Dodany: 24.05.2011 23:42|Autor: duch puszczy

W ostatnim kręgu piekła


Od lat czytuję literaturę poświęconą obozom koncentracyjnym i Holocaustowi. Wydawało mi się, że wiem sporo o mechanizmach funkcjonowania obozów i o Zagładzie, o rozmaitych postawach ludzi wobec tragicznych wydarzeń, o ich przeżyciach w piekle, jakie zgotowali im inni ludzie. Myliłem się. Nigdy nie dane mi było zstąpić na samo dno tych piekieł, do ich ostatniego kręgu – komór gazowych i krematoriów.

Obsługujący je więźniowie, którzy tworzyli Sonderkommando – komando specjalne – nie mieli bowiem prawa przeżyć, nie mieli prawa przekazać nikomu prawdy o tym, co widzieli. Cudem przeżyli nieliczni, ale nawet oni przez wiele lat milczeli: bali się odrzucenia, piętna kłamców, a może i współwinnych niemieckich zbrodni. Nie chcieli obarczać najbliższych brzmieniem swej tragedii. Otworzyli się – tak jak Shlomo Venezia – po bardzo wielu latach, gdy uznali, że mimo ogromnego bólu, jaki ich to będzie kosztować, ich świadectwo będzie mogło coś zmienić, oddziaływać na młode pokolenie, przeciwstawić się odradzającemu się złu.

Shlomo Venezia (rocznik 1923) jest greckim Żydem z Salonik. Wcześnie stracił ojca i musiał pomagać matce w utrzymaniu domu. Po klęsce armii greckiej w 1941 roku Saloniki znalazły się w niemieckiej strefie okupacyjnej. Rozpoczęło się prześladowanie Żydów: kierowani byli do robót przymusowych, musieli zamieszkać w getcie. Rodzina Veneziów, dzięki swemu włoskiemu obywatelstwu (ojciec Shlomo walczył w armii włoskiej podczas pierwszej wojny), przeniosła się do Aten, okupowanych przez Włochów, licząc, że tam będzie bezpieczniej. W drugiej połowie 1943 roku jednak i tutaj wkroczyli Niemcy, rozpoczynając wywózkę Żydów do obozów zagłady. Shlomo z rodziną 11 kwietnia 1944 roku znalazł się w transporcie do Auschwitz.

Po kwarantannie Shlomo trafił do Sonderkommanda. Venezia rzeczowo i szczegółowo opowiada o tym, czym musiał się zajmować, o tym, jak przebiegały ostatnie chwile życia skazanych na śmierć ludzi z całej Europy, jak wyglądała ich agonia i co działo się z ich ciałami po otwarciu drzwi komory gazowej. Z trudem czyta się jego słowa, szczere i bezpośrednie, widać, że nie zamierzał nic ukrywać, nic łagodzić. Grozę unoszącą się nad tą partią książki (wydanie Prószyński i S-ka 2009) potęgują jeszcze ilustracje – rysunki Davida Olère’a, również członka Sonderkommanda, który po wojnie utrwalał na papierze to, co oglądał za murami krematorium. Wszystko, co mógłbym napisać, zabrzmiałoby patetycznie, a patosu właśnie w tych wspomnieniach nie ma. Początkowy wstręt, jaki odczuwał Shlomo, przekształcał się w rutynę, o której chłopak wolał nie myśleć. Tylko dzięki temu członkowie Sonderkommanda nie odchodzili od zmysłów, a przecież wielu z nich widziało śmierć własnych krewnych.

Shlomo też pewnego razu zauważył wśród chorych wybranych do zagazowania kuzyna swego ojca. Mężczyzna spytał go, ile czasu umiera się w komorze gazowej i czy bardzo się cierpi. Chłopak, aby go uspokoić, skłamał. Zapewnił, że to nie trwa długo i nie boli. Naprawdę uważał jednak, że te dziesięć do dwunastu minut, zanim z komory gazowej przestaną dobiegać jakiekolwiek odgłosy życia, to wieczność, szczególnie gdy ofiary walczą o każdy oddech.

Książka ma formę wywiadu. Rozmowę z Venezią przeprowadziła Béatrice Prasquier, która zadawała mu lapidarne pytania – wystarczały one jednak, by Venezia dzielił się swoimi wspomnieniami i przemyśleniami. Nie zabrakło pytań trudnych: czy członkowie Sonderkommanda zastanawiali się nad tym, czy ludzie przyprowadzani do krematorium domyślali się, jaki los ich czeka? Czy zapamiętywali twarze mordowanych? Czy myśleli o przyszłości? Odpowiedzi składają się na psychologiczny portret człowieka zmuszanego do robienia rzeczy, które budzą w nim głęboki sprzeciw, a który jednocześnie nie może tego sprzeciwu wyrazić; musi wyłączyć rozum i myślenie, zmienić się w robota. Jakże gorzka musi być prześladująca Venezię całe życie świadomość, że niektórzy uważają jego i jego kolegów za współsprawców zbrodni.

Wspomnienia Venezii to lektura bardzo bolesna i trudna, mimo prostej formy i bezpośredniego języka. Wbrew sobie, podświadomie, próbowałem zająć jego miejsce, wyobrazić sobie to, co czuł, odpowiedzieć na pytania, które sobie stawiał. To było oczywiście niemożliwe, ale wyczerpywało emocjonalnie. Napięcie ustąpiło nieco w późniejszych fragmentach opowiadania, gdy Venezia mówił o swoich dalszych losach po wyrwaniu się z Sonderkommanda i Auschwitz.

To nie jest książka, o której mogę napisać, że szczerze ją polecam. Każdy sam musi rozważyć, czy ma dość siły, by towarzyszyć Venezii w najniższym kręgu piekła.


[Recenzja zamieszczona wcześniej na moim blogu]

(c)Wszystkie prawa zastrzeżone. Kopiowanie bez zgody autora zabronione.

Wyświetleń: 2735
Dodaj komentarz
Patronaty Biblionetki
Biblionetka potrzebuje opiekunów
Recenzje

Użytkownicy polecają:

Redakcja poleca: