Dodany: 2016-05-03 21:41|Autor: dot59Opiekun BiblioNETki

Redakcja BiblioNETki poleca!

Książka: Ostatnia gospoda: Zapiski
Kertész Imre

5 osób poleca ten tekst.

Kronika upadku (i triumfu)


Imre Kertész nie miał łatwego życia. W zasadzie nikt z tego pokolenia go nie miał, bo już samo dorastanie w czasie wojny może wyczerpać życiowy limit traumatycznych doświadczeń. Ale on prócz tego był jeszcze po pierwsze: Żydem (a czym się stała ostatnia wojna dla europejskich Żydów, nie trzeba nikomu mówić), po drugie: Węgrem (a Węgrom, tak jak i pozostałym obywatelom bloku wschodniego, dane było po tej wojnie ujrzeć dwa oblicza komunizmu: to ludzkie, które przedwojennym nędzarzom dało pracę, mieszkania z łazienkami, darmową naukę, opiekę zdrowotną – i to drugie, diabelskie, szpiegujące, szantażujące, kneblujące niepokornym usta. Gdy już oba się wytarły i zużyły, okazało się, że wcale nie tak łatwo zastąpić je czymś innym), po trzecie: pisarzem (to jedna z tych profesji, które nie dają się ująć w godzinowe ramy, zawłaszczają całe życie, a efekty pracy nieustannie pozostają na widoku oraz poddawane są publicznemu osądowi). Dlatego cała jego twórczość, nawet ta jej część, w której nie odnosi się bezpośrednio do Holocaustu, wydaje się osnuta jakimś mrocznym woalem, przesycona goryczą i smutkiem. „Ostatnia gospoda” wyróżnia się szczególnie minorowym klimatem; trudno się temu dziwić. Dlaczego?

Kiedy Kertész rozpoczyna „Jawne sekrety” (stanowiące pierwszą porcję zapisków wchodzących w skład tego tomu, druga nosi nazwę „Ogród trywiałów”; prócz nich są jeszcze dwie wersje początku tytułowej „Ostatniej gospody”, powieści, której napisanie pozostało w sferze planów), ma siedemdziesiąt dwa lata. Niedługo pewnie będzie się mówić, iż to jeszcze nie starość, zwłaszcza że wielu europejskich polityków najchętniej wydłużyłoby wiek emerytalny do jakichś 75 lat. Tyle że biologia nie chce iść w parze z interesami instytucji ubezpieczeń społecznych i dłuższe życie wcale nie jest równoznaczne z dłuższym cieszeniem się pełnym zdrowiem. Począwszy już od szóstej dekady zużywają się stawy i zęby, słabną wzrok i słuch, skóra traci elastyczność, sztywnieją naczynia krwionośne; nie dość tego, wychodzą na jaw różne paskudne schorzenia zapisane w genach, które być może nie ujawniłyby się, gdyby dana osoba żyła krócej. Pisarz i jego małżonka są tego żywym dowodem: on ma chorobę Parkinsona, dręczą go bezsenność, przewlekłe zmęczenie, bóle kręgosłupa; ona zapada na nowotwór (sprawa zakończy się pomyślnie: żona przeżyje męża, który też jeszcze przez ładnych parę lat się będzie męczył, ale to wiemy dopiero dziś. Kiedy powstawał ten dziennik, równie dobrze mogli się spodziewać, iż mają przed sobą ledwo rok czy dwa – tym bardziej, że coraz to umierał ktoś z ich pokolenia).

Cierpienie fizyczne ani trochę nie chce iść w parze z uszlachetnieniem czy też ubogaceniem; jeśli już ma sprawiać coś zaczynającego się na „u”, jest to ewidentnie upokorzenie. Cóż z tego, że pamięć i intelekt pozostają nietknięte, skoro szwankuje psychika: człowiek staje się marudny, zgryźliwy i podejrzliwy, drobiazgi, na które normalnie machnąłby ręką, drażnią go niewyobrażalnie, nabiera skłonności do wyolbrzymiania porażek, popada w egocentryzm i mizantropię, traci wiarę w siebie („we wszystkim się myliłem. Głupio żyję”[1]) i wenę („Pisarskie czółno utknęło w czymś przypominającym morze ołowiu”[2]); to wszystko widać zresztą nie tylko u Kertésza, tak samo swoją starość i choroby odczuwali Márai, Iwaszkiewicz, Nałkowska. Pisze, bo pisać musi – twórca to nie zawód, to swoisty stan ducha! – ale coraz mniej w tym znajduje radości i z coraz większą niechęcią przyjmuje głosy krytyki. Miewa okresy zupełnej niemocy, złości się na siebie, ale pewnie jeszcze bardziej złościłby się na kogoś, kto by mu powiedział: „odpuść sobie, przecież nie musisz już pisać, tego, co masz, starczy ci aż nadto!”.

Krąży między Budapesztem, którego – podobnie jak i swoich rodaków – nie lubi, a Berlinem, w którym czuje się jak u siebie, choć jest tylko przybyszem („dla mnie Berlin to życie, a Budapeszt – wygnanie”[3]), snując ponure refleksje na temat kondycji moralnej ludzkości i pesymistyczne prognozy („Czym jest dziś chrześcijaństwo? (…) pustą, upolitycznioną formułą”[4]; „terror zastraszył Europę i Europa przed nim kapituluje, niczym tania kurwa przed bijącym ją alfonsem”[5]; „mam poczucie, że szykuje nam się wojna światowa (…).Twarze nienawiści tężeją w potwornych rysach, ponownie przeżywają kolektywną ekstazę”[6]).

Nie dba o datowanie zapisków; ledwie w paru miejscach da się zidentyfikować określone punkty czasowe – przy wzmiankach o urodzinach (nie zawsze), pogrzebach znajomych i o kolejnych literackich Noblach, z jego własnym włącznie – ale to, co pomiędzy nimi, pozostaje zagadką chronologiczną: między jednym a drugim wpisem minęły trzy dni, trzy tygodnie czy trzy kwartały?
I od czasu do czasu się zastanawia: „Jak mam prowadzić ten dziennik? Po co? Dla kogo? (…) W istocie obawiam się kroniki upadku”[7].

Jeśli „Ostatnia gospoda” jednak stała się kroniką upadku, trzeba ją też traktować jako kronikę triumfu (intelektualnego); można się momentami poczuć wręcz przytłoczonym erudycją autora, można mieć problem z nadążeniem za jego tokiem myślenia, zwłaszcza gdy w rozważaniach zatrąca o kwestie polityczne i filozoficzne. To trudna lektura, wymagająca, ale też – jak każdy dziennik pisarza – wzbogacająca, poszerzająca nasze spojrzenie na jego twórczość.


---
[1] Imre Kertész, "Ostatnia gospoda: Zapiski", przeł. Kinga Piotrowiak-Junkiert, wyd. WAB, 2016, s. 275.
[2] Tamże, s. 299.
[3] Tamże, s. 93.
[4] Tamże, s. 23.
[5] Tamże, s. 85.
[6] Tamże, s. 86
[7] Tamże, s. 299.


(c)Wszystkie prawa zastrzeżone. Kopiowanie bez zgody autora zabronione.

Wyświetleń: 783
Dodaj komentarz
Patronaty Biblionetki
Biblionetka potrzebuje opiekunów
Recenzje

Użytkownicy polecają:

Redakcja poleca: