Dodany: 2019-06-02 23:04|Autor: Pingwinek

Moje ulubione wiersze (i nie tylko) Stanisława Grochowiaka


(Czytatka zdradza co nieco.)

Nie należy Stanisław Grochowiak do moich ulubionych literatów. Na ogół mnie nudzi. Jego poezję oceniam na 3+ - wyjątek stanowią wiersze dla dzieci (4+). Dramaty przeczytałam (znajdowały się w zbiorze) dwa - "Szachy" na 3+, "Chłopcy" na 4+. Najlepiej z dzieł Grochowiaka oceniam "Rok polski" wydany w 1981 r. przez PIW (5+) - ale to dzięki jego prozie (by nie rzec: żyłce dziennikarskiej). Ponieważ jednak coraz bardziej przekonuję się do ciekawych opracowań literatury, zwróciłam uwagę na zamieszczony w którymś wyborze tekst Andrzeja Lama: "Na zjawisko poezji Grochowiaka, która przemknęła przez literackie niebo niczym jasna kometa, trzeba patrzeć jak na przedwczesne obudzenie się nadziei niemożliwych do spełnienia we własnym czasie. Przedstawiła ona skalę udręk październikowego pokolenia w najbardziej wymownym i bogatym kształcie, przesunęła spory dyskursywne na plan estetyczny, co już samo w sobie było czynem o wielkim znaczeniu - i nie mogła uchronić się przed samozniszczeniem, ponieważ jej szlachetny bunt zawisł w próżni. Zyskała jednak tego świadomość, wyrażając w przenikliwym komentarzu dramat klęski poety, który bez reszty, bez żadnych rezerw i z całą powagą oddał się swojej twórczości. Klęski jakże ludzkiej i jak bardzo znamiennej także w wymiarze powszechnym".

Oczywiście, jakaś część utworów wydaje się OK.

"Matko Boska od Aniołów
Matko Boska od pająków
Śnieżnych żagli smagła Pani
Sygnaturko z kolczykami
Matko Boska z żółtą twarzą
Matko Boska z orlim piórem
Matko Boska kolonialna
Łzo astralna i kopalna
Wędrująca na pirodze
Fruwająca na korwecie
Na Holendrze latającym
W dumnej pozie na lawecie
Długoręka długoszyja
Złotopalca krągłogłowa
Pysznooka wąskostopa
Żyzna w ludzi jak Europa
O kopalnio naszych natchnień
O fabryko naszych pogód
O kościele naszych cierpień
Na księżyca wąskim sierpie
Matko Boska mądra taka
Żeś jak ogród z plonem łask
Rzuć najmniejszy choćby blask
W ciemne wiersze Grochowiaka"
-> "Modlitwa". Omawiałam w szkole, bankowo.

"Powołał go Pan
Na słup.
Na słupie miał dom
I grób.

A ludzie chłopaka na szafot przywiedli,
Unieśli mu głowę w muskularnej pętli.
Powołał go Pan na stryk.

Powołał go Pan,
By trwał.
By śpiewał mu pieśń
I piał.

A ludzie dziewczynę wśród przekleństw gwałcili
I włosy jej ścięli, i ręce spalili.
Powołał ją Pan
Na gnój.

Powołał go Pan
Na słup.
Na słupie miał dom
I grób.

A ludzie mych wierszy słuchając powstają
I wilki wychodzą żerującą zgrają...
Powołał mnie Pan
Na bunt."
-> "Święty Szymon Słupnik". Kojarzy mi się z dawną anegdotką.

"Zimą nad sercem zmalałym nie panuj,
Podaj mi palce - po cichu - na palcach
Pójdziemy ścieżką śniegiem obsypaną
Na małą stację, z której się nie wraca.

W małej kolejce będziesz w szybkie krążki
Oddechem karmić - i wyrosną drzewa,
Las, w którym rządzą srebrzyste zajączki,
Dom z wielkim piecem, który ładnie śpiewa.

W domku dróżnika zamieszkamy. Dwoje
Pod jedną, biedną pierzyną powszednią.
Pantofle twoje i marzenia twoje,
Białe pasjanse z czułą przepowiednią.

Zmęczonym oczom światło karbidowe,
Zmęczonym ustom herbaty lipowe,
Zmęczonym nogom połacie domowe,
Szal na migrenę, kompresy na głowę.

I będzie stygła wielka misa czasu,
I będę pisał wiersze beznamiętne
O tym, że wyszłaś po drzewo do lasu
I że mnie czekasz za siódmym zakrętem.

Lecz nagle błyśnie jak piorun na torze
Nieubłagany nasz pociąg pospieszny,
Światłem obrzuci nasze czułe łoże
I dom nasz śmieszny, i zaułek leśny.

Nadzy, czerwoni wybiegniemy z domu,
Na białym śniegu dwa żałosne cienie...

Zimą nad sercem serdecznie się pomódl
O wieczne trwanie przez wieczne zmęczenie."
-> Bez tytułu. Chciałabym udać się z tym jedynym na małą stację, z której się nie wraca.

"Kochana jest chora. Daleka Kochana
W dalekim szpitalu wśród obcych jej twarzy
Przytula koperty mych listów do twarzy.
Kochana. Kochana.

I nikt Jej nie mówi, że jest Ukochaną,
Nikt z białych powiek nie zdejmie tęsknoty
Przez ogląd, słuchawkę, przez szkiełko i dotyk.
Zgubiłem wśród bieli mą białą Kochaną.

A do mnie przychodzą zdumieni krytycy
I mówią z zadumą: «Poezja ta chora».
Nieprawda, pomyłka, panowie krytycy,
Kochana jest chora, Kochana jest chora."
-> "Kochana jest chora". Kochany... Ukochany - daleko :(

"Często przy ogniu siadywali,
On patrzył w blask na jej pończosze,
Łakomy był,
Wstydliwy był,
Za ucho psa tarmosił.

I jakoś - rok choć mijał, księżyc
Powlekał twarz swą patynami,
To ani on,
To ani ona,
Nie śmieli spojrzeć w stronę łóżka.

A łoże było z główką lwa,
Nad nim makatka z aniołkami,
I ani on,
I ani ona,
Nie śmieli skazić tych skrzydełek.

Więc mówił jej o dumnych sprawach,
Aż się łapała za nos: ojej!
I potem strzelbę wziął i poszedł
W ogromny las miliona drzew.

I umarł biedak z kulą w ustach,
Niemcy go w dół zepchnęli srogi,
A ona czeka: lato, zima,
Firanką wieje w mokry mrok.

Łoże ją tuli zestarzałe,
W makatce bledną już aniołki,
Dłonie jej zżera suchy czas -
A dobry Bóg,
A dobry Bóg
Niech się nie cieszy tą bolesną cnotą!"
-> "Ballada I". Bolesna cnota - aj! :-(

"Nie pomogą sakramenty,
Cztery dumne Ewangelie!
Nie jabłkami z rajskich drzew
Ani wodą z świeżych źródeł -
Nam idącym, językami
Uzbrojonym i wywianym,
Ani Arka, ani Wieża
Z żółtej kości mamutowej.

My na pięści z Bogiem, w mroku
My z latarnią karbidową,
Gdzieżeś, Boże? Oho, hoooo!
Komar bzyknie,
Włos upadnie..."
-> "Znaki". Bunt.

"Kocham Cię śpiącą. Kocham Cię małą,
Kocham twą halkę rzuconą przez krzesło -
Bo to jest wszystko, co dla mnie zostało,
Co trwa, gdy inne bezpowrotnie przeszło.

Przeszła grudniowa namiętność pochmurna,
Minęła bojaźń styczniowa i drętwa.
A teraz kładę larga i nokturna
Na bardzo białych, bardzo dobrych rękach.

I wstyd mi. Siedzę. Pilnuję twej twarzy,
Której każda chmura z mego pamiętnika.
Wyrosłaś inna, nie ta, którąm marzył -

Wspanialsza... Ale liryka, liryka..."
-> "Głupi żal". Końcóweczka sztosik ^^

"Tak
To jest coś
Biedna konstrukcja człowieczego lęku
Żyrafa kopcąca się tak pomaleńku
Tak
To jest coś

Coś z tamtej ściany z aspiryny i potu
Ta mordka podobna do roztrzaskanego kulomiotu
Tak
To jest coś

Czemu próchniejecie od brody do skroni
Jaki wam ząbek w pustej czaszce dzwoni
Tak
To jest coś

Coś co nas czeka
Użyteczne i groźne
Jak noga
Jak serce
Jak brzuch i pogrzebacz
Ciemna mogiła człowieczego nieba
Tak
To jest coś

O wiersz ja ten piszę
Sobie a osłom
Dwom zreumatyzmowanym
Jednemu z bólem zęba
Oni go pojmą
Tak
To jest coś

Bo życie
Znaczy:

Kupować mięso Ćwiartować mięso
Zabijać mięso Uwielbiać mięso
Zapładniać mięso Przeklinać mięso
Nauczać mięso i grzebać mięso

I robić z mięsa I myśleć z mięsem
I w imię mięsa Na przekór mięsu
Dla jutra mięsa Dla zguby mięsa
Szczególnie szczególnie w obronie mięsa

A ONO SIĘ PALI

Nie trwa
Nie stygnie
Nie przetrwa i w soli
Opada
I gnije
Odpada
I boli

Tak
To jest coś"
-> "Płonąca żyrafa". Nietuzinkowy utwór, bezwzględnie.

"Niedojedzeni Niedośpieni Niedokochani
Mają zazwyczaj czerwone nosy i dłonie
I wpadają w stronice jak ćmy
I wymachują wielkimi głowami

Zapadli w studnię czasu w korytarze
Elsynoru Katakumb Pałacu hrabiego Rogera
Błądzą i mówią do Hioba «ty»
I jeżdżą samotrzeć na tłustych ogierach

Z Antygoną nad zwłokami Z Odysem na masztach
Z Dawidem Copperfieldem nad nędzą i śledziem
Ooo umierają z Werterem i szaleją z Villonem
Na przedzie

A życie im umyka ucieka z bibliotecznej ciszy
I tylko wszechświat dymi molami molami
Niedojedzeni Niedośpieni Niedokochani
Jeźdźcy bez głowy w galopadzie myszy"
-> "Czytelnicy". Umyka mi życie...

"Nie cały minę Boć zostanie owo
Kochanie ziemi w bajorku i w oście
I przeświadczenie, że śledź bywa w poście
Zarówno piękny jak pod jesień owoc

Bo kochać umiem kobietę i z rana
Gdy leży cicha z odklejoną rzęsą
A jak jest moja to jest całowana
W puder i w słońce W zachwyt i w mięso

Tak mnie ugadzam bo nie tylko z niebem
Ale z odbiciem nieba w całej nafcie
A teraz weźcie teraz wy potrafcie
Tyle zachwytu połączyć z pogrzebem

Słabi powiedzą tyle, że to smutno
Mężni że słabych zatrzymuję w drodze
A ja zbierałem tylko te owoce
Co - że są krwawe - zbiera się przez płótno"
-> "Introdukcja". Nie cała minę? Któż mi to zagwarantuje?

"Kwitnie orzech mojej głowy
Tu jest kwiat
Gorzkawa rdza
Tam łodyga idzie w słońce
Jak włochata szpica wąsa

Kwitnie tors
Obrasta w białe
Są podłużne - cienkie - sypkie
Obwisają aż do kolan
Opływając smutek jąder

I mam między kolanami
Wielką tarczę pajęczyny
Wiatr kołysze w niej pająka
O zbolałej gębie Kanta"
-> "Zakwitanie". Zakwitasz. Przekwitam.

"Dla zakochanych to samo staranie - co dla umarłych,
Desek potrzeba zaledwie też sześć,
Ta sama ilość przyćmionego światła.

Dla zakochanych te same zasługi - co dla umarłych,
Pokój z miłością otoczcie bojaźnią,
Dzieciom zabrońcie przystępu.

Dla zakochanych - posępnych w radości - te same suknie.
Nim drzwi zatrzasną,
Nim zasypią ziemię,
Najcięższy brokat odpadnie z ich ciał."
-> Bez tytułu. Znakomity koncept.

"I

Niedopieszczona chodzi jak kot.
Szyję ociera o wszystkie framugi.
Psa całowała dzisiaj tak pokątnie,
Że gdy wróciła, miała w oczach wierność.

Potrafi ręce oglądać pod światło,
Stąpa, jak gdyby
Łasiła się ziemi,
Jest w jej robocie na drutach - ból,
A w obłuskaniu zająca - nienawiść.

Potem na chwilę idzie w pokój ciemny,
Zrzuca pończochy i ramiączko nawet,
Stoi otulona samotnością swoją,
Kolana bada.

Wołają za nią, to tuli ramiona,
A żebrzą u niej, to zasłania twarz,
Topią się dla niej, to poprawia wodę
Szybko
Jak rąbek
Zadartej spódnicy.

II

Nieraz - mówiono o niej - o świcie
Lęka się biedna przybliżyć do lustra,
Tafla się kłębi,
Wzbiera jak przed burzą
(Łagodne pazury wędrują w jej głębi).

Ona jest naga
I czuje swe plecy -
Dziurka od klucza nadpływa posępnie,
Ma usta miękkie,
Przywiera jak starzec.

Nieraz - mówiono o niej - o świcie
Kocha się z szarym sztywnym prześcieradłem;
Ono wzlatuje,
Zawisa wypukło
Na dwóch ciemnych skrzydłach
Jak zwierzę lub rzeźba.

III

Pokochana znienacka,
Nieomal przekłuta
Strzałą ze złota ciężkiego struganą,
Rozchyla usta,
Zbłękitniały jej białka,
Włosy jej krążą jak uśpione węże.

Ach, nie tyle klasyczna -
Raczej już umarła,
Tylko w wargach wilgotnych trochę ciepła trzyma,
Powiew smaku pokrzywy,
Krople śliny zgorzkniałej
Od blasku i dymu.

Ach, nie tyle piekielna -
Wchodzi w wielki spokój,
Gdzie już nie ma radości, nadziei lub smutku -
Tylko krowia Kariatid
Wypłakuje oczy.

IV

Mężczyznę zbudzisz, gdy go dotkniesz, ale
Kobietę zbudzisz, gdyś dotykać przestał,
Wstaje zdziwiona w swej podłużnej sukni,
Patrzy na sprzęty z tępym przerażeniem.

Ani na chwilę niepewna jest siebie,
Wchodzi w powietrze bosymi stopami,
Jeśli nie krzykniesz, ujdzie bladym oknem,
Jakbyś otrzepał coś białego z dłoni.

O, Pawle, wiele wędrujących kobiet
Zostanie po mnie nad dachami sadyb.
Patrząc za nimi, rozkładałem ręce,
Jak ptasznik w smutku bardzo dobrotliwy.

V
(I z o l d a)

Kiedy wołano ją
To na białym śniegu
Rano znaleźli ledwo sukni podmuch -
Być może łapkę
Odciętą
Zajęczą

Kiedy ścigano ją
W stado psów zażartych -
Chrapy gorące czarne podniebienia -
Skowyt zajadły
Aż lasem
Kotłował

Gdy osaczono ją
To w kościoły sieci -
Były plecione z włosów zmarłych dziewcząt
Z grzyw śniętych karpi
Z pajęczyn
Namokłych

Kiedy złapano ją
To wiedli staruszkę -
Na łysej główce listek przyklejony
A z kręgosłupa
Dla króla
Różaniec"
-> "Z pamiętnika". Pierwsza strofa oraz wersy na temat budzenia mężczyzn i kobiet - we mnie wzbudziły smutny podziw.

"Święta miłości kochanej Ojczyzny

Ten wiersz gdy mówi dziewczynka z kokardką
Biskup się w grobie przewraca

Święta miłości kochanej Ojczyzny

Jeden go mówił i popił z karafki
Woda w nim spadła jak dzwonek z ołowiu

Święta miłości kochanej Ojczyzny

Kto słyszy stukot
Gdy w zaprzeszłej nocy
Ksiądz biskup głową po stole kotłuje?"
-> "Krasicki". Czasem nie bardzo zdaję sobie sprawę, dlaczego wybieram jakiś wiersz. Może to wiersz wybiera mnie?

"Byle do wiosny
A wiosna?
Gdzie ona?
Więc schodzę w siebie po kamiennych stopniach
Ze soplem w dłoni jak z mieczem lub lampą
Której nie zgaszą
Podmuchy tych pustek

Kto z nas nie schodzi w kopalnie dzieciństwa?
Kto z nas nie błądzi światłem po tych ścianach
Gdzie w czarnych rzeźbach węgła kamiennego
Pełno odcisków
Paproci
I zwierząt

Tu ptak wiosenny - z której wiosny? zastygł
Tu pocałunek - nieśmiały czy grzeszny?
Tu własna postać
Rozpięta w podskoku
Do czarnej wiśni na węgielnym drzewie

Byle do wiosny
Więc dalej w pokłady
Na dno dzieciństwa gdzie nagle - za rogiem
Jest tylko echo
I szum nietoperzy
Jakby ktoś miotał kule czarnej wełny"
-> "Zejście". Byle do wiosny - a wiosna? Gdzie ona?

"Płomyk powagi który mam na czole -
Jak podmuch kuli
Lub refleks letejski -
Warstewkę soli którą mam na wargach
Cienką
Że nigdy
Nie do scałowania -
I nawet chłodne
Puste fiordy skroni
Przyniosłem z nieba

Ten który spada - ten spada na skrzydłach
Ten co ucieka - wiatr przynosi w szatach
Ten co zostaje - siedzi na prawicy
Ten który wraca - ?

Jest powrót z nieba dźwiganiem powagi
Wejściem do domu
Ucztowaniem stypy
Jedzeniem ciasta na drożdżach i wapnie
Mówieniem:
Wszystkich
Nas
Czeka to samo"
-> "Dante". Wszystkich nas czeka na końcu to samo - lecz wiele jest dróg...

"Wybacz mi Książę
Że ty -
Tak delikatny
Jak zjawa srebrna po własnym pogrzebie -
Masz wejść w dysputy
Pełne ciał jak marchwi
Raz do soczystej
Raz już ściętej
Mrozem

Chcę Cię prowadzić w ogrody miłości
Kiedy już jesień przeszła przez warzywnik
W sadzie zasiała pełne kosze liści
W niebie zaś chmurę
Zimną
I pobladłą

I więcej żądam
Abyś
Umiał
Zachwyt
Dla ciał kobiecych - pomarszczonych szronem
Dla twarzy zimnych - na których uroda
Jest plamą trudną
Słońca
Czy butwienia?

Lecz jeśli miłość coś warta - to wskrzesza
A jeśli rozkosz - to ta co odmładza
Uwierz mi Książę
Nie najdziesz przygody
Większej niż miłość do kobiet dojrzałych

Oto myślistwo -
W pół strawionym lesie
Odkryć na nowo tę małą dziewczynkę
Która się karmi garstką cierpkich jagód
Płucze przeguby
Stóp
W dziewiczym źródle

Oto odwaga
Rąk twych czarodziejstwem
Na główce chudej
Zasadzać warkocze
W oczach - pokrytych jak dymem
Żałobą -
Niech znów przebiega złoty goniec wstydu

Oto rozumność
Być czasu oprawcą
Nie jałmużnikiem co wchodzi w przebraniu
A gdy opadną ostatnie brokaty
Zostaje nagi
Z wyciągniętą ręką

Mówię to Książę
Ukryty za krzewem
Wiosennej róży do której sprowadzasz
Młódki tak ślepe jak pomiot zwierzęcy
Lub jak twe dłonie zdrętwiałe ze strachu"
-> "W stylu Villona" (dedykacja: A. J. Wieczorkowskiemu). Odkryj czekający Ciebie ogród miłości!

"Nie było lata. Jesień szła od wiosny
Jak ziąb - od wody, jak od dzwonu kręgi.
Dnia piętnastego Burns pozbierał wiosła,
Zaszedł nad morze,
Zawrócił do karczmy.

W karczmie odnalazł płomień, knot i łoju
Wysoką wieżę - u szczytu szczerbioną.
Płonącej wieży strzegła wyżła głowa,
Zakola dymu wciekały w jej chrapy.
Zaś obok głowy ustawiono dzban,
Zaś obok dzbanu rozkruszono chleb,
Zaś w cieniu chleba ukryła się mysz,
Spojrzała na Burnsa - i stała jak martwa.

Nie było lata. Nadciągała zima,
Kładła sopelki na wąsikach myszy.
W uszach psiej głowy jak w niewielkich grotach
Zakuła lodu ołowiowe lustra.
A zaś w kobiecie - co wnosiła dzbany -
Burns odkrył tylko grubą dolną wargę,
Pełne dobroci miękkie części dłoni
I ślad po nożu tak stary, jak Szkocja.

«Nie było lata. Wprost z ogrodów wiosny,
Zarówno wątłych, jak już jędrnych pychą,
Tyle nadziei niosących, co ptak
Śliny miłosnej w gardziołku uniesie -
Wprost z tych ogrodów, ledwo tkniętych szpadlem,
Obcasem dziewki po przelotnym deszczu,
Paluszkiem chłopca, który kładł ten odcisk
Dla zaznaczenia swojej przyszłej ścieżki -
Wprost z tych ogrodów, gdzie stawiałem kosze,
Wynoszę wiadra ściętych szronem liści...»

Burns to powiedział - i pozbierał wiosła,
I wyszedł w zamieć, jakby wchodził w kościół.
To, co zostało w karczmie po nim, było
Wieżą woskową, stryczkiem z knota, gwiazdą
Ponad wysmukłą ruiną psiej głowy,
Kobiecą dłonią z rozchylonym wnętrzem...

Nie było lata."
-> Bez tytułu. Czy będzie lato?

"Bunt nie przemija, bunt się ustatecznia;
Jest teraz w locie: dojrzałym, dokolnym,
Jakim kołują doświadczone orły.

Bunt się uskrzydla tak - jak udorzecznia.

Bo wpierw to było jakby piaskiem w oczy,
Turniejem chłopców na słonecznej plaży;
A teraz ciężki; teraz więcej waży.

Bunt się uskrzydla tak - jak w kamień toczy.

I pomyśl: czułość, ta świetlista kula,
Teraz dopiero w mym pobliżu płonie,
Luzując szczęki, łagodząc me dłonie.

Bunt się uskrzydla tak - jak się uczula."
-> "Do S...". Kontrowersyjny temat.

"Błądziłem lasem twoich włosów - zioła
I płacz odkryłem. I schodziłem niżej
Na białe śniegi zimowego czoła,
Gdzie płacz już umilkł, a był cień lichtarzy.

Potem zwiedzałem pamiątki twej twarzy,
Coraz to bliżej - i coraz to bliżej
Ust twoich dobrych uśpionego sioła:
W nim co się zdarzy - raz tylko się zdarzy.

I wszedłem w sioło. A była pogoda
Pod całym niebem Twego podniebienia.
Gdzieś w cichym kątku umierała młoda
Wstydliwość sielska w zapachu tymianku.

Nagle wróciłem - i stałem na ganku
Patrząc, jak wokół krajobraz się zmienia,
Jak wschodzi pierwsza gałąź bzu w ogrodach
I gną się rzęsy pod rosą poranku."
-> "Pocałunek - Krajobraz". Coś pięknego ♥

"Jest wiatr, co nozdrza mężczyzny rozchyla;
Jest taki wiatr.
Jest mróz, co szczęki mężczyzny zmarmurza;
Jest taki mróz.
Nie jesteś dla mnie tymianek ni róża,
Ani też «czuła pod miesiącem chwila» -
Lecz ciemny wiatr,
Lecz biały mróz.

Jest deszcz, co wargi kobiety odmienia;
Jest taki deszcz.
Jest blask, co uda kobiety odsłania;
Jest taki blask.
Nie szukasz we mnie silnego ramienia,
Ani ci w myśli «klejnot zaufania»,
Lecz słony deszcz,
Lecz złoty blask.

Jest skwar, co ciała kochanków spopiela;
Jest taki skwar.
Jest śmierć, co oczy kochanków rozszerza;
Jest taka śmierć.
Oto na rośnych polanach Wesela
Z kości słoniowej unosi się wieża
Czysta jak skwar,
Gładka jak śmierć."
-> "Upojenie". Ach...

"Opiece Niebios
Należy przypisać
Przeobrażenie Arachne w pająka.

Do dzisiaj wzbudza w śmiertelnych zachwyt
Wielkoduszność Ateny -
Tej matrony z włócznią -
Która nie bacząc na doznane krzywdy,
Na urągowisko i potwarz,
Podniosła małą dziewkę z martwych
I dała jej odwłok.

Arachne w istocie przędła lepiej; zaliż
Przystoi byle tkaczce wynosić swe welony i wieszać na drzewach,

Gdy bogini z włócznią -
W nieśmiertelnym mozole -
Dziergała swą szmatę?

Inna rzecz pająk. Onże, stwór pośledni,
Nie zagraża bogom; jest dziełem ślepego
Zrządzenia natury; mieszaniną popiołu i pleśni;
Pożal się, Zeusie: wirtuozem odbytu.

I tak
Metamorfoza Arachne
Była nie tylko strzelistym aktem dobroci,
Ale i cierpkim owocem
Głębokiego Rozumu.

Nie stało się od razu - o nie. W wielkim bólu
Każdy paluszek dziewicy wypuszczał kosmate kłącza,
Wysmukła szyjka wchodziła w kadłub jak dłuto w głaz;
Oczy ogromniały od grozy.

W wielkim lęku
Delikatny narząd płci i czułości
Przeobrażał się w chitynowe obcęgi instynktu.
A żądza krwi
Dopiero miała nadejść.

Jednakże -
Jak twierdzą obeznani w rzeczy -
Prawdziwa męka wstrząsnęła półowadzim ciałem Arachne,
Gdy już doszczętnie stał się jawny
Wyrok
O dozgonnej utracie głosu.

Opiece Niebios
Należy przypisać
Przeobrażenie Arachne w pająka.

Odtąd
Dzieło
Rozwija się dalej,
W wielkim skupieniu i poczciwym majsterstwie,
Bez zbędnej pychy,
Obrażania matron,
Niecenia waśni,
Mącenia natury."
-> "Arachne w pająka przeistoczona". Niebiosa są zazdrosne i mściwe!

"To żółte drzewo w granatu bukiecie,
Ta zwierząt ścieżka...
W jakiej dziewczynie lub w jakiej kobiecie
Zamieszka?

Ta smukła świeca na lichtarzów złocie,
Ten wiatr w welonie...
W jakiej zatracie, więc w jakiej pieszczocie
Zapłonie?

I pożar stogu pośrodku północy,
I szron na trzcinie.
Ku czyjej zgubie, ku czyjej pomocy
Przypłynie?

O, mój Taliarchu, nawet włosy lutni,
Żurawi poryw...
Przeobrażamy nieszczęśni Okrutni
W topory."
-> "Do Taliarcha". Nawet szczęście przeobrażam w nieszczęście. Dotykam - i szczęście znika.

"Czy piękno cię nachodzi, tak jak śmierć? Jak na mnie? -
A więc wstajesz pobladły - i ku wielkiej zgrozie
Kobiety bezrozumnej, psa drżącego, luster
Wleczesz cień swój żałobny przez wszystkie pokoje? -

Widzę: idziesz. Wśród puszek z pokruszoną farbą
Odnajdujesz swój zydel, lęk swój przedwczorajszy,
Nawet pięść, która z nagła podbiła ci głowę,
Kiedy biegłeś ulicą - jak ptak - po omacku.

To jest piękno?... Zwątpienie?... A więc czujesz także
Czas, który w nas uderza aksamitnym skrzydłem?
Ciebie także radują zmierzchy pod oczyma,
Pokruszone kasztele, wklęsłe fiordy skroni?

Widzę: dźwigasz. Unosisz skamieniały pędzel,
Nie na płótna wysokość, na wysokość czoła,
Aby potem wstydliwym zasłonić uśmiechem
Tamte - wspomnij - po niebie rozwiane chorągwie.

A więc piękno jest w klęsce? Znasz tę samą radość
Przegrywania przed czasem? Świateł wygaszania,
Jeszcze zanim się zjawi Duch nad Elsynorem,
Przed Jakubem Archanioł, róże nad Olimpią?

Widzę: wracasz. Już jutro, już pojutrze może
Zostaniesz tam na dłużej, t a m - c o zawsze znaczy:
W kobiecie bezrozumnej, w drżącym psie lub w nocy,
Której cień najpiękniejszy nosimy wpół twarzy."
-> "Malarstwo (II)" (dedykacja: Jerzemu Stajudzie). Ja znam rozpacz przegrywania przed czasem.

"W niewielkim pokoju na Krupniczej
Ujrzałem dziewczynę wśród książek.
Nie była ładna - była na to zbyt Piękna,
Nie była tkliwa - była na to zbyt Czuła.

Nosiła się z angielska -
I ten zimny strój
Oblekał również Jej dłonie w rękawiczki chłodu.
Studiowała filozofię -
I ten ciemny dom
Osaczał Jej gesty nawet w ptasich gąszczach.

Długich chwil milczenia
Żądała od przyjaciół,
Aby zamiast śmiechu - który tak przerażał -
Jej mowa jedyna: smak piołunu i malin,
Stała się jawna.

A potem długo
Przez Planty, przez śnieg
Szliśmy za wysokim woalem Jej ciepła -
Bezwolni jak chłopcy, których nigdy przedtem
Nie owiał zapach matki.

- - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - -

Doprawdy, Szlachetni, nie to jest rozpaczą,
Iż zapominamy naszych pięknych zmarłych.
Śmiertelny smutek,
Rozłąka jest w tym,
Iż Oni o nas wcześniej zapomnieli."
-> "Halszka". Spotkanie z Haliną Poświatowską.

"I nie ma miecza - i nie ma topora;
Świąteczna to pora.

Noc zażegnano - więc zmierzch się kołysze;
Posnęły dzieci ściszone haszyszem:

By dzieci spały, żony grubiały,
Błądzą po sieniach mężowskie zawały.

I nie ma miecza - i nie ma topora;
Świąteczna to pora.

Ktoś pośród zmierzchu przebudził się, krzyknął;
Dźwignęli powieki, westchnęli: «jak brzydko»!

Bo już za zmierzchem dzwonili mleczarze,
Pryskali mlekiem w kapryszące twarze.

Panny wleciały w kryształowe lustra,
We krwi gołębic opłukały usta.

Bo nie ma miecza - i nie ma topora;
Świąteczna to pora.

Karnawał w pełni. Idą maski szczurze;
Wloką trupa bachantki z fryzjerem na sznurze;

Tuż zakon nudystów, ten fraucymer łysy,
Macza w posoce woskowe penisy,

W świątyniach kupcy sprzedają na słoje
Kurewki w occie i w dziegciu playboye...

Dość. Śnieg za nimi. Cała skała śniegu.
Tak jakby to za nas czoło schylił biegun

I noc przywrócił. I w słupach powagi
Odkrył glob blady, od nas wszystkich nagi.

Gdzie jeden człowiek schyla się uczenie.
Podbija gwiazdy, a zbiera kamienie -

I nie ma miecza - i nie ma topora:
Świąteczna to pora."
-> "Armstrong - Kolumb księżyca". Rarytas!

"Najpierw jako Kozetta w babcinych skarpetach
Na porcelanowym dachu
Sierocego dworku w oszmiańskim powiecie,
Dziewczynką się jawi ta przyszła kobieta
Poecie.

W dole zaś Babka:
- Cip, cip! - kokoszy się boleśnie;
Na dachu je się czereśnie.

I taką właśnie: w księdze Elfów zaczytaną,
Miękkim podbródkiem o smagłe kolano
Wspartą; Wypluwającą pestki
Na babci czepiec niebieski,
Złotego świerszcza za kominem
Wziąłem pod pierzynę.

Sześć razy nas obleciał grząski nocy motyl,
Sześć razy z pięt spadły
Dzieciństwa saboty;
Aż kiedy okiennice rozwarł świt oddźwierny,
Zielony obłok nas obudził
W błękitach lucerny.
Dmuchawiec mi oko zmącił czy balon mydlany,
Kiedym z Kozetty w kobietę oglądał gwałtowne przemiany?

Była prężna. Raptowna. Zapięta w gorsecik,
Z linijką do karcenia zbyt ospałych dzieci,
Klaszcząc w dłonie dymiące
Okruchami kredy
Kordegarda w kokardach s i ł a c z k o w e j biedy.

Ani mnie wiodła do cnoty, ni na pokuszenie,
Ani jej śmiech wstydliwy, ni słona powaga,
Tylko uczniom pryszczatym znajome pragnienie.
By właśnie guwernantkę
Rozebrać do naga."
-> "Nauczająca (erotyk)". Uczniom pryszczatym obce pragnienie, tyle powiem.

"W głąb kalendarza niech wiodą imiona:
Adam w przedsionku, Zofia w ptasim gnieździe,
Barbara z diabłem w grudniowym Zajeździe.
Nad ziąbem trunków lokiem zamyślona.

Luty obróci kożuch rzek na wznak,
Czerwiec na szpadle sprowadzi dżdżownice,
Październik jabłka sypnie w kosze skrzypiec.
I znowu krok - i roku brak.

A gdzież się miłość w czasie zapodziewa,
Ta: już ostatnia. Jak wyblakły kontur
Na drzwiczkach sanek, na pieców polewach,
Zaścianek burzy w Zazdrostek zakątku.

Blady Lermontow myślał o niej tak
Łuskając z łupin zamszu pistolety.
Na wiorstę szlaku od ostatniej mety,
I jeden krok - i mety brak.

W głąb kalendarza niech prowadzą leśne
Runa paproci, siwe od naftalin,
Stwardniałe gruzy nie zerwanych malin,
Pazurki ptaków uświerkniętych we śnie...
Wargi kobiecej żelazisty smak,
I jeden rok - i roku brak."
-> Bez tytułu. Zrobię znów krok i minie rok.

"W sierpniu lato kurzawą stodolaną cierpnie,
I miłość nam dojrzała jak podzwonne sierpnie.
Dzwonią już sierpy cierpień, otrząsa się jabłoń
Ty pójdziesz na rozstaje, więc wybiorę ja błoń.
Więc ty babiego lata prządka - zgadnij: któż ja?
Zaczytana stronica, w kałamarzu próżnia?...

Choć nam jeszcze na rżyskach bose stopy krwawią,
Bocianom pilno w podróż, w siwiznę żurawiom.
A to jest siwość świtów: w głębi jezior świtki,
Moja czarna żałoba, kiedym dorósł Świtki.
Słodki smutek rozjazdów, choć boleść go żegna...
Oskarżać pasmo chłodu przewidziane, że gna?

Lepiej plon okiem zmierzyć. Czy starczą te plony,
Że choć raz białym szczęściem był grób zniweczony?
Że trafiła się chwila, że raz znowu pierwsi
Poznaliśmy sól czoła, odmienność swych piersi?
W upojeniu czym poczuł, jak lot mnie twój muskał,
A ty wciąż ledwo tknięta jak Madonna wśród skał..."
-> "Sierpień". Zabawy językiem - chylę czoła.

"Niechaj każdy języka naszego choć pogłos,
W szlachectwie stodół naszych dojrzewa jak pokos,
Bo gdzież się podziewają tych plemion zaploty,
Co ziarno mowy świętej gnały precz za płoty?
Pomnę ja czas przetrwania, gdy po rżyskach błądząc
Szukał manny wzgardzonej pogorzelec i ksiądz...

Niechaj każdy zwyczaju naszego choć okruch
Jako w całun powzięty będzie w lniany obrus...
Nie zna bowiem historia tak bezkresnej zwłoki,
By głazem nie strzeliły skruszałe już zwłoki...
Pomnę ja czas zwątpienia. Bogu lżono: «zabroń»,
Najśmielsi wzięli stryki, cisi jęli za broń...

Niechaj w każdą Wigilię stanie puste krzesło,
Dzisiaj ktoś w Styksie kłakiem - jutro mostu przęsło...
I tego wam życzymy: czoła dumne mośćcie,
By wiatr niespodziewany przeszedł po tym moście...
Pomnę ja czas niepolski, winni za to, że my...
A jednak nie umarła. Dzięki nam. Żyjemy."
-> "Grudzień czyli życzenie świąteczne". Oryginalnie.

"Fioletowa pajęczyna
zogromniała między drzewami
i otuliła wieczór szarością...

Dzień rozprysł się deszczem,
deszcz się w mgły powżynał
mgły pokryły ziemię cichą sennością...

Wiatru nie było.
Chłód wędrował polem
i rozkruszał w palcach umarłe listowie.

I wszystko zabarwiał
bezbarwnym kolorem
i siał po miedzach
przenikliwe mrowie..."
-> "Jesienny pejzaż". Faktycznie jesienny.

"«Znaleźli się w korcu maku»
Tak mówią o nas ludzie
A to jest banał
banał
Daleko i nieprawda

Bo ileż tego maku
Musiałbym przesiać sercem
Aby to nie był banał
Daleko i nieprawda

Bo myśmy się stawali
Powoli i mozolnie
Po słowie
I po palcu
Jak dwa ziarenka maku

Jak dwa ziarenka maku
Jak dwie sczepione głowy
Półkule magdeburskie
Na milion cztery woły"
-> "Półkule" (dedykacja: Madzi...). Związek to proces?

"I

Najgorsi są żołnierze Pana Boga
Ich mowa słodka
A zabijanie miłe

Pożerają małe dzieci pocałunkami
Powieszonym świecą w oczy krzyżykami

Lubią post
Tedy i świecami świecą
I na kościach grają chwałę Panu

Lubią ziemię
Zmiętą jak kartofel
Między ludźmi brzuchami sfałdowaną

Ich armaty
Są cienkie

Ich łańcuchy
Są miękkie

Ich sztandary Erynie i werble

Święci stoją na placach

Grzech się w cnotę obraca

Ludzie wiszą na drzewach jak wróble

II

A najgorsi są żołnierze Pana Boga
Oni Boga mogą mieć we wszystkim
To są szpicle śledzący Boga
Na Ararat W kobiecie i w misce

Z Krzewu Ognistego
Boga Drapieżnego

Ubranego w czapy
Nabitego w skóry

Boga wiszącego
na rzemieniu kabury

Boga Rekruckiego

Ćwiczą Go w mustrze W fechtunku W gazie
W regulaminie W koszarach W lotnictwie
W pisaniu rozkazów W dowodzeniu przy kaźni
W śpiewaniu piosenek o płaczącej dziewczynie
W kinie W onucach W baczność i padnij
Stoją przed Bogiem i kwiczą podeszwami

Generałowie Pana Boga
Rządcy
Zrywający się nocą
Krzyczący"
-> Bez tytułu. Zapachniało ortodoksją.

"Tęsknię za tobą jesiennie -
Za tobą odległą
O zimne deszcze -

Szukam cię w nocy ciemnej,
W taki mrok,
W taki chłód,"
-> Bez tytułu. Tęsknię, wciąż tęsknię. Jesiennie, zimowo, wiosennie, letnio.

"Jak mały jest człowiek bez Boga
Dawniej
Choć cały w Jego płaskim cieniu
Tańczył

Jak mały jest człowiek bez Boga
Dzisiaj
Choć cały w słońcu powietrzu i chmurach
Kuleje

W kościele
Do dzisiaj
Przychodzę
I siadam
Za stary na bajki
Za głupi na śmierć"
-> Bez tytułu. Człowiek - za stary na bajki, za głupi na śmierć.

"I tak już się nie wydarzy,
Co miało się wydarzyć.
Za krótko d a w n e przeżyć,
Za długo p r z y s z ł e dożyć.

Kropla za kroplą w stalaktyt się zmienia.
- Znasz moje imię, Julio?
- Wybacz waść, nie znam imienia..."
-> "Romeo". Za krótko, by dawne przeżyć. Za długo, by przyszłe dożyć.

"Krąg światła
Wydobył dmuchawca cień na twoim suficie
Pomyślałem: dokąd umykasz moje ciemne życie."
-> "Dmuchawiec". Na Twoim suficie? Marzenie!

"Rozebrać Cię do naga! Zrzucić Twoje szmatki!
Poczuć miękkie gorąco Twej maleńkiej piersi!
I deszczem pocałunków lśniące nogi pieścić,
wkradając się wargami w słodkie zakamarki.

Czuć popod rzęs firanką oczu rośne kwiatki,
a na szyi aksamitny dwojga ramion pierścień
i w serca trzepotaniu wysłuchiwać wieści
o namiętnych pieszczotach i rozkoszy rzadkiej.

Mieć całą Cię na własność. Znać, żeś niepodzielna.
Ukryć twarz rozognioną w puchu Twych kędziorów."
-> "Erotyk" (wiersz niedokończony). Rozebrać Cię do naga i całego mieć na własność...

"W małym miasteczku wszystko jest inaczej.
W małym miasteczku kwiaty pachną mocniej.
W małym miasteczku smutek w bruk kołacze."
-> "Prowincjonalia". Tak, w małym miasteczku wszystko jest inaczej.

"Gdybyś tak, poeto [w] wieczerz wigilijną
chłeptał czarną kawę lodowato zimną,
zagryzając chlebem zropiałem jak wrzodzień -
może zawierzyłbyś tej niezwykłej odzie...
Pierniki z herbatą! Pachnące miłością,
Choinką, Kolędą, Wszechmocne Pierniki,
Pokoju na ziemi, chwało wysokościom,
Ja tęsknię za wami, jak... za nikiem.
Bo smak wasz i kolor i kształt wasz tak miękki -
pochodzą spod czyjejś ukochanej ręki..."
-> "Oda do pierników z herbatą". Przemiła oda :)

Ze zbiorków wierszy dla dzieci:

"Pośród wonnych po deszczu uliczek
szedł winniczek.
A tu z innej poburzowej dróżki
drugi winniczek wysuwa różki.

- Pogoda jakaś nam dobra taka -
mówi ślimak do ślimaka -
bowiem gdy słońce pokaże liczka,
sen przyjdzie na winniczka.
To trzeba wiedzieć,
że winniczek słynie
z tego, iż kąpie się
w deszczowym winie.

Lecz słońce wzeszło -
i paprocie uschły.
Śpią już winniczki
jak maleńkie susły."
-> "Winniczki i słońce". Ślimaczków winniczków się brzydzę, ale wierszyk ma swój urok.

"A skakanki także śpią,
śpią jak dobre węże,
a piłeczki także śpią,
jak pod jesień dynie.

Pochylają senne czoła
drzewa wielkie, kruche zioła,
nawet zamek - oko drzwi -
śpi.
Gwiazdy się pospały wszelkie -
i te małe, i te wielkie,
zapatrzony w Matkę Ziemię
rój sputników sobie drzemie...

Tam, już domy
i ulice
i zasnęła Szklana Góra,
gdzie, jak wiecie,
śpi Królewna,
która zawsze była Śpiąca."
-> "Kołysanka". Sympatyczna usypianka na jesień i nie tylko.

"Nastąpił biały bażant
Na czerwony liść.
Pająk psotnik
W swej samotni:
Spadochronek z nici przędzie,
Zima, zima - widać - będzie,
Pora z wiatrem w ciepło iść.

Bardzo ciepło pod Równikiem,
Kędy lew drzemie pod palmą
I odpędza z rudej grzywy
Plamę słońca zbyt upalną.

Lepiej sobie polatamy,
Srebrem ustroimy parki,
Powrócimy do swej szparki
W ciepło Polski jak do mamy.

Komuż spieszno na obczyznę
Choćby niebem przyszło iść?
Skoro ma ojczyznę
Jak bażant swój liść..."
-> "Babie lato". Babie lato - śliczna pora =)

"Na słotę
Najlepszy jest parasol lampy.
Na słotę
Najczystsze niebo książkowych stronic.
Na słotę
Liścia na szybie trzepocący goniec
I wiatr
Spoza deszczu migocącej rampy.
I pies jest dobry podczas słoty,
Gdy cieplej niż wełna ogrzewa ci stopy."
-> "Na słotę". Gdy słota - wolę psa miast kota ^^

"W leśniczówce dziwne ferie...
Stryj gajowy mnie tu sprosił:
«Rzuć ruchliwe miast arterie,
W leśne pustki zdążaj co sił».

Patrzę w okno: a tu zima,
Ani listka, ani ptaka.
Ja tam chyba nie wytrzymam,
Już nazajutrz dam drapaka.

Ale w domku pełnym drewna
Wącham żywic aromaty.
Nocą słucham, jak mróz zwełnia
Na okienkach białe kwiaty.

Rankiem spacer lisim tropem.
Buziak z ziąbu mi kraśnieje;
Droga długa, ale potem
Tak jak nigdy żurek się je.

Nawet śmieszno, bo stryjowi
Z konopnego kapie wąsa.
Przecież stryjcio się nie głowi,
Niby kożuch wąs otrząsa.

Lecz najpiękniej, kiedy lampy
Złotą naftę wuj roznieci;
Ja nad grubą książką, jakby
Ktoś wycięty sprzed stuleci."
-> "Leśniczówka". Dawniej to stylowo spędzano ferie.

Coś dramatycznego:

"Wy już nic nie czujecie - potraficie tylko myśleć uczucia. Pan hrabia myśli swoją nienawiść, pan baron myśli swoje łotrostwo. Nie czuje nawet rozkoszy bycia łotrem, myśli, że być łotrem powinno sprawiać rozkosz."
-> Z "Szachów". O arystokracji. Ale "Chłopcy" więcej przypadli mi do gustu.

Z drukowanych w tygodniku "Ekran" doskonałych felietonów pod wspólnym tytułem "Rok polski":

"Jeśli kto sądzi, że Polacy biorą się od Polanów, a Polanie od pól uprawnych, ten w głębokim jest błędzie. Nazwa Polska, Polonia, wywodzi się bowiem od północnego bieguna sklepienia niebieskiego, którego imieniem jest Polus. Tak utrzymują poeci polskiego średniowiecza, a za nimi autor 'Kroniki wielkopolskiej'. A więc już w mrokach średniowiecza czuliśmy się raczej synami zimy, mroźnego kosmosu, aniżeli puszcz, łąk i pszenicznych łanów. Jak bardzo nam ta świadomość doskwierała, nie ciesząc prawie nigdy, świadczy kultura tak pisana, jak i malowana, w której aż do dziewiętnastego stulecia o zimie raczej cicho. Bo jeżeli pejzaż poetycki jest wyrazem błogości, a pejzaż malowany aktem zachwytu, to Polacy - synowie niebieskiego bieguna - nieskłonni byli do takich uniesień. Na zimę raczej fukali, złorzeczyli jej nawet imionami miesięcy, jak pełen zmarzlin zimnych - grudzień, lub dosadniej już niemiłosierny luty. Po staropolsku luty (srogi) zwał się także strąpaczem, czyli strzępiącym, ścinającym szronem. Nawet kwiecień dość późno stał się kwietniem, przedtem nosząc bardziej trafną nazwę łżykwiatu lub - jak po kaszubsku - łudzikwiatu, czyli pory fałszywej, bez litości tnącej przedwczesne kwitnienie.
Zima - jednym słowem - była u nas zawsze lodowata, kostnicowa, podobna do śmierci (...)."
-> Jakoś mniej polska się teraz czuję, z moją łaskawością dla zimy i brakiem zrozumienia dla upałów.

"Gruzini śpiewają pięknie, Rosjanie rzewnie, Francuzi wesoło, Anglicy z namaszczeniem, Polacy zaś żegnają swego górala przerażonym beczeniem opuszczonej trzody. Biedny Bałucki! Czy przypuszczał, że jako poeta będzie przewodził narodowi jedynie w drodze do kolejnego kieliszka?"
-> O naturalnej przy ucztowaniu skłonności do śpiewania... No to chluśniem, bo uśniem!

"(...) wiersz narodził się w Londynie, gdzie zaciekły konserwatyzm wyspiarzy, mimo oczywistości faktów, każe wierzyć w umiarkowany klimat Wielkiej Brytanii, a więc w zbędność intensywnego ogrzewania przewianych mrozem pomieszczeń. W salonie lub gabinecie zgadzano się na intruza w postaci kominka, że jednak chłodna to bardzo aprobata, z chłodną spotyka się wzajemnością. Jednakże w sypialni... W sypialni jak w kostnicy, ani śladu ognia."
-> O jednym z "Wierszy o zimnie" Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej. W sypialni chcę ognia, nie kostnicy.

"Wraz z postępującą technicyzacją, a więc ze śmiercią starych przedmiotów i urządzeń, odchodzą od nas niepowrotnie tysiące słów: często mistrzowskich w naśladowaniu dźwięków, zawsze powiększających naszą inteligencję i pobudzających zmysły. Trwożymy się - i słusznie - wyrębem lasów, a rzadko kto zdaje sobie sprawę, że równocześnie giną całe stronice Kochanowskiego i Mickiewicza, żałujemy bazarów, a kto troszczy się o zagładę różnobarwnego słownika owych krynic folkloru miejskiego?"
-> Giną "dziesiątki słów gwarowych, regionalnych, a językoznawcy dosypią przygarść uzupełnień słownikowych" - przykra to refleksja. Ale przyszło do nas tyle nowych wyrazów!

"Polak, który nie potrafi cieszyć się tańcem, jest kimś gorszym nawet od niedźwiedzia."
-> My się cieszymy? <3

"Było to tak dawno, że może i nieprawda. Ale i nieprawdy bywają ładne lub szpetne."
-> I lepsza nieprawda ładna niż szpetna?

"Że pogoda sprzyjała, zamieniliśmy te kilka dni w porę otwartych na ścieżaj okien, długich pieszych spacerów, podglądania wstydliwych przemian miejskiej i wiejskiej przyrody, zamiast kultywować nierozsądny obyczaj rodzinnych posiedzeń w nużącej atmosferze trawienia i kurzu ulatniającego się z czupryn. Starzy Polacy wymyślili w tym celu coś na kształt samoszantażu, wprowadzając w każdy szczegół wielkanocnych obrzędów subtelną aluzję do zmartwychwstania natury. Piękny pomysł zastąpienia egzotycznych palm swojskimi baziami, obsypanymi srebrzystą pieszczotą kotków; święcenie doniczek ze świeżo wysianym owsem; malowanie kraszanek (nie mylić z pisankami, które są wzorzyste, podczas gdy kraszanki - tylko kolorowe!) w naparach dzikiej jabłoni, kory olszowej, listków kwiatu malwy, w szafranie i łupinach cebuli, wreszcie w purpurach brezylii zaczerpniętej z aptecznych słoików; wystrój wielkanocnego stołu bukszpanem i rzeżuchą - oto tylko drobny trop tych wielorakich zabiegów, jakimi dawna gospodyni podniecała wzrok i powonienie świętujących domowników. Na czas Wielkiejnocy żegnamy się z sakramentalnymi goździkami w wazonach, wiernie służącymi przez cały rok, nie olśniewają nas również królewskie gerbery. Powinno stać się kanonem savoir-vivre'u, że kupujemy, przynosimy w upominku i zdobimy mieszkanie wyłącznie jakże ulotną florą łąk, runa leśnego, górskich zboczy i starych rozwalisk. A więc fiołki, przylaszczki, ślazy, anemony, a więc gałązki ledwo zakwitających drzew (...). Kwiaty wczesnej wiosny są motylami-jednodniówkami naszej przyrody, żyją tak krótko, że byłoby grzechem nie pochwycić tego cudownego migotu życia i nie przenieść go w bezpośrednie pobliże."
-> Wczesna wiosna, zmartwychwstanie - uwielbiam ;-)

"Niedorzeczność (...) czyż nie jest bliźniaczą siestrzycą nadziei, ta zaś mosiężną trąbką powodzenia?"
-> Może...

"Wiersz Wybickiego, napisany w Lombardii, przez kiepskiego zresztą dramaturga, jest, powiedzmy to sobie szczerze, słabiutki. Pełno w nim częstochowskich rymów, typowo grafomańskiego gadulstwa, a kiedy się go czyta w całości, widać, że autorowi żal skończyć. Ponadto aż w oczy bije grzechem pierworodnym: nadmierną aktualizacją. (...) Nędzny komediopisarz jednak zwyciężył wszystkich przeczuciem - wyrażonym tak jasno - że Polska nigdy nie umrze, kiedy my żyjemy."
-> Zdumiewa mnie fenomen naszego hymnu narodowego - ale ma chyba Grochowiak rację: "Naród czekał (...) na nową, ożywiającą ją ideę".

"Może Gierymski był większy, Chełmoński bardziej polski."
-> Cenię dzieła jednego i drugiego, zaś w tekście "Malarz" Grochowiak wspaniale przybliża biografię Chełmońskiego. W pewnej chwili zauważa: "Chełmoński jest jednak sam, może tak bardzo sam był van Gogh, kiedy wśród dorodnego zboża strzelał do siebie z pistoletu. Nieważna jest kolosalna różnica ich struktur malarskich: ważny jest imperatyw poszukiwania samego siebie". I wspomina "jego szaleńczy, z punktu widzenia kariery, ciąg do polskości".

"Mówiąc zupełnie otwarcie, trudno przepadać za boginią Ateną. Już sam fakt wyklucia się niemowlęcia z męskiej głowy odstręcza mnie biologicznie niż jedyne oko Cyklopa czy też kolosalny melanż cielesny empuz, centaurów albo syren. (...) Niestety babsztyl, choć mądry, cechował się szczególną zawiścią, być może wynikła z goryczy typowej dla niewiast całkowicie wyzbytych wdzięku."
-> Ileż dałabym za wdzięk w miejsce mądrości!...

"Mają (...) święta Bożego Narodzenia historię tak starodawną, że dalece wyprzedzającą ich chrześcijański kształt. Nasi słowiańscy przodkowie również obchodzili szczególnie uroczyście dni przełomu między starym i nowym rokiem, a dni tych było kilka, tak że do dzisiaj etnografowie waśnią się, czy tak zwane gody dotyczyły przede wszystkim zimowego przesilenia dnia i nocy, czy też były synonimem dzisiejszego Nowego Roku."
-> Prawdopodobnie "w praktyce nie bywało przerwy w ucztowaniu między Wilią a pierwszym stycznia". Słusznie ;)

"Forma literacka polskiej kolędy stała się kanwą prawdziwych arcydzieł, jak 'Bóg się rodzi, moc truchleje' Karpińskiego, rozpaliła wyobraźnię futurystów w znakomitych dokonaniach Tytusa Czyżewskiego, głębokim tragizmem zabrzmiała w przedśmiertnym płaczu Baczyńskiego i Gajcego. 'Tryumfy Króla Niebieskiego' w Polsce uniosły się nad niską, pańszczyźnianą strzechą."
-> W dzieciństwie bardzo chętnie śpiewałam najróżniejsze kolędy.

Wiersze zebrane: (Tom 1 i 2) (Grochowiak Stanisław)
Ballada rycerska (Grochowiak Stanisław)
Menuet z pogrzebaczem (Grochowiak Stanisław)
Rozbieranie do snu (Grochowiak Stanisław)
Agresty (Grochowiak Stanisław)
Kanon (Grochowiak Stanisław)
Totentanz in Polen (Grochowiak Stanisław)
Nie było lata (Grochowiak Stanisław)
Polowanie na cietrzewie (Grochowiak Stanisław)
Bilard (Grochowiak Stanisław)
Haiku-images (Grochowiak Stanisław)
Allende (Grochowiak Stanisław)
Juvenilia: Wiersze z lat 1949-1952 (Grochowiak Stanisław)
Wiersze niepublikowane: Ze zbiorów Muzeum Literatury im. Adama Mickiewicza (Grochowiak Stanisław)
Wiersze nieznane i rozproszone (Grochowiak Stanisław)
Wybór wierszy (Grochowiak Stanisław)
Poezje wybrane (LSW, 1968) (Grochowiak Stanisław)
Rzeczy na wersety i głosy (Grochowiak Stanisław)
Wiersze wybrane (Grochowiak Stanisław)
Wiersze (Grochowiak Stanisław)
Poezje (Grochowiak Stanisław)
Poezje wybrane (LSW, 1989) (Grochowiak Stanisław)
Poezje wybrane (Grochowiak Stanisław)
Wybór poezji [Czytelnik] (Grochowiak Stanisław)
Wybór poezji [Kama] (Grochowiak Stanisław)
Wybór poezji (Grochowiak Stanisław)
Znaki: Wybór wierszy (Grochowiak Stanisław)
Taka mi teraz jesteś (Grochowiak Stanisław)
Zaniosły się płaczem przyziemne badyle (wybór wierszy) (Grochowiak Stanisław)
Zaproszenie do miłości (Grochowiak Stanisław)
Stanisław Grochowiak (Grochowiak Stanisław)
To było gdzieś (Grochowiak Stanisław)
Biały bażant (Grochowiak Stanisław)
Szachy (Grochowiak Stanisław)
Chłopcy (Grochowiak Stanisław)
Rok polski [PIW] (Grochowiak Stanisław)
Choinkowe wierszyki (antologia; Bechlerowa Helena, Broniewski Władysław, Chotomska Wanda i inni)
Wiersze dla was (antologia; Aniśkowicz Maria, Babicz Jan, Balcerzan Edward (pseud. Borysz Adam) i inni)
Poezja erotyczna: Wiersze polskich poetów (antologia; Przerwa-Tetmajer Kazimierz (Tetmajer Kazimierz), Żeleński Tadeusz (pseud. Boy), Leśmian Bolesław (właśc. Lesman Bolesław) i inni)
Madonna poetów: Antologia współczesnej polskiej poezji maryjnej (antologia; Staff Leopold, Iłłakowiczówna Kazimiera (Iłłakowicz I. K.), Pawlikowska-Jasnorzewska Maria i inni)
Pod Twoją obronę...: Matka Boża w poezji polskiej (antologia; < autor nieznany / anonimowy >, Hussowczyk Mikołaj (Hussowski Mikołaj, Mikołaj z Hussowa, Hussovius Nicolaus), Szarzyński Sęp Mikołaj i inni)

(c)Wszystkie prawa zastrzeżone. Kopiowanie bez zgody autora zabronione.

Wyświetleń: 121
Dodaj komentarz
Legenda
  • - książka oceniona przez Ciebie - najedź na ikonę przy książce aby zobaczyć ocenę
  • - do książki dodano opisy lub recenzje
  • - książka dostępna w naszej księgarni
  • - książka dostępna u innych użytkowników (wymiana, kupno)
  • - książka znajduje się w Twoim schowku
Patronaty Biblionetki
Biblionetka potrzebuje opiekunów
Recenzje

Użytkownicy polecają:

Redakcja poleca: