Dodany: 2019-08-29 06:36|Autor: Pingwinek

Czytatnik: Pingu-pingu-ping! ;)

1 osoba poleca ten tekst.

Moje ulubione wiersze (i nie tylko) Jana Lechonia (właśc. Leszek Serafinowicz)


(Czytatka zdradza co nieco.)

Jeżeli chodzi o poetów, Lechoń to jeden z moich "naj"... Wszelkie zbiory i wybory oceniłam na 6 (poza satyrycznymi utworami z "Rzeczypospolitej Babińskiej", z "Królewsko-polskiego kabaretu" i z "Facecji republikańskich", przygotowanych wespół z Antonim Słonimskim - tam na 4). "Fragmenty dramatyczne" oceniłam na 4= (ale sądzę, że popełniłam błąd - czytam właśnie ponownie fragmenty "Godziny przestrogi" i się po prostu zachwycam!). Inne teksty? "O literaturze polskiej" ("Tradycja i nowość w literaturze polskiej", "Poezja Warszawy", "Wieś we współczesnej literaturze polskiej", "O polskiej literaturze dramatycznej", "Polska powieść historyczna", "Poezja czysta w poezji polskiej", "Poezja polska XVIII wieku", "Powieść od Młodej Polski do czasów ostatnich", "Słowacki") na 4, "Mickiewicz" również. "Aut Caesar aut nihil" na 3+.

Strasznie mnie wciągnęła biografia poety, dlatego czytatka go niejako upamiętnia. Skoro o tym mowa - "Pamięci Jana Lechonia" na 5. Jest jeszcze "Lechoń nowojorski" - na 6.

Startujemy?

Ryszard Matuszewski przedstawia poetę:
"Leszek Serafinowicz, znany pod poetyckim nazwiskiem Jana Lechonia, najmłodszy ze skamandrytów, urodził się 13 marca 1899 r. w Warszawie, a drogę pisarską rozpoczął jako typowe cudowne dziecko. Wiersze swe ujrzał w druku - i to książkowym! - już mając lat czternaście, w latach 1913 i 1914 ukazały się bowiem dwa tomiki jego juweniliów, 'Na złotym polu' i 'Po różnych ścieżkach'."

Jednak Roman Loth oznajmia:
"Nietrudno spostrzec, że Lechoń jest najmniej skamandrycki ze skamandrytów. Jedna z najistotniejszych cech wyodrębniających tę grupę (...): poetyka «codzienności» - właściwie nie występuje w dowojennej twórczości autora 'Karmazynowego poematu' i 'Srebrnego i czarnego'. Podmiot liryczny w pierwszym z tych tomików jest uroczysty, dramatyczny - czy to jako ukryty podmiot-obserwator, czy to jako wieszcz i przywódca, czy jako kreator wizyjnego świata. W 'Srebrnym i czarnym' - to cierpiąca dusza, jakże romantyczna (lub: neoromantyczna, więc młodopolska właśnie) w swych bólach i pesymizmach. Nie ma tu «szarego człowieka», człowieka przeciętnego, uczestnika tłumu. I nie ma problematyki życia codziennego: jest najpierw żarliwy patos uniesień narodowych, potem filozofowanie na temat spraw ostatecznych. Język tej poezji jest w zasadzie uwznioślony i solenny, bardzo literacki - jedynie z rzadka dochodzi do głosu kolokwializm wypowiedzi. To zatem, co u skamandrytów było «nowe», u Lechonia jest nieobecne.
Nie ma też u Lechonia optymistycznej wizji świata - przeciwnie, jego świat to domena najpierw dramatycznych sprzeczności losu narodowego, później - wszechludzkiego bólu i śmierci. Nie występuje też, w tym sensie, w jakim pojawia się u innych poetów Skamandra, witalizm, owo radosne i egzaltowane urzeczenie życiem, tak wyraźne we wczesnych wierszach Tuwima, Słonimskiego czy Wierzyńskiego. W zasadzie skamandrycki jest u Lechonia stosunek do języka - i struktura wiersza."

A tak Roman Loth komentuje juwenilia Lechonia:
"(...) mówić trzeba o dwu źródłach inspiracji literackiej, dość od siebie odległych. Pierwsze - to programowa poezja okresu pozytywizmu, zwłaszcza twórczość Adama Asnyka. (...)
Drugim źródłem natchnień Lechonia jest poezja Młodej Polski - wówczas jeszcze «współczesna». I to w dwóch z kolei wariantach.
(...) Wyraźny jest tu patronat Tetmajera (...) i (...) Staffa (...)."

Juliusz Sakowski komunikuje:
"W okresie warszawskiej sławy Lechonia, Słonimski mówił o nim: «To Słowacki, który chciałby być Mickiewiczem»."

Zbigniew Jerzyna kontynuuje:
"Bardzo wczesna dojrzałość rzuciła długi cień na całe jego życie. I kto wie, czy nie stała się przyczyną tragicznego finału. Z biegiem czasu odsłoniła się w poecie tragiczna natura Rimbauda. Wewnętrzne rozdarcie. Udręki ducha. Poczucie niespełnienia. Atrofia woli (tak przejmująco zapisywana w Dzienniku). Niemożliwość miłości (...). Wyniszczające zwątpienie. (...)
Wiersze Lechonia są wycyzelowane i kunsztowne, jakby formą «ratował się» przed rozpaczą i rozpadem osobowości. (...) Mówiąc ogólnie Lechoń do głębi dotknięty był b ó l e m i s t n i e n i a. (...) I jeszcze, jak pisał Aleksander Wat: «Był księżycowy, a nie słoneczny».
(...) Lechoń «był chory» na polskość". (...) Lechoń kreował narodowe legendy. (...) Tworzył bardzo sugestywną mozaikę losu narodu polskiego. (...) Był wizjonerem uczulonym na patos historii. (...)
Lechoń niezwykle ciężko znosił los emigranta. (...) Na emigracji w atmosferze plotek i pomówień zaczęła otaczać go coraz większa pustka. Narastało poczucie samotności. W poczuciu ujawniającej się «skazy» własnej natury - zaczął odwracać się do siebie. (...) Powoli pogrążał się w depresji, zapadał w otchłań."

Stanisław Baliński zauważa:
"'Karmazynowy poemat' napisany został w roku 1918, gdy Lechoń miał lat dziewiętnaście. Młodość poetycka Lechonia zbiegła się więc z latami odzyskania niepodległości. 'Karmazynowy poemat' poświęcony jest jednak nie pełnej blasku - jak się nam wydawało - przyszłości, ale przeszłości. Każdy wiersz opiewa jakąś postać wielkiego Polaka. Każdy wiersz zdaje się jednocześnie mówić współczesnemu pokoleniu o konieczności czujnego i pilnego strzeżenia kulturalnego i duchowego dziedzictwa przeszłości i jest jakby przestrogą, nabrzmiałą uczuciem, aby dziedzictwa tego, w imię nowych przemian, nie zmarnowano. Każdy poemat zresztą jest arcydziełem sam przez się, jako wizja, jako nastrój, jako forma i konstrukcja. Poemat 'Mochnacki', będący może najczarniejszą wizją zmagania się ducha z materją, wolności z tyranją, wywołał w Polsce, w latach 20-stych, wstrząsające wrażenie. Z ukazaniem się 'Mochnackiego' zrozumieliśmy, że pojawił się w Polsce młody i naprawdę wielki poeta, godny następca naszych największych poetów, kontynuator duchowy Słowackiego i Wyspiańskiego."

Roman Loth utrzymuje:
"'Karmazynowy poemat' rozpięty jest między negacją romantycznych postaw i ich apoteozą."

Znowu Ryszard Matuszewski:
"'Karmazynowy poemat' przyjęty został powszechnie jako najambitniejszy wyraz reakcji poety ówczesnego młodego pokolenia na epokowy fakt odzyskania przez Polskę niepodległości."

Kazimierz Wierzyński wprawdzie opiniuje:
"(...) młody człowiek należał do spiskowców zbuntowanych przeciw uciskowi cierpiętniczej historii."

Lecz pisze Waldemar Smaszcz:
"Chociaż (...) należał do generacji, która w odzyskaniu niepodległości widziała przede wszystkim szansę dla sztuki wyzwolonej z narodowych, społecznych i obywatelskich powinności, jako jedyny nie zrezygnował z dyskusji z tradycją literacką. (...) Naprawdę trzeba było niebywałego wsłuchania się w podskórne pulsowanie życia własnego narodu, w trudne do uchwycenia i nazwania podświadome lęki i niepokój, by na tle ogólnej euforii postawić pytanie, które już sformułował Juliusz Słowacki: «Polska! - Jaka?». (...) Gdy (...) niepodległość zbiegła się z listopadową porą umierania, poeta przyjął to jako groźną zapowiedź. Ojczyzna, powstająca w czasie, gdy natura naznaczona jest śmiercią i rozkładem, od początku nosi na sobie to straszliwe znamię. (...)
Jan Lechoń mógłby powtórzyć za Stanisławem Wyspiańskim, że «naród, który chce żyć, musi w sobie zniszczyć to, co jest martwe». Niezwykle jednak trudne, a nawet niemożliwe w roku 1918 było rozdzielenie tego, co martwe, od żywej tkanki. Poeta skłonny był odrzucić nawet ukochaną przeszłość, gdyby miało to pomóc w scementowaniu polskiej współczesności. Pytał jednak z trwogą: co się stanie, gdy odrzuciwszy przeszłość, przekonamy się, że bez niej nie da się zbudować przyszłości."

Henryk Cyganik głosi:
"W mitach, w romantycznej kreacji faktów i bohaterów postrzegał przyczyny słabości ducha narodu i klęski Rzeczpospolitej. Jego patriotyzm był rozrachunkowy, racjonalny, głęboki."

Juliusz Sakowski wspomina:
"Tom jego wierszy zachwycił tradycjonalistów i nowatorów. Tom? Nie było chyba cieńszego w dziejach księgarstwa wszystkich epok: liczył kilkanaście stronic i zawierał siedem wierszy (...)."

Beata Dorosz wyjaśnia (powołując się czasami właśnie na Sakowskiego):
"Jego olśniewający debiutancki tom (...) pełen był sprzeczności. (...) przyjęty został z entuzjazmem - nieporównywalnym do żadnego innego ówczesnego wydarzenia literackiego - i zadecydował o sławie autora już na początku jego twórczej drogi. Podkreślano mistrzostwo i dojrzałość; w równym stopniu zachwycał wielbicieli poezji tradycyjnej, jak i tych, którzy od wchodzącego na scenę nowego pokolenia literackiego oczekiwali rewolucyjnych zmian. A Lechoń, choć należał później do «pierwszej linii 'Skamandra'», nie pisał tak jak inni skamandryci. «Wywracał pojęcia o tym, co jest 'na czasie'. Wyłamywał się z ram. W jednej osobie: anarchista i prekursor». Okrzyknięty został następcą wielkich romantyków, w chwili gdy wydawało się, że bieg historii Polski pozwala nareszcie zrzucić z ramion «płaszcz Konrada».
W nieodwracalny sposób przylgnęło doń wówczas słowo «legenda». A z biegiem lat złożyło się na nią wiele, w największym skrócie wymieniając: 'Karmazynowy poemat' właśnie - zachwycający debiut zaledwie 20-letniego autora, aktywny udział w życiu najwyższych kręgów politycznych, artystycznych i towarzyskich II Rzeczypospolitej, potwierdzony dodatkowo karierą dyplomatyczną w latach 30. we Francji, nimb niezwykłości i atmosfera skandalu związane i z próbą samobójstwa, i z homoseksualizmem, które były tajemnicą poliszynela, wojenna tułaczka, polityczna emigracja w Stanach Zjednoczonych, a w konsekwencji - przez lata literacka nieobecność w kraju, wreszcie... samobójcza śmierć w Nowym Jorku. Do utrwalenia tej legendy przyczyniły się też trzy wyjątkowe książki: 'Pamięci Jana Lechonia' [Londyn 1958], gromadząca wspomnienia najbliższych przyjaciół i znajomych i będąca jedynym w swoim rodzaju portretem autora 'Karmazynowego poematu'; 'Strofy o Janie Lechoniu' [Łódź 1985], w których kilkudziesięciu polskich poetów paru generacji daje wyraz fascynacji twórczością, a nade wszystko osobowością i tragiczną śmiercią Lechonia; 'Album rodzinne Jana Lechonia' [Warszawa 1993] pióra Józefa Adama Kosińskiego, który wnikliwie i z pietyzmem, na szerokim tle rodzinnym, kreśli sylwetkę Leszka Serafinowicza, zanim stał się Janem Lechoniem.
W sposób naturalny więc legenda i leżąca u jej źródeł fascynacja poetą rozwijały się równolegle z jego biografią."

Roman Loth bilansuje:
"'Karmazynowy poemat' mówił o Polsce i polskości. (...) Jego utwory wyznaczone były przez «tu i teraz» losów społeczeństwa, z nich wyrastały i chciały je współtworzyć. (...) 'Srebrne i czarne' odcina się od wszelkiej wypowiedzi związanej ze zbiorowością. Ma być ekspresją duszy indywidualnej, jej losów i jej tragedii. Chce mówić o problemach człowieka w ogóle, człowieka «zawsze i wszędzie»."

Kolejny raz zacytuję Romana Lotha:
"'Srebrne i czarne' - w samym tytule mieszczące aluzję do kolorystyki obrządków funeralnych - to (...) jedna z najbardziej konsekwentnych i najefektowniejszych manifestacji pesymizmu w poezji polskiej. Dwa motywy: śmierci i miłości (...) wyznaczają dwa główne wątki refleksji."

Nadal Roman Loth:
"Miłość w tym zbiorze - to miłość ciemna, nie odwzajemniona, nie spełniona, tragiczna. Ale człowiek poddany jest jej w sposób konieczny, jako sile nieodwracalnej, fatalistycznie rządzącej światem. Niemożność jej spełnienia jest katastrofą. Przed złym losem nie ma schronu."

Kazimierz Wierzyński recenzuje:
"(...) 'Srebrne i czarne', niespodziewany wybuch liryzmu i przejmująca spowiedź ludzkiej niedoli. (...) Rzeczy nazywane są po imieniu, jakby na dowód, że prawda nie potrzebuje metafor. Zwykłe słowa mają jakiś majestat i wydają się nienaruszalne. Można by te wiersze wykuć w kamieniu, a nie straciłyby życia. Monumentalność ich przypomina sonet Michała Anioła. (...) są to najsmutniejsze w Polsce wiersze i nie wiadomo, jak czytać je dzisiaj, kiedy znany nam jest koniec życia Lechonia. Można by podejrzewać je o młodociany werteryzm, gdyby człowiek, który je napisał, nie wlókł swojej rozpaczy za sobą przez tak długie lata. Można domyślać się, ile jest w nich najbardziej intymnego, osobistego doświadczenia, powiedziałbym «personalizmu», i wtedy piękno ich nabiera cech okrucieństwa. Jakkolwiek je przyjąć, tragizm ich przykuwa nas i unieruchamia. Poeta, który miał tyle siły, że w pierwszym swoim słowie przemówił za wszystkich i oddał uniesienie narodu, w drugim mówił tylko za siebie i nieustraszenie schodził w przepaść samotnego człowieka."

Ryszard Matuszewski dodaje:
"Klasyczna miara strof 'Srebrnego i czarnego' oraz kunszt ich barokowych konceptów łagodziły emanujące z tych wierszy uczucie bezbrzeżnego smutku, przyciszały ich przewodni ton metafizycznej rozpaczy. (...)
«Lechoń był ciężkim neurotykiem - czytamy we wspomnieniu Zdzisława Czermańskiego. - Trzeba to powiedzieć od razu, tym bardziej że to niczego wielkiemu artyście nie ujmie, a wiele z jego życia tłumaczy. Psychicznie niewytrzymały, już we wczesnej młodości usiłował popełnić samobójstwo (w r. 1921 próbował się otruć i z trudem został uratowany)»."

Waldemar Smaszcz wykłada:
"'Srebrne i czarne' były ostatnim tomem poetyckim, jaki Lechoń wydał w dwudziestoleciu międzywojennym. Krytyka i czytelnicy czekali na nowe zbiory. Czekano na syntezę 'Karmazynowego poematu' i 'Srebrnego i czarnego', poezji arcypolskiej i arcyludzkiej. Mijały lata, a synteza nie następowała. Lechoń-poeta zamilkł. (...)
Nigdy nie będziemy mogli powiedzieć z całą pewnością, czy to wieloletnie milczenie było przedwczesnym wyczerpaniem się możliwości twórczych, czy też poeta załamał się pod wpływem autocenzury. Bardziej prawdopodobna wydaje się jednak druga hipoteza. (...) Jan Lechoń stworzywszy dzieło niemal doskonałe od razu na wstępie swojej drogi twórczej, zawsze odtąd obawiał się, że nie spełni pokładanych w nim nadziei, nie sprosta oczekiwaniom. Z tego stanu zrodził się powszechnie znany perfekcjonizm artystyczny i chorobliwa wręcz, paraliżująca w konsekwencji, obsesja doskonałości.
Niemoc twórcza sprawiła, że poeta postanowił w końcu wyjechać z Warszawy, gdzie wszystko przypominało mu jego klęskę. Dzięki poparciu wpływowych przyjaciół objął w 1930 roku obowiązki attaché kulturalnego ambasady polskiej w Paryżu jako pracownik kontraktowy."

Roman Loth stwierdza:
"W wojennej i powojennej poezji Lechonia egzystują obok siebie, na równych prawach, patos i prostota."

Waldemar Smaszcz wypełnia lukę informacyjną:
"Lata wojny to ponowne zbliżenie się dawnych przyjaciół z grupy Skamander. W Paryżu spotkała się czwórka poetów, bez Jarosława Iwaszkiewicza, który pozostał w kraju. Upadek Francji spowodował kolejne rozstanie, z tym że tylko Antoni Słonimski przedostał się do Wielkiej Brytanii; Lechoń, Wierzyński i Tuwim zatrzymawszy się na krótko w Ameryce Południowej, dotarli ostatecznie do Stanów Zjednoczonych. Wkrótce jednak miało się okazać, że to nie geografia wyznaczyła linie podziału, lecz wydarzenia polityczne. Po ujawnieniu zbrodni katyńskiej Lechoń i Wierzyński zerwali ostatecznie ze Słonimskim i Tuwimem, którzy nie tylko nie kryli swoich lewicowych sympatii, ale spoglądali na Wschód, upatrując w tamtym modelu ustrojowym pomysłu na nowy ład w Polsce po wojnie. Jan Lechoń dramatycznie przeżywał zwłaszcza rozstanie z Tuwimem, którego poezję niezwykle cenił. W 'Dzienniku' powtarzał: «Wszystko między mną a Tuwimem zerwane na zawsze oprócz poezji. W niej będzie jego ułaskawienie».
Wojna spowodowała niebywałą mobilizację wewnętrzną Lechonia. Już we Francji dosłownie skrzył energią i wolą działania. Powrót do wierszy wydawał się przełamywać wcześniejsze lęki i zahamowania. Wszystko jawiło się proste i jednoznaczne. Nie mogąc bić się na froncie, chciał swoją aktywnością twórczą wspierać walczących żołnierzy. I z myślą o nich pisał nowe wiersze, odrzuciwszy na bok wcześniejsze wątpliwości i uprzedzenia. Ale też w istocie słowo poetyckie w tych latach było nie mniej pożądane niż broń i amunicja. (...)
Wiersze powstające w czasie wojny, choć ukazujące tragiczne przeżycia cierpiącego narodu, dalekie były od rozpaczy. Poeta nie przypuszczał nawet, że powrót do ojczyzny okaże się niemożliwy. (...) powtarzał za Mickiewiczem: «I Ty wszystkich nas powrócisz na Ojczyzny łono». Dopiero zdrada aliantów i ich zgoda na podział Europy na strefy wpływów uprzytomniły okrutną prawdę. Wybucha wówczas Lechoń przejmującym wierszem o Rejtanie, który jeden miał odwagę zwalić się na progu i zawołać: «Nie pozwalam».
Klęska sprawiła, że poeta po raz kolejny zamilkł (...). Wybrawszy zawsze dramatyczny, a dla siebie tragiczny los emigranta, nie umiał się odnaleźć w nowej sytuacji. Początkowo wierzył co prawda, że powrót będzie możliwy. Czekał na jakąś zmianę, wielkie wydarzenie, cud wreszcie. Z biegiem czasu uświadomił sobie jednak nieodwołalność wyroków historii. (...)"

Znów oddam głos Beacie Dorosz (a ona niekiedy przytoczy za Tadeuszem Nowakowskim):
"Oddalony o tysiące kilometrów od kraju, «niezłomny i nieprzejednany» wobec powojennego porządku w Polsce - jej poświęcał wiersze, audycje radiowe w radiu Voice of America i Rozgłośni Polskiej Radia Wolna Europa, ale nade wszystko - myśli i uczucia. Bo «on właściwie nigdy nie wyjechał z Warszawy. Zawsze, aż po ostatnie dni w niej tylko mieszkał. I wtedy, kiedy zatrzymywał się w Paryżu, w Lizbonie, w Rio de Janeiro, w Nowym Jorku, nie opuszczał swego miasta. Dokądkolwiek w tej swej nieudanej wędrówce po świecie zawitał, ze ścian jego mieszkania spoglądały na niego reprodukcje Canaletta, na półkach leżały tomiki Or-Ota i Lenartowicza, na etażerce widniał album o starej Warszawie, błyszczała płyta gramofonowa Wandy Landowskiej, grającej na klawesynie. Może nawet nieco pozował na staroświeckość, do której ani z wieku, ani z temperamentu nie miał prawa, ale jeśli wśród wielu rzeczy nieprawdziwych była choć jedna ponad wszelką wątpliwość szczera, aż do łez najprawdziwsza, była nią miłość do Warszawy». Obrazy Polski, Mazowsza, Warszawy, Starego Miasta zostały zamknięte w jego wierszach (...)."

Jan Fryling porównuje:
"Jak w obrazach mistrzów odrodzenia wyrasta na dalszym tle perspektywa krajobrazu, tak dekoracje jego poetyckiej wizji stanowi Polska. Jej słońca i szarugi, wiosna i śnieg, łany i ścierniska, fujarka pastuszka i mazurek Chopina, tajemnica jej powietrza, którą przeniknął i odgadł i którą zaszczepił swoim wierszom. Ileż to razy jego słowo było jak farba z palety Chełmońskiego, Malczewskiego czy Stanisławskiego."

Kajetan Morawski oświadcza:
"(...) nie ugięty w życiu, w wierszach swych wrócił do Kraju na zawsze. Znalazł drogę do raju nie schodząc do piekła!"

Raz jeszcze Beata Dorosz (i inni):
"Latami paraliżowała go niemoc twórcza w obawie, że nie spełni oczekiwań. Sam stawiał sobie zawsze najwyższe wymagania, pragnąc dorównać niedościgłemu wzorowi, jakim był dlań Mickiewicz - tym bardziej że w wielu kołach Drugiej Emigracji obdarzono go mianem jej wieszcza. Nie mogąc im sprostać, żył w nieustannym przytłaczającym go samokrytycyzmie. To życie, z pozoru tak pełne sukcesów i tak błyskotliwe, w rzeczywistości pełne było udręki. A bogactwo «zewnętrznego» zaangażowania Lechonia - wcielającego się w różne role: dyplomaty, aktywnego uczestnika zebrań politycznych, mówcy na wiecach polonijnych, działacza społecznego, wreszcie bywalca i ozdoby salonów - było desperacką próbą ucieczki od samego siebie, od rozdzierającego jego osobowość konfliktu między oszałamiającą inteligencją a ultrawrażliwą uczuciowością, od dręczącego go poczucia skrajnego pesymizmu, spychającego go nieustannie w obsesyjne myślenie o śmierci.
Ten dramat wewnętrzny rozgrywał się niczym w wierszu 'Erynie': «Wszystko na oczach ludzi, lecz wszystko w milczeniu», ale przyjaciele z jego otoczenia nie rozumieli, co naprawdę kryje się za tą poetycką formułą. W pokonywaniu kolejnej jeszcze sprzeczności bowiem Lechoń stał się mistrzem. «Zbierał ciągle anegdoty, bo nie tylko je lubił i lubił je powtarzać, ale potrzebował ich także na taką godzinę, kiedy nieusposobiony do mówienia będzie musiał mówić. A technikę opowiadania i żartowania doprowadził do takiego majsterstwa, że będąc w najgorszym nawet stanie ducha, mógł ubawić swym monologiem, a także swój niepokój wewnętrzny zagadać». (...)
Owa jedyna w swoim rodzaju «gra» z ludźmi odbywała się też i w innych wymiarach. Wydawało się przecież, że pogodził się z nową rzeczywistością i z życiem emigranta, skoro ogłosił esej 'Aut Caesar aut nihil' (1955), będący gorliwym wyznaniem wiary w potęgę Ameryki i jej posłannictwo wobec reszty świata - wyznanie tak subiektywnie żarliwe, jak gorące mogą być tylko modlitwy neofity. Także tylko pozornie silny psychicznie, stał się pomocą i oparciem dla stojącego na krawędzi samobójstwa malarza i pisarza, Rafała Malczewskiego. Nie znajdując lekarstwa dla siebie, w wysublimowany sposób wyczuwał jego stan i - jak wspomina artysta - «był lekarzem znającym się na rzeczy. Wyszarpnął mnie z mroków lęku. Był przyjacielem prawdziwym, dobrym chrześcijaninem, ratującym duszę bliźniego». Zwiódł więc wszystkich - i najbliższych przyjaciół, i tłum okazjonalnych znajomych, którymi był w polskim Nowym Jorku otoczony. Osaczyły go jednak bez reszty choroba, rozpacz, pustka i samotność (...).
Niewyrażalna w słowach musiała być ta ostatnia walka poety z samym sobą i z Bogiem... I z kart 'Dziennika', i z relacji przyjaciół wiadomo, że w ostatnich latach szukał dla siebie ratunku w żarliwej modlitwie i w praktykach religijnych. (...) Kościół zaś nauczał wówczas, że samobójstwo jest aktem buntu wobec Boga, uznawał samobójców za skazanych na potępienie i odmawiał im katolickiego pogrzebu. (...)
Z chwilą śmierci poety okazało się, że ci, którzy nie zdołali go obronić przed nim samym, nie umieli go także uratować dla siebie. «Oto w naszej biedzie, nędzy i klęsce, staliśmy się jeszcze niezmiernie biedniejsi, świecący w tej czarnej godzinie klejnot - przepadł. Może najlepiej wyraził to później Wacław Lednicki: 'Jego obecność była niezbędna dla nas wszystkich, nawet gdy milczał'. Ot, po prostu myśleliśmy w chwilach, kiedy niedola osaczała nas niemiłosiernie coraz ciaśniejszym kręgiem, a bezhetmańskość naszych dni stawała się coraz bardziej rozpaczliwa, myśleliśmy wtedy: jest Lechoń. A teraz zdarzyło się nieszczęście».
Wobec takiej straty umilkły wszystkie - tak typowe dla rozpolitykowanej polskiej emigracji - spory i swaty. Pogrzeb tragicznie zmarłego stał się wielką manifestacją patriotyczną. Trumnę okrytą biało-czerwonym sztandarem nieśli na swoich barkach, poczytując to sobie za honor, przyjaciele pisarze, politycy, dyplomaci, generałowie... «Patrząc na smutne fotografie z żałobnego obchodu - wyznawał Kajetan Morawski - nie mogłem powstrzymać się od myśli, że Leszek, tak niegdyś głęboko przejęty reżyser przeniesienia zwłok Słowackiego, byłby lubił taki pogrzeb. Ten hołd poezji, który sobie ubogi wygnaniec wymarzył». Paradoksalnie powtórzyła się więc po latach scena opisana przez poetę w wierszu 'Włosy Słowackiego' (...).
W czerwcu 1956 roku żegnali i opłakiwali go wszyscy."

Henryk Cyganik imputuje:
"Zabiła go bezsilność i poczucie nieodwracalności Przeznaczenia. Był poetą tragicznym. Bo prawdziwym. W swej prawdzie i szczerości aż do bólu konsekwentnym. Aż po samobójczą śmierć."

Tymon Terlecki przekonuje:
"Dramat, który się zamknął na nowojorskim bruku, jest dramatem romantycznego rozdarcia, a także romantycznej ruiny. Tragiczny bohater legł pod nią jak pod grobowcem."

Wymieniany już Tadeusz Nowakowski:
"Widziałem to okno. Czarny punkt na posępnej skale niebotycznego hotelu. (...) skok-inscenizacja godna poety, lot Ikara, «ideał sięgnął bruku»... (...) I wiersz się przypomina, piękny wiersz francuski o albatrosie, któremu skrzydła olbrzyma przeszkadzają w chodzeniu po ziemi."

Wojciech Wencel konkluduje:
"W piątek 8 czerwca 1956 roku w Nowym Jorku rozegrał się ostatni akt dramatu II Rzeczypospolitej. Kwadrans przed godziną 14.00 Jan Lechoń skoczył z wysokiego piętra hotelu Henry Hudson, a razem z nim runęły cienie starej Warszawy, ziemiańskich dworków i romantycznej poezji. Pogrzeb (...) zgromadził tłumy. Wśród żałobników niosących trumnę był generał Władysław Anders, a przemawiający nad grobem Kazimierz Wierzyński nie potrafił powstrzymać łez: «Dziś, kiedy odchodzi od nas ten wielki poeta, bogaty, intuicyjny umysł i nieskazitelny Polak, wydaje się, że odchodzi z nim także część Polski, którą przywieźliśmy z sobą i z którą chcieliśmy wrócić».
Dla emigracji niepodległościowej, zwłaszcza tej niezłomnej: londyńskiej i nowojorskiej, Lechoń był żywą legendą. (...) Polacy, którzy po Jałcie odrzucili pokusę powrotu do zawłaszczonego przez Sowietów kraju, cenili poetę głównie za twórczość emigracyjną, sławiącą wysiłek polskiego żołnierza, ale i pełną wspomnień rodzących czarną melancholię. Lechoń, jak nikt inny, potrafił wykorzystywać polski kod kulturowy, nie tracąc indywidualnej dykcji."

Tadeusz Nowakowski wtrąca:
"Nieraz sobie myślę, że gdyby mu się wtedy udało przebrnąć po omacku przez następnych dwadzieścia dni życia, byłby dzisiaj, żywy, między nami. Z tej zjeżdżającej w dół zapadni, z narastania ciemności wyrwałaby go palba na ulicach zbuntowanego Poznania, wizja nowej patetycznej Bastylii. Był przecież poetą sejsmograficznie uczulonym na każde trzęsienie polskiej ziemi, był «pisarzem zaangażowanym», żył z uchem przyłożonym do gościńca historii."

Apiać Tadeusz Nowakowski:
"(...) postój pośród tamtejszej kolonii polskiej, pozbawionej Lechonia, wydał mi się nagle pozbawiony większego sensu. Po odejściu «pana Leszka» wiele spraw i kilku ludzi odmieniło się nie do poznania. Tamtejszy świat, polski świat urojony, nie ma się wokół czego obracać. Dotychczasowy system planetarny, z Lechoniem-słońcem pośrodku, rozpadł się w kawałki. Banalny, dziennikarski frazes o «niepowetowanej stracie», o «luce nie do wypełnienia» po raz pierwszy zabrzmiał w moich uszach szczerze. Nieprawda, że nie ma ludzi niezastąpionych. Lechoń, zjawisko równie złożone, jak jednorazowe i niepowtarzalne, był, jest nadal i zawsze będzie nie do zastąpienia."

Beata Dorosz kolejny raz:
«Lechoniowe paradoksy» nie skończyły się wraz z jego życiem... Na nowojorskim cmentarzu postawiono na jego grobie tablicę z błędną datą śmierci - zamiast 8 VI napisano 8 VII; po latach, gdy już prochy zakochanego w Polsce i polskości tragicznego emigranta mogły wrócić do kraju, bo «padły państwa olbrzymie, aby tak się stało» ['Włosy Słowackiego'] i mogły zostać złożone tam, gdzie pragnął tego poeta i dał temu wyraz w wierszu: «chciałbym leżeć / Tam, gdzie mój ojciec - pod Warszawą» ['To, w co tak trudno nam uwierzyć...'], sporządzono mu nową tablicę nagrobną - znów z błędną datą: 8 V."

Tymon Terlecki zaręcza:
"Naprawdę Lechoń żył w ogrodzie udręk. Sam był swoim demonem. Sam był ofiarą i oprawcą, czującą tkanką i zimnym, bezlitosnym narzędziem."

Ferdynand Goetel rozważa:
"(...) rysuje mi się obraz Lechonia, którego życie było nieustannym wymykaniem się, nieustanną ucieczką przed rzeczywistością, ciągłym zacieraniem śladów po sobie. Nikt ze znanych mi ludzi nie żył tak bardzo, tak wyłącznie w świecie wyobraźni, jak on. Osobę jego otaczała zawsze aura tajemniczości."

Matylda Wełna podsumowuje:
"Piękno wierszy Lechonia pozostaje nie naruszone przez czas. (...) Wzrusza szczerością przeżyć i wyrafinowaną, bezbłędną formą. Jego przejęcie się poezją przyciąga do niego czytelników i wywołuje w nich głęboki rezonans uczuciowy. Od razu się czuje, że to indywidualność nie do podrobienia, że słowa nie są puszczane na wiatr, ale głęboko przeżywane. Przy lekturze wierszy Lechonia cieszy ich doskonałość. (...) Chociaż wiadomo, jak tytanicznie nad nimi pracował - unoszą. Porywają na skrzydła. Twarda, wręcz kamieniarska to robota, a - wrażenie lotu."

Do lektury zapraszam wraz z Rafałem Malczewskim:
"- Nie rozumiem nic, - mówił Ojciec, - ale cóż to za poeta - i prosił aby mu znowu przeczytać któryś z utworów Lechonia."

Zatem wiersze - najwybitniejsze i najukochańsze...

Z "Karmazynowego poematu":

"Czyli to będzie w Sofii, czy też w Waszyngtonie,
Od egipskich piramid do śniegów Tobolska
Na tysiączne się wiorsty rozsiadła nam Polska,
Papuga wszystkich ludów - w cierniowej koronie.

Kaleka, jak beznodzy żołnierze szpitalni,
Co będą ze łzą wieczną chodzili po świecie,
Taka wyszła nam Polska z urzędu w powiecie
I taka się powlokła do robót - w kopalni.

Dziewczyna, na matczyne niepomna przestrogi,
Nieprawny dóbr sukcesor, oranych przez dzieci,
Robaczek świętojański, co w nocy zaświeci,
Wspomnieniem dawnych bogactw żyjący ubogi.

A dzisiaj mi się w zimnym powiewie jesieni,
W szeleście rdzawych liści, lecących z kasztanów,
Wydała kościotrupem spod wszystkich kurhanów,
Co czeka trwożny chwili, gdy ciało odmieni.

O! zwalcież mi Łazienki królewskie w Warszawie,
Bezduszne, zimnym rylcem drapane marmury,
Pokruszcie na kawałki gipsowe figury,
A Ceres kłosonośną utopcie mi w stawie.

Czy widzisz te kolumny na wyspie w teatrze,
Co widok mi zamknęły daleki na ścieżaj?
Ja tobie rozkazuję! W te słupy uderzaj
I bij w nie, aż rozkruszysz, aż ślad się ich zatrze.

Je­że­li gdzieś na Sta­rym po­ka­że się Mie­ście
I utkwi w was Ki­liń­ski swe oczy zie­lo­ne,
Za­bij­cie go! - A tru­pa za­wlecz­cie na stro­nę
I tyl­ko wieść mi o tym ra­do­sną przy­nie­ście.

Ja nie chcę nic innego, niech jeno mi płacze
Jesiennych wiatrów gędźba w półnagich badylach;
A latem niech się słońce przegląda w motylach,
A wiosną - niechaj wiosnę, nie Polskę zobaczę.

Bo w nocy spać nie mogę i we dnie się trudzę
Myślami, co mi w serce wrastają zwątpieniem,
I chciałbym raz zobaczyć, gdy przeszłość wyżeniem,
Czy wszystko w pył rozkruszę, czy... Polskę obudzę."
-> "Herostrates". Klasycznie wspaniały, z niezapomnianym od czasów lekcji polskiego wersem «A wiosną - niech wiosnę, nie Polskę zobaczę» - a tak przez szkołę skrzywdzony, bo przedostatnia i ostatnia strofa wymykają się odruchowej kwalifikacji.

"Mochnacki jak trup blady siadł przy klawikordzie
I z wolna jął próbować akord po akordzie.
Już ściany pełnej sali w żółtym toną blasku,
A tam w kącie kirasjer w wyzłacanym kasku,
A tu bliżej woń perfum, dam strojonych sznury,
A wyżej, na galerii - milcz serce - mundury!
Tylko jeden krok mały od sali go dzieli,
Krok jeden przez wgłębienie dla miejskiej kapeli -
On wie, że okop hardy w tej przepaści rośnie,
Więc skrył się za okopem i zagra o wiośnie.

Rozpędził blade palce świergotem w wiolinie,
I mały, smutny strumień spod ręki mu płynie.
Raz w raz rosa po białej pryska klawiaturze
I raz po raz w wiolinie kwitną polne róże.
Rosną. Większe, smutniejsze, pełniejsze czerwienią,
Coraz niżej i niżej, uschną, w bas się zmienią!
Nie. Równo, równo rosną w jakiś smutny taniec,
Rozdrganą klawiaturę przebłagał wygnaniec,
I nagle się rozpłakał po klawiszach sztajer,
Aż poszedł szmer po sali, sali biedermeier.
Głupio, sennie, bezmyślnie kręci się i kręci,
Jakieś myśli chce straszne wyrzucić z pamięci,
Do piersi jakąś białą przytulił pierś drżącą
I czuje tuż przy piersi nieznośne gorąco,
I tysiąc świateł w oczach, w czyjejś twarzy dołki,
I zapach białej sukni, ubranej w fijołki.

Nagle złoty kirasjer poruszył się w kącie.
Sto myśli jak kanonier stanęło przy loncie,
Stu spojrzeń obcej sali przeszyły go miecze,
Wstyd idzie ku estradzie - czuje, jak go piecze.
Więc do basu ucieka i tępo weń tłucze,
Po tym tańcu szalonym niech ręce przepłucze,
Z tych czerwonych, duszących róż otrząsa płatki,
Rozsypuje po sali w tysiączne zagadki,
W sto znaków zapytania, sto szmerów niechęci,
Nie pyta. Już jest w basie. Już tam się wyświęci.
Raz, dwa, trzy, cztery - wali. Niechaj mu otworzą,
Niechaj wyjdą z chorągwią, wyjdą z Matką Bożą,
Niech mu końskie kopyta przelecą po twarzy,
I niechaj go postawią gdziekolwiek na straży:
Na ulicy stać będzie z karabinem w dłoni...

... Słyszy sala: ktoś idzie, ostrogami dzwoni -

Ostrogą spiął melodię, a akompaniament
Szaleje, krzyczy w basie, rośnie w straszny zamęt -
Ku sali bagnetami już mierzy, już blisko -
I ton jeden uparcie wybija - nazwisko!!!
Wciąż czyste, w rozszalałe wplątuje się głosy
I wali, wali w basie murem Saragossy,
Oszalałych Hiszpanów wyciem, darciem, jękiem
I znów wraca ku górze załzawionym dźwiękiem -
W mazurze - nie - w mazurku idą wszystkie pary,
By całą klawiaturę owinąć w sztandary.
Zatrzymali się wszyscy w srebrzystych kontuszach,
A klawikord im ducha rozpłomienia w duszach,
I wzdłuż długich szeregów przewija pas lity,
Tysiąc głów podgolonych podnosi w błękity
I wszystkie karabele jedną ujął dłonią,
I uderzył w instrument tą piekielną bronią,
Aż struna się ugięła, ta w górze, płaczliwa.
I cisza jest w wiolinie. Cisza przeraźliwa.

Po martwej, głupiej strunie, po fijołków woni,
Po czyichś smutnych oczach, jakiejś białej dłoni,
Jakichś światłach po nocy i szeptach w komorze,
Po księżycu, po gwiazdach - mój Boże! mój Boże! -
Gdzieś się gubi i zwija, przeciera pas lity,
Po księżycu, po gwiazdach, po Rzeczpospolitej.
Po sali idzie cisza przeraźliwa, blada,
I obok tęgich boszów w pierwszym rzędzie siada.
Wzrok wlepia martwy, ślepy w jakiś punkt na ścianie
I patrzy w Mochnackiego, kiedy grać przestanie.
-------------------
A on, blady jak ściana, plącze, zrywa tony
I kolor spod klawiszy wypruwa - czerwony,
Aż wreszcie wstał i z hukiem rzucił czarne wieko
I spojrzał - taką straszną, otwartą powieką,
Aż spazm ryknął, strach podły, i z miejsc się porwali:
«Citoyens! Uciekać! Krew pachnie w tej sali!!!»"
-> "Mochnacki" (z informacją: "W r. 1832 Maurycy Mochnacki koncertował w Metzu."). Lechoń to doskonały reprezentant minionych epok.

"Czarna Rachel w czerwonym idzie szalu drżąca
I gałęzie choiny potrąca idąca -
Nikogo nie chce budzić swej sukni szelestem,
I idzie wprzód jak senna, z rąk tragicznym gestem,
I wzrokiem, błędnym wzrokiem gasi mgieł welony,
I świt się robi naraz. I staje zlękniony.
Pobladłe Robespierry, cisi, smutni, czarni,
Wychodząc, z hukiem drzwiami trzasnęli kawiarni.
Na rogach ulic piszą straszną ręką krwawą,
Uśmiechają się dziwnie i giną na prawo.
Tylko słychać nóg tupot na ulicy pustej
I szept cichy. Trup jakiś z zbielałymi usty -

I gdzieś kończy muzyka jakiś bal spóźniony.
Pod lila abażurem mrugają lampiony.
Białych sukni w nieładzie senność, ciepło, zmiętość,
I piersi, krągłych piersi obnażona świętość,
I mazur, biały mazur w ogłupiałej sali:
Dziś! dziś! dziś! Wieś zaciszna i sznury korali.
Roztańczyła się sala tęgim nóg tupotem.
Hołubce o podłogę walą, biją grzmotem,
Białe panny i panny niebieskie, różowe
Przelotnie a zalotnie przechylają głowę
I mówią czarnym frakom: «Przyjdźcie do nas jutro»
I podają im usta za podane futro.

A kiedy świt różowy przez żaluzje wnika,
Dla siebie, nie dla gości, gra jeszcze muzyka.
Menuetem się cichym wiolonczela żali,
I białe margrabiny przychodzą z oddali.
Na liliowych oparach spływają bez słowa,
I panier rozłożyła markiza liliowa.
Kawaler podszedł blady. Pani tańczyć każe!
I tańczą hafty, sprzączki, koronki, pliumaże.

A w klarnet, flet i skrzypce, w ukłony margrabin
Czerwoną, rozwichrzoną wpada nutą Skriabin.
Drze ciszę dysonansem, wali w okiennice,
Muzykę wyprowadza przed dom, na ulice,
Na place rozkrzyczane w potępieńcze ryki,
I rzuca w twarz akordom zgłodniałe okrzyki,
Na ziemię je obalił i kopie z rozpaczą:
Otworzyć wszystkie okna! Niech ludzie zobaczą!!

Wielkimi ulicami morze głów urasta
I czujesz, że rozpękną ulice się miasta,
Że Bogu się jak groźba położą przed tronem
I krzykną wielką ciszą... lub głosów milionem.
A teraz tylko czasem kobieta zapłacze -
-----------------
Aż nagle na katedrze zagrali trębacze!!
Mariackim zrazu cicho śpiewają kurantem,
A później, później bielą, później amarantem,
Później dzielą się bielą i krwią i szaleństwem,
Wyrzucają z trąb radość i miłość z przekleństwem,
I dławią się wzruszeniem, i płakać nie mogą,
I nie chrypią, lecz sypią w tłum radosną trwogą -
A ranek, mroźny ranek sypie w oczy świtem.
A konie? Konie walą o ziemię kopytem.
Konnica ma rabaty pełne galanterii.
Lansjery-bohatery! Czołem kawalerii!
Hej, kwiaty na armaty! Żołnierzom do dłoni!
Katedra oszalała! Ze wszystkich sił dzwoni,
Księża idą z katedry w czerwieni i złocie,
Białe kwiaty padają pod stopy piechocie,
Szeregi za szeregiem! Sztandary! Sztandary!
----------------
A On mówić nie może! Mundur na nim szary."
-> "Piłsudski" ("przypisane Helenie Sulimie"). Geniusz.

"Gdy on się laurowego dosługuje wieńca
W dymie pochlebstw, w poezji liliowym oparze,
Gdy srebrnym gwiazdom tęsknić, kwiatom marzyć każe -
Ona, dama najpierwsza białego Krzemieńca,
W starym dworku z modrzewia, gdy wieczór oddycha
Mokrymi bzu kiściami i księżyc się skrada
Przez drzwi ganku, przy czarnym fortepianie siada
I w półmroku salonu gra Szopena z cicha.
Gdzieś tam - wszystko to jedno: daleko czy z bliska -
Nieszczęście krwawi serca i wyludnia domy:
Pod oknem rano dzwonek zadźwięczał znajomy,
Żegnając się mówiono porwanych nazwiska.
A potem na nieszporach był dziś tłum w klasztorze,
Dzwon się długo nad miastem kołysał i żalił,
Aż zaszedł dobry wieczór i gwiazdy zapalił,
I wszystko może stać się, co się stać nie może.

Dla nas to są te parki o zielonych wodach
I zmurszałych posągów szeptane powieści,
Dla nas cicho staw pluszcze i trzcina szeleści,
A wiatry alejami płaczą po ogrodach.
Już się koncert wieczorny rozbija na głosy
I wiatr, co przywiał z łąki, żartuje ze świecą,
Przez okno do salonu ćmy zlęknione lecą,
Miłośnie marzą róże pod kroplami rosy.
Ile tylko w tym Polski, tyle jest nam, prawie,
I mamy ją u siebie, nocą zachłyśnięci:
Będziem mieli ją jutro, omdleli, pośnięci,
Wsłuchani w granie świerszczów, leżąc na murawie.
Pod żurawi studziennych skrzypienie miarowe,
Pod brzęczenie kos w trawie i piosnkę skowrończą,
Będzie z wolna szła ku nam, a gdy kosić skończą,
Wonne siano nam lekko podłoży pod głowę.
Na bal się teraz stroi w wieczorowe szaty
I otwiera flakony najdziwniejszych woni,
Tren gwiazdami srebrzony wypłynął z jej dłoni
I muska po gazonach rozmarzone kwiaty.
Nie przyjdzie do ofiarnych, zapomni o bitnych,
Ominie wszystkich mądrych, a wytrwałych zdradzi:
Cichy walc ją Szopena po nocy prowadzi,
Zapłakany od rosy i drżeń aksamitnych.
Już przyszła. Nie. To tylko rokokowe cacka
Na serwantce się wdzięczą, tylko cienie drżące.
Tak, to ona: poznaję jej oczy marzące.
------------------
Lecz nie wiem, czy to ona, czy pani Słowacka."
-> "Pani Słowacka". Czy stanie się wszystko...?

Ze "Srebrnego i czarnego":

"Pytasz, co w moim życiu z wszystkich rzeczy główną,
Powiem ci: śmierć i miłość - obydwie zarówno.
Jednej się oczu czarnych, drugiej - modrych boję.
Te dwie są me miłości i dwie śmierci moje.

Przez niebo rozgwieżdżone, wpośród nocy czarnej,
To one pędzą wicher międzyplanetarny,
Ten wicher, co dął w ziemię, aż ludzkość wydała,
Na wieczny smutek duszy, wieczną rozkosz ciała.

Na żarnach dni się miele, dno życia się wierci
By prawdy się najgłębszej dokopać istnienia -
I jedno wiemy tylko. I nic się nie zmienia.
Śmierć chroni od miłości, a miłość od śmierci."
-> Bez tytułu. Śmierć i miłość i w moim życiu tak jakby w głównej roli.

"Dzisiaj nocą samotną, spędzoną bezsennie,
Po promieniach księżyca, jakimś dziwnym tchnieniem,
Sam nie wiem, jak się nagle ocknąłem w Rawennie
I z dawno utęsknionym spotkałem zwidzeniem.

Przez otwarte ktoś okno grał cicho na flecie
I wiatr lekki woń przyniósł duszącą, upojną -
Jak w mistycznym w nią szedłem wplątany bukiecie,
Pod nieba wyiskrzoną kopułą dostojną.

«Będziecie wysłuchani tęskniący, więc proście!»
Jak przez Boga zaklęty przymknąłem powieki -
I tylkom jakiś dziwny posłyszał szum rzeki,
A później, później Danta ujrzałem na moście.

«Tyżeś to, ty, mój mistrzu! Dlaczego tak blady
I czemu taki dziwny niepokój cię żarzy?
Przychodzę cię ubłagać o sekret twej twarzy.
Nic nie wiem. Zabłądziłem. I proszę twej rady».

On to rzekł, czy rzekł księżyc, czy woda to rzekła,
Padłem, głowę ukrywszy rękami obiema:
«Nie ma nieba ni ziemi, otchłani ni piekła,
Jest tylko Beatrycze. I właśnie jej nie ma»."
-> "Spotkanie". Wyborna puenta... O tak, Lechoń to mistrz pointy!

"Gwiazd siewco i księżyców, co w eterze wiszą,
O! Panie nad deszczami i Panie nad skwarem!
Porównaj nas zmęczonych z milczącym obszarem,
Niebiosa ku nam nachyl i napój nas ciszą.

O! utop nas w Twych światów bezmiernej głębinie,
Posrebrzaj nas jak gwiazdy, rozpuszczaj jak morze,
Nalewaj nas powietrzem w błękitne przestworze,
Nastrajaj nas jak echo i słuchaj, jak ginie.

Bladym uczyń nas rankiem, wschodzącym na niebie,
Obłokiem, co w południe leniwo przepływa,
Woalem czarnej nocy, co ziemię nakrywa -
Oswobódź nas od duszy i wybaw od siebie."
-> "Modlitwa" ("przypisane Karolowi Hubertowi Rostworowskiemu"). Wystarczy, byś mnie uszczęśliwił, Panie.

"W półmroku sennej lampy jakieś dziwne cienie,
Zapach lekarstw duszący, twarz blada jak chusta.
To nic. To tylko zwykłe ostatnie zdarzenie,
I trudno, by dziwiło Marcelego Prousta.

Jak słońce, gasnąc w pysznych promieni efekcie,
Zachodzić się nie wzbrania i świecić nie żąda,
Tak on powoli opis poprawia w korekcie
Tej śmierci, którą widzi i wie, jak wygląda.

To nic. I może jutro siądą po wieczerzy
I książkę tę czytając ciszą nocnych godzin
Poczują nagle ciepło jak szczęście narodzin.
Albo wierzy się w życie, albo w śmierć się wierzy.
-> "Proust" ("przypisane Franciszkowi Fiszerowi"). W co wierzę?

"Na niebo wypływają białych chmurek żagle,
Od twojej płynie strony niebieska fregata
Nie do mnie, nie od ciebie. I poczułem nagle,
Że już nigdy nie będzie, jak zeszłego lata.

Noc przyjdzie księżycowa i w twoim ogrodzie
Na srebrnej trawie cienie ułoży ogromnie.
A później będzie koła rysować na wodzie,
Gdy będziesz szła ogrodem nie ze mną, nie do mnie."
-> Bez tytułu ("przypisane Wandzie [Serkowskiej]"). Czy już nigdy nie będzie, jak było?

"W złotych strzępach liści drzewa nocą stoją,
Księżyc srebrne smugi po ziemi rozwłóczy.
Nic mi nie pomoże na tęsknotę moją,
Już mnie żadne szczęście od niej nie oduczy.

Pobielały domy od srebrnej poświaty,
Jesienny przymrozek słabe ciało krzepi.
Tylko zeschłe liście, tylko zwiędłe kwiaty!
Może być, jak było, może nie być lepiej."
-> Bez tytułu. Czy to odpowiedź na moje pytanie? Może być, jak było: może nie być lepiej (tak, zmieniłam znak).

Z "Siedmiu grzechów głównych":

"Jedno długie spojrzenie, ach! ileż potrafi
Rzucone w moją stronę prawie nieostrożnie.
Ach! jakąż jest rozkoszą oglądać bezbożnie
To wszystko, czego nie ma na twej fotografii.

Wszystkie dnia mego sprawy są tylko marzenia,
Które noc porozprasza, sen z myśli wypłoszy;
Bo cóż da rozkosz wargom, gdy pragną rozkoszy,
Cóż może olśnić oczy, gdy pragną olśnienia?

Noc z tobą - to jest jedno, co jak haszysz działa,
Tylko jedno, w co można wierzyć bezprzytomnie.
I nie wiem, czy jest miłość oprócz twego ciała,
I wiem, że mnie nie kochasz, że zapomnisz o mnie."
-> "Nieczystość". Już nie będę bać się spojrzeń, obiecuję!

Z "Lutni po Bekwarku":

"W gumowych rękawiczkach, jak trupie rękami,
Profesor śrut wsypywał w puste oczodoły,
Ażeby mógł być z tego pożytek dla szkoły
I pragnąc zmierzyć ciebie ziemskimi miarami.

Szuflami oto sypią w trumnę hebanową
Grudy ziemi francuskiej, co jest twym popiołem,
I tylko pukiel włosów nad kościanym czołem
Ten sam jest, który lśnił się nad twą żywą głową.

Patrzymy nań w milczeniu, bo żadna cię tkliwość
Jak za życia i teraz po włosach nie gładzi,
Lecz gdzie chciałeś, tam wracasz. Bierzemy cię bladzi
I wiemy. Nie ma śmierci i jest sprawiedliwość.

Tę trumnę całą w kwiatach, tę drogę wspaniałą,
Bicie dzwonów i blask ten, co kościół rozjarzył,
Kiedyś sobie ubogi suchotnik zamarzył.
Padły państwa olbrzymie, aby tak się stało."
-> "Włosy Słowackiego". Cóż za klimat!

"Bardzo wcześnie jest jesień. Coraz wcześniej słońce
Za jezioro z ołowiu w drżące spada trzciny.
Dzień jest po to, by sennie płynęły godziny,
A wieczór, by oglądać gwiazdy spadające.

Renoir chyba w sadzie pomalował śliwy,
Tak ich skórka zielona, a brzegiem liliowa,
I wszystko tu coś znaczy, tylko brak nam słowa.
Ach! jak tu odpowiedzieć: czy jestem szczęśliwy?

Jak nurek schodzi w mroki tajemniczych głębin,
Gdzie się przepych koralu bogato rozpina,
Tak ja wypijam wzrokiem czerwoność jarzębin,
Lub próbuję wargami czerwonego wina."
-> "Czerwone wino". Lubię - jesień, wieczory spadających gwiazd, Renoira, jarzębinę i czerwone wino :)

"Droga, wierzbą sadzona wśród zielonej łąki,
Na której pierwsze jaskry żółcieją i mlecze.
Pośród wierzb po kamieniach wąska struga ciecze,
A pod niebem wysoko śpiewają skowronki.

Wśród tej łąki wilgotnej od porannej rosy,
Drogą, którą co święto szli ludzie ze śpiewką,
Idzie sobie Pan Jezus wpółnagi i bosy
Z wielkanocną w przebitej dłoni chorągiewką.

Naprzeciw idzie chłopka. Ma kosy złociste,
Łowicka jej spódniczka i piękna zapaska.
Poznała Zbawiciela z świętego obrazka,
Upadła na kolana i krzyknęła: «Chryste!»

Bije głową o ziemię z serdeczną rozpaczą,
A Chrystus się pochylił nad klęczącym ciałem
I rzeknie: «Powiedz ludziom, niech więcej nie płaczą,
Dwa dni leżałem w grobie. I dziś zmartwychwstałem»."
-> "Wielkanoc". Pierwodruk w "Polsce Walczącej" miał przynieść pocieszenie.

"To, w co tak trudno nam uwierzyć,
Kiedyś się przecież stanie jawą.
Więc pomyślałem: chciałbym leżeć
Tam, gdzie mój ojciec - pod Warszawą.

Niech ci ta myśl się nie wydaje
Ani małością, ni znużeniem,
Z największym kocha upojeniem,
Kto się z miłością swą rozstaje.

I nagle widzisz: jest noc chmurna
I niebo polskie ponad nami,
I stary ogród. A w nim urna
Z naszego życia popiołami."
-> Bez tytułu. Czekałeś wiele lat - lecz, wreszcie, spoczywasz w ojczystej ziemi.

"Jakże Ciebie, Warszawo, dosięgnąć przez pieśnie,
Ażeby Twoich murów nie dotknąć boleśnie,
Gdy każda droga nazwa jest teraz jak rana?
Oto dach potrzaskany od Świętego Jana
I mury Zamku w gruzach, i stropy paradne,
A Zygmunt trzyma w ręku miecz i krzyż bezwładne.
Ale ja Cię nie widzę okrytą żałobą
I nie płaczę nad Tobą, nie płaczę nad sobą,
Ani nad zostałymi w niewoli bliskiemi.
I za żadne bogactwa i rozkosze ziemi,
Za spełnione marzenia i pałace w chmurach
Nie dałbym tego szczęścia, żem mieszkał w Twych murach.
Złota jesień po parkach liście z drzew już łuska
I śmiesznie zapłonęły latarnie gazowe.
Patrz! Oto szare mury. Słyszysz? Wisła pluska,
A zimny wiatr jesienny owiewa ci głowę.
Ach! przytul ją do szarych twego miasta murów
Jak do piersi matczynej, co tuli twe łkanie,
I wsłuchaj się w dalekie, potężne wezwanie
Piękniejsze i prawdziwsze od klasycznych chórów!
Oto pieśń zmartwychwstała! Liście już opadły,
Kamienne bóstwa skrzydła po sobie pokładły,
I łuna od pożaru ogromnego błyska.
Tylko tych, którzy teraz martwe czoła chylą,
Żywych, tobie podobnych, widziałeś przed chwilą.
I wszystkie w tej legendzie znajome nazwiska!
Czy widziałeś Ordona? O mój przyszły wieszczu!
Będzieszże ciągle śpiewał o koniach i zbroi?
Kto jest ten mały człowiek, co w ognistym deszczu
Śród murów, co się walą, jako posąg stoi?
O to imię tragicznej zapytaj się Muzy!
To on te domy wznosił, co padają w gruzy,
Posągi roztrzaskane i - któż by je zliczył? -
Te ulice w płomieniach - to on je wytyczył.
I on, gdy miasto było pochodnią czerwoną,
Powiedział: «Nie ustąpię. Niech te domy płoną,
Niech dumne moje dzieła na proch się rozpękną!
I cóż, że z marzeń moich wszystkich rośnie cmentarz?
Ale ty, co tu przyjdziesz kiedyś, zapamiętasz,
Że jest coś piękniejszego niźli murów piękno».
A ty co? Myślisz pewno, że to dziejów krater
Wciąż tę samą wyrzuca romantyczną lawę
I że to jeszcze jeden szalony bohater
Nieopatrzną, ułańską opętał Warszawę.
I tobie jeszcze ciągle marzy się o cudzie
I o owych nadludziach, co się biją chrobrze.
Cudów chcesz? Pomyśl tylko, że są zwykli ludzie,
Jak on, co zawsze wszystko chcą wypełnić dobrze.
Cicho, pieśni! Bo bracia nasi w grobach leżą.
Powrócisz, ach, powrócisz, gdy w bębny uderzą
I wojsk naszych znów kroki posłyszysz miarowe!
Na mury potrzaskane, na ulice wolne
Jako liście wawrzynu rzucisz kwiaty polne
I tych, co tam zostali, obejmiesz za głowę."
-> "Pieśń o Stefanie Starzyńskim". Pierwodruk to "Gazeta Polska w Brazylii". Warszawa droga...

Z "Arii z kurantem":

"Smutek taki mnie chwycił, że zda się, aż skomli,
Ani przed kim się żalić, kto wie, kiedy minie,
Gdybyż to było można usiąść przy kominie
I czytać sobie stare wiersze Syrokomli!

I marzyć, jakbyś pocztą wędrował podróżną,
O owych lasach, rzekach, tych dworach, tym zdroju,
I myśleć, że są wszyscy w przyległym pokoju,
Od których ciągle listów wyglądasz na próżno.

Cóż znajdę, jeśli wyjdę takiego wieczoru?
Tu wszyscy przecież obcy i każdy gdzieś śpieszy.
Ach, żadna mnie muzyka dzisiaj nie pocieszy,
Chyba 'Aria z kurantem' ze 'Strasznego dworu'!"
-> "Aria z kurantem". Często mnie łapie nostalgia.

"Matka Boska Częstochowska, ubrana perłami,
Cała w złocie i brylantach, modli się za nami.
Aniołowie podtrzymują Jej ciężką koronę
I Jej szaty, co jak noc są gwiazdami znaczone.
Ona klęczy i swe lice, gdzie są rany krwawe,
Obracając, gdzie my wszyscy, patrzy na Warszawę.
O Ty, której obraz widać w każdej polskiej chacie
I w kościele, i w sklepiku, i w pysznej komnacie,
W ręku tego, co umiera, nad kołyską dzieci,
I przed którą dniem i nocą wciąż się światło świeci.
Która perły masz od królów, złoto od rycerzy,
W którą wierzy nawet taki, który w nic nie wierzy,
Która widzisz z nas każdego cudnymi oczami,
Matko Boska Częstochowska, zmiłuj się nad nami!
Daj żołnierzom, którzy idą, śpiewając w szeregu,
Chłód i deszcze na pustyni, a ogień na śniegu,
Niechaj będą niewidzialni płynący w przestworzu
I do kraju niech dopłyną, którzy są na morzu.
Każdy ranny niechaj znajdzie opatrunek czysty
I od wszystkich zagubionych niechaj przyjdą listy.
I weź wszystkich, którzy cierpiąc patrzą w Twoją stronę,
Matko Boska Częstochowska, pod Twoją obronę.
Niechaj druty się rozluźnią, niechaj mury pękną,
Ponad Polską, błogosławiąc, podnieś rękę piękną,
I od Twego łez pełnego, Królowo, spojrzenia
Niech ostatnia kaźń się wstrzyma, otworzą więzienia.
Niech się znajdą ci, co z dala rozdzieleni giną,
Matko Boska Częstochowska, za Twoją przyczyną.
Nieraz potop nas zalewał, krew się rzeką lała,
A wciąż klasztor w Częstochowie stoi jako skała.
I Tyś była też mieczami pogańskimi ranną,
A wciąż świecisz ponad nami, Przenajświętsza Panno.
I wstajemy wciąż z popiołów, z pożarów, co płoną,
I Ty wszystkich nas powrócisz na Ojczyzny łono.
Jeszcze zagra, zagra hejnał na Mariackiej wieży,
Będą słyszeć Lwów i Wilno krok naszych żołnierzy.
Podniesiemy to, co legło w wojennej kurzawie,
Zbudujemy Zamek większy, piękniejszy w Warszawie.
I jak w złotych dniach dzieciństwa będziemy słuchali
Tego dzwonka sygnaturki, co Cię wiecznie chwali."
-> "Matka Boska Częstochowska". Niezwykle mnie ten utwór wzrusza, z polskimi Lwowem i Wilnem...

"Jeszcze wczoraj ostatnie żegnały mnie wonie
Lata, co lekkim wiewem róż rabaty muska,
I słuchałem fontanny, co w klasztorze pluska,
I widziałem znajome, załamane dłonie:
Widzę Burgos jak stary grobowiec uśpione
I księżyc jak trup srebrny, co stał w murów blance,
I nagle oto dzisiaj - wieczór w Salamance -
Pojąłem, że to prawda. Że wszystko skończone.
A jednak nawet teraz, na dalekim bruku,
Jakby stolic gnębionych aż tu doszły dreszcze,
Czujesz drżenie podziemne i łudzisz się jeszcze,
Że mówi ktoś do ciebie w dział milknących huku.
Ręką sunąc po liściach, co nie znały rosy,
Śnisz cienie i ten strumień, co się wije w jarze,
Nad którym o tej porze siedzi chłopiec bosy
I gra prostą piosenkę na wiejskiej fujarze.
Oto dym długą smugą podniósł się z ogniska
I widzisz swe dzieciństwo tym dymem zasnute;
Dziewuchy motykami biją w kartofliska
I czujesz wonne zioła: lawendę i rutę.
Jakżeż się to te wszystkie polne kwiaty zwały?
Te drzewa, co wieczorem za oknem szumiały?
Gdzież się owe podziały zapomniane krzewy,
Co się gięły i chwiały śród letniej ulewy?
To właśnie twoja ziemia, gdzieś chciał spocząć w końcu
Pod liśćmi zbutwiałymi, co pachną tak mocno.
Ktoś cię woła: «Poczekaj! Przetrwaj porę nocną,
A jutro ujrzysz Rynek i Wawel we słońcu!»
Ileż to razyś patrzał gdy, zdało się, płoną
Dachy łuną zachodu zalane czerwoną,
I wtedy z Panny Marii, spod złotej korony
Dźwięk zrazu przyciszony starego hejnału,
Coraz czystszy, pełniejszy szedł na wszystkie strony,
A ty, milcząc, słuchałeś, jak ginął pomału.
Jak cicho! Nikt nie przejdzie przez puste krużganki
I żadna się nie bieli koronkowa kreza,
Ani żadna Infantka w stroju Velázqueza
Nie zjawi się na starych murach Salamanki.
I tylko powiew nocy, co cicho się zbliża,
Zaledwo pożegnane przypomniał platany,
I patrzysz na plac pusty, księżycem oblany,
Tym samym, który płynie po niebie Paryża.
Co teraz śni to niebo, co marzą te mury?
Kto idzie pośród parku aleją uśpioną?
I jakie teraz burze wstrząsają twe łono,
O miasto, któreś było jak siła natury?
Znów wraca zapach wiosny i siła twych czarów,
Jak kiedyś, moje serce na nowo odmienia.
Zrzuć z głowy swojej popiół spalonych sztandarów.
Czy słyszysz tę muzykę? I moje westchnienia?
Pójdź ze mną w świat prawdziwy, na zawsze umarły,
Patrz, kwiaty z drzew otrząsa wiosenna ulewa,
Małego się hotelu drzwi nagle otwarły,
A z okna naprzeciwko walc stary rozbrzmiewa.
Niech tylko cień ten w oknie zamglony popieszczę,
Co teraz ponad lampą gasnącą się słania:
«Nie dałaś mi na jutro godziny spotkania,
Czy będziesz o mnie myśleć? Spotkamy się jeszcze?»
I nagle dzwon jak w studnię o ciszę uderzył
I tylko palma cicho szeleści jak pióro.
O! weź mnie w swe ramiona, milcząca naturo,
Ażebym znów pokochał i znowu uwierzył!"
-> "Wieczór w Salamance". Trzeba przetrwać noc?

"Jakbyś nagle sypnął mąką
Dziurę robiąc w wielkim worku,
Tyle śniegu napadało
Dzisiaj wieczór w Nowym Jorku.

Mróz nie daje ci odetchnąć,
Biegniesz szybko i trzesz uszy,
I w tej chwili pomyślałem:
«To Warszawa i śnieg prószy».

Przystanąłem przy drapaczu,
Skąd melodia jakaś płynie.
To ślizgawka! I muzyka
Jak w Szwajcarskiej gra Dolinie.

Cóż, że pięter masz pięćdziesiąt
Obok, z przodu, z każdej strony?
Ja tam patrzę tylko w górę
Na strop nieba roziskrzony!

I od razu się Rockefeller,
Empire Building jak w mgle chowa.
Tylko został śnieg i gwiazdy
I noc wielka, granatowa.

I za chwilę ci się zdaje,
Że znajome światło zerka,
Widzisz domy trzypiętrowe
I muzyka gra sztajerka.

Wszystko wraca w jednej chwili:
Piec kaflowy, domy w Rynku,
Łukasz, woźny mego ojca,
I głos drogi: «Śpij już, synku».

Słyszysz zegar na ratuszu
I zza murów się wylania
Szewc, przekupka, stary wiarus
Z dawnych książek do czytania.

Świeci drzewko, chłopcy z szopką,
A nad nimi gwiazda złota,
Wszystko dawne, śmieszne, rzewne,
Jak naiwny wiersz Or-Ota!

Jeszcze chwila, a, przysiągłbyś,
Na Starówce, na placyku,
Jego ujrzysz i zawołasz:
«Czołem, panie pułkowniku!»

On zaś, robiąc styl marsowy,
Jakby jechał na armacie,
Będzie wołał, salutując:
«Jak różyczka wyglądacie!»

O! ty cieniu z dobrych czasów,
Nie jest rzecz to bez znaczenia,
Żem w dalekim, gęstym mroku
Właśnie twego szukał cienia.

I choć szumne umiem słowa,
Znam poezji wielkiej dymy,
Gdy dziś piszę o Warszawie,
Naśladuję twoje rymy.

W nich to bowiem, w tej piosence,
Która uśmiech rzewny budzi,
Jest zaklęty duch Warszawy,
O! poeto prostych ludzi!

Tyś ich poznał: takich samych,
Kiedy na śmierć pewną biegą,
Kiedy idą do ataku
I «wstępują na jednego».

Zakochanych (choć nie wiedzą)
W swych ulicach, Wiśle lśniącej,
Co, gdy trzeba, za swe miasto
Umierają śpiewający.

I dlatego od tych murów,
Przed którymi Polska klęka,
Nie żałobna pieśń dziś płynie,
Tylko zrywa się piosenka.

Z murów Zamku się podniosła,
Poprzez które śnieg dziś wieje,
Z ruin nędzy i męczeństwa
Niesie wiarę i nadzieję.

Woła do nas: «Wszystko minie,
To są tylko próby Boże,
Szewców z Piwnej i bab z Rynku,
Gazeciarzy nic nie zmoże!»

A pan Artur gdzieś z zaświatów,
Wznosząc teraz w górę szklankę,
Woła do nas: «Już niedługo!
Wszyscy chórem 'Warszawiankę'!»"
-> "Naśladowanie Or-Ota". Pełen uroku wojenny wiersz.

"Cóż to przyszło ci do głowy?
Cały Łowicz kolorowy,
Białe włosy małych dzieci
I jabłoni biały pąk,
Raźny powiew z tamtej strony,
Baby niosą feretrony.
Cóż to w oczach twoich świeci?
Książka leci z drżących rąk.

Nie gardenie ani lilie,
Nie Italie, nie Brazylie,
Tylko jaskry, tylko mlecze
Wśród zielonych trawy smug.
Chcemy, chcemy, utrudzeni,
Tamtych kwiatów i zieleni
I tej drogi, co się wlecze
Pod ubogi, stary próg!

Jak patrzało kiedyś dziecko
Na wieś biedną, mazowiecką,
Na zorane kartofliska,
Na wiślany biały piach,
Tak i dzisiaj - jak daleki! -
Spod znużonej mej powieki
Widzę ciebie, widzę z bliska
W każdej myśli, wszystkich snach."
-> "Wiersz mazowiecki". Uroda okolicy.

"Czytelniku wybredny, który śnisz o Troi
I chciałbyś widzieć wszystko na miarę Homera!
Ślepy człowiek w Warszawie na ulicy stoi
I śpiewa 'Warszawiankę', i grosz w czapkę zbiera.

Cóż tobie po Hekubie? Ilion dawno minął.
Spójrz na tego staruszka, który stanął w bramie.
Podaj dłoń mu i powiedz: «O, dobry Pryjamie,
Znałem syna twojego, co we Wrześniu zginął».

Lecz wtedy w jego oku nie błyski rozpaczy,
Ale ujrzysz nadzieję i szepnie po chwili:
«Na końcu będzie wszystko wyglądać inaczej.
Ja dawno już mówiłem: Kassandra się myli»."
-> "Iliada". Jak będzie wyglądać?

"Ileż razy tak samo wychodziłeś w pole,
Wdychałeś mocny zapach z już wygrzanej błoni!
Ten wiatr, to przecież dawne, znane ci Eole,
Ten sam, co i przed laty, daleki Favoni!

Tak samo bije para znad wilgotnej uzdy
I szumią stare klony nad kamienną bramą,
Wielkie ptaki jesienne skaczą poprzez bruzdy,
A przecież nic w tej chwili już nie jest to samo.

I wiedz, że kiedy wrócisz w te jedyne strony,
By tamte ujrzeć liście jak wiatr je porywa,
Tak samo będziesz chodził jak tu zamyślony
I słuchał tej jesieni, co już jest prawdziwa.

Co kiedyś twe spojrzenie muskało przelotnie,
Tym dzisiaj się napieścić nie może twe oko,
Te same mógłbyś kwiaty oglądać stokrotnie
I zieleń, co wciąż bardziej zda ci się głęboką.

Z odmętu niepamięci jakiś powiew żenie
Dźwięk słów na pozór błahych jak pożółkłe wstążki,
Których teraz dopiero rozumiesz znaczenie,
Jak za wcześnie czytanej bardzo mądrej książki.

Więc patrząc na zniszczenie, co święci swe dzieło,
Na drzewa już bez liści i na chmury czarne,
«Wszystko - mówisz - com kochał, jak wichry minęło,
Lecz przecież nic w mym sercu nie poszło na marne».

Wokoło tylko trwogi i troski tak liczne,
Ale ty się nie buntuj przeciw przeznaczeniu:
Spokojnie pisz do końca swe wiersze klasyczne,
Które wtedy są dobre, gdy cierpisz w milczeniu."
-> "Jabłka i astry". Perfekcjonista. Rozumiem...

"Padł granat i rozburzył ten stary kantorek,
Przy którym płakał Gustaw po stracie kochanki,
Spłonął w Września płomieniach kolumnowy dworek,
Ten z czarnym fortepianem dworek z 'Warszawianki'.

Ciche domy dzieciństwa, gdzie się błogo śniło,
Książki niegdyś czytane z płomieniem na twarzy,
Wszystko, wszystko, co nasze, do kości z cmentarzy,
Wydane na zagładę lub w proch się zmieniło.

I tylko tak jak zawsze, kiedy błyśnie dzionek,
Nad rolę we mgłach całą i nad stare drzewa,
Wysoko, aż do nieba wznosi się skowronek
I tę samą co zawsze piosnkę swoją śpiewa.

O! ptaszku, który śpiewasz w Żelazowej Woli!
Niech głos twój dzwoni ciągle nad wiosenną ciszą,
Nad każdym, który cierpi, nad wszystkim, co boli -
Szczęśliwi, ach, szczęśliwi, którzy ciebie słyszą!"
-> "Skowronek". Zaśpiewasz?

"Wszyscy święci z ołtarzy, z obrazów, z pomników,
Ze światłami nad głową i z ranami w boku,
Wszystkie święte o cudnym panieńskim uroku
Wychodzą na spotkanie naszych męczenników.

Wśród śpiewów gregoriańskich idą mleczną drogą
Anieli w złotych zbrojach z srebrnymi skrzydłami,
Pomagają iść rannym, co sami nie mogą,
I mówią do nich cicho: «Módlcie się za nami».

I oto wśród trąb grania pękają lazury,
I widać Matkę Boską przy Świętej Dziecinie,
A oni przystanęli, aby spojrzeć z góry,
Jak idzie polskie wojsko i jak Wisła płynie."
-> "Męczennicy". Polska w sercu.

"Nad obce wielkie miasto zmrok zapada obcy,
Stoję w oknie i patrzę, jak wolno śnieg prószy.
Ach! było to tak dawno, kiedy, mali chłopcy,
Biegliśmy przez Warszawę, rozcierając uszy!

Po tylu odtąd latach czyż jestem tak inny?
Gdy wszystko leży w gruzach, mnie zdaje się tylko,
Że znowu się otworzy nasz pokój dziecinny
I powiem: «Ja stąd przecież wyszedłem przed chwilką».

To przecież moja Matka szyje ręką drobną
I widzę pochylony cień Ojca na ścianie,
Co nocami odrabia robotę osobną,
Za którą dla nas wszystkich ma kupić ubranie."
-> "Mokotowska piętnaście". Migawka z dzieciństwa.

"O Ty, coś się na chwilę nie rozstawał z chwałą!
Pamiętam maj w Paryżu i wieczór upalny,
Gdy nie chciał nikt uwierzyć w to, co już się stało,
I kiedy szedłem płakać pod Łuk Triumfalny.

Jam odtąd nigdy Twego nie wzywał nazwiska,
Lecz jak Cię dziś nie wołać, gdy Wilno się pali
I milion znów bagnetów wśród dróg naszych błyska,
I słychać znów w Warszawie armaty Moskali.

Więc znowu idź przed nami, Ogromna Osobo,
I patrzaj w ciemną przyszłość przez swe oczy siwe,
A my znowu w nieszczęściu idziemy za Tobą,
Ażeby znowu czynić rzeczy niemożliwe."
-> "Do Wielkiej Osoby". Wiersz kierowany do Józefa Piłsudskiego. Prawie się spłakałam.

"Kiedy wszystko struchlało z obawy Moskali,
On na progu się sali jako kłoda wali
Z tą jedną myślą w głowie: «Ja wszystko ocalam»,
Rozdziera swoje szaty, krzycząc: «Nie pozwalam!»
Sto ramion niezlękłego uchwyciło męża,
I oszalał, i umarł. Lecz to on zwycięża.
Bo parę lat zaledwie - jest to chwila prawie -
I oto się nad pole chwieje piórko pawie,
Hurmem chłopi z kosami biegną polną steczką
I nakryli armaty krakowską czapeczką.
I oto wszyscy naraz wznieśli wolne głowy,
Spójrz! Oto idą boso, lecz przez gaj laurowy,
Dłoń twarda, co pług dotąd prowadziła w polu,
Niesie sztandar wolności do bram Kapitolu,
I idą, idą nasi, bijąc w tarabany
I myśląc o swej Basi, w kraju zapłakanej.
Samotnik, który wtedy oszalał z rozpaczy,
Nie ujrzy ich, to prawda, ale cóż to znaczy?
Bo on odżył i wpośród śnieżnych drzew szpaleru
To on wali bagnetem w wrota Belwederu
I w ciemną noc styczniową wolność widzi jaśnie.
Ten człowiek z brwią krzaczastą, to przecież on właśnie.
Dziś, kiedy na świat cały grzmią moskiewskie spiże,
Gdy niejedno poselstwo stopy w Moskwie liże,
A oklask dla przemocy brzmi na wszystkie strony -
Ten Rejtan znów podnosi nie łeb podgolony,
Lecz głowę wychynioną z dantejskiego piekła,
Z której, zda się, krew cała narodu wyciekła.
Bo on, co myślą swoją szedł przed naród przodem,
Teraz stał się już całym świadomym narodem
I gdy wszystko przemocy gotuje owację,
On woła: «Nie pozwalam!» I to on ma rację."
-> "Rejtan". Czyli mądrość i heroizm.

"Powróciwszy do domu do Sekwany strony,
Mickiewicz się rozebrał z splamionej czamary
I położył na łóżku. Nie był jeszcze stary,
Lecz bardzo wiele cierpiał i był już zmęczony.

I oto ledwo zasnął, a w tej samej chwili
Zobaczył starą ławkę nad srebrnym jeziorem
I w sukni, którą miała pamiętnym wieczorem,
W lekkiej woni akacji spłynął cień Maryli.

Jej wargi wyszeptały: «Nasza miłość - cmentarz,
Między nami jest morze rozlane ogromnie,
I za dnia tylko bitwy i wodzów pamiętasz,
Lecz kiedy zamkniesz oczy, zawsze myślisz o mnie»."
-> "Mickiewicz zmęczony". Ładnie :-)

"Przez te same doliny, tymże Tybru brzegiem
Znów idą jak przed laty ściśniętym szeregiem
I płynie ta, co tutaj kiedyś się zrodziła,
«Piosenka stara, wojsku polskiemu tak miła».

Jakąż drogę odbyłaś, aby raźnym chórem
Znów dźwięki Twe zabrzmiały pod włoskim lazurem,
By mógł Cię żołnierz tułacz na nowo zanucić,
Przez ileż przeszłaś granic, ażeby tu wrócić?

Od śniegów szłaś Sybiru do pomarańcz gaju
I teraz z żołnierzami powracasz do Kraju,
I żadna siła złego ni przemoc olbrzyma,
Stająca Ci na drodze - dojść Cię nie powstrzyma.

Nowe kości się kładą na tych, co już leżą,
Przesiąknięta krwią ziemia krwią nasiąka świeżą,
Ktoś upadł i do Kraju wyciąga swą rękę,
Lecz inni idą dalej, śpiewając piosenkę.

I kiedy trakt Cezara pod ich krokiem dudni,
Słyszą dzwonek na nieszpór i żuraw u studni,
I niosą dniem i nocą sztandary niezdarte,
I przejdą, przejdą Tyber i Wisłę, i Wartę."
-> "Marsz Drugiego Korpusu". W takt hymnu narodowego.

"Kobieta, której nie stać na kir i żałoby,
Lecz z której twarzy czytasz całą Mękę Pańską,
Jak senna w Wielki Piątek idzie Świętojańską
I dziecko wynędzniałe prowadzi na Groby.

I nagle zobaczyła: zamiast kwiatów - skała
I nie pachną hiacynty, nie widzi przybrania.
I wtedy ta kobieta kamienna zadrżała,
Że może po tej śmierci nie być zmartwychwstania.

Lecz oto dźwięk przecudny spłynął w ciszę głuchą
I z chóru lekko zstąpił anioł urodziwy,
I tej trupiej kobiecie powiedział na ucho:
«Im cud jest bardziej trudny, tym bardziej prawdziwy»."
-> "Wielki Piątek" ("przypisane Stanisławie Kuszelewskiej"). Ostatnia linijka to moje motto? :]

"Jeżeli z twoich ruin coś jeszcze zostało
W tym mieście, które całe jest ruiną nową,
Jeżeli groźną, chmurną ocieniony chwałą,
Stoisz jeszcze na wyspie w noc listopadową
I jeśli greckie bóstwa tych dni się nie zlękły,
Jeśli Niki w przestrachu nie złożyły skrzydeł
I Ares od podniebnych nie zadrżał straszydeł,
A Kora i Demeter przed wrogiem nie klękły,
To ja wiem, co się teraz gra na twojej scenie:
Widzę łunę i milion podniesionych dłoni
I słyszę chór, co woła przy Pallas Atenie:
«Przekleństwo tym, co Polsce odmówili broni!»"
-> "Teatr na Wyspie". Ileż rozpaczy!

"Żołnierz, który zostawił ślady swojej stopy
Na wszystkich niedostępnych drogach Europy,
Szedł naprzód, gdy nie mogli najbardziej zajadli
I wdzierał się na szczyty, z których inni spadli,
Zdobywszy wolność innym dłońmi skrwawionemi,
Dowiedział się nareszcie, że sam nie ma ziemi.
I wtedy ktoś rozumny, nie rozumny szałem,
Powiedział mu: «Od dawna wszystko to wiedziałem,
Wiedziałem, że nikt twoich ran ci nie odwdzięczy,
Bo niczym krew, co płynie, przy złocie, co brzęczy,
I nigdy nikt nie liczył leżących w mogile,
Bo czym jest duch anielskie przy szatańskiej sile?
Jak żal mi, że ci oczy nareszcie otwarto!
I powiedz sam mi teraz, czy to było warto».
A żołnierz milczał chwilę i ujrzał w tej chwili
Tych wszystkich, co wracali i co nie wrócili,
Tych wszystkich, którzy legli w cudzoziemskim grobie,
Co mówili: «Wrócimy», nie myśląc o sobie.
I widzi jakichś jeźdźców w tumanach kurzawy,
I słyszy dźwięk mazurka i tłumu wołanie.
Dąbrowski z ziemi włoskiej wraca do Warszawy.
«Czy warto?...» Odpowiedział: «Ach! śmieszne pytanie!»"
-> "Przypowieść". Czy to próba rozszyfrowania istoty polskiego przywiązania do kraju?

Z "Marmuru i róży":

"Dobra Parka raz jeszcze nawleka swą igłę
I jeszcze wciąż nie wierzysz, że w końcu nić przetnie.
Nic jeszcze nie chcę żegnać, lecz już widzę świetnie
To wszystko, co stracone i co niedościgłe.

Jedną mgłą więc zachodzą: miłość nie dzielona,
Mnie tylko znane winy, śmieszna złuda sławy.
I tylko złote słońce, co nade mną kona,
Żywszym blaskiem oświeca dach starej Warszawy.

Czuję, płynie przez okno zapach dawnych kwietni,
Widzę meble pluszowe, jedwabne poduszki,
A ja, z Stasiem Balińskim, obaj siedmioletni,
Śpiewamy w chórze dzieci piosenkę Moniuszki."
-> "Stara Warszawa". Żałuję, że znam tylko Warszawę nową.

"Gdy przyszli, by jak co dzień odebrać rozkazy,
Zaszli drogę im ludzie, co umarłych strzegą,
I rzekli: «Nie możemy wpuścić was do niego,
Bo ten człowiek umiera od strasznej zarazy».

Więc wtedy oni płakać zaczęli jak dzieci
I szeptali z przestrachem: «Przed nami noc ciemna!
Ten księżyc, który teraz nad Stambułem świeci,
Patrzcie, jaki jest inny niż ten nasz znad Niemna».

A on w tej samej chwili myślał: «Jak to blisko!
Słyszę pieśń, co śpiewano nad moją kołyską,
Widzę zioła i kwiaty nad Świtezi tonią
I jeszcze tylko chwila, a dotknę je dłonią»."
-> "Śmierć Mickiewicza". Zmiana perspektywy.

"Ach! nic się nie zmieniło. Wszystko jest tak samo,
Tak samo stoi Wawel wśród śnieżnej zamieci
I wieczorem tak samo nad Floriańską bramą
Na niebie granatowym srebrny księżyc świeci.

Ten sam, co tyle razy, powiew wiatru świeży
Nagle w Rynek powionął, wiosnę wróżąc rychłą.
Więc, pełna jeszcze wspomnień, każesz, by ucichło
Sercu, co ciągle kocha i w nic już nie wierzy.

Nie chcesz, by mógł je złudzić jakiś hejnał chmurny,
Jakiś z brązu bohater, owinięty w bluszcze,
Nie chcesz trąb słuchać hucznych ni widzieć koturny,
Pod którymi jak zawsze spieniona krew pluszcze.

I tylko czasem nocą trzeszczą stare graty
I jakieś wielkie płótno blask rzuca złotawy,
I widzisz: mały człowiek, Matejko garbaty,
Maluje 'Starzyńskiego na murach Warszawy'."
-> "Matejko" ("przypisane Niusi [Annie Jackowskiej]"). Brak zgody na nietrwałość.

"Chwalcie usta Pannę Marię!
Już więcej nie wierzę
Ani w działa, ni w husarię,
W zbroje ni w pancerze.

Za nic wszystkie mi potęgi,
Wojsk ogromnych chmura,
Za nic perły, złoto, wstęgi
I strusiowe pióra.

Padłem krzyżem, zapłakałem,
Złożyłem koronę
I pas słucki przewiązałem
Na żałobną stronę."
-> "Jan Kazimierz". Jasna Góra to miejsce szczególne.

"Droga Warszawo mojej młodości,
W której się dla mnie zamykał świat!
Chcę choć na chwilę ujrzeć w ciemności
Dobrej przeszłości
Popiół i kwiat.

Zanim mnie owa ciemność pochłonie,
Twoich ogrodów chcę poczuć woń.
Niechaj Twych ulic wiatr mnie owionie,
Połóż Twe dłonie
na moją skroń!

Jak kiedyś zapach bzowych gałązek
Wśród kropli rosy i słońca lśnień,
Tak inny z Tobą marzę dziś związek:
Starych Powązek
Głęboki cień.

Marzę, że Ty mi zamkniesz powieki,
Lecz choćbym z ciężkich nie wrócił prób,
Będę Ci wierny, wierny na wieki
Aż po daleki
Wygnańczy grób."
-> "Piosenka". Nadaje się na piosenkę.

"Czyż nie cud to, czyś jeszcze nie zdał sobie sprawy,
Że to Bóg ciebie wybrał, że on cię ocalił,
Żeś jak tylu nie zginął na murach Warszawy,
Nie rozszarpał cię granat i mur nie przywalił?

Żeś później nie utonął we krwi polskiej rzece,
Żeś nie szedł przez Europę o żebranym chlebie
I że cię ominęły Oświęcimia piece,
Choć tylu w nich zginęło? I lepszych od ciebie.

Żeś własnymi rękami dzieci swych nie chował,
Że ciała ci moskiewskie nie szarpały kleszcze?
Jak to? I za to wszystko Bogu-ś nie dziękował?
Jakże musisz weń wierzyć, że Go prosisz jeszcze!"
-> "Spowiedź wielkanocna". Zaskakujący wniosek!

"Ogród, z którego jesień wszystkie zdarła wdzięki,
Drzew wierzchołki strzaskane, bielejące kości,
Marmurowy Apollo bez głowy i ręki
I podarte sztandary szumiące w ciemności.

Miłość, która jak wicher przez dusze przewiała,
Łzy piła, jak zwierz była, co krew naszą chłeptał,
Wiarołomne przysięgi, któreś mi szeptała,
Zaklęcia, w którem wierzył i sam je podeptał.

A nad ową otchłanią, gdzie się razem stacza
Zło i dobro i w trupiej rozkłada się pleśni,
Głos się wznosi, co wszystko wskrzesza i przebacza:
«Ach! musi umrzeć w życiu, co ma powstać w pieśni»."
-> "Poezja". Rewelacyjna poezja.

"Kaczki ciągną, grążele kwitną na jeziorze,
Jakby wypisz, wymaluj Chełmońskiego płótno.
Pachnie łąka skoszona i myślę: «Mój Boże!
Jak dobrze jest mi tutaj i jak bardzo smutno!»

Jak w Polsce płyną skądciś swędy spalenizny,
Zając przemknął przez drogę, piesek obok człapie,
Wiem, czego mi potrzeba: tęsknię do ojczyzny,
Której nigdy nie było i nie ma na mapie."
-> "Chełmoński". Smutek :(

"Za oknami świt czerwony,
Jeszcze sennych szelest drzew,
Słońce wraca z drugiej strony,
Ptak zbudzony zaczął śpiew.

Ach! dzień dobry wam kasztany,
Wodo pełna srebrnych lśnień!
Jeszcze jeden darowany
Cudownego życia dzień!"
-> "Preludium". Podejrzanie pogodnie :>

"Wiatr wiosenny z ulicy porwał garstkę śmieci
I niesie strzępy gazet z otwartych lufcików.
Nad ściekiem, gdzie się z krzykiem bawią brudne dzieci,
Przystanął biedny wózek z pękami goździków.

Jak welon płynie za mną smuga lekkiej woni
I staje się znów żywe, co spało tajemnie.
Powracasz znów, umarła, i widzę w twej dłoni
Goździki, któreś wtedy dostała ode mnie.

W mym sercu jak w bursztynie na zawsze przetrwały,
Choć ziemią przywalone: twych włosów ozdobny
Kask złoty i kształt cudny twojej ręki białej,
I głos twój, do żadnego w świecie niepodobny."
-> "Alina". Jak w bursztynie =)

Z wierszy rozproszonych:

"Z sześćdziesiątego roku siwym weteranem,
Kiedy w świetle się lampy blask dzienny rozpłynie
I głośniej cyka zegar w nakryciu swem szklanem,
Rozmawiać lubię czasem o szarej godzinie.

Ma dla mnie jakiś urok rozkosznie leniwy
Poduszek białych sterta na łóżku w izdebce,
Kot szary cicho mruczy lub mleko wychłepce,
Figurki z porcelany gadają mi dziwy.

Otwieram przed nim kraje, do których sam przecie
Wędruję ledwo myślą, i plotę mu baśnie
O cudach, którem widział w podróżach po świecie,
O dziwnych wschodnich krajach, gdzie słońce nie gaśnie.

Przed starym weteranem niełatwo się wyda
To, co przed samym sobą ukryłbym z ochotą,
Że z bajek Benvenuta solniczkę mam złotą
I ledwo parę wierszy znam z wierszy Norwida.

Weteran mój powiada, że liczne brał rany,
Że w bitwie padł pod konia pokłuty lancami,
A wtenczas, jak mgłą, oczy zachodzą mu łzami;
Wiem, że w czasie tej bitwy spał w karczmie pijany.

I cieszę się, że jeśli w nim także się zbudzi
Nieufność dla tych cudów, co co dzień mu kłamię,
Pozwoli, bym mu łzy swe wypłakał na ramię,
A jutro znów w niezwykłych zabawim się ludzi.

Zasiądziem. Stół włóczkową przykryty serwetą,
Raz po raz cyka zegar w nakryciu swem szklanem.
I czujem się: staruszek - prawdziwym ułanem,
Ja, biedny, głupi kłamca - prawdziwym poetą."
-> "Rozmowa z weteranem". Nieraz potrzeba się tak nawzajem pooszukiwać dla poprawy samopoczucia.

"Wiedziałem, o Erynie, że kiedyś przyjdziecie,
Lecz myślałem, że takie jak wiedźmy w 'Makbecie',
Spodziewałem się gromów, wichrów dzikich świstu,
A tutaj nagle z kartki zapomnianej listu,
W kapeluszach z wstążkami, w rękach niosąc cynie,
Pod ogrodu drzewami stajecie, Erynie!
To mojego dzieciństwa jarzębiny krwiste
I te już nie noszone szale powłóczyste,
I owo romantyczne głowy pochylenie,
O którym nie ma mowy już nawet na scenie;
Z klonów liście się sypią, a wy w moją stronę
Idziecie, o Erynie, wołając: «Stracone!»
Stracone, choćby jeszcze dni przyszły łaskawsze,
Pogrzebane, stracone, stracone na zawsze.
Coraz bardziej zamglone, z coraz większej dali,
Wiem z korali jarzębin, z powłóczystych szali,
Z granej w dali gdzieś starej francuskiej muzyki,
Z gęsi lotu, co teraz podniosły krzyk dziki,
I (skąd one się wzięły?) z żurawi, co sznurem
Płyną teraz nad wami, gdy wołacie chórem:
«Stracone, więc nadzieję porzuć bezrozumną!»
I ruszacie powoli jak za moją trumną.
O! dobrze, żeście w kwiatach, żeście się przybrały,
Bo przecież tak niedawno, przykuty do skały,
O dwa palce od serca czułem sępa szpony!
Jeszcze widzę tę chwilę, gdy padłem zemdlony
Pod głazem, którym darmo wtoczyć chciał pod górę.
To przecież ledwo wczoraj na całą naturę
Padła groza mnie strasznej przypisanej zbrodni
I idąc wpośród blasku płonących pochodni,
Przez puste oczodoły widziałem noc ciemną,
I tylko Antygona jedna była ze mną.
I wszystko to, pomyślcie, w pysznych kolumn cieniu,
Wszystko na oczach ludzi, lecz wszystko w milczeniu.
Choć wszystkie razem brzękły gitary Grenady,
Ja jeden w czarnym płaszczu przechodziłem blady
I wśród masek tańczących szedłem w gaj oliwny,
Słysząc tylko za sobą: «Co za człowiek dziwny!»
Patrząc w lustro na twarz swą, zrytą wieczną troską,
Ten człowiek mówił sobie: «Milcz, na miłość boską,
Dociskaj tej przyłbicy, którąś wdział dla świata
I trzymaj mocno konia, o Gattamelata,
A tylko czasem nocą, gdy wszystko śpi wokół,
Mów o sobie tym wichrom, co biją w twój cokół!»
Piasek skrzypi i grabarz idzie między pinie,
Ale kto tyle milczał, co ja, o Erynie,
Tego żadne milczenie więcej już nie straszy,
A zresztą widzę z szalów, nawet z twarzy waszej,
Z uśmiechu, z ukwieconych waszych kapeluszy,
Że jeśli teraz pochód z mego domu ruszy
I złoży pod cyprysem ciężką starą skrzynię,
Będzie ona tam leżeć przez dwa dni jedynie."
-> "Erynie". Los Lechonia okropnie mnie roztkliwia.

"W jarze światło zabłysło. W ogrodzie, w altanie
Ktoś skryty tęskną dumkę gra na teorbanie.
Pachną sady wiśniowe w stepu bujnym szumie.
Konia mego karego podaj mi, Kozacze!
Nikt tutaj mnie nie kochał, więc nikt niech nie płacze.
Nikt ze mną tu nie cierpiał, nikt mnie nie rozumie.

Pędź koniu! Zobaczymy, czy jest inne życie,
Czy bliżej jest do nieba na Mont Blancu szczycie?
Czy Ocean nieczuły jak Dniestr u nas płynie?
Czy można coś zapomnieć nocą na gondoli?
Czy zawsze się wspomina, wszędzie serce boli
I pusto, smutno, tęskno, jak na Ukrainie?"
-> "Malczewski". Outsider...

"Dziś we śnie mnie nawiedził anioł polskiej doli
I płakał, szumiąc w mroku skrzydłami srebrnemi,
Jak gdyby chciał powiedzieć: «Umierasz powoli,
Samotny, tak daleko od rodzinnej ziemi».

- «Daleko? Co ty mówisz? Mnie wszystkie zapachy
Ogrodów i pól naszych co dzień niosą wiatry,
We mnie, we mnie jest wszystko: mazowieckie piachy
I jeziora litewskie, i Wisła, i Tatry!»"
-> "Rozmowa z aniołem". Serio, zastanawiam się, jak można nie doceniać całokształtu twórczości Lechonia...

"Przed domem uschły biały bez,
Ulica szarą zaszła mgłą.
Smutek bez sensu i bez łez.
... You know, you know...

Lokomotywy nocą gwizd
Gdy się w tej mgle powoli szło.
I szary dzień, i smutny list.
... You know, you know...

Potem pod ziemią węgiel wierć
I sennie w barze patrz we szkło.
Co dzień to samo. I już śmierć.
... You know, you know..."
-> "'Bzy w Pensylwanii'". Co dzień to samo, smutek bez sensu i bez łez.

"Dawno zmarli mych marzeń wierni towarzysze:
Poeci romantyczni, zapatrzeni w ciemnie,
Egerie w czarnych lokach - teraz nocą, słyszę,
Bez zbytecznych pożegnań odchodzą ode mnie.

Już wczoraj mnie opuścił Wajdelota stary,
Ostatnim dyliżansem odjechał Fantazy,
Na dziedzińcu ułani zwijają sztandary,
Książę Józef już wydał odmarszu rozkazy.

Księżycowa poezji niech was noc pochłania!
Za wszystko wam dziękuję, lecz na nic tu płacze,
Choć z nową mą Marylą nie będzie spotkania,
Bo teraz kocham przyszłość, której nie zobaczę."
-> "Ostatnia miłość". Kocham przyszłość - której nie zobaczę.

"Mówią mi: «Nic nie wskrzesi czasu, co przeżyty,
Wkrótce o nim i pamięć wśród młodych się zatrze.
Zabieraj sobie swoje stare rekwizyty,
Bo nową będą grali sztukę na teatrze».

Cóż robić? Trzeba upić ambrozji się flachą,
Co jeszcze mi została z młodzieńczych bankietów.
Wychodzę z różą w ręku, z księżycem pod pachą,
A resztę pozostawiam dla nowych poetów."
-> "Poeta niemodny". Nie zaprzeczę, niemodny. Jak Cię, Leszku, spopularyzować?

"I oto wszystko milknie, rozchodzą się mroki.
Słyszę chrupki chrzęst śniegu, lekki powiew wiatru
I na małej uliczce znajome mi kroki.
Ach! To ja znowu wracam do mego teatru.

Ten sam poznaję księżyc z Świętokrzyskiej wieży,
Jeszcze zakręt, już teatr i światło się pali.
Przyciskam mocno serce, co szczęściu nie wierzy.
To Warszawa! Warszawa. I nie ma Moskali.

Więc budzę się jak ze snu: «Gdzie ja dotąd byłam?»
Starej woźnej drżą usta, z oczu płynie łezka,
Więc chwytam ją w ramiona: «Widzicie! Wróciłam».
A ona: «Rany Boskie! Pani Modzelewska»."
-> Bez tytułu (z grupy wierszy późno odnalezionych - ciekawe, czy Maria Modzelewska, polska aktorka okresu międzywojennego, miała okazję o sobie przeczytać/usłyszeć?).

Z juweniliów:

"Czemu przez życie iść tak źle?
Czemu tak smutno w duszy?
Czemu nam burze niebo śle
I echa wiosny głuszy?

Czemu pogrążon stoi w mgłach
Niepewnych losów świat?
Czemu przedmioty marzeń w snach
Dzień bezlitosny skradł?

Czemu nam więdnie kwiatów pęk
I zima ziemię mrozi?
Czemu bezkresny bólu jęk
Przyszłości zemstą grozi?

Czemu niepokój panem nam
I królem serca bicia?
------------
Jak odpowiedzieć, nie wiem sam
I próżno pytam życia."
-> "Bez odpowiedzi". Nie każdy młodociany wierszopis staje się literatem, ale w tym przypadku nie mogło być inaczej.

"Choć z drzew już opadł żółty liść,
Choć smutny stoi sad,
Pytamy się: a może iść
Z pochodnią w wielki świat?

Echem pogrzebu ziemia drży,
Wiatr liście z jękiem strąca,
A tam się dziwne roją sny,
Fanfara dziwnie brzmiąca.

Dawno już zimny wyje wiatr,
Śnieg pada nieprzerwanie,
A nas dochodzą echa z Tatr,
Dochodzi dziwne granie.

Choć z drzew opada żółty liść,
I wicher dmie o świcie,
Trzeba z żywymi naprzód iść,
Po nowe sięgać życie!"
-> "Po nowe życie". Z żywymi, nie z trupami...

"W zaoraną ziemię czarną
Rzuca rolnik swoje ziarno,
Aby kiedy dzień zaświta
Zebrał plony w snopach żyta.

Nad zoraną ziemią czarną
Suną kruki chmurą gwarną,
Skrzydły swymi ciemność budzą,
W sercu siewcy zapał studzą.

Nad zoraną ziemią czarną
Już plonuje żytem ziarno,
Czarne kruki wciąż się garną
Swą gromadą czarną, gwarną.

Hej, siewaczu, pracuj dalej,
Bo się świt przyszłości pali,
Choć się kruki zewsząd garną
Swą gromadą czarną, gwarną."
-> "Siew". Przeczucie niebezpieczeństwa od młodości...

"Na postumencie z jasnego granitu
Kamienny posąg stał Napoleona,
Z posępną twarzą stał u skały szczytu
I patrzał dumnie na wojsko, co kona.

O Ty, którego piorunne rozkazy
Od piasków wiodły do śniegu kobierca,
O Ty, coś nie miał dla nikogo serca
I ciągle pchany krwawą żądzą sławy
Z poświęceń tyle uczynił zabawy!

Czy myślisz może, że nie znamy Ciebie,
że Twojej pychy szatańskiej nie znamy?
Dwakroć zhańbiony! My Ciebie kochamy!
Nie za to, żeś był od stali promienny,
Boś w sercu zimny, posępny, kamienny,
Lecz za to, żeś nam dał iskrę nadziei
I żeś pozwolił umrzeć dla idei."
-> "Do Napoleona". Umrzeć dla idei? A brońże! Więc dyskutowałabym... No ale Polaków stosunek do Napoleona zawsze był wyjątkowy.

"Po różnych ścieżkach i drożynach chodzę,
Nie wiedząc jeszcze, w którą iść mam stronę.
Chwasty na mojej bujnie rosną drodze,
Kamienie na niej leżą rozrzucone.

Nie wiem, gdzie moje powiodą mnie drogi,
Nie wiem, czy jutro na wschodzie zapłonie,
Mijam ostrożnie kamienie i głogi
I ku nieznanej posuwam się stronie,

Iść ciągle muszę. Zawracać dziś trudno,
Choć przyjdzie zginąć jak przede mną wielu,
Więc idę z wolna moją drogą żmudną,
Do nieznanego podążam wciąż celu."
-> "Po różnych ścieżkach". Widać talent!

"Jeśli nie wrócę z tej długiej podróży,
Której na imię - szare, zwykłe życie,
Gdzieś pośród pola, pośród łanów żyta
Skorupę ziemską moją położycie.

Zerwijcie z pola maków krwawe pęki,
Do trumny złote połóżcie mi zboże,
Chabrów mi bukiet wciśnijcie do ręki,
Wesół, spokojny do grobu się złożę.

Niech trumna będzie prosta, zwykła, biała,
Huczną kapelę ze wsi zaprosicie,
Niechby mi długo, a wesoło grała,
Na nowe, lepsze prowadząc mnie życie.

Grób mój polnymi zasiejcie kwiatami,
Niech mówią wonią, poszumy swojemi,
Że słońce świeci nade mną, nad wami,
Że szczęście, radość panuje na ziemi."
-> "Jeśli nie wrócę...". Biała trumna, polne kwiaty, maki, chabry i zboże - dla mnie recepta na sukces ;-)

"Śpiewaj nam długie lata, poeto natchniony,
Śpiewaj nam o potędze woli, czynu, ducha.
Ci, którzy noszą sztuki na skroniach korony
Silnymi być powinni, bo naród ich słucha.

Nie wolno w serca ludu lać jadu boleści,
Nie wolno mu o śmierci powiadać za życia,
Trza mu wielkie, potężne gadać opowieści,
Trza statek jego ducha chronić od rozbicia.

Trzeba naród wykąpać w pięknie własnej duszy,
Trzeba światło mu jasne zapalić na wschodzie,
Trzeba mówić, że gmach się zła, podłości kruszy,
Trzeba głośno zawołać: «Zwyciężaj, narodzie!»

Za to, żeś jest poetą woli, siły, czynu,
Że o jutrze promiennym śród życia śnisz mroków,
Naród Ci zasłużony da wieniec wawrzynu
I w rzędzie narodowych postawi proroków."
-> "Do Leopolda Staffa". Pomyśleć, że Staff przeżył Lechonia... (Uwielbiam jednego i drugiego.)

Z wierszy okolicznościowych:

"Oto zeszliśmy się, Boyu, i sprosili zacnych gości,
Czcić twe życie, pełne pracy zarówno jak i sprośności.
«Czasu» ząb cię nie nadkruszył, co tylu w starość pogrąża,
Za wciąż nową twą perwersją ledwie stary Freud nadąża
I cierpliwością a pracą doszedłeś do tych wyników,
Że nie panny tobą straszą, lecz za to małych chłopczyków.
Siedzisz sobie pogrążony w książkach jak mnich w starych bullach
I za nic ci Sejm i Senat, ministrowie, Amanullah.
Chamberlain się chwieje, Stalin grzmi, Blum padł, Wschód płonie,
A Ty wciąż coś pani Hańskiej majstrujesz przy jej robronie.
Jakiż to jest ten eliksir, co ci natura użycza,
Żeś wcale nie odmieniony - nie jak 'Faust' Zegadłowicza
I z młodości towarzyszów prawie jeden tkwisz w jej błędach,
A tylu skończyli smutnie - na bardzo ważnych urzędach.
Zapomnianych u George Sand Musseta kto szuka spinek?
Kto panny Lespinasse słucha, smutnie wpatrzony w kominek?
I pani La Fayette komu powierza swoje sekreta?
I komu prócz ciebie w Polsce zaufać może kobieta?
Na pierś męską chyląc głowę, gdy o miłość wzrokiem prosi,
Czytajcie, jak Goetel ją rzuca i jak ją Kaden tarmosi,
Berent na nią ledwie spojrzy, darmo by chciała Tuwima.
Ty jeden znasz owe 'Słówka', bez których miłości nie ma.
Choćżeś bity w Kartezjuszu, Pascala świadom mozołów,
Ninon wolisz od Dąbrówki, pederastów od sokołów
I darmo by się Calonder od ciebie gromów spodziewał.
Jakże mógłbyś bronić 'Roty', kiedyś jej nigdy nie śpiewał!
Na świecie tyle mądrości śród doktorów i śród jogów,
Jezuitów, bolszewików i beskidzkich powsinogów.
Czemu więc nie chcesz znać innej nad mądrość prostej piosenki
I długiego pocałunku, uśmiechu, machnięcia ręki?
Możeś się ty i zaprzedał panu piekielnych czeluści,
Lecz choćbyś chciał do nabożnych - już cię Grzymała nie wpuści,
Boś jest jak masoństwo, Einstein i jako reformy rolne!
Więc ci zostają poeci. Poeci i panie swawolne."
-> "Do Boya". Do Boya to powinnam się bardziej przyłożyć :P

"Gdy angielskie i francuskie
Na cześć Twoją brzmią wiwaty,
Chciałbym dać Ci symbolicznie
Jakieś bardzo polskie kwiaty.

Ale gdzie by je tu miały
Nowojorskie złote cielce?
Więc zamykam me życzenie
W farmazońskiej tej butelce.

No i wołam po łacinie,
Jak to zwykle Polak czyni:
«Państwo młodzi! Vivant, crescant!
Oraz multiplicamini!»

I wtem łza mi w oku błyska,
I coś łamie się w człowieku,
Bo pamiętam Twego Ojca,
Gdy był prawie w Twoim wieku.

Kiedy nie był jubilatem,
Nie był mężem Twojej matki,
I nabierał na swe wiersze
Panny, wdowy i mężatki;

Gdy, skrywając mroki duszy
W franciszkańskim swym uśmiechu,
Wciąż cytując 'Pismo Święte',
Robił z życia 'Dzieje grzechu'

I wciąż myślał: jak to ukryć?
Czy ktoś nie wie co przypadkiem?
Ale po co to wspominać?
Gdy jest teściem, będzie dziadkiem.

Ja dziś, chociaż jeszcze czasem
Sypnę solą gdzieś attycką,
W gruncie rzeczy już się czuję
Starą Marią Konopnicką,

Co szacunkiem i uznaniem,
I wnukami otoczona,
Chciałaby przy dźwiękach 'Roty'
Cały naród wziąć do łona.

Więc w jej duchu i w imieniu
Tych, co z Józiem byli młodzi,
W imię Lwowa i Warszawy,
I Haliny miasta - Łodzi;

W imię tych, co może kiedyś
Doczekają się pomników,
I posłańców, gazeciarzy,
I zwyczajnych lwowskich łyków,

Życząc, aby dobre gwiazdy
Raz na zawsze Ci zabłysły,
Do szampana leję z łezką
Małą kroplę szarej Wisły."
-> ["Toast weselny dla Elżbiety z Wittlinów Liptonowej"] (czy "Do Elżbiety Wittlinówny z okazji jej ślubu"). Oryginalnie ;)

A oto fragmenty dramatyczne...

Z "Kwiatu pomarańczy":

"KSIĄDZ
(...) Oskarża mnie pani o to, że uciekam od życia. Nieprawdaż?
PANNA
No tak. A w każdym razie mniej więcej: tak.
KSIĄDZ
Przysługuje mi prawo obrony. Chcę z niego skorzystać, ale najpierw muszę wysłuchać aktu oskarżenia. Jeżeli, naturalnie, nie opiera się ono tylko i po prostu na antypatii."
-> Oskarżają mnie o uciekanie od życia...

"PANNA
(...) Jutro już będę mężatką.
KSIĄDZ
Osiągnie pani w ten sposób cel swoich pragnień. I przekona się pani, jak z bliska wygląda bogate, bujne i szalone życie. Wtedy będziemy rozmawiali o kolorach.
PANNA
Tylko że ksiądz będzie ciągle mówił, jak ślepy o kolorach.
KSIĄDZ
Dowcip bardzo dobry. Tylko jako dowcip. Jeżeli to ma być aforyzm, brak mu życiowej głębi.
PANNA
Ksiądz się znowu robi tajemniczy, a ja tego nie znoszę. To jest jeden z moich pierwszych kaprysów, tych, którym ksiądz ulega.
KSIĄDZ
No, więc dobrze. Ale zapowiadam pani, że ulegnę po raz ostatni.
PANNA
Od jutra to już będę miała specjalistę od moich kaprysów. Więc tylko ta noc do nas należy.
KSIĄDZ
Powiedziała to pani tak romantycznie, że ulegam z najwyższą rozkoszą.
PANNA
A teraz ja księdza przestrzegę. Proszę nie flirtować.
KSIĄDZ
Dziękuję pani bardzo. Będziemy się w takim razie przestrzegali nawzajem. Albo lepiej powstrzymujmy się sami.
PANNA
Nareszcie mam! Pierwszy punkt w moim akcie oskarżenia - to było typowe dla księdza. Powstrzymujmy się, hamujmy, zagłuszajmy. To nie jest życie.
KSIĄDZ
Myli się pani. To jest życie. Tylko życie, którym my rządzimy, kierowane przez naszą wolę, świadomie prowadzone do naszych celów. To jest nie tylko życie, ale i siła.
PANNA
E, proszę księdza. Te nasze cele to jest literatura. Nasze cele nie leżą nigdy dalej, niż sięga czubek naszego nosa. Właśnie życie jest naszym celem.
KSIĄDZ
Pod tym względem mogłaby pani zostawić ludziom indywidualny wybór. Jeżeli już nie chce zgodzić się ze mną.
PANNA
Ja wcale nie mówię, że nie chcę zgodzić się z księdzem. Ale po prostu nie mogę. Nie zostawiono nam pod tym względem indywidualnego wyboru. Wie ksiądz dobrze, o czym myślę."
-> Dobre porównanie: jak ślepy o kolorach. Bo to nie jest życie...

Z "Godziny przestrogi":

"Ja także chcę przecie,
By u nas było wszystko jak wszędzie na świecie,
By chmur się romantycznych rozpękła kopuła
I Polska swe tragiczne koturny rozzuła,
I kiedy będzie naszej poezji zdrój szumiał,
Ażeby go nie tylko sam Polak rozumiał."
-> "Dziadów część piąta". Właściwie to chcę czy nie chcę?

"Mówiąc między nami,
Francja co ma najlepsze dziś do nas przysłała,
Ale cóż! nam tak pycha rozum pomieszała,
Że na wszystkich wokoło zadzieramy głowę
I nic nie jest nam dobre, co nie jest krajowe."
-> Hmm.

"CZWARTY Z TŁUMU
(...)
Nigdym, naprawdę nigdy nie był mniej w żałobie
Niż w tej chwili, gdy dzwony w całej Polsce biją.
To wielka, prosta prawda, że umarli żyją.
PIĄTY Z TŁUMU
Oby się tak tym razem i na zawsze stało.
Widzę przecież jak wszyscy, że to martwe ciało
Jest, jaką żywy nie był, obdarzone władzą,
Lecz gdy już je piwnicom wawelskim oddadzą,
Gdy łzy oschną i przebrzmią wiersze obchodowe,
O serca się nie boję, lecz czy widzisz głowę
W której by myśl się owa potężna zamknęła?
Bo choć wszyscy mówimy, że te wielkie dzieła
Płynęły z Jego serca, co dla Polski biło,
Wszystko by to już dawno smutno się skończyło,
Gdyby nie kazał sercu zamilknąć i krwawić.
Ja się lękam, że będziem Jego błogosławić,
Czcić, odchodzić i robić po dawnemu swoje.
Trudno! To są już takie wieczne niepokoje
Tego, co nasze dzieje dokładnie pamięta."
-> Scena z pogrzebu Piłsudskiego... W istocie szkoda, że ten dramat powstał tylko w kawałkach.

"Uwierz wreszcie w Polaków! To są duchy wolne,
Co nie zadrżą, gdzie inni ugną się stokrotnie.
To oni, bezimienni, ginęli samotnie,
Nie wiedząc, czy, gdy wolność powróci znów dumna -
W tej Polsce dla ich kości będzie jakaś trumna.
Niech tedy umęczony po trudach i wojnie
Ten, którego tu niosą, zasypia spokojnie,
I można nawet Jego nie wzywać imienia,
Bo on teraz w każdego Polaka się zmienia
I każdy Jego ducha w swoją duszę bierze.
Nie patrz teraz na wojsko. My wszyscy żołnierze."
-> Pierwodruk szedł we 'Wiadomościach Polskich' w 1941 roku...

"KAMIL
(...) nieraz myślę: diablo długa droga
I kręta, co nas teraz do Polski prowadzi.
STEFAN
I on nam takie rzeczy mówi w żywe oczy,
Ten szczęściarz, że podobnych szukać by ze świcą.
Mieszka chłop pod Zbąszyniem, pod samą granicą
I ledwo ją przejdziemy - on do domu skoczy!
KAMIL
To są takie marzenia! Czas nas z nich uleczy.
Więc choć ciężko nam tutaj, ciesz się z każdej chwili.
Bo możemy, wróciwszy, takie ujrzeć rzeczy,
Że będziemy żałować, żeśmy powrócili."
-> Teraz pierwodruk z 1945 r. Lechoń już wiedział...

"Najgorsze, że to wszystko nie jest po raz pierwszy.
Któż to był Napoleon, ten bóg polskich wierszy?
Inny Churchill, co przecież też się o nas stara.
Bardzo lubił Polaków, lecz nie tak jak cara."
-> Znów 1945. Znakomity cytat.

Pora na eseje...

O Stanisławie Auguście:

"Chce się jeśli nie przebaczyć, to zapomnieć jego błędów, nieomal jego zbrodni Stanisławowi Augustowi, gdy się pomyśli co on właśnie swym rozumem dla Polski uczynił, że we wszystkim niemal: w polityce, wojskowości, nauczaniu, handlu, przemyśle, nie mówiąc już o sztuce, o poezji, o malarstwie, budownictwie, i teatrze widać ślad jego myśli, dotknięcie jego ręki.
Ten król tak słaby, tak zniewieściały, którego niejeden wyobraża sobie trwoniącego czas na oderwanych rozmowach, na pięknoduchowem snobowaniu się wśród poetów, był to jeden z najczynniejszych, najbardziej świadomych celu, niezmordowanych, chciałoby się powiedzieć niemal najsilniejszej woli monarchów polskich, byłby naprawdę wielkim, gdyby owa lękliwość serca, o której słusznie mówi Rzewuski, że wszystkim cnotom wartość odbiera nie niszczyła wszystkiego, co zbudowała wspaniała inteligencja Stanisława Augusta."
-> I, jeśli się nie mylę, powtarza Lechoń za Rzewuskim, iż "(...) całkowity zawód tego króla był zagadką nietrudną do rozwiązania: on był lękliwego serca. Odwaga może przeważyć niedostatek wielu cnót, ale wszystkie cnoty razem połączone nie są zdolne zastąpić niedostatku odwagi".

O Mickiewiczu i Słowackim:

"Nikt, nawet Mickiewicz nie zrobił tyle co Słowacki dla rozwoju polskiej poezji. Mickiewicz był genjuszem, najprostsze słowa tak przenikał sobą, że stawały się wielką sztuką, ale jego techniką poetycką był on sam, sekret jego poszedł z nim do grobu. Słowacki był nietylko poetą, ale i literatem, pracował nad językiem, świadomie dobierał słów, pieścił się mową klasyków (...).
Kto chciał się popisać polskim wierszem, musiał go świadomie albo nieświadomie naśladować (...)."
-> (To też ciekawe: "Słabość Kordjana jest oczywiście takiem samem uproszczeniem, jak słabość Hamleta. Kordjan, który nie spełnił czynu, to zarazem jedyny człowiek, który chciał spełnić czyn, to pierwszy powstaniec Polski.")

O Wyspiańskim:

"(...) w olśniewającym dialektyką dramacie swoim 'Wyzwolenie' powstał przeciw Mickiewiczowi, obwiniając go, że uśpił swą poezją Naród, że odebrał mu wolę czynu, że wizją Polski - Chrystusa Narodów - przesłonił Polakom istotny cel ich: państwo takie jak wszystkie inne."
-> Wyspiańskiego to ja bym chyba musiała nadrobić...

Na ostatek - przekład:

"Ten za szczęściem goni, inny pragnie sławy,
Tamten śni zaszczyty i zwycięskie bitwy,
Tego nęcą bale, maski i zabawy,
Tego rozmyślania, cisza i modlitwy.

Ja zaś? Jak marzenia, które się prześniły,
Przeszłość, co już niczym mnie nie może złudzić,
Wszystkie skarby świata oddam, o mój miły,
Byle na twej piersi rankiem się obudzić."
-> Z Mirry Łochwickiej.

Zanotowałam jeszcze słowa Tadeusza Nowakowskiego - nie wiedziałam, w którym miejscu wstawić:
"Jeżeli ktoś w takich razach zrobił uwagę: «Mówisz że czujesz się źle a bawisz się znakomicie», odpowiadał: «Może, ale prywatnie jestem bardzo nieszczęśliwy»."

(Zupełnie na marginesie: plącze mi się jeszcze w notatkach Kafka - ale któż o nim mówi? - "zwierzał się (...): «Gdyby nie było tych straszliwych nocy bezsennych, nie pisałbym w ogóle».")

Pamięci Jana Lechonia (< praca zbiorowa / wielu autorów >)
Na złotym polu (Lechoń Jan (właśc. Serafinowicz Leszek))
Po różnych ścieżkach (Lechoń Jan (właśc. Serafinowicz Leszek))
Karmazynowy poemat (Lechoń Jan (właśc. Serafinowicz Leszek))
Srebrne i czarne (Lechoń Jan (właśc. Serafinowicz Leszek))
Lutnia po Bekwarku (Lechoń Jan (właśc. Serafinowicz Leszek))
Aria z kurantem (Lechoń Jan (właśc. Serafinowicz Leszek))
Poezje zebrane 1916-1953 (Lechoń Jan (właśc. Serafinowicz Leszek))
Poezje zebrane (Lechoń Jan (właśc. Serafinowicz Leszek))
Jan Lechoń (Lechoń Jan (właśc. Serafinowicz Leszek))
Jan Lechoń: Antologia (Lechoń Jan (właśc. Serafinowicz Leszek))
Poezje wybrane (Lechoń Jan (właśc. Serafinowicz Leszek))
Poezje wybrane (II) (Lechoń Jan (właśc. Serafinowicz Leszek))
Poezje [PIW, Biblioteka Klasyki Polskiej i Obcej] (Lechoń Jan (właśc. Serafinowicz Leszek))
Poezje [PIW, Biblioteka Poetów] (Lechoń Jan (właśc. Serafinowicz Leszek))
Poezje [Czytelnik, 1957] (Lechoń Jan (właśc. Serafinowicz Leszek))
Poezje [Czytelnik, 1979] (Lechoń Jan (właśc. Serafinowicz Leszek))
Poezje [Wydawnictwo Lubelskie] (Lechoń Jan (właśc. Serafinowicz Leszek))
Poezje [Ossolineum] (Lechoń Jan (właśc. Serafinowicz Leszek))
Poezje [Łuk] (Lechoń Jan (właśc. Serafinowicz Leszek))
Poezje [Ad Oculos] (Lechoń Jan (właśc. Serafinowicz Leszek))
Poezje [C&T] (Lechoń Jan (właśc. Serafinowicz Leszek))
Liryki (Lechoń Jan (właśc. Serafinowicz Leszek))
Liryki najpiękniejsze (Lechoń Jan (właśc. Serafinowicz Leszek))
Bajka o miłości (Lechoń Jan (właśc. Serafinowicz Leszek))
Historia o jednym chłopczyku i o jednym lotniku (Lechoń Jan (właśc. Serafinowicz Leszek))
Pieśń o Stefanie Starzyńskim (Lechoń Jan (właśc. Serafinowicz Leszek))
Anioł polskiej doli (Lechoń Jan (właśc. Serafinowicz Leszek))
W mym sercu jak w bursztynie (Lechoń Jan (właśc. Serafinowicz Leszek))
Popiół i kwiat (Lechoń Jan (właśc. Serafinowicz Leszek))
Kasandra się myli (Lechoń Jan (właśc. Serafinowicz Leszek))
Fragmenty dramatyczne (Lechoń Jan (właśc. Serafinowicz Leszek))
O literaturze polskiej (Lechoń Jan (właśc. Serafinowicz Leszek))
Mickiewicz (Lechoń Jan (właśc. Serafinowicz Leszek))
Aut Caesar aut nihil (Lechoń Jan (właśc. Serafinowicz Leszek))
Lechoń Nowojorski (Lechoń Jan (właśc. Serafinowicz Leszek))
Rzeczpospolita Babińska (Lechoń Jan (właśc. Serafinowicz Leszek))
Facecje republikańskie (Lechoń Jan (właśc. Serafinowicz Leszek), Słonimski Antoni)
Pory roku: Wybór wierszy (antologia; Naruszewicz Adam (Naruszewicz Adam Tadeusz Stanisław), Karpiński Franciszek, Koźmian Kajetan i inni)
Przylądki lepszych nadziei (antologia; Staff Leopold, Miłosz Czesław, Mioduszewski Stanisław i inni)
Kwiaty ojczystej ziemi (antologia; Konopnicka Maria, Lechoń Jan (właśc. Serafinowicz Leszek), Lenartowicz Teofil i inni)
Złota księga wierszy polskich (antologia; < autor nieznany / anonimowy >, Asnyk Adam (pseud. El...y), Baczyński Krzysztof Kamil i inni)
Pod Twoją obronę...: Matka Boża w poezji polskiej (antologia; < autor nieznany / anonimowy >, Hussowczyk Mikołaj (Hussowski Mikołaj, Mikołaj z Hussowa, Hussovius Nicolaus), Szarzyński Sęp Mikołaj i inni)
Madonna poetów: Antologia współczesnej polskiej poezji maryjnej (antologia; Staff Leopold, Iłłakowiczówna Kazimiera (Iłłakowicz I. K.), Pawlikowska-Jasnorzewska Maria i inni)
Bóg czyta wiersze: Antologia poezji polskiej (antologia; Władysław z Gielniowa, Kochanowski Jan, Wujek Jakub i inni)
Sto wierszy polskich = Hundert polnische Gedichte [Wyd. Literackie] (antologia; Nowak Tadeusz (1930-1991), Asnyk Adam (pseud. El...y), Baczyński Krzysztof Kamil i inni)
128 bardzo ładnych wierszy stworzonych przez sześćdziesięcioro ośmioro poetek i poetów polskich (antologia; Kołakowski Leszek, Kochanowski Jan, Szarzyński Sęp Mikołaj i inni)
Wiersze o książkach (antologia; Biernat z Lublina, Bielski Marcin, Rej Mikołaj (Rey Mikołaj) i inni)

(c)Wszystkie prawa zastrzeżone. Kopiowanie bez zgody autora zabronione.

Wyświetleń: 4860
Dodaj komentarz
Legenda
  • - książka oceniona przez Ciebie - najedź na ikonę przy książce aby zobaczyć ocenę
  • - do książki dodano opisy lub recenzje
  • - książka dostępna w naszej księgarni
  • - książka dostępna u innych użytkowników (wymiana, kupno)
  • - książka znajduje się w Twoim schowku
Patronaty Biblionetki
Biblionetka potrzebuje opiekunów
Recenzje

Użytkownicy polecają:

Redakcja poleca: