Dodany: 2013-01-13 17:29|Autor: dot59Opiekun BiblioNETki

Redakcja BiblioNETki poleca!

Książka: Terytorium Komanczów
Pérez-Reverte Arturo

3 osoby polecają ten tekst.

Trzeba im dać ten most!


Jeżeli czytana tydzień wcześniej „Królowa Południa” była dla mnie zaskoczeniem, bo odbiega od tego, do czego przyzwyczaiły mnie wcześniejsze powieści Péreza-Revertego, to „Terytorium Komanczów” jest zaskoczeniem do kwadratu. I na plus. Na bardzo duży plus.

Na podstawie tego, co wcześniej słyszałam o książce, zakonotowałam sobie, że traktuje o przeżyciach grupy dziennikarzy telewizyjnych podczas wojny bałkańskiej, ale nadal byłam nastawiona na mniej lub bardziej eksponowany wątek sensacyjny i na ten charakterystyczny, barwny, trochę gawędziarski styl, którego autor nie zarzucił nawet w stylizowanej na literaturę faktu „Królowej Południa”. A tymczasem – pełna niespodzianka!

Sensacji tutaj jak na lekarstwo, chyba że ktoś zechciałby się jej dopatrywać w niepewnych losach mostu, na którego wysadzenie czatuje Márquez z kamerą; odpalą ładunki wybuchowe czy nie odpalą, a jeżeli tak, to czy dostatecznie wcześnie, by zdążył sfilmować całą scenę i wycofać się na bezpieczną pozycję?

A cała reszta to samo życie. Dla nas - którzy dzięki Opatrzności nie musimy się kryć w piwnicach i w lasach, patrzeć na zgliszcza i ruiny czegoś, co niedawno jeszcze było pięknym, kwitnącym miastem czy wioską, na ciała rozerwane pociskami lub zmiażdżone tonami gruzu - nie takie zwyczajne, ale dla korespondentów wojennych bodaj zwyczajniejsze niż wyjście z żoną do kina czy wywiadówka w szkole dziecka. Cóż z tego, że w ich własnym kraju ludzie już dawno zapomnieli, co to kanonada, bombardowanie, rozstrzeliwanie, że pokolenie, które jako ostatnie trzymało w rękach broń, w większości już spoczywa na cmentarzach – oni zawsze są tam, gdzie „jakieś nieboraki w rozmaitych mundurach strzelają do siebie, umierając ze strachu”[1], strzelają nie z własnej przecież inicjatywy, tylko dlatego, że ktoś gdzieś uznał, że „tamci” zasługują na nauczkę daną zbrojną ręką, a skoro „ci” najechali „tamtych”, to napadnięci mają prawo do obrony. Jak powiada Barlés na wykładzie dla młodych adeptów dziennikarstwa, „od Troi do Mostaru czy Sarajewa, zawsze jest to ta sama wojna”[2]. I zawsze GDZIEŚ jest, tu trwa parę miesięcy, tam kilkanaście lat, tu się kłębi na kilkuset kilometrach kwadratowych, gdzie indziej przetacza się po połowie kontynentu, a pokojowo usposobieni mieszkańcy odległych krajów łakną wiadomości z pierwszej ręki. Trzeba im to dać, te mosty wylatujące w powietrze, sypiące się dachy, pociski wyrywające w ziemi parometrowe leje, płonące czołgi, ludzi brudnych, okrwawionych, zalanych łzami… Nie zastanawiać się, kto, kiedy i dlaczego – to zadanie pozostawić „kolegom w krawatach w redakcji, albo ekspertom wyjaśniającym czynniki geostrategiczne przed wielkimi kolorowymi mapami, i ministrom, którzy prezentują uśmiechy w dzienniku”[3]. Zobojętnieć na widok krwi, na odgłos wystrzałów (bo „kula, która cię zabija, to ta, której nie słyszysz”[4]), na brud i niewygody. Nie wzruszać się i nie ekscytować. Kierować się „nosem”, który poprowadzi tam, gdzie będzie można sfilmować najpotężniejszą eksplozję albo najzacieklejsze natarcie… choćby to było „terytorium Komanczów – (…) miejsce, gdzie instynkt każe zatrzymać samochód i zawracać (…) gdzie nie widzisz luf, ale lufy widzą ciebie”[5]. I jak Barlés, uważać, że „czasem (…) brak rodziny czy kogokolwiek na świecie, kto by się o człowieka martwił, może być szczęściem”[6].

Relacja z wydarzeń tego jednego dnia, gdy dwaj korespondenci TVE przymierzają się do sfilmowania wysadzenia mostu w Bijelo Polje, przeplatana jest gęsto retrospekcjami i refleksjami Barlésa i Márqueza. Wyłania się z nich przejmujący portret reportera wojennego, będący syntezą doświadczeń wszystkich, którzy z kamerą i mikrofonem albo aparatem fotograficznym i notatnikiem przemierzają niezliczone „terytoria Komanczów” – i ponura, przytłaczająca prawda o zjawiskach prowadzących do powstania takich miejsc. O nienawiści i żądzy zemsty, wzrastających jak trujące zielsko wszędzie tam, gdzie „ludność mieszkająca po obu stronach przez wieki grała role katów i ofiar w rozmaitych tragediach, które zgotowała Historia”[7]. To niestety nie fikcja. Fikcyjnych jest tylko parę nazwisk, w tym jednego z głównych bohaterów, będącego alter ego samego autora (który to z nich, czytelnik może się łatwo domyślić); większość wymienionych w tekście dziennikarzy i fotografów - i tych, co padli ofiarą zabłąkanych kul lub przypadkowych wybuchów, i tych, którzy nadal krążą po wszystkich frontach świata - to postacie prawdziwe, tak jak prawdziwy jest koszmar bratobójczej wojny, której ślady po dziś dzień straszą w miastach i wioskach kilku krajów dawnej Jugosławii.

Wydawałoby się, że to niemożliwe – zmieścić tyle w książce o tak malutkiej objętości (sto dwadzieścia parę stroniczek niedużego formatu, za to sporą czcionką, jakieś dwie godziny czytania). Tym bardziej jeśli znamy sensacyjno-przygodowe powieści jej autora, opowiadane z iście dumasowskim rozmachem na trzystu, czterystu, sześciuset paru stronach. Ale większą jest sztuką skondensować to, co ma się do powiedzenia, uprościć styl, oszczędzić słowa, zachowując siłę przekazu. I tutaj dopiero Pérez-Reverte pokazuje, co potrafi! Nie bardzo lubię porównywać jednego pisarza z drugim, ale… to jakby Kapuściński i Hemingway w jednym! Po paru pierwszych stronach mój zachwyt sięgnął zenitu i na tym poziomie pozostał do końca (choć odrobinę zakłóciły mi go mankamenty polskiego wydania: uporczywe pisanie „Muzułmanów”[8] dużą literą – co jest poprawne w wielu językach, ale nie w naszym – i obrzydły błąd ortograficzny „chojny jak wielkie panisko”[9]; za to jednak autor nie odpowiada, co najwyżej można go obwinić o błędną pisownię plugawego chorwackiego/serbskiego przekleństwa, które zaczyna się od, excusez le mot, „jebem ti”, a nie „jebenti”[10]). To doskonała książka – choć nie dla wszystkich, bo jeśli ktoś nie lubi opisów wojny w literaturze, to i „Terytorium Komanczów” go nie zadowoli – mocna i wyrazista, taka, którą chciałoby się mieć na półce, żeby pamiętać o mrocznych stronach życia…



---
[1] Arturo Pérez-Reverte, „Terytorium Komanczów”, przeł. Joanna Karasek, wyd. Muza SA, Warszawa 2008, s. 84.
[2] Tamże, s. 84.
[3] Tamże, s. 83.
[4] Tamże, s. 49.
[5] Tamże, s. 14.
[6] Tamże, s. 87.
[7] Tamże, s. 84.
[8] Tamże, s. 15.
[9] Tamże, s. 59.
[10] Tamże, s. 13.



(c)Wszystkie prawa zastrzeżone. Kopiowanie bez zgody autora zabronione.

Wyświetleń: 2760
Dodaj komentarz
Przeczytaj komentarze
ilość komentarzy: 2
Użytkownik: Marylek 2013-01-14 18:48 napisał(a):
Odpowiedź na: Jeżeli czytana tydzień wc... | dot59Opiekun BiblioNETki
Przeczytałam jeszcze w poczekalni, niezłego smaku mi narobiłaś. :)
Użytkownik: dot59Opiekun BiblioNETki 2013-01-14 18:58 napisał(a):
Odpowiedź na: Przeczytałam jeszcze w po... | Marylek
:-).
Patronaty Biblionetki
Biblionetka potrzebuje opiekunów
Recenzje

Użytkownicy polecają:

Redakcja poleca: