Dodany: 2021-04-02 06:43|Autor: dot59Opiekun BiblioNETki

Prawda w błazeńskim kostiumie


„Tajemniczy pan Quin” to jedna z książek Agathy Christie, nie do końca wpisujących się w schemat gatunku, którym autorka podbiła serca czytelników. Owszem, opowiadania zawarte w tym tomie w większości dotyczą spraw kryminalnych, jednak nie bieżących, lecz takich, w których do popełnienia faktycznego lub domniemanego przestępstwa doszło jakiś czas wcześniej, czasem przed wielu laty – co w gruncie rzeczy nie ma znaczenia dla ich rozwiązania, ba, może nawet w nim pomaga, bo „Czas nie likwiduje pytań, przedstawia je tylko na nowo, w innym ujęciu”[1] – kilka innych zaś ("Dusza krupiera", "Człowiek z morza", "Twarz Heleny", "Aleja Arlekina") w ogóle nie ma wątku kryminalnego, a tylko cień tajemnicy. Ogniwem łączącym je wszystkie są dwie postacie.

Jedna z nich to pan Satterthwaite – drobny, niepozorny staruszek, który po doznanym w młodości zawodzie miłosnym pozostał na zawsze w stanie kawalerskim, najwyraźniej dość majętny, skoro stać go na kolekcjonowanie dzieł sztuki i wcale niekrótkie pobyty za granicą. Bogate stosunki towarzyskie są jego remedium na samotność – gdyż jako gość miły i niekłopotliwy, „pod pewnymi względami staromodny i rzadko żartujący ze swoich gospodarzy, póki nie opuścił ich domu” [2], ciągle jest gdzieś zapraszany – a także jako sposobność do obserwowania ludzi, co jest jego cichym hobby i nikogo nie razi; wręcz przeciwnie, gdzie tylko się znajdzie, nawet stosunkowo dalekim znajomym zdarza się przed nim odsłaniać, bo, jak zdradza narrator, „ludzie często zachowywali się w ten sposób przy panu Satterthwaicie. Wydawało się, że ma niewielkie znaczenie, niemal niedostrzegalną osobowość. Był jedynie świetnym słuchaczem”[3]. To nie wszystko, bo „powiadano, że jeśli pana Satterthwaite’a spotkało się w domach nowobogackich, było to znakiem, że albo podawano tam wyjątkowo dobre jedzenie, albo że miał się tam rozegrać jakiś dramat” [4]. W tej sekwencji opowiadań nie tylko domy nowobogackich, ale wszystkie miejsca, w których zdarzy mu się znaleźć – czy to zamek z omszałym ze starości herbem, czy hotel nad Morzem Śródziemnym, bo przecież „życie wszędzie toczy się bardzo podobnie (…) Ma tylko inne przebranie”[5]…– naznaczone są śladem dramatu, który albo rozegrał się już dawno, albo dopiero się zapowiada.

I w każdym z nich wkracza do akcji druga postać: tytułowy pan Quin, w rzeczy samej bardzo tajemniczy, bo zdaje się znać wszystkich, nie ma natomiast nikogo, kto mógłby z czystym sumieniem powiedzieć, że zna jego: że wie, skąd pochodzi, gdzie mieszka, cokolwiek poza tym, jak wygląda i jak się zachowuje. A wygląda zawsze tak samo – ani młody, ani stary, szczupły, smagły, elegancko ubrany – i zachowuje się tak samo: zjawia się niespodziewanie tam, gdzie jego pomoc, jak się dopiero za chwilę okaże, jest niezbędna, skłania do opowieści, zadaje pytania, „ma moc, niemal niezwykłą moc, pokazywania tego, co widzieliśmy na własne oczy, wyjaśniania tego, co słyszeliśmy na własne uszy” [6]. Toteż „najlepiej opisuje go słowo »katalizator«. Jego obecność oznacza, że zaraz coś się wydarzy, na jaw wyjdą dziwne sprawy, zagadki zostaną rozwiązane”[7]. A po fakcie… znika. Czasem nawet bez pożegnania, przez nikogo niezauważony. Przy tym gdzie się pokaże, zawsze ktoś – czasem pan Satterthwaite, czasem ktoś inny – zwróci uwagę na dziwny zbieg okoliczności, grę świateł i cieni, które tylko samego pana Quina, nigdy nikogo z pozostałych obecnych, upodabniają do postaci z włoskiej commedii dell’arte: „kiedy siadał, płomienie w kominku przygasły, na chwilę pogrążając jego twarz w mroku, co wyglądało niemal tak, jakby założył maskę”[8], a „gra światła wpadającego przez witrażowe okno zmieniła jego stonowany garnitur w zwariowany błazeński kostium”[9]. On sam momentami („Człowiek z morza”, „Aleja Arlekina”) daje do zrozumienia – tylko jednemu panu Satterthwaite’owi, nikomu innemu – że przybywa skądś, gdzie niemożliwe jest możliwe, i ma do wypełnienia jakieś zadanie, ale publicznie się tego wypiera, wszystkie sukcesy w rozwiązywaniu zagadek przerzucając na swego niepozornego znajomego: „kiedy spotkaliśmy się raz czy dwa, przeprowadził nadzwyczajną dedukcję. Nie potrafię wyjaśnić, dlaczego mnie przypisuje zasługę. Zapewne przemawia przezeń skromność” [10]. Kim jest naprawdę – duchem, aniołem, postacią z bajki czy może zwykłym człowiekiem, któremu tylko imaginacja pana Satterthwaite’a przydała niezwykłych walorów – tego się nie dowiemy, i tak jest lepiej, bo każdy czytelnik przypisze doń taką interpretację, jaka mu najbardziej odpowiada, nie będąc nachalnie zmuszany do przyjęcia „jedynej właściwej”.

Wszyscy zapewne natomiast się zgodzą, że historie z jego udziałem mają niezwykły klimat, sprzyjający ujawnianiu mrocznych i smutnych stron ludzkiej natury: jak w kalejdoskopie przed oczyma widzów przewijają się zdrady, oszustwa, morderstwa, samobójstwa, oskarżenia i posądzenia, które na całe lata odbierają spokój sprawcom i/lub ofiarom. Same intrygi, jak to bywa w tych nietypowych dziełach Królowej Kryminału, nie zawsze są tak misterne i tak prawdopodobne, jak w najlepszych jej powieściach detektywistycznych (mnie osobiście niewiarygodne wydają się sytuacje, gdzie nikt nie zauważa, że dana osoba nie jest sobą, tylko kimś za nią przebranym; nawet najlepszego aktora świata da się rozpoznać pod każdą charakteryzacją i w każdym kostiumie – chyba, że jest to kostium Dartha Vadera z kompletnie zasłoniętą twarzą, mocno zasłoniętą sylwetką i urządzeniem zmieniającym głos – a cóż dopiero zwykłego człowieka, nawet o dużych zdolnościach aktorskich!), ale to nie one są tu najważniejsze, tylko ta aura zagrożenia czy niepewności, te emocje grające w uczestnikach danego dramatu (za wyjątkiem ostatniego, w którym dochodzą do głosu tylko chwilami, przytłumione streszczeniem przedstawienia).

I, jak zawsze u Christie, prawda o naturze człowieka, o jego postawach względem siebie, innych ludzi, świata, o życiu jako takim, raz podana całkiem serio („Tradycja i atmosfera są nieuchwytne. Buduje się je przez wieki, a raz zniszczonych nie sposób odtworzyć w ciągu dwudziestu czterech godzin” [11]), raz z przymrużeniem oka ( „Pan Satterthwaite mógł mu powiedzieć (…), lecz miał zbyt artystyczną duszę na to, by zepsuć efekt”[12]; „To facet, który jest dumny nawet z ducha innej rodziny i nie zamierza ryzykować, że duch zniknie, kiedy już zapłacił za niego gotówką”[13]), chociaż…no, cóż… z rzadka ustępująca miejsca ocenom niesprawiedliwym i mało eleganckim (ile razy autorka wspomina w swoich utworach o osobach pochodzenia hebrajskiego, tyle razy nie unika pejoratywnego nacechowania: tu są to „żółtawi mężczyźni o haczykowatych nosach, obwieszeni krzykliwą biżuterią”[14]). Mimo tego i poprzedniego drobnego zastrzeżenia oceniam zbiór całkiem wysoko, bo zrobił na mnie wrażenie, które da się zapamiętać.

[1] Agatha Christie, „Tajemniczy pan Quin”, przeł. Agnieszka Bihl, wyd. Wydawnictwo Dolnośląskie, 2001, s. 13.
[2] Tamże, s. 30.
[3] Tamże, s. 35.
[4] Tamże, s. 27.
[5] Tamże, s. 101.
[6] Tamże, s. 46-47.
[7] Tamże, s. 125.
[8] Tamże, s. 12.
[9] Tamże, s. 78.
[10] Tamże, s. 212.
[11] Tamże, s. 201.
[12] Tamże, s. 25.
[13] Tamże, s. 40.
[14] Tamże, s. 98.



(c)Wszystkie prawa zastrzeżone. Kopiowanie bez zgody autora zabronione.

Wyświetleń: 188
Dodaj komentarz
Patronaty Biblionetki
Biblionetka potrzebuje opiekunów
Recenzje

Użytkownicy polecają:

Redakcja poleca: