Dodany: 05.02.2022 15:49|Autor: dot59Opiekun BiblioNETki

Mordercy, rabusie i milicja u schyłku PRL-u


Seria przygód poznańskich milicjantów doprowadziła czytelnika do drugiej dekady XXI wieku i… co dalej? Gdyby następny tom rozgrywał się w czasie rzeczywistym, Teoś Olkiewicz byłby już dobrze po osiemdziesiątce, a „Młody” Blaszkowski szykowałby się do emerytury – o ile któregoś z bohaterów nie zmiotłaby trwająca od prawie dwóch lat pandemia, podczas której zresztą o wiele trudniej byłoby prowadzić takie akcje, do jakich przyzwyczaili się czytelnicy. Toteż autor wpadł na słuszny pomysł cofnięcia się w czasie do chwili, w której cała ekipa poznańskich kryminalnych była młoda (lub przynajmniej względnie młoda) i pełna zapału do walki z przestępczością.

„Mordercza rozgrywka” (jeśli nie liczyć prologu, opisującego pewien incydent z udziałem trojga studentów poznańskich uczelni, a rozgrywającego się w lutym roku 1986) ma miejsce rok z kawałkiem po wydarzeniach opisanych w tomie „Milczenie jest srebrem”, w przeddzień rozpoczęcia Międzynarodowych Targów Poznańskich. Podczas dancingu w jednym z najlepszych hoteli w mieście na chwilę znika piosenkarka, po czym wraca… ze śmiertelną raną. Traf chce, że na tejże imprezie bawi się Teoś, debiutujący w roli zgoła nielicującej z obywatelską postawą funkcjonariusza MO. Ujrzawszy umierającą dziewczynę, natychmiast jednak staje na wysokości zadania – i nim przybędzie dyżurna ekipa, on już ma wytypowanego podejrzanego.
Tej samej nocy w willi znanego adwokata do partii pokera zasiada czterech panów, dysponujących nader pokaźnymi (zwłaszcza jak na peerelowskie realia) zasobami materialnymi; trzej to znani sobie nawzajem wytrawni gracze, czwarty jest w tym towarzystwie nowy i, jak sądzą pozostali, cokolwiek zielony w temacie. A jednak to jemu karta wyjątkowo sprzyja i pod koniec rozgrywki przynosi mu zysk, jakiego chyba nawet on sam się nie spodziewał. Tylko, że… zanim zdąży spakować gotówkową część wygranej, do willi wpadają uzbrojeni i zamaskowani rabusie, zgarniając wszystko, co im w ręce wpadnie. A milicji wezwać nie można, bo jak „wytłumaczyć tę kupę forsy?”[1], w dodatku w obcej walucie?
A rankiem wracającego z zagranicznej podróży kierowcę autobusu wycieczkowego, dorabiającego sobie, jak każdy, przemytem, zagaduje obcy mężczyzna o przenikliwym spojrzeniu i nader autorytarnym sposobie bycia. Waldemar Kraska, wojskowy emeryt, natychmiast odgaduje, że ktoś taki po pierwsze nie dopuszcza odpowiedzi odmownej, a po drugie – sam będzie narzucał reguły gry.

Ale co to za gra i co ma wspólnego z wydarzeniami sprzed paru godzin? Znając już sposób konstruowania intrygi przez Ćwirleja, możemy się domyślić, że wszystkie te incydenty są ze sobą jakoś powiązane, a zaszczyt wyjaśnienia tych powiązań przypadnie nie komu innemu, jak tylko zespołowi poznańskiej dochodzeniówki, nieoficjalnie wspomaganemu przez przedstawiciela środowiska zgoła niepraworządnego w osobie Grubego Rycha, który ma w tym – niebagatelny zresztą – własny interes. Zważywszy na czas akcji, wiadomo, że nie obejdzie się bez udziału reprezentacji pewnego organu, czule określanego przez Teosia jako „wrzód na zdrowej milicyjnej dupie”[2]. Ofiar tym razem będzie nadzwyczaj dużo, bo też i skala rozgrywki (jak zresztą za każdym razem, gdy się w coś wmiesza pułkownik Bielecki i jego wierny siepacz Galaś) okaże się nieprzeciętna – ale o ulubionych bohaterów bać się nie musimy, wiedząc już z czytanych wcześniej tomów, że dotrwali (choć niekoniecznie w swoim fachu) do naszych czasów. Dwie kardynalne zalety cyklu, to jest wierne oddanie poznańskiej gwary oraz późnopeerelowskich realiów (od wyglądu wnętrz i zawartości menu placówek gastronomicznych, przez cytaty z popularnych w danym momencie utworów muzycznych aż po atmosferę narad na wysokim szczeblu organów strzegących porządku publicznego) cechują także i część obecną, a w połączeniu z wyrazistymi postaciami – w wielu przypadkach satyrycznie przerysowanymi, lecz nie na tyle, by czytelnik odnosił wrażenie, że ma do czynienia z parodią kryminału – sprawiają, że czyta się z ją przyjemnością. Na tyle dużą, że darowuje się autorowi pewien brak kontroli nad detalami życia osobistego ważnych postaci (najgorzej wyszedł na tym Olkiewicz, straciwszy w niewyjaśniony sposób dwie córki, których „tajne chrzciny (…) tajne komunie i bierzmowania”[3] wspominano w „Trzynastym dniu tygodnia”, w „Ręcznej robocie” nadmieniono, że „obie córki poszły na swoje”[4], po czym w „Szybkim szmalu” padła wzmianka, iż „z żoną Jadwigą nie udało mu się doczekać potomstwa”[5] i również w „Morderczej rozgrywce” zostaliśmy upewnieni, że „przecież Teoś nie ma żadnej córki”[6]) i ledwie skończywszy lekturę, już się zaczyna tęsknić do kolejnego spotkania, podczas którego kto wie, co znów bohaterowie „nawywijają”…

[1] Ryszard Ćwirlej, „Mordercza rozgrywka”, wyd. Muza SA, 2021, s. 52.
[2] Tamże, s. 241.
[3] Ryszard Ćwirlej, „Trzynasty dzień tygodnia”, wyd. Replika, 2007, s. 303.
[4] Ryszard Ćwirlej, „Ręczna robota”, wyd. WAB, 2010, s. 107.
[5] Ryszard Ćwirlej, „Szybki szmal”, wyd. Muza SA, 2020, s. 70.
[6] Ryszard Ćwirlej, „Mordercza rozgrywka”, wyd. Muza SA, 2021, s. 57.


(c)Wszystkie prawa zastrzeżone. Kopiowanie bez zgody autora zabronione.

Wyświetleń: 292
Dodaj komentarz
Patronaty Biblionetki
Biblionetka potrzebuje opiekunów
Recenzje

Użytkownicy polecają:

Redakcja poleca: