Dodany: 2017-05-02 12:08|Autor: zsiaduemleko

O usypianiu


E, no nie wiem. Czytam pobieżnie różne opinie o całym tym "Lamparcie" i czuję się trochę głupio, bo niektórym czytelnikom chciało się nawet rozebrać powieść na części pierwsze, po czym przeanalizować każdy rozdział z osobna: ocenić je pod kątem subtelnych odniesień, pozornie nieistotnych szczegółów i ukrytych znaczeń. Szacuneczek. Na przykład (choć ten akurat sobie wymyśliłem, by uchodzić za zabawniejszego): co miał symbolizować fakt, że jeden z bohaterów zasnął w trakcie monologu pewnego jezuity? Pokoleniową utratę wiary w boskie nauki? Ogólny brak wigoru epoki zmierzającej do upadku, a przynajmniej do zapadnięcia w sen, po którym być może już nigdy nie wróci do dawnego blasku? Możliwe, tak, mhm. Ja mimo wszystko jestem na to zbyt prosty i przychylam się do wersji, że jezuita swojego słuchacza najzwyczajniej w świecie znudził, bo to jak najbardziej prawdopodobne. Ot, po prostu. Nie można tu nikogo winić. Nawet nastolatka na amfetaminie i po sześciu red bullach zasnęłaby w takiej sytuacji. Trochę sobie kpię, ponieważ nie jestem szczególnie przekonany co do wyjątkowości tej powieści, choć jednocześnie nikomu nie odmawiam prawa do wielbienia jej. Dostrzegam nawet elementy, które dla wrażliwszego odbiorcy mogłyby stać się powodem do zachwytu, ale ja nie mogę być tak czuły dwadzieścia cztery godziny na dobę, więc trochę wyrozumiałości proszę, jedynie gąbki nie mają gorszych dni.

Chciałbym bystro zauważyć, że włoszczyzna gości u mnie raczej rzadko i nawet nie wiem, z czego to wynika – specjalnie uprzedzony nie jestem. Szczerze wątpię, by powodem był kiepski stan włoskiej literatury, zapewne czyha w tej kategorii wiele oszałamiających dzieł, z tym że jakoś nie potrafią się one do mnie przebić. A na prośbę o wymienienie jakiejś powieści z Półwyspu Ąpenińskiego pierwsze, co mi przychodzi do głowy to "Pinokio". Koneser literatury ze mnie, nie ma co. Ale dosyć puszenia się i narcyzmu, dobierzmy się już "Lampartowi" do skóry. Może dzięki temu skóra w cętki zacznie nam się wreszcie kojarzyć z czymś innym niż tylko z bielizną partnerki, rzadziej partnera (a może się mylę – może zabawa w Tarzana i Jane pojawia się w sypialniach częściej, niż podejrzewam).

Rzecz dotyczy Włoch w okresie burzliwych przemian społeczno-politycznych (proces zjednoczenia zapoczątkowany w latach 60. XIX wieku). A konkretnie Sycylii. A jeszcze konkretniej: pewnego księcia, jednego z ostatnich reprezentantów arystokratycznego rodu – Fabrizia Saliny, tytułowego Lamparta. Książę jest świadomym, dojrzałym mężczyzną i doskonale zdaje sobie sprawę, że czas jego szlachetnego rodu powoli, lecz niestrudzenie zmierza ku końcowi. Rezygnuje on nawet z wizyt u swoich licznych kochanek – tych wrzeszczących podczas szczytowania: Jezus Maria, mon chat i moje panisko! Salina na swój nieco melancholijny sposób stara się znaleźć sobie nowe miejsce w zmieniającym się układzie społecznym Sycylii i całego państwa. Można to od biedy nazwać tłem fabularnym "Lamparta", wszak trudno byłoby wskazać jakiś wyraźniejszy zarys. Ale też nie w tym rzecz, bo powieść Lampedusy jest przede wszystkim czymś w rodzaju portretu arystokracji i epoki. A wydarzenia, których jesteśmy świadkami? Cóż... one nie są zbyt porywające.

Większość wątków zasadza się i opiera na włoskich namiętnościach, czasem wręcz lubieżności. Na czoło postaci drugoplanowych nonszalanckim krokiem wychodzi siostrzeniec księcia – Tancredi ze swoimi licznymi podbojami miłosnymi. Trudno młodzieńca winić, że nie wie, na czym oko zawiesić (i łapy położyć), gdy wokół niego stale kręcą się młode damy, piękne i świeże jak brzoskwinki. Ale Lampedusa nawet nie próbuje się wysilić, by czytelnika wciągnąć w jakiś ciąg wydarzeń: brakuje w tych wątkach choćby cienia charakteru czy intrygujących chwil. O jakimkolwiek zaskoczeniu też lepiej zapomnieć, chyba że dla kogoś zaskoczeniem będzie jego brak. Stąd mój wniosek, że nie w fabule należy szukać zalet "Lamparta". Więc gdzie? Co najmniej o klasę lepiej wypada u Lampedusy obrazowanie otoczenia, w którym te miałkie wydarzenia mają miejsce. Opisy wnętrz pałaców są zaiste malownicze, podobnie jak widoki Sycylii jako takiej. Stroje, pokoje i ich umeblowanie, gesty bohaterów, codzienne rytuały i ogólne dostojeństwo arystokracji – prezentują się przekonująco i stanowią z pewnością wartość powieści. Że jedyną, to już inna kwestia. A nie, przepraszam – końcówka, w której możemy spojrzeć na wszystko z perspektywy czasu, również jest udana i nieco stymuluje wyobraźnię. Choć mam poczucie, że jej potencjał w gruncie rzeczy został zmarnowany.

"Lampart" budzi we mnie skojarzenia z klasykami literatury francuskiej i jestem za mało dociekliwym czytelnikiem, by szukać między nimi znaczących różnic. Podobna elegancja stylistyczna, podobna powaga w przedstawieniu wątków, podobne namiętności targające bohaterami. Boleśnie uderza natomiast ewidentny brak pomysłu Lampedusy na poprowadzenie fabuły. Nie oczekiwałem wiele w tej kwestii, ale u Włocha wszystkie wątki bledną nagle z cichym sykiem i nie pozostawiają w czytelniku żadnego śladu. Trochę szkoda, bo znacznie przyjemniej byłoby oglądać barwny portret Sycylii, gdyby kryła się za nim jakaś pasjonująca historia. Na "Lamparta" przychylniejszym okiem powinni spojrzeć jedynie czytelnicy zainteresowani epoką i ostatnimi chwilami sycylijskiej arystokracji. Oraz fani mało burzliwej, usypiającej fabuły.

Tak, wiem, że to ogólnie doceniana klasyka. I nie interesuje mnie to.

PS Ostatnio powieść ukazała się w Polsce pod tytułem "Gepard", ale niech to Was nie zmyli – jest równie przeciętna.


[opinię zamieściłem wcześniej na blogu]


(c)Wszystkie prawa zastrzeżone. Kopiowanie bez zgody autora zabronione.

Wyświetleń: 921
Dodaj komentarz
Przeczytaj komentarze
ilość komentarzy: 6
Użytkownik: sowaOpiekun BiblioNETki 2017-05-02 20:18 napisał(a):
Odpowiedź na: E, no nie wiem. Czytam po... | zsiaduemleko
Nigdy się nie zdobyłam na przeczytanie „Lamparta” (i raczej nie zrobi mi różnicy, że to gepard) – głównie przez Viscontiego, którego film jest tak oszałamiająco dobry, że po prostu strach sprawdzać, jak wygląda literacki pierwowzór.
Użytkownik: zsiaduemleko 2017-05-02 22:13 napisał(a):
Odpowiedź na: Nigdy się nie zdobyłam na... | sowaOpiekun BiblioNETki
Tak właśnie sobie myślałem przy wrzucaniu tej opinii na Bnetkę: ciekawe jak tam wypadła ekranizacja tej powieści? Może bym obejrzał? Nie, na pewno Sowa oglądała i dostanę info z pierwszej ręki.
No i jest, nie zawiodłaś mnie ;)
Użytkownik: sowaOpiekun BiblioNETki 2017-05-04 11:27 napisał(a):
Odpowiedź na: Tak właśnie sobie myślałe... | zsiaduemleko

Do usług :-).
Właśnie właśnie, może byś obejrzał? A nuż nie wynudzisz się jak yyc_wanda, tylko zachwycisz się jak ja – warto sprawdzić.
Użytkownik: zsiaduemleko 2017-05-04 17:25 napisał(a):
Odpowiedź na: Do usług :-). Właśnie... | sowaOpiekun BiblioNETki
Kurczę, wiem co się w takich sytuacjach odpowiada, by nikogo nie urazić: że oczywiście, że w wolnej chwili się obejrzy, że z chęcią.
Ale ja na 96,4% nie obejrzę, bo coś czuję, że zabraknie mi wrażliwości i wyczucia estetyki, by docenić taki obraz. Boję się, że mnie wynudzi, a z racji, że przeczytałem już lekturę, to na zaskoczenie również raczej nie mam co liczyć. Może gdyby proza Lampedusy mnie porwała... Akurat w kwestii kina jestem prostym widzem, żadnym koneserem, oglądam rzadko, maksymalnie 4-5 filmów w miesiącu, a zdarza się, że żadnego. Można powiedzieć, że to dla mnie rozrywka drugiej kategorii i jeśli sam nie zdecyduję, że chcę jakiś film obejrzeć, to żadne opinie mnie do tego nie zachęcą. Więc dziękuję Sowo, ale pewnie spasuję :)
Użytkownik: sowaOpiekun BiblioNETki 2017-05-04 18:31 napisał(a):
Odpowiedź na: Kurczę, wiem co się w tak... | zsiaduemleko
W takim razie możemy uznać, że obejrzałam ten film i za Ciebie. Gdyż ponieważ albowiem widziałam go nie raz i nie dwa :-).
Użytkownik: yyc_wanda 2017-05-03 05:27 napisał(a):
Odpowiedź na: Nigdy się nie zdobyłam na... | sowaOpiekun BiblioNETki
Ja też chyba nigdy nie zdobędę się na przeczytanie tej powieści i też za sprawą Viscontiego, tyle tylko, że z krańcowo innych powodów. Trzy godziny usypiającej nudy. Całowity brak akcji. Owszem, przepiękne kostiumy i wystroje wnętrz, ale ile można na to parzeć, zwłaszcza gdy na planie głównym smętnie się snuje książę Salina. Burt Lancaster jest w tej roli doskonały, arystokrata w każdym calu, zresztą wzorował się na samym Viscontim. Ale ten brak akcji zabija wszystkie pozytywy tego filmu.
A oto moje wrażenia spisane na gorąco zaraz po obejrzeniu filmu - co miało miejsce zaledwie kilka miesięcy temu:
Lampart (Italy/France-1963); ocena: 5/10
Sicilia, lata 60. XIX wieku. Toczy się wojna domowa pomiędzy armią króla i rebeliantami pod wodzą Giuseppe Garibaldi. Obserwujemy upadek starej arystokracji i tworzenie się nowych scen politycznych. Film trwa trzy godziny i jego akcja (a raczej jej brak) rozciągnięta jest do granic wytrzymałości. Scena balu, na którym niewiele się dzieje, trwa 40 minut! Pod względem widowiskowym - zdjęcia plenarne, kostiumy - film jest majstersztykiem. Do tego doskonała obsada aktorska: Burt Lancaster, Alain Delon, Claudia Cardinale; reżyseria Luchino Visconti. Ale to wszystko za mało by utrzymać uwagę widza przez trzy godziny. Choć muszę stwierdzić, że ratings tego filmu są bardzo wysokie. Więc może ze mną coś nie tak, bo mnie on wynudził.
Widzę, że książka ma dokładnie te same wady co film Powyższa recenzja utwierdza mnie tylko w przekonaniu, że lepiej dać sobie spokój z prozą pana Lampedusy. Jeśli już, to raczej sięgnę po jego biografię. Może okaże się ciekawsza?
Patronaty Biblionetki
Biblionetka potrzebuje opiekunów
Recenzje

Użytkownicy polecają:

Redakcja poleca: