Dodany: 2016-05-20 15:58|Autor: PolecaneOpiekun BiblioNETki

Redakcja BiblioNETki poleca!

Książka: Nietzsche na balkonie
Fuentes Carlos

Maski



Recenzent: Olaf Pajączkowski


Zauważyłem, że połowę swych recenzji zaczynam od słów „przyznam szczerze”, więc, by kontynuować tę tradycję – znów przyznaję szczerze i bez bicia, że choć nazwisko Carlosa Fuentesa nie jest mi obce, to jeszcze miesiąc temu nie znałem jego utworów. Był to pisarz, o którym sporo słyszałem, ale jakoś ciągle odkładałem moment zanurzenia się w jego twórczości na później (wszakże w kolejce „stało” – i „stoi” dalej – wiele zaległych pozycji, z którymi też od dawna miałem się zapoznać, a jakoś tak wyszło, że mi się nie udało). W końcu jednak nadeszła chwila, by nadrobić zaległości. I znowu muszę coś wyznać. Sięgnąłem akurat po jego ostatnią książkę dlatego, że w tytule pojawia się nazwisko Nietzschego. Długo mógłbym tutaj pisać o mojej fascynacji filozofią Niemca (i moim pierwszym zetknięciu się z nią, a także o całej historii stopniowego poznawania najważniejszych jego myśli), lecz nie czas i miejsce na to. Wszakże piszę recenzję, a nie elaborat – i głównym bohaterem powinien być autor tej konkretnej powieści, Fuentes, a nie Nietzsche. Choć po lekturze zastanawiam się, czy – niezależnie od tego, o którym z panów bym pisał – nie opowiedziałbym Wam o tym samym człowieku. Nieco skołowani? Spokojnie, wszystko wyjaśnię. Ale po kolei.

Pewnego dnia w pewnym mieście (Meksyku?) spotykają się narrator (Leonardo Loredano? Dante Loredano? Carlos Fuentes?) i Fryderyk Nietzsche (Carlos Fuentes?), który od dawna przecież powinien być już martwy (a może nie?). Opowiadają sobie historie o ludziach biorących udział w rewolucji przeprowadzonej kilka lat temu (niedawno?) w pewnym kraju (Meksyku?).

Znaki zapytania, którymi tak obficie obsypałem poprzedni akapit, nie zostały użyte przypadkowo ani po to, by tekst brzmiał bardziej tajemniczo. Sygnalizują oniryzm fabuły i dość dobrze podsumowują moje odczucia po lekturze. Nie, nie byłem tak bardzo skołowany samą opowieścią – raczej nie do końca wiedziałem, co o niej sądzić. Podobała mi się – to pewne. Ale jeszcze muszę za pomocą szkolnej skali określić, jak bardzo mi się podobała. I tu zaczynają się schody.

Z jednej strony bowiem powieść jest naprawdę bardzo dobra, od razu też widać, czemu Fuentesa uznano za jednego z najwybitniejszych pisarzy hiszpańskojęzycznych. Rzecz wzrusza, przeraża, niepokoi, a miejscami nawet – bawi (lecz jest to humor zawsze z gorzkim posmakiem, a często z bardzo celną puentą, jak np. w scenie, gdy Nietzsche wyznaje, że nie wie, kim był Hitler, a narrator odpowiada, że niemiecki dyktator również nie znał filozofa). Co więcej – zaprezentowane w niej diagnozy, dotyczące stanu zarówno całych społeczeństw, jak i jednostek, są niezwykle trafne. Wykreowane przez pisarza barwne postaci – choć przecież tak różne – to niewolnicy niemalże tych samych mechanizmów, ofiary porządku rzeczy, z którego w istocie nie ma ucieczki. Nie chcę tutaj dokonywać analizy powieści, bo musiałbym najpierw streścić całość (a przynajmniej opisać najważniejsze wydarzenia), co popsułoby Wam radość z lektury i mija się z celem. Zresztą – najlepiej, żeby każdy wyciągnął własne wnioski. Muszę wszakże wspomnieć o tym, że przedstawione wydarzenia i bohaterowie służą Fuentesowi nie tylko do pokazania „w działaniu” głoszonej przez Nietzschego idei wiecznego powrotu, choć zamysł ten jest tu widoczny jak na dłoni. Przede wszystkim – świat dzieła Meksykanina to jedna wielka iluzja, która „wylewa się” ze stron książki do świata czytelnika, kreacja, kolekcja masek – a może jedna wielka maska? Nietrudno bowiem zauważyć, że postaci „wymieniają się” w pewnym sensie twarzami, żywotami, przekonaniami – że stojący na balkonie Fryderyk Nietzsche jest w takim samym stopniu Fryderykiem, jak Carlosem Fuentesem, a także każdym z bohaterów tej powieści. Że cała fabuła to jedna wielka maska Fuentesa, z czego zdają sobie sprawę nawet postaci, wspominając (rzadko, ale jednak) o swojej fikcyjności. Poprzez tę fikcyjność możemy w jakimś stopniu poznać Fuentesa jako człowieka, albowiem tekst, choć zaciemnia jego historię, równocześnie ją odsłania. Iluzja staje się sposobem na obnażenie prawdy.

Z drugiej jednak strony – czasami można się zastanowić, czy świat przedstawiony nie jest trochę... z braku lepszego określenia – sztuczny? Nieco utrudniający czytelnikowi immersję? Biorąc wszakże pod uwagę to, co napisałem w poprzednim akapicie o wiecznym powrocie i maskach – taka kreacja uniwersum dzieła jest chyba uzasadniona.

Niech więc będzie 5,5/6. Powieść świetna, ale po jej lekturze zostaje pewien niedosyt, a może nawet delikatne wrażenie, że miejscami Fuentes przytłoczył treść nieco rozbuchaną formą. Mimo to – polecam. Pozycja „prawie szóstkowa”.




Autor: Carlos Fuentes
Tytuł: Nietzsche na balkonie
Tłumaczenie: Barbara Jaroszuk
Wydawca: Świat Książki
Rok polskiego wydania: 2016
Liczba stron: 348

Ocena recenzenta: 5,5/6


(c)Wszystkie prawa zastrzeżone. Kopiowanie bez zgody autora zabronione.

Wyświetleń: 998
Dodaj komentarz
Patronaty Biblionetki
Biblionetka potrzebuje opiekunów
Recenzje

Użytkownicy polecają:

Redakcja poleca: