Dodany: 22.10.2023 17:04|Autor: dot59Opiekun BiblioNETki

Czytatnik: Czytam, bo żyję

2 osoby polecają ten tekst.

Poirot ma intuicję, która intuicją nie jest


Postanowiłam sobie przedłużyć randkowanie z twórczością Królowej Kryminału, wracając do pojedynczych powieści, o których wcześniej zapisałam tylko zdawkowe notatki. Pierwszą z nich było A. B. C. (Christie Agatha (pseud. Westmacott Mary)) , którego intrygi nie sposób zapomnieć, tym bardziej, że wymyślony przez Christie motyw przestępcy zabijającego osoby o nazwiskach zaczynających się od kolejnych liter alfabetu pojawiał się potem w kryminałach różnych autorów z różnych krajów, np. w polskim „Alfabetycznym mordercy” Edigeya. Ale na szczęście zdążyłam pozapominać sporo detali, więc czytało mi się prawie jak od nowa.

Tym razem autorka znów oddała ster narracji w ręce kapitana Hastingsa, który właśnie zjechał do Anglii ze swojego rancza w Ameryce Południowej, a przecież nie sposób, by przy tej okazji nie spotkał się z Poirotem. Słynny detektyw pokazuje mu otrzymany niedawno liścik, w którym osobnik podpisany tylko inicjałami rzuca mu wyzwanie. Działań na razie podjąć nie może, bo nie ma jak. A w podanym przez „A.B.C.” miejscu i terminie zostaje popełnione morderstwo. Nazwa miejscowości, imię i nazwisko ofiary – czy tylko zbiegiem okoliczności? – zaczynają się na „A”, na miejscu zbrodni leży kolejowy rozkład jazdy ABC. Podejrzenie pada na jej męża, alkoholika i awanturnika pozostającego z nią w separacji, ale wciąż wyłudzającego od niej pieniądze. Wszystko by pasowało, gdyby nie fakt, że pijaczyna na pewno nie zadbałby o brak odcisków palców i swoimi trzęsącymi się rękami nie napisałby eleganckiego liściku do Poirota. A już na pewno nie wpadłby na pomysł, by po wysłaniu kolejnego takiego listu pojechać do miejscowości na „B” i tam zamordować – w zupełnie inny sposób – osobę o personaliach zaczynających się na tę literę. Od tej chwili staje się jasne, zarówno dla Poirota, jak i dla oficjalnie zajmujących się śledztwem policjantów, że mają do czynienia z kimś więcej, niż pospolitym przestępcą; „A.B.C” realizuje swój cel (nie wiadomo nawet, czy podsunięty przez wyjątkowo chory umysł, czy obmyślony z wyjątkowym wyrachowaniem) w sposób bezwzględny i konsekwentny. I nawet najsłynniejsze w całej Anglii szare komórki nie zapobiegną kolejnemu morderstwu, bo żeby mogły analizować dane, musiałyby je mieć…
Oczywiście pewne informacje powoli się pojawią, nie pozwalając tajemniczemu zbrodniarzowi skorzystać ze zbyt wielu liter alfabetu. A w międzyczasie w opowieść Hastingsa wtrąci się narrator zewnętrzny, relacjonujący poczynania samotnego mężczyzny nazwiskiem… uwaga!... Alexander Bonaparte Cust. Jaką rolę odegra ta postać, każdy czytelnik odkryje sam, ja natomiast skupię się na walorach powieści niekoniecznie związanych z intrygą kryminalną.

Pierwszym z nich jest sam Poirot, charakterystyczny aż do bólu, może i przerysowany, może i przewidywalny w swoich codziennych rytuałach, jednak wciąż zaskakujący (szczególnie Hastingsa) wiedzą o ludzkiej naturze i umiejętnością wyciągania z tej wiedzy trafnych wniosków. Ponieważ sprawa dotyczy nie pojedynczego morderstwa, lecz seryjnego zabójcy, okazji do popisania się własnymi przemyśleniami ma niemało, zaczynając od techniki wyciągania zeznań od przygodnych świadków:

„– I po co ta cała heca, Poirot? – zapytałem tonem wyrzutu.
– Nie zrozumiałeś? Chciałem ocenić szansę zauważenia kogoś obcego, kto wchodził do sklepu po przeciwnej stronie ulicy.
– Nie mogłeś zapytać po prostu, bez tylu kłamstw?
– Nie, przyjacielu. Gdybym, jak się wyraziłeś, zapytał po prostu, nie otrzymałbym odpowiedzi na żadne pytanie. Jesteś Anglikiem, a nie zdajesz sobie sprawy, jak przeciętny Anglik reaguje na bezpośrednie pytanie. Niezwłocznie staje się podejrzliwy i co z tego wynika: milczący. Gdybym poprosił tych ludzi o informacje, zamknęliby się jak ostrygi. Ale moje niezwykle i absurdalne twierdzenie, poparte twoim przeczeniem, niezwłocznie rozwiązało języki” [39],

lub od podejrzanych:

„ – …dla osoby, która ma coś do ukrycia, nic nie jest bardziej niebezpieczne od rozmowy. Pewien mądry, stary Francuz powiedział mi niegdyś, że mowa jest dobrym wynalazkiem, bo nie pozwala ludziom myśleć. Ale rozmowa jest także niezawodnym środkiem wykrycia czegoś co człowiek pragnie ukryć. Człowiek, mój drogi, nie może oprzeć się pokusie i w rozmowie z innym człowiekiem musi dać wyraz swojej indywidualność:. Rozumiesz? W takim wypadku wcześniej czy później musi się zdradzić.
– Co spodziewasz się usłyszeć w rozmowie z Custem?
– Kłamstwo, dzięki któremu poznam prawdę – uśmiechnął się Herkules Poirot” [212-213],

poprzez domniemania na temat osobowości przestępcy:

„ – … człowiek, który wprawnie pisze drukowanymi literami, kupuje papier listowy w dobrym gatunku, odczuwa niepospolitą potrzebę rozgłosu. Widzę go jako dziecko zapewne zaniedbywane i nie kochane. Widzę, jak rosnąc nabiera kompleksu niższości i żywo odczuwa niesprawiedliwość wobec siebie. Czuję jego wewnętrzny impuls, by się wsławić, ściągnąć na siebie uwagę. Instynkt ten jest coraz silniejszy, lecz wydarzenia i okoliczności zewnętrzne hamują go i wniwecz obracają. Być może nasz morderca przeżywa coraz więcej upokorzeń, które w jego świecie wewnętrznym przykładają zapałkę do lontu” [52-53] ,
„Morderca jest zawsze hazardzistą. I jak ogół hazardzistów, nie zdaje sobie sprawy, kiedy powinien przestać grać. Po każdej zbrodni wzrasta jego dobre mniemanie o własnych zdolnościach. Maleje za to poczucie proporcji. Przestaje myśleć: byłem sprytny i miałem szczęście. Myśli po prostu: byłem sprytny. Rośnie w nim wiara we własny spryt. No i, mes amis, kulka idzie w ruch. Kończy się seria koloru. Krupier ogłasza numer i woła: »Rouge« tym razem” [169],

aż po objaśnianie tajemnicy trafnego domysłu:

„Otóż, w zrównoważonym, prawidłowo rozumującym umyśle nie istnieje intuicja. Oczywiście, można się czegoś domyślać i taki domysł sprawdza się albo nie sprawdza. Jeżeli się sprawdza, nazywamy go intuicją. Jeżeli nie — zazwyczaj o nim nie mówimy. Ale to, co najczęściej nazywamy intuicją, bywa wrażeniem opartym na logicznym rozumowaniu albo doświadczeniu. Jeżeli ekspert czuje, że coś jest nie w porządku z danym obrazem, meblem albo podpisem na czeku, w rzeczywistości wrażenie swoje opiera na wielu niedostrzegalnych na pozór znakach. Nie musi rozpraszać się na te drobiazgi. Zastępuje je długoletnie doświadczenie, a w rezultacie wynika niemal pewność, że coś nie jest w porządku. Ale to nie domysł, to wrażenie oparte na doświadczeniu” [227]

i refleksję godną raczej pisarza, niż detektywa:

„Coraz silniej wciągają mnie zwykłe ludzkie sprawy wynikające z tej tragedii. Mamy do czynienia z trzema dramatami rodzinnymi. Przede wszystkim Andover: tragiczne życie pani Ascher, jej walki, utrzymywanie tego Niemca, miłość do siostrzenicy. Już ten materiał wystarczyłby na powieść. Następnie Bexhill: spokojni, szczęśliwi rodzice, dwie córki tak bardzo niepodobne do siebie – ładna, lekkomyślna wietrznica i chłodna, silna Megan o bystrej inteligencji i namiętnym umiłowaniu prawdy. I jeszcze jedna postać: spokojny młody człowiek o tajonej niepohamowanej zazdrości, zakochany nadal w nieżyjącej już dziewczynie. A na zakończenie dom w Churston: umierająca żona, mąż pochłonięty pasją zbieracza i wzrastającą coraz bardziej sympatią dla pięknej dziewczyny, z której pomocy systematycznie korzysta; ten młodszy brat — żywy, ognisty, przystojny, otoczony romantyczną aureolą swoich dalekich podróży… Zwróć uwagę, Hastings, że w normalnym biegu wydarzeń te trzy dramaty nigdy by się nie zetknęły. Akcja toczyłaby się dalej bez wzajemnego oddziaływania. Ach, ta łamigłówka życia! Fascynuje mnie zawsze i wszędzie” [150].

A jak lubię te jego riposty, ani obcesowe, ani złośliwe, a jednak dyskretnie ironiczne – na przykład, gdy mądrzy się przed nim inspektor Crome:

„…obecnie mamy rozmaite testy, zagadki słowne. To sprawy zupełnie nowoczesne. Za pańskich czasów nie słyszeliście nawet o takich rzeczach… Jeżeli raz przychwyci pan na czymś człowieka, już ma go pan w garści. On wie, że pan wie, i nerwy odmawiają mu posłuszeństwa. Po pierwszym pośliźnięciu zaczyna zdradzać się na prawo i lewo.
– Nawet w moich czasach zdarzały się niekiedy takie rzeczy – powiedział skromnie Poirot” [63],

albo gdy krewna ofiary zwraca się doń bez należnego szacunku:

„– Pan jest ten modny prywatny szpicel, prawda?
–Pani określenie odpowiada bardziej prawdzie niż mnie” [76]!

Tak samo lubię, gdy Lady Agatha żartuje sobie z obu swoich bohaterów, jak w tej nieco przydługiej, ale przewybornej scence, w której w dodatku robi jeszcze aluzje do innych swoich utworów, już napisanych albo dopiero planowanych:

„ – Pamiętasz, kilka dni temu powiedziałeś, że zamawiam zbrodnię jak obiad u Ritza. Gdyby to było możliwe, co ty byś wybrał? Już całkowicie odzyskałem humor.
– Zaraz, zaraz… Najprzód trzeba przejrzeć menu – powiedziałem. – Kradzież z włamaniem? Fałszerstwo? Nie, chyba nie… To jarskie potrawy. Zamówię morderstwo. Krwawą zbrodnię odpowiednio podaną.
– Oczywiście! Morderstwo z garniturem.
– Hm… Któż będzie ofiarą? Mężczyzna? Kobieta?… Chyba jednak mężczyzna. Jakaś gruba ryba. Amerykański milioner — minister… magnat prasowy… A scena? Co byś powiedział na porządną staroświecką bibliotekę? Atmosfera właściwa, prawda?… Narzędzie zbrodni? Hm… Mógłby to być jakiś osobliwie wygięty kindżał albo tak zwane tępe narzędzie… na przykład kamienna rzeźba pogańskiego bożka…
Poirot westchnął.
– Jest jeszcze trucizna – ciągnąłem – ale w takim wypadku potrzeba wiadomości fachowych… Albo wystrzał pistoletowy budzący echa w nocy… A teraz obsada. Naturalnie musi być przynajmniej jedna piękna dziewczyna…
– O tycjanowskich włosach – mruknął mój przyjaciel.
– Ciebie się zawsze żarty trzymają!… A więc musi być przynajmniej jedna piękna dziewczyna niesłusznie podejrzewana. Muszą być jakieś nieporozumienia między nią i jej wielbicielem… Ale jeden podejrzany przecież nie wystarczy. Będą inni. Ciemnowłosa starsza dama, postać bardzo niewyraźna. Jakiś przyjaciel lub konkurent zamordowanego i milczący sekretarz… I jakiś starszy mężczyzna o jowialnych manierach… Może zwolniony służący albo gajowy? Starczy, co? Nie obejdziemy się jednak bez nieprawdopodobnie głupiego detektywa, kogoś w rodzaju naszego Jappa.
– Tak sobie wyobrażasz zbrodnię-przysmak?
– Widzę, że ci się nie podoba.
Poirot roześmiał się smutno.
– Własnymi słowami streściłeś prawie wszystkie powieści kryminalne, jakie kiedykolwiek napisano. — Może – powiedziałem. – A co ty byś zamówił?
Poirot przymknął oczy i wygodniej rozsiadł się w fotelu. Kiedy odezwał się, mówił tonem smakosza:
– Ja zamówiłbym bardzo prostą zbrodnię, bez komplikacji. Zbrodnię spokojnego, szarego życia — beznamiętną, intymną…
– Jakże zbrodnia może być intymna?
– Na przykład – szeptał – cztery osoby siedzą przy bridżu, a wychodzący w fotelu przed kominkiem. Po skończonym robrze okazuje się, że ów sprzed kominka nie żyje. W czasie, kiedy się wykładał, jeden z czwórki oddalił się na chwilę i popełnił morderstwo, a zajęci rozgrywką partnerzy nie zauważyli tego. To dopiero zagadka! Kto z czwórki?” [17-19].

I jak w króciutkiej scence potrafi czytelnikowi zasugerować, jakim typem człowieka jest postać właśnie wprowadzona do akcji:
– A bo to raz mówiłam – ciągnęła pani Fowler – „Kochana pani Ascher, pewnego pięknego dnia ten chłop na pewno panią wykończy. Wspomni pani moje słowa!” I co się stało? Wykończył ją, prawda? A ja siedziałam przez cały czas przez ścianę i nic a nic nie słyszałam! (…)
– O ile mi wiadomo, nikt nie widział, żeby Ascher wchodził do sklepu – powiedział Poirot.
– A pewnie! Przecież nie chciał się pokazywać – odpowiedziała kobieta wzruszając pogardliwie ramionami, nie wytłumaczyła jednak, jak Ascher mógł wejść do sklepu nie będąc widziany. Przyznała, że dom nie miał drugiego wyjścia, a Ascher był doskonale znany na całej ulicy. – Ale on też o tym wiedział – ciągnęła – i na pewno przyszedł chyłkiem” [42].

To są drobiazgi, które doceniłam dopiero z czasem, więc i ocena trochę wzrasta przy drugim czytaniu.

A na deser garsteczka cytatów, już nie z tych obrazujących sprawność pióra Lady Agathy, lecz wskazujących, jak względną sprawą – także dla pisarza tak dobrze znającego życie i ludzi, jak autorka – jest wiek człowieka: gdy ginie pierwsza ofiara, mówi się, że „zamordowano starą kobietę, niejaką Ascher [20]”; gdyby ktoś miał wątpliwości, Poirot i Hastings mają okazję zobaczyć „zniszczoną, pomarszczoną twarz staruszki”[37]. A skoro staruszka, to „w jakim była wieku?
– Pod sześćdziesiątkę”[22]…

(c)Wszystkie prawa zastrzeżone. Kopiowanie bez zgody autora zabronione.

Wyświetleń: 115
Dodaj komentarz
Legenda
  • - książka oceniona przez Ciebie - najedź na ikonę przy książce aby zobaczyć ocenę
  • - do książki dodano opisy lub recenzje
  • - książka dostępna w naszej księgarni
  • - książka dostępna u innych użytkowników (wymiana, kupno)
  • - książka znajduje się w Twoim schowku
Patronaty Biblionetki
Biblionetka potrzebuje opiekunów
Recenzje

Użytkownicy polecają:

Redakcja poleca: