Dodany: 2018-05-07 06:34|Autor: Pingwinek

Moje ulubione wiersze Leopolda Staffa


(Czytatka zdradza co nieco.)

Za mną lektura poezji Leopolda Staffa. Ocena: 5+ (a początkowo zanosiło się "tylko" na 5). Nie określiłabym brnięcia przez kolejne wiersze jako prościznę, nie, ponad dwa tysiące stron to spore wyzwanie (kilka razy przekładałam termin w bibliotece, nim w ogóle wzięłam tomiszcza tak serio do ręki...).

Czasem pociągały fragmenty - jak "Młoda, nie byłam piękna. Przy późnym dnia końcu / Słońce me błysło, kiedy pole się wyludnia / Z żeńców miłości. Piękność ma smętnie wzleciała / Srebrnym motylem późnej starości z poczwarki / Młodzieńczej wiosny. Młodość ma była jak skała, / Z której czas, zapóźniony bardzo i nieszparki, / Wiosną i latem rzeźbił biały posąg zimy. / Niepiękna, nie zaznałam w młodości kochania / I oto czas mój minął..." w "Baśni parku jesiennego" albo "A siostra lęku o zielonej twarzy, / Nadzieja, co jest wahania podnóżem, / Z obawą stojąc wciąż na jutra straży, / Nie dba o wieczne dziś czyniąc je tchórzem, / Co szczędzi, skąpi swych sił, by w wybuchu / Całej potęgi, ramieniem swem turzem / Podnieść do nieba świat w czynie i w duchu, / Choćby z wysiłku runąć na etapie - / Jeno cierpliwie czeka na łańcuchu, / Śniąc o jutrzejszym łaskawym ochłapie. // Nadzieja, siostra lęku, matka prośby, / Kornej niemocy opiekunka starcza (...)" w "Sercu korsarza" - czasem całe teksty:

"Czasem zapada straszna noc, głucha, upiorna...
Noc beznadziejna, sina i grozą potworna...
Świat odrętwiały ciszy bezdusznej milczeniem
Śpi pod snów ołowianych tłoczącym brzemieniem...
Gwiazdy w górze lśnią martwe i zimne boleśnie,
Księżyc jak biała bryła lodu skostniał we śnie...

Czasem zapada straszna noc, upiorna, głucha...
W noc taką jęk topielic z toni rzek wybucha;
Rosa w kwiatach w jad zmienia swą ożywczą siłę
I kwiaty więdną, chorą trucizną opiłe;
Kruk kamienną, grobową ciszą przerażony
I trupim blaskiem nocy w śpiących lasów strony
Porywa się i czarnym skrzydłem załopoce,
I leci skryć się w ciemną gąszcz... O, straszne noce...

A bladzi ludzie w taką noc o śmierci roją,
A ci, co marzą, silniej drżącą dłonią swoją
Cisną serce tętniące w piersi nazbyt głośno;
Ci, co wiedzą, że dzisiaj snem cichym nie posną,
I czoło rozpalone wspierają na dłoni,
Czują rosę zimnego potu na swej skroni;
Ci, którym duszę ciemna, krwawa zbrodnia plami,
Z posiwiałymi ze snu budzą się włosami...

Głodne psy wyją włócząc się zgrają tułaczą,
A małe dzieci strachów się boją i płaczą...
Gdzieś w ciepłej izbie ludzie siedzą przy kominie:
Nikt nie waży się przerwać milczenia, jedynie
Matka oczy na ścianę obróci bezwiednie,
Spojrzy i szepnie: «Zegar stanął», i poblednie,
I wszyscy zimnym dreszczem wstrząsnęli się trwożnie,
A dziewczęta poczęły się żegnać pobożnie...

W noc taką gdzieś starucha dźwiga się z barłogu
Chora i drży, czy śmierć już nie stoi u progu,
I trwożna, chce odegnać bliską chwilę zgonu,
I zamawia chorobę czarem zabobonu.
W taką noc matkę słabą, wynędzniałą, głodną
Czarne rozpacze pędzą ponad topiel wodną:
Z rozwianym włosem, z dziećmi ponad wodą kroczy
I płaczącym biedactwom zawiązuje oczy,
Błądzi po stromym brzegu w północnej pomroce
Szukając głębi... Straszne, beznadziejne noce...

A gdy dzień wyrwie ludzi z nocnych mąk otchłani,
Budzą się smutni, chodzą bladzi, obłąkani,
Jak gdyby jakimś ciężkim przytłoczeni ciosem,
I słuchają złych wieści szeptanych półgłosem:
Że chłop ślepego ojca udusił pod lasem,
Aby dobytek jego zagarnąć przed czasem;
Że śmierć była tej nocy u pięknej dziewczyny,
Co wiła sobie wianek dziś na zaślubiny;
Że niewiasta, co Boga prosiła gorąco
Długie, bezdzietne lata o płodność rodzącą,
Aż w końcu się poczuła matką, wysłuchana,
Powiła płód nieżywy... Nie zbłagała Pana...

Czasem zapada straszna noc, potworna, głucha...
Strwożeni, słabi starce z tchem oddają ducha...
Nikt nie klnie, bo się korzy przed Nieznanym z trwogą -
Nie modli się, by nie kląć skargą nieprzytomną,
I tylko gwiazdy modlą się ciszą ogromną...

O, że się jasne gwiazdy wtedy modlić mogą!...
. . . . . . . . . . . . .
O co się zimne gwiazdy wtedy modlić mogą..."
-> "Straszna noc". Niejedną straszną przeżyłam - czy więc już noce oswoiłam? W tym utworze wzruszyłam się historią bezpłodnej niewiasty.

"W płaszczach królewskich, lśniących dumną pychą,
W błękitnych szatach tęsknoty,
W koronie ogni,
Płonących żarem wiecznego pragnienia,
Niech dusze nasze ku sobie się zbliżą!
Niechaj wszystkie bogactwa, klejnoty krysztalne
W płomiennych łamiące się tęczach,
Z niewyczerpanych tajemnych swych skarbnic
Rzucą sobie do stóp!

Kochanko moja!
Utońmy w dusz naszych bezdennych głębinach!
W pożarze naszej miłości
W jedno się stopmy istnienie,
Jako dwa kruszce w jednym płomieniu!
I niech nam cisza milcząca dzwoni
Hymn wniebowzięcia
Na święto naszej miłości
Na zmartwychwstanie szczęścia naszego!

Niech zmilkną wszystkie inne pieśni weselne,
Radości hejnały!
Bo oto chwili naszej miłości
Przytomny jest Bóg naszych dusz
I ponad głowy naszymi
Niewidzialne ręce swe wznosi...
Czuwajmy!

Bo oto w chwili upojeń
Wręczy nam złote klucze
Do przepastnych, tajnych bezdni naszych dusz!

Niegdyś w spalonej pochowałem ziemi
Trupa młodzieńczej mej wiary;
Grób przysypałem zeschłymi liśćmi
Zwiędłej nadziei.
I oto teraz mocą twojej duszy
Wstał trup z umarłych, kwitnący i młody,
I dziwną siłę, i dziwne jaśnienie
Ujrzałem w jego źrenicach.
... O, dziwy kryje świątnica twojej miłości!

Jak dziwne, bezbrzeżne otwarły się dale
Na zaklęcie twych spojrzeń głębokich jak morze!
Bezbrzeża przedziwne - jak sen,
Bezbrzeża tajemne - jak noc.
I niezbadane - jak śmierć...
Jaka jasność słoneczna
Dla naszych stała się źrenic!
Ujrzały oczy nasze
Rzeczy wielkie, dziwne, bez nazwiska,
Rzeczy, do których niemowlę uśmiecha się we śnie,
Przeczy, które wieczorną przeczuwaliśmy tylko godziną,
Gdy tęsknoty do naszych zapartych wrót kołatały.
Odsłoniły nam lica postaci dziwne, tajemne,
Które na drogach naszych codziennych
Z zakrytą jawią się twarzą.
Już sercom naszym niepokój nie znany,
Niczemu nie dziwią się myśli.
... O, dziwy kryje świątnica twojej miłości!

Pragnę miłości twej i kocham miłość twoją,
Jak kocham wszystko, co idzie z oddali;
Jak kocham ciemny, bezbrzeżny ocean,
Bo w rozbudzonej mocy i spienionej dumie
Wyrzuca z toni swych perły,
Których żadne jeszcze nie widziało słońce;
Jak kocham drzew rozkołysanych szumy,
Płynące z mrocznej gęstwy głuchej puszczy leśnej,
Bo niosą wieści, co się rodzą w ciszy,
Wieści nikomu nie opowiadane;
Jak kocham letnią rozsrebrzoną noc,
Bo przestwór tłumem dziatwy swej bladej zaludnia,
Tłumem marzeń milczących,
Co o północnej budzą się godzinie
I przecierają oczy zdziwione...
A mają takie ciemne głębokie spojrzenia...

Pragnę i kocham ciebie, choć nie wiem dlaczego.
Jak nie wiem,
Czemu mię otchłań bytu z siebie wyrzuciła;
Jak nie wiem,
Czemu słońca w rozszalałym pędzie
Bezmierne, lśniące obiegają kręgi;
Jak nie wiem,
Czemu nie jestem stwórcą, tylko tworem;
Jak nie wiem
Czemu nie jestem Bogiem, co jest wszystkim.

Lecz wiem, że przyjście twoje koniecznością było,
Jak koniecznością mórz przypływ i odpływ;
Jak koniecznością słońc wir rozhukany,
Niepowstrzymane godzin następstwo
I jak śmierć."
-> "Miłość". Pragnę i kocham Ciebie, choć nie wiem dlaczego. Lecz wiem, że przyjście Twoje koniecznością było...:)

"Jak rozpacz czarna, głucha noc dzisiaj na dworze
I tak strasznie samotne, puste moje łoże
Wśród opuszczonych, nagich ścian mojej komnaty.
Znam noce te, gdy człowiek próżno snu przyzywa
Dla oczu, w przerażeniu wpatrzonych gdzieś w światy
Upiornej zmory, która z dali uporczywa
Nadchodzi wlokąc z sobą złe moce przeznaczeń;
Znam gorączkowe noce przywidzeń, majaczeń,
Wśród których dusza w ciemne zbłądziwszy bezdroże
Od myśli swych o wieczność postarzeć się może,
Noce bezsennych czuwań, gdy zmysłów uwaga
Napięta do obłędu, choć trwoga ją gnębi,
Czeka, aż się wyłoni z niedojrzanej głębi,
Z niezbadanych, przepastnych toni własnej głuszy
Tajemnica odarta z szaty mroków, naga,
Tajemnica tajemnic, dusza własnej duszy
Pierwszy raz objawiona, nigdy nie widziana...

O, taka noc szaleństwem dzikim opętana
Zaskoczyła mię dzisiaj, gdym smutków żałobą
Obezwładniony, kiedy lęk zimny mię grzebie
W grobie chorej, bezwładnej, znużonej niemocy.
Trwożę się dziś pozostać w swej izbie sam z sobą.
Sam jeden z sobą! Lękam się dzisiaj sam siebie!
Bo pośród osłupiałej przerażeniem nocy
Zagasło moje męstwo, zwiędły siły moje...
U drzwi mych stanął biały strach... O, jak się boję!

Bo czuję, że za chwilę, teraz... bladolica
Objawi mi się duszy mojej tajemnica...
Bo czuję, że w tej chwili nie mam dosyć siły,
Abym mógł spojrzeć w oczu jej ciemne bezdenie
I jej straszne, otchłanne wytrzymał spojrzenie,
A nie oszalał, ślepym obłędem opiły...
A jednak wiem, że oczy moje na nią padną
I że w tej samej chwili lica me pobladną
I usłyszę wśród grozy, co w krąg legnie sina,
Jak z wieży Miasta Śmierci bije ma godzina..."
-> "Samotna noc". Znam noce te, gdy człowiek próżno snu przyzywa. Kilka epok minęło - tam wiek XIX, tu XXI - a człowiek nadal odnajduje się w tych wielokropkach.

"Czekałem myśli życia, co przyjść do mnie miała
Smutna wielkością swoją i wielka swym smutkiem.
Miała mi buchnąć złotem błyskawicy krótkiem
I, schwytana mym wzrokiem, jak świszcząca strzała

Uwięznąć w mojej głębi. Wiedziałem, że we śnie
Zwykła się zjawiać ludziom, kiedy nieprzytomni
Nie baczą, strażowania czujnego niepomni,
Jak zapłonie i zgasłszy już więcej nie wskrześnie.

Długo, niezłomnie stałem wytrwale na straży...
Aż znużonego zmorzył dziś nocą sen wraży...
Była... Przez sen słyszałem... Szumiała skrzydłami...

Oto po nocy dzikiej obłędnymi snami,
Nikczemny, nędzny budzę się z rozpaczy szałem,
Że chwilę życia mego największą przespałem!"
-> "Czekałem myśli życia...". Tyle chwil przespałam, że w zasadzie można powiedzieć, iż przespałam życie. I przesypiam wciąż kolejne dni, i za rok pewnie powiem to samo.

"Szara godzina wspomnień, pacierza i dzwonów
Wśród niebios na ostatni uśmiech się wysila,
Czujność serca, co broni się tęsknotom, zmyla
I przędze zmierzchu snuje ze siwych kokonów...

Ostatnie światła, drżące, błędne, bezcielesne,
Płoszą się i czepiają drzew w próżnym wysiłku,
Kryją się, trwożne, wątłe jak życie na schyłku...
Wszystko zda się za późne razem i za wczesne...

I gdy się wszystko traci, rozlewa i zlewa,
Zatarte, nieujęte: cień, niebo i drzewa,
Stare oczy tęsknoty patrzą w oddal w trwodze,

Jak w mrok szczęście niestałe idzie i nadzieje
Ze ziemi zbiera, dawno pogubione w drodze,
Zakrywa twarz i samo nad sobą łzy leje..."
-> "Szara godzina". Wszystko zda się za późne razem i za wczesne. No właśnie.

"Twej wątłej twarzy piękno chore, anemiczne
Śni o znużeniu twojej krwi bladej, omdlałej,
Która leniwym tętnem fali ociężałej
Ożywia twe wysmukłe członki seraficzne.

Tyś jest spłowiałym blaskiem spopielałej chmury,
Zwietrzałą wonią, którą tchną spełzłe kobierce...
Za skąpo w alabaster wsączono purpury,
W drętwym snem wycieńczone, niedokrwiste serce.

Dla ciebie, Piękna moja, hoduję winnicę,
Gdzie ciepło słońca w gronach dojrzałych sok słodzi.
Podlewam ją swą własną krwią, kiedy dzień wschodzi,
I dla ciebie przeznaczam swych trudów krwawicę.

Przyjdź! Soki z gron wycisnę i tobie, Jedyna,
Zgotuję złotą kąpiel, byś moc zdrowia ssała
Spragnioną, nagą skórą dziewiczego ciała
I byś ożyła słodkim ogniem mego wina!"
-> "Bladej dziewczynie". Bladej dziewczynie potrzeba do szczęścia rumianych policzków i włosków rudoblond <3

"To, przed czym drżało mego serca bicie
I co musiało stać się, dziś się stało...

Ogrodu mego gęstwią oniemiałą,
Żegnając dłonią drzewa, przeszło życie,
Z spojrzeniem smutnym, w którym łzy się mienią...

I dusza moja stała się jesienią...

O, nieme głębie mojego ogrodu!
O, jakże ciemna pożegnania łza!

Jak krąg mlecznego, matowego szkła,
Przez który świeci mdło złotawy płomień,
Słońce bladego, spóźnionego wschodu
Rozwłócza śpiący i oślepły promień.

Krzykliwy blask, co w lata kwitł godzinach,
Przycichł w stłumiony szept drżącego mroku,
Kryjąc się w parku omierzchłych szczelinach...

O, łzy piekące w żegnającym oku!
O, drżenie bladych rąk w rozstaniu głuchem!

Samotny, cichy staw mego ogrodu,
Uśpiony swoim leniwym bezruchem,
Spłowiałe blaski chłonie w zimne łono,
Smętny, tą myślą łkający znużoną,
Że nic nie może im dać - oprócz chłodu...

Na wodzie chwieją się zwolna, bezwładnie
Zmarzłych szuwarów długie, wiotkie kity...
Na brzegu nagie zwiędłych róż okwity
Patrzą, jak błękit sinym chłodem bladnie
I jak się - w puste wglądając ogrody -
Uśmiecha myślą ostatnią pogody...

O, łzy gryzące w żegnającym oku!

Liście pożółkłych drzew drżą i dygocą,
Jak szukające pocałunków w mroku
Usta dyszące, roztęsknione nocą...

Kielichy późnych kwiatów, nieprzytomne
Omdleniem, patrzą bezmyślnie w ogromne
Zwierciadło stawu, martwe blaskiem stali...

W srebrnych oparach błękitnej oddali,
Na nieboskłonie bliskie już przymrozki
Drzemią... W powietrzu łkają kwiatów troski,
Strwożone chłodną zapowiedzią szronu...

Gniew zimy drzemie w groźbach nieboskłonu
I lękiem trwogi żółknie blask jesieni - -
A przed czym bicie mego serca drżało
I co musiało stać się - dziś się stało...

Otruty chorą niemocą jesieni
Ogród mój kona w mętnym blasku wschodu...

O, że się dusza ma pogodna, biała
Jesienią chłodną, chorą stać musiała,
Rozkazem śmierci dla swego ogrodu..."
-> "Pogoda jesienna". Potrafił Staff oddać w swej poezji jesień.

"O szyby deszcz dzwoni, deszcz dzwoni jesienny
I pluszcze jednaki, miarowy, niezmienny,
Dżdżu krople padają i tłuką w me okno...
Jęk szklany... płacz szklany... a szyby w mgle mokną
I światła szarego blask sączy się senny...
O szyby deszcz dzwoni, deszcz dzwoni jesienny...

Wieczornych snów mary powiewne, dziewicze
Na próżno czekały na słońca oblicze...
W dal poszły przez chmurną pustynię piaszczystą,
W dal ciemną, bezkresną, w dal szarą i mglistą...
Odziane w łachmany szat czarnej żałoby
Szukają ustronia na ciche swe groby,
A smutek cień kładzie na licu ich młodem...
Powolnym i długim wśród dżdżu korowodem
W dal idą na smutek i życie tułacze,
A z oczu im lecą łzy... Rozpacz tak płacze...

To w szyby deszcz dzwoni, deszcz dzwoni jesienny
I pluszcze jednaki, miarowy, niezmienny,
Dżdżu krople padają i tłuką w me okno...
Jęk szklany... płacz szklany... a szyby w mgle mokną
I światła szarego blask sączy się senny...
O szyby deszcz dzwoni, deszcz dzwoni jesienny...

Ktoś dziś mnie opuścił w ten chmurny dzień słotny...
Kto? Nie wiem... Ktoś odszedł i jestem samotny...
Ktoś umarł... Kto? Próżno w pamięci swej grzebię...
Ktoś drogi... wszak byłem na jakimś pogrzebie...
Tak... Szczęście przyjść chciało, lecz mroków się zlękło.
Ktoś chciał mnie ukochać, lecz serce mu pękło,
Gdy poznał, że we mnie skrę roztlić chce próżno...
Zmarł nędzarz, nim ludzie go wsparli jałmużną...
Gdzieś pożar spopielił zagrodę wieśniaczą...
Spaliły się dzieci... Jak ludzie w krąg płaczą...

To w szyby deszcz dzwoni, deszcz dzwoni jesienny
I pluszcze jednaki, miarowy, niezmienny,
Dżdżu krople padają i tłuką w me okno...
Jęk szklany... płacz szklany... a szyby w mgle mokną
I światła szarego blask sączy się senny...
O szyby deszcz dzwoni, deszcz dzwoni jesienny...

Przez ogród mój szatan szedł smutny śmiertelnie
I zmienił go w straszną, okropną pustelnię...
Z ponurym, na piersi zwieszonym szedł czołem
I kwiaty kwitnące przysypał popiołem,
Trawniki zarzucił bryłami kamienia
I posiał szał trwogi i śmierć przerażenia...
Aż, strwożon swym dziełem, brzemieniem ołowiu
Położył się na tym kamiennym pustkowiu,
By w piersi łkające przytłumić rozpacze
I smutków potwornych płomienne łzy płacze...

To w szyby deszcz dzwoni, deszcz dzwoni jesienny
I pluszcze jednaki, miarowy, niezmienny,
Dżdżu krople padają i tłuką w me okno...
Jęk szklany... płacz szklany... a szyby w mgle mokną
I światła szarego blask sączy się senny...
O szyby deszcz dzwoni, deszcz dzwoni jesienny..."
-> "Deszcz jesienny". Tonacja dekadencka i mój pierwszy chyba kontakt z poetą. Genialny utwór, prawda?

"Przyszedłem z pieśnią - pójdę bez słów
I długo milczeć będę...
Odejdę od was, by wrócić znów,
I przy was już osiędę...

Zwyczajna będzie ma noc i mój dzień,
Bez zdarzeń tygodnie, miesiące;
Czasem z chmur padnie przelotny cień,
A czasem blask rzuci słońce...

Będę do pracy szedł w ranny świt
I wracał o wieczorze,
Nic mnie nie będzie gnębić zbyt,
Gdy do snu się położę...

W święto na pola zwrócę krok
Patrzeć, jak sad dojrzewa,
Jak w gronach winnych wzbiera sok,
I słuchać, jak ptak śpiewa...

A gdy mi myśli w smutku mgle
Rozprószą się w rozsypce,
Grać będę stare piosnki swe
Na swojej dobrej skrzypce.

Ludzie niejeden zbiorą plon,
Niejedni pojmą się młodzi,
Niejeden starzec pójdzie w zgon,
Niejedno się dziecię urodzi...

Aż szlakiem swych wiosennych dróg
Młodość jak ptak uleci...
Nieznacznie żal się wciśnie w mój próg,
Że nie mam żony ni dzieci...

Z czasem, jak ojciec mój i jak dziad,
Będę miał siwe włosy...
Zbytnich rozkoszy nie da świat
Ni twarde zbyt dotkną mnie losy.

Gdy stary będę, poznam, że mnie
Nie różni nic od braci...
Nie było dobrze mi ani źle,
Nikt mną nie zyskał ni traci...

Żaden mym oczom nie błysnął cud,
Nic z mroku się nie wyłania,
Nici splątane w węzłach złud
Nie mają rozwiązania...

A jednak poznam, gdy śmierć do snu
Gasić mi będzie blask powiek,
Żem widział rzeczy, których tu
Nie widział żaden człowiek..."
-> "Życie bez zdarzeń". Chcę zdarzeń...

"W lipowe kwiaty, w lipowe liście
Próg ustroiłem na twoje przyjście.

Jabłkami, winem, jako przy święcie,
Stół zastawiłem na twe przyjęcie.

Zasłałem płótnem białym posłanie
Na twoje przyjście, na twe witanie.

Ust pocałunki, ramion uściski
Chowam dla ciebie na dzień nasz bliski.

Po dniach rozłąki, po dniach w obłędzie,
Na dnie witania, których nie będzie..."
-> "Przyjście". Czekam. Przyjdź.

"Łkanie bezsennej
Skrzypki jesiennej
Swym tchnieniem
Serce owiewa,
Truje, zalewa
Znużeniem.

Gdy z cisz głębiny
Dzwonią godziny
Tułacze,
Wspomnieniem tonę
W czasy minione
I płaczę.

I idę smutnie
W wichr, co okrutnie
Mnie miecie
Swymi podmuchy,
Niby liść suchy,
Po świecie."
-> "Pieśń jesienna" z Verlaine'a! Ale na razie wklejam tutaj i w przekładzie pana Leopolda - Paul dopiero w planach ;)

"I

Jesteś cicha jak śnieg,
Który pada na kwiaty jesienne...
Dłonie twoje, jak lek,
Koją usta pragnieniem bezsenne...

Lecz mi nie pić z twych łask...
Dusza siedmkroć tęsknotą otruta
Ociemniała na blask...
Noc ma każda ciężka jak pokuta...

Szczęście wątłe, jak mgły,
Wichr mi stargał... jako mgły rozwiejne...
Najpiękniejsze me sny
Czyż być muszą zawsze beznadziejne?

II

Śpiewam o tobie co dzień długo w noc...
A gdy nad ranem zasnę,
Mam w śnie swym słońce i radość, i moc,
I twoje oczy jasne...

Lecz gdy się zbudzę, nie widzę twych rąk,
Co pierś mi chcą ogrzewać...
I wiecznie muszę żyć tak sam wśród mąk,
Bym mógł o tobie śpiewać..."
-> "Tęsknota" z beznadziejnie piękną pierwszą częścią.

"Wrześniowe słońce smutek cichych brzóz pozłaca
I wieść o zgonie lata w uśmiechu zataja...
... Śniło się szczęście słodkie, złote jak pszczół praca,
To szczęście, co się nigdy z sobą nie oswaja...

Sny moje, długich tęsknot nieznużone prządki,
Zadumą ciężkie niby ogromne bursztyny,
Czekały, uroczyste jak Zielone Świątki,
Szczęścia, które dniom kradnie najsłodsze godziny...

Wrześniowe róże więdną... Woń pól mgły przeczuwa...
A tęsknota wciąż jeszcze w dal twarz zwraca białą,
I biedna, czeka w smutku, który ją osnuwa,
Jak gdyby szczęście kiedyś naprawdę przyjść miało..."
-> "Czeka". Oby wrześniowe słońce złociło radośnie...

"Włóczęga, król gościńców, pijak słońca wieczny,
Zwycięzca słotnych wichrów, burz i niepogody,
Lecę w prześcigi z dalą i złudą w zawody,
Niewierny wszystkim prawdom i sam z sobą sprzeczny.

Pod gwiezdnym niebem w polu rozkładam gospody.
Snem i płaszczem nakryty, śpię wszędzie bezpieczny.
U głowy mej zatknięty kij, jak krzew jabłeczny,
Rodzi mi kwiat marzenia i owoc swobody.

Lekkomyślność śpi ze mną, płocha weselnica,
Sakwę, gdziem mądrość chował, przedarła psotnica...
W drodze szczęśliwie-m zgubił swą mądrość znużoną.

Proszę cię, duszo moja, bądźże mi szaloną,
Bo ukradłem nadzieję gdzieś w karczmie przydrożnej!
Ciesz się zgubą! Niech będzie przeklęty ostrożny!"
-> "Sonet szalony". Zgubić mądrość i cieszyć się zgubą - przeklęty ostrożny, szczęśliwy szalony... Czy to możliwe?

"Uspokojona, uspokajająca
Rozdzierającym smutkiem wyrzeczenia,
Jesień, w przewlekłym konaniu gasnąca,
Zbladłym wspomnieniem lata opromienia
Wód wyczerpanie i złoci ich chłody
Snem beznadziejnej, bezsilnej pogody.

Senne błękity niebios, niedołężnie
W bezmyślny uśmiech wysilone, chore,
Tęsknią, jak jeno w szarą zmierzchów porę
Tęsknić umieją kobiety i więźnie.

Zbłąkana w modrych oparów przeźroczu
Światłość znużona, zmrużona, zbolała
- Jak rozjątrzone spojrzenie bez oczu -
Bezsenną kłótnią jaskrawych barw pała.

Od włosów kobiet, schorzałych samotnic,
Wzięły swe barwy drzewa twe, jesieni!
Z ich złotopłowych warkoczy, z promieni
Czół pięknych, młodych, pobladłych suchotnic,
Od bujnych włosów miedzianoczerwonych -
Kobiet całunkiem śmierci naznaczonych.

Przyćmiony mosiądz i brąz października:
Bezduszne złoto pożółkłych jesionów,
Dębów płomienność, rdzawość buków dzika,
Błagalna żółtość topoli i klonów,
Brzozowych liści bursztyn opłakany,
Nieuleczalna czerwień winogradu -
Ronią wśród liści milczącego spadu
W głuchego lasu spokój niezbłagany
Muzykę brązu, mosiądzu i miedzi...
Kruszczowa dźwięczność barw zgasa od śniedzi
Jesiennej w szelest nieżywy i suchy...
A liście lecą jak sny i jak duchy.

Lecz orgii złota jaskrawego dzikiej
Błękit podrzuca się tłem i przetęża,
Podsyca liści żar, że jak trąb krzyki
Żółtość ich bucha i słońce zwycięża!...
I jeno z rzadka gdzieś zieleń zgryźliwa,
Jątrząc swe jady, pieśń złota przerywa...

O, i tych bogactw stubarwne przepychy
Zaginąć muszą, to święto biesiadne
Oczarowanych oczu!... Śmierci cichej
Zdane, jesieni, twe piękno bezradne...

O, że też wszystko, ku czemu ramiona
Pręży tęsknota piękności spragniona,
Jest najpiękniejsze dopiero, gdy kona...

Zima jesieni skarb strwoni doszczętnie...
Krasa nie broni przed śmiercią złowróżbną. -
Umiera jesień i umiera smętnie,
Że była piękna tak długo - na próżno..."
-> "Elegia konającej jesieni". Zachwycam się!

"Po długich latach pierwszy raz
Idę jesienną tą aleją.
Jak mija czas, jak mija czas.

Pożółkłe liście lip się chwieją
I drży na ścieżce modry cień.
Z dwu stron dwa rzędy pni czernieją.

Na ławkę, o stuletni pień
Wspartą, rzuciłem nagle okiem...
Tutaj siedzieliśmy w ów dzień...

Przeszedłem mimo szybkim krokiem."
-> "Po latach". Myślę o Toruniu - co krok jakieś wspomnienie... Ważne? Może w odległej przyszłości się dowiem...

"Znów mej młodości lato jedno
Przeszło. Na drzewach liście rzedną,
Zwiędłe padają mi do stóp...
Czy przysypują jaki grób?

Czy w nim śpi szczęście w mroku, w zimnie?
Nie ma go we mnie ani przy mnie.
Niech mu pod głowę serce dam,
Choć spać na głazie będę sam.

Ach, nie śpi szczęście pod mogiłą...
Nie mogło umrzeć, co nie żyło.
Nie znał mój sierp radosnych żniw,
Miłość mi nie zasiała niw.

Znów mej młodości lato jedno
Przeszło. Na drzewach liście rzedną,
Zwiędłe padają mi do stóp
Na nie spełnionych pragnień grób..."
-> "Na jesieni". Nie mogło umrzeć, co nie żyło. A jednak - lato młodości przemija, a ja...

"Czemu patrzycie, oczy moje, zza mgły łez
Na ostatniego słońca zachodnie konanie?
Czemu was tak przykuwa jego krew i kres,
Chociaż w źrenicach boli jak ostry jad w ranie?
Czy wam nie dość, że długi słoneczny był dzień,
Nie dość skryć go radośnie wśród pamięci schronu,
Zasłonić dłonią oczy, nim zapadnie cień?
Czy wszelką radość płaci się smutkiem jej zgonu?

Nie całujcie, me wargi, na rozstanie ust,
Z których nigdy ostatnich nie piło się miodów.
Dreszcz rozkoszy się stanie dwojgiem cierpkich bruzd
I ciepłą pamięć czoła zetnie w smutek chłodów.
Czy tak bezdennie wielką jest tęsknoty głąb,
Aby niedosyt życia pełnić z śmierci plonu?
Iść ścieżką, aż zawiedzie nad przepaści zrąb?
Czy wszelką radość płaci się smutkiem jej zgonu?

Między pieśnią przerwaną a zbudzonym echem,
Falą i nagą stopą, co wnet się zanurzy,
Przyjściem listu i zdjęciem pieczęci z pośpiechem,
Pomiędzy zaproszeniem i rankiem podróży,
Między wzniesioną dłonią a owocem drzew
Śpi szczęście, co najdroższe dreszcze daje łonu,
Między wargą a czarą, gdzie wina lśni krew...
Lecz wszelką radość płaci się smutkiem jej zgonu."
-> "V" ("Radość i smutek szczęścia i chwili"). Parę chwil szczęśliwych - owszem, chyba się zdarzyło... lecz wszelką radość płaci się smutkiem jej zgonu. (Mieczysław Jastrun: "U Staffa chyba po raz pierwszy w liryce polskiej ukazana została niejednoznaczność uczuć, złożoność myśli ludzkiej, podwójne dno życia i sztuki".)

"Łagodny smutek, słodki jak ogród w jesieni,
Co wspomina żar lata bladym liści złotem,
Zasnuwa nam mgłą dusze, łza w oku się mieni.
Co było, nie powtórzy się z wiosny powrotem.
Cichy smutek miłości, blask szczęścia ostatni...
Wrześniowy uśmiech naszych dusz rozrzewnia błoń...
Widma słońca z fal rybak nie złowi w sieć matni...
Czy wiatr wspomina, jaką z róż scałował woń?

Było - przeszło. Radosne na polach konicze
Nie wiedzą, jakie duszę im ukradły pszczoły.
Piliśmy win wystałych zawrotne słodycze
I puchar nie pozostał wypity na poły.
Kwieciły się, kwieciły sady, winogrady,
Kwiat posypał się śniegiem na schyloną skroń...
Wiatr pędzi płatki spadłe - kto znajdzie ich ślady?
Czy wiatr wspomina, jaką z róż scałował woń?

Najgłębszy smutek szczęścia, że wszystko przemija.
Pragnienie uciszone wspomnieniem ozłaca
I pamięcią jak bluszczem zielonym owija
Tęsknotę, co w pierwotnych szatach już nie wraca,
Pielgrzym, co usta zwilżył, precz idzie od źródła,
Choć długo drży wzruszona miękkiej fali toń.
Warga płacze całunków, choć po nich ochłódła...
Czy wiatr wspomina, jaką z róż scałował woń?"
-> "VI" ("Radość i smutek szczęścia i chwili"). Czy powtórzy się coś cudnego z powrotem którejś z pór?

"Jakżeś smętna, choć śmieszna, droga dzieciństwa pamięci,
Ty, co w okna me miejskie, na szary mur wychodzące,
Wstawiasz szyby wspomnieniem przyleśnych łąk malowane
I tej siana kopicy o woni dzikich poziomek,
Którą, dzieci swawolne, w krąg otaczałyśmy pląsem
I wśród śmiechów serdecznych klaskały w ręce z uciechy,
Gniazda ptasie miast czapek mając na jasnych czuprynach,
Lśniących w słońcu wesołym, jak rozwichrzone kądziele.
Gdy najmłodsze z nas, w kozłach sprostać nie mogąc podrostkom,
Dłonią ciągnęło za uszy oswojonego królika,
Chodzić jeszcze niezdolne ani zadawać cierpienia:
Ten, co dumnie przed nami pierwszą już chełpił się książką,
Chociaż przed nią uciekał, na wystruganych dwóch kijkach
Zamiast skrzypiec - do tańca tak nam przygrywał ochoczo,
Ze wraz z nami skakały kopice, drzewa i chmury,
I świat cały, ten sam co dzisiaj, a inny, tak inny,
Jak te czasy minione, tak niepowrotnie szczęśliwe,
Gdy wiedziało się wszystko, bo nic nie wiedziało się jeszcze,
Gdy się ziemia zdawała nowa, niczyja i nasza,
Prosta, a dziwnie stuznaczna, bliska, a cudnie daleka,
Żyły kamienie, a rzeczy były tak bardzo wymowne:
W zimie śnieg jakiś bielszy, a w lecie zieleń zieleńsza."
-> "Jakżeś smętna...". Pamięć dzieciństwa, gdy... Czasy minione. Z bielszym śniegiem zimą i zieleńszą zielenią latem. (Przepisuję wiersz za wierszem i bardzo się wzruszam...)

"Dzieciństwa mego blady, niezaradny kwiat
Osłaniały pieszczące, cieplarniane cienie.
Nieśmiałe i lękliwe było me spojrzenie
I stawiając krok cudzych czepiałem się szat.

Młodość ma pierwsze skrzydła swe wysłała w świat,
Kiedy nad wiosnę milsze zdały się jesienie.
Więc kochałem milczenie, wspomnienie, westchnienie
I plotłem chmurom wieńce z swych kwietniowych lat.

Dopiero od posągów, od drzew i od trawy,
Z którymi żyłem długo wśród dalekich dróg,
Nauczyłem się prostej, pogodnej postawy.

I kiedym, stary smutku dom zburzywszy w gruzy,
Uczynił z siebie jeno wschodom słońca próg,
Rozumie mnie me serce i kochają Muzy."
-> "Curriculum vitae". Trzeba mi nauczyć się "prostej, pogodnej postawy".

"Wczoraj jeszcze jak gdyby z uczuciem zawodu
A tęsknoty mówiłaś o minionej wiośnie,
Gdy z ziemi pierwsze trawy strzelały radośnie
W słońcu słabym, co jeszcze nie przemaga chłodu.

Patrz: znów wiosna w zbudzonych alejach ogrodu,
Na brunatnych zagonach już świeża ruń rośnie.
Lecz nie cieszysz się życiem tkanym na pól krośnie...
Ach, osłody ci trzeba nawet i do miodu.

Ledwo tarń osypała się śnieżystym kwiatem,
Myśl twa już dalej leci i tęskni za latem:
Roisz lipcowe czary, kłos źrały w snach zrywasz.

Czy nie wiesz, że to minie, co jest teraz wkoło?
Że dwakroć jedna chwila nie całuje w czoło?
Że przywołując przyszłość i przeszłość przyzywasz?"
-> "Janus". Lipcowe czary? Sierpniowa bajka? Czy przyszłość? Która przeszłość?

"Mamże się wahać, pytać, czy me dni co warte,
Gdy wieczory zbyt często są gorzkim «na próżno!»,
A lata całe męką trudzą się podróżną,
By u celu wybijać drzwi dawno otwarte.

Młodość, na jednej chwili ponadgwiezdnej kartę
Stawiona, niech przepada, jeżeli jałmużną,
Daną dumie przez trwożnej złudy dłoń usłużną,
Jest ufanie o kłamną nadzieję oparte.

Zacząć nigdy nie późno, a zawsze dość wcześnie!
I jeśli jest mamidłem, co począłem we śnie,
Niech mi dziś klęska jutra straszną twarz pokaże.

Niech ból trąci kołowrót mojego żywota,
Bym nie był jako pająk, co sieć (którą mota)
Zawdzięcza, że ją osnuł w zepsutym zegarze."
-> "Mamże się wahać, pytać...". Dokładnie, już lepiej niech mi dziś klęska jutra straszną twarz pokaże! Lecz - czy dam wiarę...?

"Trącam o ciebie, struno bolesna pamięci,
Grająca ciszą zmierzchu, wonią sianożęci.

We wspomnieniu dom biały, dwa klonowe drzewa,
Wieczór letni, w gałęziach ptak, co słodko śpiewa.

To wszystko, co zostało po was, szczęścia chwile:
Dwa drzewa, ptak, co śpiewa... nic... a tyle... tyle..."
-> "Trącam o ciebie, struno...". Nic nie zostało.

"Szara, wielka kamienica,
Pokój, dywan, koń drewniany,
Z okien: wozy, tłum, ulica,
Raj podwórza zakazany.

Barwne książki z obrazkami,
Jawa w śnie i sen wśród jawy,
Strych, co jak głąb kniei mami,
Strach przygody i wyprawy.

Nagle błysk, zaduma, drgnięcie,
Starej księgi jakaś karta,
Podejrzenie, brwi ściągnięcie,
Ciekawości rdza niestarta.

Gdzieś na świat wybita szyba,
Deszcz, niepokój przedwiosenny,
Wiew odwilży... Może... chyba...
Czemu?... Znak pytania plenny.

Potem wylot z miejskiej cieśni,
Wieś, sad w kwiecie, stosy wierszy,
Sen, co drugi raz się nie śni,
Miłość, pocałunek pierwszy.

Zawrót głowy, słońce-chmura,
Deszcz-pogoda, kwiecień życia,
Serce jasne - twarz ponura,
Droga w kwiatach - gest rozbicia.

Pierwsza szczypta bólu, błota,
Gdzieś nieznaczna rysa w murze,
Cierń, krzyk duszy, łza, tęsknota,
Wolność, nowy świat, podróże.

Widnokręgi, krajobrazy,
Sztuka, piękno, wir zawrotny,
Upojenie, ludzie... skazy,
Myśl i pierwszy dzień samotny.

Cisza, znak niezrozumiany,
Bunt, gniew, przewrót, przełom, żmije...
Skąd te blizny? Skąd te rany?...
I godzina męska bije.

Już? Tak prędko? Co to było?
Coś strwonione? Pierzchło skrycie?
Czy się młodość swą przeżyło?
Ach, więc to już było... życie?"
-> "Młodość". Tak prędko? A może wcale nie? Przecież pocałunek pierwszy nadal tylko się śni.

"Kochać i tracić, pragnąć i żałować,
Padać boleśnie i znów się podnosić,
Krzyczeć tęsknocie «precz!» i błagać «prowadź!»
Oto jest życie: nic, a jakże dosyć...

Zbiegać za jednym klejnotem pustynie,
Iść w toń za perłą o cudu urodzie,
Ażeby po nas zostały jedynie
Ślady na piasku i kręgi na wodzie."
-> "Kochać i tracić...". Popularny utwór. I jak świetnie koresponduje z polskim rapem z 2018 ("W życiu przecież chodzi o to, żeby głównie żyć, co nie?") :>

"Jeśli śnić, to poczęcia szalone, olbrzymie!
Pożądać - to bez miary! Ramieniem skrzydlatem
Sięgać, gdzie nawet dzwonów nie doleci imię!

Gwiazdy siostrami swymi, orła zowę bratem!
Bowiem oczarowała mnie rzecz niemożliwa,
Lecz moją duszą stała się i moim światem!

Na zew jej drgnęła myśl ma dumna jak lwia grzywa
I w lot znalazła posłuch w woli, wiernej służce,
Która czeka napięta, czujna, jak cięciwa.

Łagodny sen nie stawa już przy mej poduszce,
Roją mi się zuchwalstwa wydziercy, odkrywcy!
Cóż mnie straszycie, chmury, w piorunów pogróżce?

Przestrogę biorą tchórze, spokojność leniwcy!
Nie ma za upojenie me zbyt wielkiej ceny!
Na skrajach horyzontu każdego zdobywcy

Majaczy widmo wyspy: cień Świętej Heleny."
-> "Zdobywca". Jeśli pożądać - to bez miary! Bowiem rzecz niemożliwa stała się moim światem!

"Żeśmy w zbożu pot chłopski spławiali do Gdańska,
W nagrodę nazywano nas spichrzem Europy;
Dziś po nas na pstrym koniu jeździ łaska pańska,
Gdy chcą do własnej gęby coś wziąć polskie chłopy.

Za zasługę liczono nam słowy pięknemi,
Że słońce w niebie Polak ustalił, Kopernik,
Lecz za złe mają, kiedy swój los tu na ziemi
Utwierdzić chce duch polski, własnej doli sternik.

Żeśmy hordom tatarskim nadstawiali karki,
Mianowano nas dumnie Europy przedmurzem,
Lecz ciężkie nam wyrzuty wtłaczają na barki,
Że chcemy swoim własnym owładnąć podwórzem.

Żeśmy Warnę i Wiedeń skrzydlato, pancernie
Krwią znaczyli, chrześciaństwa byliśmy szermierzem,
Lecz poczynamy sobie zdradziecko, niewiernie,
Gdy wydartym z swych skrzydeł chcemy poróść pierzem.

Najwierniejszą Kościoła córką Polskę zwano,
Że broniła chrześciaństwa innych od mąk grozy,
Lecz kazano jej zginać posłusznie kolano,
Gdy jej własne chrześciaństwo pętano w powrozy.

Wychwalano i miano nas w wysokiej cenie,
Żeśmy swobodę wyznań dali innowiercom,
Lecz ściągamy naganę na się i zgorszenie,
Gdy chcemy własną wiarę zachować swym sercom.

Budziło poklask huczny, podziw w świecie szczery,
Żeśmy jak lwy walczyli, jak orły-krogulce,
Kędyś na San Domingo lub u Somosierry,
Lecz źle, kiedy to samo czynim w polskiej Wólce.

Za naszą i za waszą wolność z Waszyngtonem
Lana krew polska chwałą purpurową krzyczy,
Lecz gdy za własny zagon broczym żywym łonem,
To krew nasza jest barwy dziwnie buntowniczej.

Żeśmy brali strój obcy, mowę i perukę,
Byliśmy znani jako Północy Francuzi;
Gdyśmy do własnej głowy poszli po naukę,
Wyrósł nam w oczach świata straszny włos meduzi.

Pótyśmy byli mili i naród rycerski,
Póki miano w kieszeni nas w każdej potrzebie,
Kiedy mógł drzeć z nas skórę każdy imci Zdzierski,
Gdyśmy wszystko robili drugim, nic dla siebie.

Jeśli ceną, co wasze kupuje uznanie,
Była li słabość nasza potulna i grzeczna,
To pragniem nie zasłużyć sobie odtąd na nie
I gorsza sława będzie nam bardziej bezpieczna.

Europo, obłudnico stara! Że lubystkiem
Twym wzgardzim, wybacz! Łaski twej doszliśmy granic,
Pozwól, że moc nam własna będzie odtąd wszystkiem
I że twój sąd sprzedajny musimy mieć za nic."
-> "Zasługi" ("I" w: "Trójliść braterstwa"). No, tu autor pokazał pazur!

"Ten, co mir głosił ostrząc miecz na progu domu,
I ten, co nad głowami pogwizdywał knutem,
I ten, co nas usypiał łaską po kryjomu,
Dziś nam posąg wolności kują wspólnym dłutem.

Piękny to posąg, ale z dziwnego kamienia,
Tak czułego, jak rzadko bywać zwykły głazy,
Że gdy mu przydać chcemy własnego ramienia,
Posąg staje się zaraz kamieniem obrazy.

Europa dziś przychodzi w roli dobroczynnej,
By nas wolnością darzyć, jak wszystkie narody,
Jeno Polak w jej oczach jest bezsprzecznie winny,
Że przed nią tejże samej zapragnął swobody.

Europa nas przychodzi szczodrze uszczęśliwić
Wśród potopu krwi naszej i domów zgorzeli,
Lecz, zgorszona, nie może się dosyć nadziwić,
Żeśmy tego samego z własnej woli chcieli.

I tak wszyscy nas dzisiaj miłują w Europie,
I bardzo zapraszają do wolności barci,
Lecz zanim tam pozwolą stanąć naszej stopie,
Chcą, byśmy im dowiedli, żeśmy tego warci.

Obwieszczają, że każdy lud, naród żyjący
Ma prawo do swobody i swych sił rozwicia
I nie chcą naszej chęci odmówić gorącej,
Lecz każą nam wykazać wpierw prawo do życia.

Ujawnili nam serce swe bratnie i bliźnie,
Przygniecionym niewoli i nieszczęścia bryłą,
I dają taką wolność, by w naszej ojczyźnie
Oprócz nas wszystkim innym wszystko wolno było.

Mieliśmy dotąd długo z ich bratniego daru
Całą wolność cierpienia wszystkiego, co boli,
Dzisiaj nam rozszerzają ten dar do nadmiaru,
Dając wolność działania po ich własnej woli.

Skądże w nich to szlachetne swobody rycerstwo,
Że chorągwią wolności taki czynią łopot,
Że tak w sercu ich dla nas wezbrało braterstwo?
Bo nieustannie z nami ciężki mają kłopot.

Ongiś nam snów wzbroniono, «point de rêveries»,
I zbudziły się z marzeń śniące pokolenia...
A gdy dziś Polska pragnie jawą żyć i żyje,
Dają nam «wieczne dziadów i ojców marzenia»!

I daliby nam wszystko, wolność i swobodę,
I z rąk spętanych zdjęliby twarde żeleźce,
Jeno zamiar ten trafia na wielką przeszkodę,
Bo trzeba by na ziemi dać nam zająć miejsce.

I daliby nam wszystko, swobodę, swawolę,
Każdy, co za rzecznika nam jest i doradcę,
Wygrzebałby myśl zbawczą w zmarszczkach na swym czole,
Byleśmy się zgodzili mieć tę wolność w klatce.

W darze posąg wolności kują nam swym dłutem
Druhy: ten, co usypiał łaską po kryjomu,
I ten, co nad głowami pogwizdywał knutem,
I ten, co mir siał ostrząc miecz na progu domu.

Zamiast kajdan żelaznych na ręce i stopy
Włożyć nam chcą jedwabne: choćby pasy słuckie!
Ach, stokroć łatwiej kartę przemienić Europy
Niźli w duszy zaborczej dzikie zwierzę ludzkie."
-> "Nagrody" ("II" w: "Trójliść braterstwa"). Tu też!

"O, Francjo, rewolucji szlachetna kolebko!
Zdradzałaś ty myśl własną i nas w wieków ciągu,
Zbywając nas ostrożnych wykrętów odczepką,
Zaślepiona w wygodzie i w złotym szelągu.
Dopiero dziś braterstwem jesteś głośna wielce
I wyznajesz wolności wszechludowej wiarę,
Kiedy runęły czczone przez twą trwogę Cielce,
Kiedy w kurzawie leżą świata bożki stare.

Rzymie Piotrowy! Ty, co sam wzrosłeś ofiarą!
Wyparłeś się nas nieraz, choć byłeś powinien
Wiecznie sam nieustanną być ofiarną czarą
I lać w nią krew za prawdę z żył czerwonych rynien.
Dziś bierzesz nas w opiekę wzniośle i serdecznie
I dajesz nam ojcowskie swe błogosławienia,
Kiedy wolność przyznawać ludom - jest bezpiecznie
I jeno niewolnikiem jesteś powodzenia.

O, Francjo! Głos wyrzutu do twojego brata,
Który, kiedy był gnębion knutem i żelazem,
Cierpiał sam, a dziś miłość ma całego świata,
Gdy miłować jest czasu korzystnym nakazem.
Kościele-Matko! Żal to wiernego ci syna,
Którego kochać bałaś się, gdy marniał w klęsce,
I dopiero dziś pierś twa przygarnia matczyna
Syna-nędzarza, kiedy wyrósł na zwycięzcę."
-> "O, Francjo!...". I jeszcze tu!

"Gdzie puchar złoty, co równie przekipia
Złocistym winem, jak ty złotem krasy,
O, ziemio, którą czar-jesień usypia,
Z twoimi w złoto zmienionymi lasy?

Kwitnąć i rodzić, i po bujnym plonie
Ginąć w nadmiernym piękności przepychu:
O, pożądany żywocie i zgonie!
Bądź jej podobien, duszy mej kielichu!

O, ziemio, matko i nauczycielko,
Tak skromna wiosną! Dopiero u końca,
Który uboży inną istność wszelką,
Stajesz się świetną, złotą siostrą słońca.

Błogosławiona niechaj będzie siła,
Tajemna płodnej twórczości mistrzyni,
Która trud męki i pot krwawy zsyła,
Jeśli żywota kres tak pięknym czyni.

Niech zginą żmudnych moich dni szeregi
I serce moje z swą cudu tęsknotą,
Jeżeli w ciszach jesiennej elegii
Ma po nim zostać li błękit i złoto.

Krasą cię darzy miłość, co w swą pieczę,
O, ziemio, wzięła moce twego łona.
Niech jak ty piękne będzie serce człecze,
Co czyni jako ty: kocha i kona..."
-> "Złota elegia". ZłoTo ma moc...

"Więc można kochać i nie wiedzieć o tem?
Po przypadkowym, najkrótszym spotkaniu
Dłoń sobie wzajem podać w pożegnaniu
I w dusz spokoju odejść - z bezpowrotem...

Lecz już nazajutrz, ledwo po rozstaniu,
W dzień ów zabłądzić pamięci przelotem
I stając, jakby przed czemś cudnem, złotem,
Uczuć się nagle sercem - na wygnaniu!

I odtąd wracać wstecz, wciąż i na próżno,
Przesiewać przeszłość wspomnienia przetakiem,
By coś w niej znaleźć, co było żywiołem!

Lecz smęt mży jeno szarym, suchym makiem,
Jak proch w klepsydrze, co szemrze: «Za późno!...»
Ach, można kochać i nie wiedzieć o tem!"
-> "Więc można kochać...". Jedna z dawnych koleżanek stwierdziła, że zwykłam zakochiwać się w kimś, gdy przychodziło rozstanie, kończył się pewien wspólny etap... Ale nie, zadałam kłam dziwacznej teorii.

"Jesienny czas! Cudownych blasków czas!
O, dęby, buki, klony i platany,
Ciepłych odcieni stubarwne organy,
Na których złotą symfonię gra las!

O, pełne słońca przepychów i kras,
Melancholijnie milczące polany,
Kędy przez liści ogniste dywany
Przechodzi piękna bóg ostatni raz!

Dusza ma, zda się, o tysiące lat
W przeszłość cofnęła się na czasu zdroju,
W wiek ziemi błogi, szczęśliwy i młody,

I patrzy z żalem, jak ginie ten świat,
Jak kona z boskim uśmiechem spokoju
Olimp radości, piękna i pogody..."
-> "Jesień". Jesienny czas, cudownych blasków czas! :)

"Tak mi zaśpiewał wiatr jesienny w polu:
«Skąd to powracasz, samotny wędrowcze,
Siewco tęsknoty a żniwiarzu bolu?

Gdzież twe spojrzenia bystre, wywiadowcze,
Coś nimi ścigał po nieb wysokości
Skrzydła swych marzeń i chmur runa owcze?

Wzrok twój przybity, bladość w twarzy gości
Kędyż znikł dawny płomień w oku twojem?»
«O, wietrze! - rzekłem. - Uszedłem miłości!

Z pęt się wyrwałem, które się powojem
Zdając, są kajdan twardymi ogniwy!
Burzą trawiłem się, mrąc nieukojem!

Wracam wyzwolon z niewoli straszliwej!
Z męki kochania, z katuszy okrutnej
Uniosłem serce!» - «Więc jesteś szczęśliwy!»

«O, wietrze! Jestem szczęśliwy - i smutny...»"
-> "Tak mi zaśpiewał wiatr...". Pokręcone uczucia.

"Dnie coraz krótsze, od mgieł co dzień chmurniej,
Rankiem mróz ścina w igły stawu płytę.
Z drzewami stoczył wiatr ostatni turniej
I legły liście na ziemi pobite.

Smutna ma dusza, opuszczona srodze
Przez siostry: miłość, wiarę i nadzieję,
W dal bezprzytulną idąc staje w drodze
I w suchych liściach zziębłe ręce grzeje."
-> "Dnie coraz krótsze...". A ja ostatnią jesień wspominam jako jesień cudów (wbrew rozczarowaniom, najpierw były cuda).

"O, siostro duszy mojej, jesieni żałosna!
Dawnom opłakał czar maja.
O ileż bardziej smutek twój niż złota wiosna
Z duszą się moją zestraja!

Choć las zwiędły, jak gdyby był moją nadzieją,
Ziemię rdzą liści swych plami:
Z wiatrami się westchnienia moje rozumieją,
A myśli moje z chmurami."
-> "O, siostro duszy mojej...". Umiem zestroić się z wiosną i z jesienią - i z zimą, i z latem...

"O, cóż jest piękniejszego niż wysokie drzewa,
W brązie zachodu kute wieczornym promieniem,
Nad wodą, co się pawich barw blaskiem rozlewa,
Pogłębiona odbitych konarów sklepieniem.

Zapach wody, zielony w cieniu, złoty w słońcu,
W bezwietrzu sennym ledwo miesza się, kołysze,
Gdy z łąk koniki polne w sierpniowym gorącu
Tysiącem srebrnych nożyc szybko strzygą ciszę.

Z wolna wszystko umilka, zapada w krąg głusza
I zmierzch ciemnością smukłe korony odziewa,
Z których widmami rośnie wyzwolona dusza...
O, cóż jest piękniejszego niż wysokie drzewa!"
-> "Wysokie drzewa". Omawiałam w szkole, oczywiście. Mistrzostwo!

"Jak bardzo radowałem się, że ujrzę znowu
Te miejsca ukochane, którem znał przed laty,
Pola, miedze, pagórki, drzewa, mrok parowu,
Chowane we wspomnieniach jak skarb przebogaty.

Widzę: wszystko tak samo, nic się nie zmieniło.
A czemuż zawód w duszy mej bolesny gości?
O, powiedz, serce moje, czego tu ubyło?
Czego braknie? - Niczego, prócz naszej młodości."
-> "Dawnym śladem". Pogodzona z upływem czasu dusza nie opiera się melancholii.

"Przemierzyłem już tyle jesieni
(Po samotnym wędrując pokoju)
Westchnieniami, z których nie odmieni
Żadne mego serca nieukoju.

Przewzdychałem już jesieni tyle,
Tłumiąc smutki i wybuchy szału,
Że zmieniwszy te wzdychy na mile
Dawno doszedłbym do... ideału..."
-> "Westchnienia". Bo o ideale mogę sobie jedynie pogdybać.

"Marcowe słońce ozłaca
Daleką, szczerą równinę,
Na której, jak okiem sięgnąć,
Drzewko widnieje jedyne.

Jeszcze się nic nie zieleni,
Nago i pusto, jak w stepie,
Tylko wiatr tańczy i hula,
I drzewkiem targa i siepie.

A drzewko chwieje gałęźmi
W wesołej z wiatrem przekorze,
Że choć mu liść zwiał w jesieni,
Cienia zwiać z ziemi nie może."
-> "Marcowe słońce". Marcowe narodziny...

"Patrz na te chmury, co się kłębią w niebie,
Siostrzyce burz, niepogody!
Ileż w nich wichru, walki, męki, szału,
Pędu, wolności, swobody!

Nie mów o szczęściu, stara złudo!... Szczęście
Nie stwarza nic prócz wspomnienia,
A jedna chwila radości wystarczy
Na długie lata cierpienia."
-> Bez tytułu. Czy istotnie wystarczy?

"Echo z dna serca, nieuchwytne,
Woła mi: «Schwyć mnie, nim przepadnę,
Nim zblednę, stanę się błękitne,
Srebrzyste, przezroczyste, żadne!»

Łowię je spiesznie jak motyla,
Nie, abym świat dziwnością zdumiał,
Lecz by się kształtem stała chwila
I abyś, bracie, mnie zrozumiał.

I niech wiersz, co ze strun się toczy,
Będzie, przybrawszy rytm i dźwięki,
Tak jasny jak spojrzenie w oczy
I prosty jak podanie ręki."
-> "Ars poetica". Recepta na sukces literacki.

"W spiece i skwarze, pod ognistą chłostą
Nieba, co zmienia lipiec w piec płonący,
Ziemia, brzemienna ciążą bezlitosną,
Płodzi i tworzy w rozkoszy cierpiącej.

W złudzie błogości, beztrudu i ciszy,
Ostrymi męki przeszyta do rdzenia,
Jak pierś kobieca, nieprzytomnie dyszy,
Bezsilnie znosząc dziki gwałt rodzenia.

I gąsienica, co prażąc się w słońcu
Pełznie i z wolna przemierza liść gładki,
Kurczowym ruchem w południa gorącu
Wciela okrutny, nieludzki ból matki."
-> "Lato". Rozkosz cierpiąca.

"O, zachodzie, codzienny zachodzie,
Jak świat stary, a wieczyście nowy!
Jakże krótkim, w twoim nagłym chłodzie,
Zda się ludzki żywot jednodniowy.

A gdy gaśnie twa dzika purpura
Na równinach płaskich i dalekich,
Stąpam w sobie po wysokich górach
I me kroki są długie jak wieki."
-> "Zachód". O, majówko, minęłaś. Za oknem wschód.

"Jaskółki nisko latają nad wodą,
Lgnąc do niej w trwożnie-stycznej nieochocie.
Jednym ją skrzydłem jak rogiem ubodą,
By górną pętlę znów zawiązać w locie.

Wciskam kapelusz, który wiatr mi zrywa,
Szczelniej na szyi ściągam szala końce.
Martwym odbiciem wśród wodnego szkliwa
Lśni blade, zimne, księżycowe słońce."
-> "Jesień nad wodą". Każda jesień prosi się o lirykę.

"Po nocy blaszanego płaczu,
Który po dachach dżdży bez końca,
Serce oślepłe, jak w puchaczu,
Przez sen się boi dnia - bez słońca.

Nieustępliwa, skisła słota,
W gardzielach rynien, starych gaduł,
Jak uprzykrzona anegdota
Na śmierć obrzydza ziemi padół.

W apatii światła, w barw anemii,
Świt, jak piec zimny, dreszcze szerzy
I duszę trwożny lęk oniemia,
Że zegar ostro wnet uderzy.

O, ten codzienny, gorzki przymus
Budzenia się jesiennym ranem,
Gdy w głąb snu szumi złudnie primus,
Jak latem potok w Zakopanem."
-> "Nad ranem". Tym razem w głowie majaczy: jest jesień, nie mogę rano wstać, jest jesień, cały dzień mogłabym spać ;]

"Zamarły ptaków krzyki z ginącą zielenią,
Jesień objęła władztwo swe w polu i w lesie,
Gdzie uwiędłe drzew liście ospale szeplenią
To, co im słoty ślina na język przyniesie.

Chyba przymrozek jutro wyniknie z tej chmury,
Co mgłami czarną rolę zalewa powoli
I jak mnie, szpakowatym skryje szronem, który
Włosom i myślom pieprzu dodaje i soli."
-> "Szron". Staff tworzy żywe obrazy...

"Rozkaz! Nie wierzę w mrzonki
I w snach nie tonę głową.
Spoglądam trzeźwo. Chodzę
Po mieście przepisowo.

Nie wzieram niepotrzebnie
Do mglistych ducha skrytek.
Gdzie mogę i nie mogę,
Przynoszę tylko pożytek.

Praktyczny i celowy,
Nawet gdy się uśmiechnę,
To tylko po to, ażeby
Pomnożyć dobro powszechne.

Przykładam się usilnie
Do zdrowych prawd odkrycia
I czytam pilnie tylko
W codziennej księdze życia.

Tak żyję przez dzień cały,
Zbierając wiór do wióra.
Lecz nocą patrzę w gwiazdy:
Moja prywatna lektura."
-> "Rozkaz i gwiazdy". Nie starcza mi nocy...

"Z miłości dla cię,
Boskiej dobroci samej,
Siedząc w popiele,
Na twojej szacie
Gorliwie szukam plamy,
Skazy na dziele.

Dla żądz poczętych
Łaskawą twą wszechmocą
Mam potępienie;
Wśród sokiem wzdętych,
Dojrzałych twych owoców
Trawię kamienie.

I wśród gałązek
Twej wiosny rozkwieconej,
Co wszystko brata,
Mam obowiązek
Być niezadowolony
Z całego świata."
-> "Asceta". Jak porzucić ascezę?

"Gdzież jest ta wywalczona z mozołem pogoda,
Ku której mnie przez lata wiodły strome ścieżki?
Jestem znów jak samotna, przydrożna gospoda,
Do której się o zmierzchu wdarły rzezimieszki.

Drzwi i okna wrogimi wyłamali siły
I wygnali spokojnych i radosnych gości.
Może to obraz nieco dziwaczny, zawiły,
Ale i sprawa moja nie ma się najprościej.

Czarnych chmur mi naniosły jesienne zawieje,
Miotają duszą moją jak najlichszą słomą,
Na cztery wiatry poszły z otuchą nadzieje
I tylko jedno pewne, że nic nie wiadomo.

O, cicha, niezmącona harmonio bez skazy,
Płaszczu, któryś mi dawał od chłodów ochronę
I który odwracałem już w życiu dwa razy,
Chyba nie przenicuję cię na trzecią stronę.

Precz, łatanino, marne partactwo krawieckie!
Nie będę na grzbiet wdziewał z łachmanów odzienia.
W tkaninę tę zakradły się nici zdradzieckie,
Nie chcę mądrości zszytej łatą wyrzeczenia!

Na nowo zacząć żmudną pracę Penelopy,
Choćby ją znów pruć przyszło od samego wątku!
Ruszyć z podnóżka gnuśnie wypoczęte stopy
I zmusić do wędrówki twardej od początku!

Obudź, serce, porywy tak jeszcze niedawne,
Wzbierz jako żagiel wiatrem i jak owoc sokiem,
Tryśnij z siebie jak wino bosko marnotrawne
I nad światem się rozlej pienistym obłokiem.

Przemierz raz jeszcze wszystkie szczyty i otchłanie,
Niech wiara twa zapory obala i kruszy,
Aż runiesz i z wszystkiego rozum ci zostanie,
Ta ostatnia kolumna na ruinach duszy."
-> "Bunt jesienny". Na cztery wiatry poszły z otuchą nadzieje...

"Cisza się z mroku wyłania
Budząc tęsknoty strzeliste,
Co toną w tajnym przestworze.

O, drzew tłumione wzdychania,
O, siana wonie soczyste,
O, lato w pełni swej porze,

Gdy noce nie śpią z kochania
I patrzą w niebo gwiaździste,
Co także zasnąć nie może!"
-> "Noce letnie". Już niedługo.

"Żegnaj, śnie wiosny daleki,
Witajcie, chmury i smutki.
Miałem dzień piękny i krótki.
Nikt nie zwycięża na wieki.

Wdzięczność ma tobie się kłania,
Choć dnie ku cieniom mnie wiodą,
Że starość dajesz mi młodą,
Gdy wszystko jest godne kochania.

Że zwłoką raczysz mnie darzyć
Każąc się spaźniać godzinie,
Kiedy się cierpi jedynie,
Lecz się nie umie już marzyć."
-> "Zwłoka". Młoda starość, hm.

"U kresu mojej podróży skończonej
Zrzuciwszy z ramion sakwę niepotrzebną
Legnę na ziemi i oprę, znużony,
Na dłoni głowę mą, jak księżyc srebrną.

I jak wędrowiec na ostatnim szczycie,
W minioną przeszłość zwrócony obliczem,
Obejmę myślą całe moje życie,
Aby zatęsknić za wszystkiem i niczem."
-> "U kresu...". Czy zatęsknię u kresu z moim "wszystkiem i niczem"?

"Mam zwyczaj pisać tylko w nocy,
Kiedy jest ciemność, spokój, cisza,
Gdy gwiazdy błądzą jak prorocy,
A wszystkie patrzą na Jowisza.

Bo Jowisz to jest bóg wszechwładny,
Co dzierży ład wśród mgławic dymów
I nie przepuści gwieździe żadnej,
Jak ja żadnemu z moich rymów.

I wiedzie je na rytmu pasku
Przez nieskończonych niebios błonia,
I robi się z gwiezdnego piasku,
Jak z słów, poezja i harmonia.

Aż księżyc zjawia się w eterze,
Siejąc krytycznie słońca echa,
I, wzrok utkwiwszy w mym papierze,
Zadowolony się uśmiecha."
-> "Mam zwyczaj...". Mam zwyczaj pisać głownie w nocy...

"Śnieżyca, zmierzchem z drobnej poczęta kurzawki,
Jak łabędź boski spadła nocą na Łazienki,
Otuliła park cały w swych skrzydeł puch miękki
I pierzynami puste zaścieliła ławki.

Otchłań bieli. Ciemnieją tylko w drzewach kawki
I wysmukła sylweta łaskawej sarenki,
Która zbliża się ufnie do przechodnia ręki
Nurzającego w zaspach do kolan nogawki.

Zasuła też lawiny cudna katastrofa
Marmurowy siedzący posąg filozofa,
Co, zasłuchany w wiatrów naddrzewną gonitwę,

Z twarzą, którą oblepia śniegu piana świeża,
Czeka w todze bez ruchu, jakby u balwierza,
Który odszedł na chwilę, by wyostrzyć brzytwę."
-> "Biała fantazja". Śnieg także potrafił Staff zaczarować.

"Ścisnęła ziemię kosmata
Śniegiem, puszysta i biała,
Grudniowa noc lodowata,
Starością swą osiwiała.

Wśród granatowej nieb wnęki
W mrozie dygoce gwiazd drżączka
I lśni księżyca sierp cienki
Jak ślubna starca obrączka."
-> "Noc zimowa". Pozostaję pod wrażeniem.

"Pogoda późnej już jesieni
Słoneczny miód na ziemię zlewa.
Liście się złocą w sto odcieni.
Powiewa wiatr i szumią drzewa.

Rozkosz najsłodsza i okrutna
Upaja serce bezlitośnie.
Nieba głąb blada jest i smutna,
Jak w dniach starości myśl o wiośnie.

A drzewa nie przestają szumieć:
Nadziei pieśń czy wyrzeczenia?
Serce daremnie chce zrozumieć,
Gdzie nie ma nic do rozumienia."
-> "Pogoda późnej już jesieni". Moje serce wiele chciałoby zrozumieć.

"W niedzielnym słońcu poranka
Drogi są cichsze i pustsze.
Świat zda się we śnie widziany,
Jakby odbity był w lustrze.

Urokiem świętej godziny
Ziemia się w zjawę przemienia
I błękit boski przepaja
Czarowna nicość marzenia.

Na łąki, pola, na gaje,
Na chaty z sady niskiemi
Spływa anielska pogoda
I pokój ludziom na ziemi.

Czy mi się zdaje, że widzę
Stojąc na wzgórza wierzchołku,
Że z palmą w ręce ktoś w dali
Jedzie na małym osiołku?"
-> "Ranek niedzielny". Niezupełnie w ten sposób, lecz - jest inny.

"Uporczywie bezchmurna, niezmienna pogoda,
Nieludzko obojętna, okrutnie nieczuła,
Beznadziejna jak letarg, jak letejska woda,
Błękitną niemoc nieba martwotą zasnuła.

Śmiercią się rozpostarła w dali niezmierzoność,
Za widnokręgi, które w śnie znieruchomiały,
Jakby Bóg uszedł skrycie w inną nieskończoność
I opustoszał nagle na wieki świat cały.

Życie zabrała jego ucieczka pielgrzymia
I nawet ślad istnienia w przestworzu nie gości.
I rośnie, rośnie pustka dokoła olbrzymia,
Potężna jak potrzeba jego obecności.

Czyż znużył się nędznemu stworzeniu być Bogiem
I wybrał nad nie niebyt i dolę nicestwa?
Jakże by mógł dziedzinę swą rzucić odłogiem!
Bóg nie opuszczał nigdy swojego królestwa.

On rozszerza cierpliwie wciąż swoje granice
Aż po cel upragniony, po serce człowieka.
Jeszcze nie dostrzegają go jego źrenice.
Jakaż go żmudna droga, jakże długa czeka."
-> "Martwa pogoda". Ostatecznie się poruszyłam. (Przypis do pierwszego wersu w jednym z wyborów: "Prawdopodobnie aluzja do pięknej pogody we wrześniu 1939 r.".)

"Będziemy znowu mieszkać w swoim domu,
Będziemy stąpać po swych własnych schodach.
Nikt o tym jeszcze nie mówi nikomu,
Lecz wiatr już o tym szepcze po ogrodach.

Nie patrz na smutnych tych ruin zwaliska.
Nie płacz. Co prawda, łzy to rzecz niewieścia.
Widzisz: żyjemy, choć śmierć była bliska.
Wyjdźmy z tych pustych ulic na przedmieścia.

Mińmy bezludne tramwajów przystanki...
Nędzna kobieta u bramy wyłomu
Sprzedaje chude, blade obwarzanki...
Będziemy znowu mieszkać w swoim domu.

Wystawy puste i zamknięte sklepy.
Życie się skryło chyba w antypodach.
Z pudłem grzebyków stoi biedak ślepy...
Będziemy stąpać po swych własnych schodach.

Ty drżysz od chłodu. Więc otul się szalem.
Bez nóg, bez ramion, w brunatnej opończy,
Młodzi kalecy siedzą przed szpitalem.
Widzisz: już pole. Tu miasto się kończy.

Zwalone leżą dokoła parkany,
Dziecko się bawi gruzem na chodniku,
Kobieta pierze w podwórku łachmany
I kogut zapiał krzykliwie w kurniku.

Kot się pod murem przeciąga leniwo,
Na rogu człowiek rozmawia z człowiekiem...
Znowu w sklepiku zjawi się pieczywo
I znów zabrzęczą rano bańki z mlekiem.

Przejdą dni ciężkie klęski i rozgromu
I zapomnimy o ranach i szkodach...
Będziemy znowu mieszkać w swoim domu,
Będziemy stąpać po swych własnych schodach."
-> "Pierwsza przechadzka". Dedykacja: "Żonie". Ach!

"W starym, zapuszczonym parku
Stałem nad stawem
Pokrytym grubym kożuchem rzęsy.
Myśląc,
Że woda była tu kiedyś przejrzysta
I dziś by być taka powinna,
Podjętą z ziemi suchą gałęzią
Zacząłem zgarniać zieloną patynę
I odprowadzać do odpływu.

Zastał mnie przy tym zajęciu
Mędrzec spokojny
O czole myślą rozciętym
I rzekł z łagodnym uśmiechem
Pobłażliwego wyrzutu:
«Nie żal ci czasu?
Każda chwila jest kroplą wieczności,
Życie mgnieniem jej oka.
Tyle jest spraw arcyważnych».

Odszedłem zawstydzony
I przez dzień cały myślałem
O życiu i o śmierci,
O Sokratesie
I nieśmiertelności duszy,
O piramidach i pszenicy egipskiej,
O rzymskim Forum i księżycu.
O mamucie i wieży Eiffla...
Ale nic z tego nie wyszło.

Wróciwszy nazajutrz
Na to samo miejsce
Ujrzałem nad stawem,
Pokrytym grubym zielonym kożuchem,
Mędrca z czołem wygładzonym,
Który spokojnie,
Porzuconą przeze mnie gałęzią,
Zgarniał z powierzchni wody rzęsę
I odprowadzał do odpływu.

Wkoło szumiały cicho drzewa,
W gałęziach śpiewały ptaki."
-> "Rzęsa" (Janowi Parandowskiemu). Które ze spraw - arcyważne?

"Zapragnąłem wyczytać w zodiaku
Swoje losy i dolę żywota,
Alem nigdy nie otrzymał znaku,
Czy się spełni dni moich tęsknota.

Po minionych złych deszczach i burzy
Powracają burze i złe deszcze,
Ale ciągle nadzieja mi wróży,
Że to, czego czekam, przyjdzie jeszcze.

Zostawiłem drzwi moje otworem,
Bo mam w duszy pewność tajemniczą:
Radość przyjdzie z winogron słodyczą,
Przyjdzie późną jesienią, wieczorem."
-> "Nadzieja". To, czego czekam, przyjdzie jeszcze. Późną jesienią, wieczorem? Nabrać pewności...

"Budowałem na piasku
I zwaliło się.
Budowałem na skale
I zwaliło się.
Teraz budując zacznę
Od dymu z komina."
-> "Podwaliny". Ta decyzja wywołuje na mojej twarzy uśmiech =) (Jastrun ponownie: "Od niepełnego zwątpienia do negacji. Ale zarazem tak typowo Staffowska zapowiedź odrodzin". Bo: "Staff nigdy nie zamykał się, przyjmował radośnie wszystko, co było nowym życiem, nie kładł się nigdy kamieniem swego autorytetu na drodze, którą szli młodzi, miał wreszcie tyle pokory wobec sztuki, że uczył się od swoich uczniów i umiał odmładzać swoją poezję". Cytuję dalej: "(...) poeta nie przestaje ufać życiu; wiara jego nie załamuje się nawet podczas wojny (...)". I: "Staff, wbrew opiniom, był czuły na to, co się wokół niego działo. Nie znaczy to, aby swoim ludzkim trwogom zawsze umiał nadać godny własnej miary wyraz artystyczny. Nie ma w tym żadnej niemożliwej sprzeczności, gdyż bynajmniej siła wyrazu poetyckiego nie jest wprost proporcjonalna do siły przeżycia. Bywa odwrotnie".)

"Nie wierzyłem
Stojąc nad brzegiem rzeki,
Która była szeroka i rwista,
Że przejdę ten most,
Spleciony z cienkiej, kruchej trzciny
Powiązanej łykiem.
Szedłem lekko jak motyl
I ciężko jak słoń,
Szedłem pewnie jak tancerz
I chwiejnie jak ślepiec.
Nie wierzyłem, że przejdę te most,
I gdy stoję już na drugim brzegu,
Nie wierzę, że go przeszedłem."
-> "Most". Arcydzieło!

"Nie pójdę tą ścieżką
Więdnącą opadłymi liśćmi:
Tu z każdym krokiem
Coraz głębsza, coraz mglistsza jesień,
Zawrócę tam, gdzie zielono,
Do źródła,
Nad którym kwitną niebem
Dziecinne niezapominajki
I pamięć w ciszy szuka ustami
Twojego imienia."
-> "Niedziela". Imię Twoje najdroższe.

"Na przedzmierzchową miasta wrzawę
Dymów pokłada się zasłona,
Słońce zachodzi wielkie, krwawe
I złe jak serce faraona.

Po piramidach mrówczej pracy
Gnuśnieją kłody rąk z rozkoszą.
Prostują zgięty grzbiet garbaci
Worami, które przez dzień noszą.

Kalendarz kartkę z siebie zdziera,
Wieczór spokoju w domu czeka,
Zielona furtka się otwiera,
Mój czarny piesek na mnie szczeka."
-> "Dymy" (Julianowi Tuwimowi). Lubić własną pracę, nie tylko powroty z niej - to ważne.

"Dotrzeć do bieguna
Za życia cenę
Przez lód, przez mróz, przez noc,
Przez Ereb i Terror
Ostatkiem sił,
By stwierdzić, że ktoś inny
Już tam był.
Wtedy owiń się białą zawieją,
Jak Scott w Antarktydzie,
I daj się zasypać śniegowi."
-> "Opóźnionemu". Bliski mi upór zdobycia niezdobytego. Przypis w wyborze BN: "Robert Scott (1868-1912), angielski badacz Antarktydy, zorganizował wyprawę w celu dokładnego ustalenia położenia bieguna płd.; dotarłszy wśród ogromnych trudów do celu, stwierdził, że przed nim (miesiąc wcześniej) doszedł tam już inny badacz, Norweg Roald Amundsen (1872-1928). W drodze powrotnej Scott zmarł z wycieńczenia".

"W zamierzchłych dni pajęczynie
Żyjesz, młodości ma: śpisz.
To tylko, co martwe, nie ginie
Zaklęte w granit lub spiż.

Me serce cię czule pozdrawia,
O, cudna, choć ślady masz skaz,
Jak Nike, co trzewik poprawia
Sponiewierana przez czas."
-> "Żywa Nike z Akropolu". Młodości, ty zawsze spałaś, obudź się wreszcie!

"Jestem w latach, kiedy się umiera,
Z coraz większym czas goni pośpiechem,
I tęsknota, klucz, co nie otwiera,
Sama z sobą żegna się z uśmiechem.

Lecz nie minie wbrew sobie nadzieja.
Jutro kryje dziwy nieznajome
I popłynie dalej epopeja,
Chociaż zdrzemnie się na chwilę Homer."
-> "Quandoque bonus dormitat Homerus". Humor pierwsza klasa.

"Czas płynie i nie wraca,
Na gruzach życie nowe
Buduje młoda praca.
Pokój krzepi budowę.

Myśli mocne jak ręce,
Ręce lotne jak myśli
Splatają się jak żeńce
W jeden szereg najściślej.

Po dniach, co rodzą czyny,
Schodzą spoczynku noce:
Z wież spadają godziny
Jak dojrzałe owoce."
-> "Dnie i noce". Przeżyć je z wybrankiem...

"O, jasne jutro świata!
Przychodzą i mijają chmury,
Lecz nie rzucają nigdy cienia
Na twe słoneczne serce.
Jeśli coś ciąży nadziei,
To tyle, ile można powierzyć
Przelatującym ptakom.
Noc jest bezbronna przed świtem
I radość wejdzie w nasz dom,
Zanim otworzy drzwi."
-> "Pokój". Niech radość wejdzie w nasz dom.

"Każdy dzień wieczorem w noc przechodzi,
Obiecując blaskiem wrócić jutro.
Lecz znów męczy, dręczy, głodzi, chłodzi,
Aż godziny serce na proch utrą.

O, niedobre dnie. Od czegoż męstwo,
By się nie dać głazom uciemiężać?
Jakże łatwe, duszo, jest zwycięstwo,
Kiedy się zaczyna już zwyciężać."
-> "Każdy dzień...". Bezwzględnie - tylko zwycięstwo!

"Nie trzeba rozumieć śpiewu słowika,
Aby się nim zachwycać.
Nie trzeba rozumieć kumkania żab,
Aby się nim upajać.
Rozumiem mowę ludzką,
W której są słowa obłudne, co kłamią.
Gdybym jej nie rozumiał,
Byłbym największym poetą."
-> "Mowa". No proszę, to Staff!

"Niech cię nie niepokoją
Cierpienia twe i błędy.
Wszędy są drogi proste,
Lecz i manowce są wszędy.

O to chodzi jedynie,
By naprzód wciąż iść śmiało,
Bo zawsze się dochodzi
Gdzie indziej, niż się chciało.

Zostanie kamień z napisem:
Tu leży taki a taki.
Każdy z nas jest Odysem,
Co wraca do swej Itaki."
-> "Odys". Kojarzę z któregoś podręcznika.

"Że zimno w jesiennej porze?
Zaraz to wszystko odmienię.
Ot, wsadzam ręce w kieszenie
I już jest cieplej na dworze.

Wiosna z daleka się kłania,
Wiatr niesie dobre nowiny
I stare smutki rozgania
Czerwony gniew jarzębiny."
-> "Jarzębina". Ciepła dłoń chłopca, nie tylko jesienną porą ;*

"Problemów się nie rozwiązuje.
Problemy się przeżywa,
Jak dnie, których, gdy miną, już nie ma.
Jak szaty zużyte,
Z których się wyrosło,
Spadają z ramion
I w drzwi ostatnie
Wchodzisz nagi i wolny
Jak Świt."
-> "Problemy". Rewelacyjne przesłanie.

"Leżę na łodzi
W wieczornej ciszy.
Gwiazdy nade mną,
Gwiazdy pode mną
I gwiazdy we mnie."
-> "Wieczór". Po prostu...:)))

"Ten aktor gra Hamleta szpetnie.
Jakby go wcale nie rozumiał.
Jakże bym ja go zagrał świetnie,
Gdybym grać umiał."
-> "Nie takie głupie". Nie podejrzewałabym! Hahaha XD

"Tak nagle przyszło pełne lato
I zawróciło wszystkim głowy.
I czar czerwcowy jak świat stary
Zdaje się niebywale nowy.

Śpiewem zanoszą się słowiki,
Bzu duszne wonie biją zewsząd
I dziko wpada wiatr spragniony
W ramiona rozchylonych dziewcząt."
-> "Wczesne lato". Czerwiec odwieczny - stale na nowo łudzi.

"Już jesień. Liść na drzewie rzednie,
Jeszcze ostatnim złotem gore,
A z nim spokojnie gaśnie, blednie,
Co nie umiało umrzeć w porę.

Pogodny schyłek dnia łagodzi,
Co myśl mąciła bałamutna,
I w serce miłościwie schodzi
Radość tak cicha, że aż smutna."
-> "O jesieni". Jesień chyba jednak Staff ukochał najbardziej.

"Ostatni z mego pokolenia,
Drogich przyjaciół pogrzebałem.
Widziałem, jak się życie zmienia,
I sam jak życie się zmieniałem.

Człowiekam kochał i przyrodę,
W przyszłość patrzyłem jasnym okiem,
Wielbiłem wolność i swobodę
Zbratany z wiatrem i obłokiem.

Nie wabił mnie spiżowy pomnik,
Rozgłośne trąby, huczne brawa.
Zostanie po mnie pusty pokój
I małomówna, cicha sława."
-> Bez tytułu. Kwintesencja!

(Dodaję dwa wiersze 'dla Jagódki' po lekturze "Wiosny w zimie":

"Tyś jest młodością i wiosną,
Ranka świeżością, słodyczą.
Tyś szczęścia wieścią radosną,
Tyś serca pieśnią słowiczą.

Ty jesteś tęczą i majem,
Tyś rosą i róży listkiem,
Ty jesteś niebem i rajem,
Tyś całym światem, tyś - wszystkiem."
-> :)

"Kiedy mnie z snu o tobie budzą
Świty na niebie,
Daremnie oczy me się trudzą,
Szukając ciebie.

Do ciebie modlę się milczeniem
Godziną nocną.
Ty nie wiesz, jakim jest cierpieniem
Kochać zbyt mocno."
-> Moje kochanie.)

(Jeszcze dodam wiersz "Ars", bo - zdaje się - nie umieściłam go w czytatce. Spodobał mi się, gdy czytałam "Sto wierszy polskich" - dwujęzyczne wydanie w wyborze i tłumaczeniu Karla Dedeciusa:

"Patrz bystro w jutro,
Lecz nie prorokuj,
Zostaw to znachorom.
Tak trudno oddać to, co jest.
Piszę wiersze powoli,
Pracuję ciężko jak wół.
Jestem cierpliwy
Jak kropla deszczu z okapu.
Czas ma zawsze czas.
I świat jest stary jak świat.
Nie stworzysz nic nowego
Poszukując nowości."
-> ...

I dodam też wiersz "Przebudzenie", bo wygląda na to, że również nie wrzuciłam go do czytatki. Spodobał mi się, gdy zobaczyłam go w czyimś poście na facebooku:

"Jest świt,
Ale nie jest jasno.
Jestem na pół zbudzony,
A dokoła nieład.
Coś trzeba związać,
Coś trzeba złączyć,
Rozstrzygnąć coś.
Nic nie wiem.
Nie mogę znaleźć butów,
Nie mogę znaleźć siebie.
Boli mnie głowa."
-> Późny, stary Staff, a jaki nowoczesny!)

Prześledziłam więc całość twórczości Leopolda Staffa. Było warto. Wielki poeta trzech pokoleń. Startując w 1901 roku (choroba wieku), z czasem odnalazł umiar i spokój. Pełen skromności, tak zwyczajnie głosił pochwałę życia, codzienności i przyrody. Odkrył klasycyzm. Przeżywał swą religijność. W bieg XX wieku wprowadzał harmonię.

Sny o potędze (Staff Leopold)
Mistrz Twardowski: Pięć śpiewów o czynie (Staff Leopold)
Dzień duszy (Staff Leopold)
Ptakom niebieskim (Staff Leopold)
Gałąź kwitnąca (Staff Leopold)
Uśmiechy godzin (Staff Leopold)
W cieniu miecza (Staff Leopold)
Łabędź i lira (Staff Leopold)
Tęcza łez i krwi (Staff Leopold)
Ścieżki polne (Staff Leopold)
Szumiąca muszla (Staff Leopold)
Żywiąc się w locie (Staff Leopold)
Ucho igielne (Staff Leopold)
Wysokie drzewa (Staff Leopold)
Barwa miodu (Staff Leopold)
Martwa pogoda (Staff Leopold)
Wiklina (Staff Leopold)
Dziewięć muz (Staff Leopold)
Ostatni z mego pokolenia... (Staff Leopold)
Byłem raz sobie (Staff Leopold)
Kochać i tracić (Staff Leopold)
Kilka słów o miłości (Staff Leopold)
Ptaki miłości (Staff Leopold)
Smutek szczęścia (Staff Leopold)
Nie ostrugujcie ryby z oceanu! (Staff Leopold)
Siew doli (Staff Leopold)
Oczy otchłani (Staff Leopold)
Chrystus i nędza (Staff Leopold)
Magowie ze Wschodu (Staff Leopold)
Szum drzew (Staff Leopold)
Deszcz majowy (Staff Leopold)
Pełnia (Staff Leopold)
Kto jest ten dziwny nieznajomy (Staff Leopold)
Wiosna w zimie (Staff Leopold)
Liryki najpiękniejsze (Staff Leopold)
Najpiękniejsze wiersze (Staff Leopold)
Wyszedłem szukać (Staff Leopold)
Znalazłem Boga: Wiersze religijne (Staff Leopold)
Wiersze [C&T] (Staff Leopold)
Wiersze wybrane (Staff Leopold)
Wiersze zebrane (Staff Leopold)
Poezje zebrane (Staff Leopold)
Poezje (Staff Leopold)
Poezje wybrane (Staff Leopold)
Wybór poezji (Staff Leopold)
Leopold Staff: Wybór poezji (Staff Leopold)
Bukiet poezji miłosnej (antologia; Arnsztajnowa Franciszka, Asnyk Adam (pseud. El...y), Bieder Edmund i inni)
Ogród miłości: Tetmajer, Leśmian, Staff (antologia; Przerwa-Tetmajer Kazimierz (Tetmajer Kazimierz), Leśmian Bolesław (właśc. Lesman Bolesław), Staff Leopold)
Poezja erotyczna: Wiersze polskich poetów (antologia; Przerwa-Tetmajer Kazimierz (Tetmajer Kazimierz), Żeleński Tadeusz (pseud. Boy), Leśmian Bolesław (właśc. Lesman Bolesław) i inni)
128 bardzo ładnych wierszy stworzonych przez sześćdziesięcioro ośmioro poetek i poetów polskich (antologia; Kołakowski Leszek, Kochanowski Jan, Szarzyński Sęp Mikołaj i inni)
Madonna poetów: Antologia współczesnej polskiej poezji maryjnej (antologia; Staff Leopold, Iłłakowiczówna Kazimiera (Iłłakowicz I. K.), Pawlikowska-Jasnorzewska Maria i inni)
Pod Twoją obronę...: Matka Boża w poezji polskiej (antologia; < autor nieznany / anonimowy >, Hussowczyk Mikołaj (Hussowski Mikołaj, Mikołaj z Hussowa, Hussovius Nicolaus), Szarzyński Sęp Mikołaj i inni)
Kwiatami ku niebu... (antologia; Mickiewicz Adam, Słowacki Juliusz, Kruszewska Felicja i inni)
Kwiaty ojczystej ziemi (antologia; Konopnicka Maria, Lechoń Jan (właśc. Serafinowicz Leszek), Lenartowicz Teofil i inni)
Pory roku: Wybór wierszy (antologia; Naruszewicz Adam (Naruszewicz Adam Tadeusz Stanisław), Karpiński Franciszek, Koźmian Kajetan i inni)
Wiersze dla was (antologia; Aniśkowicz Maria, Babicz Jan, Balcerzan Edward (pseud. Borysz Adam) i inni)
Wiersze o książkach (antologia; Biernat z Lublina, Bielski Marcin, Rej Mikołaj (Rey Mikołaj) i inni)
Sto wierszy polskich = Hundert polnische Gedichte [Wyd. Literackie] (antologia; Nowak Tadeusz (1930-1991), Asnyk Adam (pseud. El...y), Baczyński Krzysztof Kamil i inni)
Przylądki lepszych nadziei (antologia; Staff Leopold, Miłosz Czesław, Mioduszewski Stanisław i inni)

(c)Wszystkie prawa zastrzeżone. Kopiowanie bez zgody autora zabronione.

Wyświetleń: 2725
Dodaj komentarz
Legenda
  • - książka oceniona przez Ciebie - najedź na ikonę przy książce aby zobaczyć ocenę
  • - do książki dodano opisy lub recenzje
  • - książka dostępna w naszej księgarni
  • - książka dostępna u innych użytkowników (wymiana, kupno)
  • - książka znajduje się w Twoim schowku
Patronaty Biblionetki
Biblionetka potrzebuje opiekunów
Recenzje

Użytkownicy polecają:

Redakcja poleca: