Dodany: 2019-06-01 22:43|Autor: dot59Opiekun BiblioNETki

Ulga przychodzi za późno lub wcale


Kiedy czytam takie książki, jak ta, niezmiennie się zastanawiam: czy my jako gatunek naprawdę mamy aż tak mocno wpisaną w geny zdolność unieszczęśliwiania siebie i innych? Jak to było osiemset czy tysiąc lat temu, daleko przed epoką cywilizacji technicznej? Albo nie, jeszcze wcześniej, przed nastaniem religii monoteistycznych, które jak jeden mąż spychały kobietę na niższe pozycje, podporządkowywały regułom narzuconym przez mężczyzn? Ludzie też wiązali się w stadła – jeśli nie sakramentalne, to uświęcone jakąś formą tradycji – płodzili i wychowywali dzieci, chorowali, mieli złe dni, a do tego, zanim się ukształtowało społeczeństwo klasowe, wszyscy bez wyjątku ciężko harowali, całymi godzinami wykonując czynności, które my załatwiamy jednym naciśnięciem pstryczka. Jeśli pozostały po nich jakieś źródła pisane, to jedynie opowiadające, co się wydarzyło, ale nie, co oni czuli. Czy już wtedy matki potrafiły tak zatruć dzieciństwo swoim dzieciom, by rzutowało to na całe ich dorosłe życie? Czy ówcześni mężczyźni też używali siły jako narzędzia do rozwiązywania sporów i egzekwowania swojego widzimisię?

Bo dziś… nie mamy wątpliwości, że relacje takie, jak w rodzinie Karoliny, jak w małżeństwie Jacka i Alicji są bodaj częstsze od tych, które uważa się za „normalne”. Niektórzy kontestują ten „normalny” stereotyp, uważając za kłamliwe przedstawianie w literaturze pełnej rodziny, w której nikt nikogo nie zdradza, nie obraża, nie poniża, nie zastrasza, nikt nie nadużywa alkoholu czy narkotyków. Także i „Ulga” jest dekonstrukcją mitu szczęśliwej rodziny.

W małżeństwie głównej bohaterki, Karoliny, nie jest aż tak źle, najwyżej banalnie. Przynajmniej tak to wygląda ze strony Marcina, który nie jest może jakimś orłem – ot, takim współczesnym, tylko mniej tragicznym i mniej ciekawym Bogumiłem Niechcicem, który (cóż, że z pomocą rodziców…) stworzył żonie i synowi warunki do godnej egzystencji, co więcej, autentycznie ich kocha – na tyle, że nie potrafi uwierzyć, że może się z nimi dziać coś złego. A dzieje się bez wątpienia – i z Jankiem, którego wybuchy agresji już od przedszkola niepokoją pedagogów, i z Karoliną, w której duszy na traumatyczne dzieciństwo nałożyła się tęsknota za niespełnioną młodzieńczą miłością, a potem kolejny uraz, związany z nieudanymi próbami powiększenia rodziny. Doświadczenia dwóch poprzednich pokoleń kobiet predestynują i ją do roli ofiary; Marcin nie jest kimś, kto mógłby z niej tę ofiarę zrobić, ale przecież jest taki gatunek mężczyzn, którzy w każdej kobiecie, czy bliskiej, czy obcej, potrafią wyczuć słabość i zrobić z niej stosowny użytek…

Tak, jak Jacek, mąż Alicji, kiedyś „chłopak z dobrej rodziny, ambitny, uprzejmy”[1], dziś cyniczny łajdak w eleganckich ciuchach, notoryczny kłamca, damski bokser i gwałciciel. Co tak skrzywiło jego psychikę, nie wiemy. Chyba nie jest temu winne wyłącznie uzależnienie, bo narkotyki nie powodują chamstwa, wulgarności i skłonności do krzywdzenia słabszych, co najwyżej – rozregulowując mechanizmy kontrolne – wydobywają na jaw skrywane defekty osobowości. Tym bardziej byłoby więc ciekawe wyjaśnienie, czy to tkwiło w nim od zawsze, czy może tak się zmienił od czasu, gdy Alicja, „chuda nastolatka z okrągłymi plecami (…) bez słowa wzięła od niego szluga pod szatnią”[2]. Gdyby narracja była prowadzona tylko z punktu widzenia Karoliny, można by pomyśleć, że to zabieg celowy: ona przecież nie zna swoich nowych sąsiadów na tyle, by wiedzieć o nich to, co wie o sobie. Ale ponieważ pewne epizody oglądamy także oczami Alicji i Jacka, takie niedopowiedzenie jego postaci – do tego stopnia złej, że momentami aż niemal groteskowej – to jeden z braków tej skądinąd dobrej powieści.

Alicja i Karolina ukazane są o wiele lepiej. Obie w dzieciństwie i młodości zaznały niedostatku, obie przez większą część życia biernie poddają się wszystkiemu, co dla nich przykre i bolesne. Tu podobieństwa się kończą. O ile Alicji, która zawsze pragnęła mieć „zadowoloną, sytą i mieszczańską rodzinę”[3], małżeństwo z Jackiem dawało gwarancję stabilizacji, o tyle Karolina, nie do końca skutecznie impregnowana przez matkę nienawiścią do „drobnomieszczańskiego gówna”[4], związkiem z Marcinem po prostu zakleiła lukę, pozostałą po nieskutecznym ulokowaniu uczuć w Johanie, Niemcu, dla którego gotowa była rzucić wszystko po jednym dniu znajomości. Bierność Alicji wynika raczej z braku wiary w siebie (bo przecież wszystko, co ma, zawdzięcza Jackowi; z chwilą, gdy po maturze złożyła swój los w jego ręce, nie zdobywając żadnych kwalifikacji zawodowych, niemal przekreśliła swoje szanse na samodzielny byt…), bierność Karoliny – z doświadczenia, natrętnie przypominającego, czym kończą się próby postawienia na swoim. Konflikt między tym przekonaniem a naturą nie pozostaje bez echa, kanalizuje się pod postacią uporczywych dolegliwości somatycznych. A kiedy do ciężaru emocjonalnego, jaki złożyła na jej barki matka, dochodzi kolejne traumatyczne zdarzenie, bohaterka próbuje szukać pomocy w religii. Ale wspólnota modlitewna kobiet jest miejscem odpowiednim raczej do podziękowań „za pulchne, puszyste ciasto z przepisu babci”[5], niż do leczenia nabrzmiałej bólem duszy; to nie jest taka ulga, jakiej Karolina potrzebuje. Kiedy wreszcie dozna pożądanego uczucia, może już na wszystko być za późno…

I tu, w finale, widać kolejne dwa minusy powieści: fabularny – z sekwencją wydarzeń zbyt ponurą, by mogła być całkiem wiarygodna, i techniczny – z powierzeniem narracji epilogu ośmioletniemu synowi Karoliny, którego styl wypowiedzi („ruszyliśmy (...), przystanąłem na progu(...), niecierpliwie wyrwałem się przed niego”[6] jest stanowczo zbyt dojrzały jak na dziecko w tym wieku, tym bardziej słabo się uczące, które „wciąż literuje, podczas gdy dzieci już płynnie czytają”[7]).
Ostatni – będący minusem jedynie z punktu widzenia części czytelników – to zatrzęsienie wulgarnych słów i nazbyt drobiazgowe opisy myśli i czynności, nazwijmy to ogólnie, związanych ze sferą seksualną (czy naprawdę całe pokolenie trzydziesto-i czterdziestolatków nie potrafi wyrazić emocji bez pomocy odmienianych na wszystkie sposoby „k…w”, „ch…w” i „j…ania”? A jeśli nawet tak, czy pisarz musi cały ten katalog powtarzać? I czy musi detalicznie opowiadać, co i jak bohater robi pod prysznicem? Historia literatury podpowiada, że wcale nie…). To wszystko nie są mankamenty, które by nakazały z abominacją powieść odrzucić, ale sprawiają, że nie ocenia jej się tak wysoko, jak by można.

[1] Natalia Fiedorczuk, „Ulga”, wyd. Wielka Litera, 2019, s. 242.
[2] Tamże, s. 81.
[3] Tamże, s. 242.
[4] Tamże, s. 58.
[5] Tamże, s. 145.
[6] Tamże, s. 367.
[7] Tamże, s. 67.

(c)Wszystkie prawa zastrzeżone. Kopiowanie bez zgody autora zabronione.

Wyświetleń: 313
Dodaj komentarz
Patronaty Biblionetki
Biblionetka potrzebuje opiekunów
Recenzje

Użytkownicy polecają:

Redakcja poleca: