniesie jakikolwiek skutek? Może najistotniejszy stanowi próba skłonienia do bardziej świadomego podróżowania? Tochman przywołuje słowa Susan Sontag, która twierdzi, że „współczucie to nietrwała emocja”[2]. Ale czy rzeczywiście chodzi o współczucie dla cudzego cierpienia? Czy współczucie ratowało życia? rzadko; czy współczucie włoży chleb do miski Pii i Buboya? nie; czy, wreszcie, współczucie pozwoli na zatarcie granicy między czystością chodników na Makati Avenue i brudem Onyxu?

Ta książka powstała nie tylko po to, by pomóc Wełnickiemu zrozumieć śmierć ojca, nie tylko po to, by ułatwić Tochmanowi rozprawienie się z problemem relacji reporter – bohater reportażu. „Eli, Eli” to lustro poznania Innego, którego beznadziejne położenie pozwala rekonstruować własną tożsamość w oparciu o większe pokłady wrażliwości. Bo przecież temu służy literatura.


---
[1] Wojciech Tochman, fotografie: Grzegorz Wełnicki, „Eli, Eli”, Wydawnictwo Czarne, 2013, ss. 122-123.
[2] Tamże, s. 119.


(c)Wszystkie prawa zastrzeżone. Kopiowanie bez zgody autora zabronione.

Wyświetleń: 848
Dodaj komentarz
Przeczytaj komentarze
ilość komentarzy: 1
Użytkownik: Marylek 2015-01-26 17:14 napisał(a):
Odpowiedź na: Zwrot wizualny, którego o... | mastrangelo
Rewelacyjna recenzja, dziękuję.

A książka - wstrząsająca.
Patronaty Biblionetki
Biblionetka potrzebuje opiekunów
Recenzje

Użytkownicy polecają:

Redakcja poleca: