Dodany: 2016-03-31 21:35|Autor: misiak297

Zapomniana książka, zapomniani autorzy, zapomniana inicjatywa literacka


Kiedy kilka dni temu przystępowałem do lektury powieści Heleny Boguszewskiej i Jerzego Kornackiego "Jadą wozy z cegłą", na Biblionetce oraz konkurencyjnym portalu czytelniczym nie było ani jednej oceny tej książki, ani jednej notatki na jej temat. Ja sam znałem tylko tytuł, usłyszany po raz pierwszy parę lat temu na wykładzie z literatury XX wieku. Na tym samym wykładzie poznałem założenia grupy literackiej "Przedmieście".

Trochę teorii. "Przedmieście" założono w 1933 roku z inicjatywy Heleny Boguszewskiej i Jerzego Kornackiego, cenionego w swoim czasie małżeństwa pisarzy (tworzyli oni swoistą "spółkę autorską" – ewenement w literaturze polskiej; pisali bardzo wiele, czasem wspólnie, czasem samodzielnie). Reprezentanci tej grupy literackiej przedstawiali w formie reportaży, opisów, nowel czy powieści życie na przedmieściu w jego wszystkich aspektach. Postulowali swoisty mariaż literatury z socjologią, odejście od pisarskich fantazji, usytuowanie tematyki jak najbliżej życia. Są właściwie rodzicami polskiego reportażu. Ich proza obracała się wokół aktualnych problemów, zwykle dotyczących "przedmieść" (marginesu) społeczeństwa (na przykład wyzysk pracowników, kryzys ekonomiczny, antysemityzm, prześladowanie mniejszości narodowych, trudne warunki życia na wsi). Warto zaznaczyć, że członkowie "Przedmieścia" angażowali się społecznie nie tylko słowem, ale także czynem. Odwiedzali ludzi w ich miejscach pracy, organizowali protesty przeciwko sądom doraźnym, pacyfikacji ukraińskich i białoruskich wsi, przyjazdowi Goebbelsa, represjom antyrobotniczym po rozruchach w 1936 roku. Wierzyli w możliwość ingerencji literatury w sytuację społeczną i polityczną odradzającego się kraju. Opublikowana w 1934 roku książka "Jadą wozy z cegłą" została uznana za jedno z najlepszych dokonań zarówno "Przedmieścia", jak i niezwykłego pisarskiego duetu autorów.

Główni bohaterowie tej powieści (która bardziej przypomina jednak reportaż literacki) to Wietrakowscy, którzy sprowadzają się na przedmieścia Warszawy, kupując okazyjnie dom. Głowa rodziny – Wincenty Wietrakowski – jest człowiekiem pracowitym, dbającym o swoich najbliższych, ale przy tym dość ograniczonym, pozbawionym empatii. Jego syn – Ryś – ma jej za to dużo. Dorasta i czasem dziwi się światu, chciałby go ogarnąć i zrozumieć. Wkrótce otworzy się także na miłość. Spójrzcie na tę scenę pocałunku:

"– A więc takie ma usta?…
Drzwi wejściowe kołyszą się cicho na wietrze. Słychać jak za ścianą stary stolarz Grzyboń przestawia jakieś deski w warsztacie. Firanki w oknach także kołyszą się na wietrze. Po suficie gonią się muchy. Bzykają. Na ustach schnie gorący smak.
– I czego ty tak płaczesz, Lodzia?... czego?
Odsunęła twarz od jego piersi i odgarnęła włosy z czoła. Patrzy. Mokrą ma całą twarz od łez.
– Ach, Rysiek, Rysiek, Rysiek…
Znowu usta. Tym razem z przechyleniem głowy przez boczny twardy wałek od kanapy i ze słodką zapowiedzią leżenia. Tylko jeszcze nogi zarzucić na kanapę i Lodzine, i swoje… A więc zarzucić? A więc dziś?
Ale jeszcze nie dziś, jeszcze nie dziś, bo poprzez ścianę słychać w stolarni, że Lodzina matka przyszła i gada z ojcem.
– Matka wraca, matka! Nie mówiłam ci?... – W głosie Lodzi brzmi obraza, ale zaraz znowu wraca śmiech, ten sam śmiech co przed tygodniem na zabawie w Wycirkach. Łez ani śladu.
Dopadł ją poprawiającą włosy w krzywym zzieleniałym lustrze, i między jednym a drugim całowaniem w kark spojrzała nań z lustra jej twarz, nieprawdziwa, uśmiechnięta nieprzyjemnie i sztucznie, i jakby gwałtem robiąca się z nijakiej na ładną. Ale za chwilę odwróciła się do niego już ta zwyczajna, już zwyczajnie wesoła. To dziwne, że oboje tak jakoś poweseleli razem z tym powrotem matki.
– Ach ty, ty… Ach ty, ty!... – cicho śmieje się Lodzia. – Weź co i usiądź! Matka zaraz wejdzie!"[1].

Wymieniając najważniejszych bohaterów, byłbym zapomniał o pani Wietrakowskiej, która funkcjonuje w tej powieści prawie milcząco, tak, jakby się wcale nie liczyła (a przecież to bodaj najciekawsza postać). Można metaforycznie powiedzieć, że żyje w wielu cieniach – w cieniu apodyktycznego męża, w cieniu ignorującego ją syna, w cieniu duchów swoich pomarłych dzieci, w cieniu tęsknoty za domami, które w życiowej tułaczce przyszło jej opuścić, w cieniu własnych bolesnych wspomnień. Cicha, niezauważana, niedoceniana, znajduje pocieszenie w pracy w przydomowym ogródku. Ta praca ma znaczenie symboliczne, pozwala jej uwierzyć, że oto odkryła swoje miejsce – i będzie mogła zapuścić korzenie w tej ziemi, tak jak zasadzone przez nią rośliny. Pozwolę sobie tutaj na dłuższy cytat. Piękna to proza, prawda?:

"To nic, że do późnego wieczora matka prasowała »staremu« podkoszulki na sztywno. To nic, że potem musiała jeszcze wstawać, drzwi im otwierać, herbatę grzać. O najwcześniejszym ranku ubiera się cicho, żeby ich nie zbudzić. Ukradkiem jakby uchyla drzwi, wychodzi przed dom. Stoi i patrzy. Świat jest wysoki i jasny. Trochę zaróżowiony na wschodzie. Zimny. Świeży, jakby wymyty. O tym czasie jeszcze pusty, turkocący tylko sznurem wozów z cegłą. (…)
W rogu ciemnej komórki pachnącej drzewem i psem, ręka nieomylnie wyszukuje szpadel stęsknionymi palcami. Wozy przejechały z nienaturalnie daleko rozchodzącym się dzwonieniem jakiegoś żelastwa. Jest cicho. W domu jeszcze śpią. (…) A matka aż się cała waży na łopacie. Ołowiem by się nalała, żeby to ostrze lepiej krajało. Żeby z błogim chrzęstem przerzynało na kawałki rudą darń, popikowaną, poprzerastaną białymi, świeżymi już sznurkami perzu. »I skąd się tyle tego świństwa bierze?« dziwi się matka. (…) Uwolniona spod twardej skóry, wygląda właściwa ziemia, ciemna, łaskawie na wszystko gotowa, wszystko chcąca przyjąć… »Co tu będzie, co tu będzie?« – cieszy się matka. Spragnione palce przesiewają, próbują, rozgniatają chłodne małe grudki"[2].

Są oczywiście jeszcze inne ciekawe postaci – Sylwester Grzyboń, powabna pani Flora, która miała zostać jego żoną, a została szwagierką (ale także najważniejszą kobietą w życiu), odkrywająca w sobie talent do interesów Lodzia, Pelagia Cabajowa nieudolnie prowadząca lokalny sklep, młodziutki Olek Madej zafascynowany dawno zmarłym rewolucjonistą, przebiegły Poratowicz, co podczas wojny oddał nogi ojczyźnie.

Boguszewska i Kornacki realizują założenia "Przedmieścia" – opisują problemy człowieka z marginesu (ciężka praca, bieda, strajki, kryzys). Robią to na sposób naturalistyczny (założenia tego kierunku przyświecały "Przedmieściu" – nie bez przyczyny "Jadą wozy z cegłą" autorzy zadedykowali Emilowi Zoli). Pokazują świat okrutny, szary, rządzący się własnymi prawami, ale w tej brzydocie i okrucieństwie kryjący też pewne piękno. Wszystko zostało tu opisane tak wyraziście, że można zobaczyć produkty Knorra czy dr. Oetkera ustawione w sklepie Wietrakowskich, przyjrzeć się leżącemu na satynowej kołdrze ("w łóżku pełnym ciepła i rozłażących się snów"[3]) pieskowi małej Aldony, który "pociesznie mięciutki, nagrzany, nażarty jak baryła, wypolerowany na żółty atłas ciągłym gładzeniem ludzkich rąk, ufnie się rozwala bezwłosym brzuchem do góry, sennie i z namysłem gryzie podawane sobie palce ząbkami jak szpilki, to znowu liżąc językiem gorącym i malutkim, zastyga w niemowlęcej nieruchawości, obojętny i senny, choć trochę już świata ciekawy"[4]. Czuć zapach gęstego kakao na mleku, gotującego się w sklepie Cabajowej. Słychać dźwięk mandoliny Juliana, gdy Ryś przesuwa palcami po strunach, i jak podczas wesela w rodzinie Wietrakowskich "Ponad zgiełkiem płacze patefon. Jęczy. Woła"[5]. A nad tym światem unosi się turkot tytułowych wozów (wydawałoby się, wieczny!): "znów zaturkotały wozy z cegłą i znów wplotły się w codzienną ciszę, tak że przestało się słyszeć ich szybkie dudnienie po wybojach tamtej drogi pod wierzbami"[6]. Wspaniały to język, niejedna fraza zachwyca sama w sobie: "Wieczór zapachniał nagle chłodną miętą. Za cegielnią dogasa powoli słońce i wielki komin już pociemniał na przezroczystym niebie. Stoją i patrzą w milczeniu na daleką cegielnię, a oczy od tego najpierwszego mroku poszerzały im raptownie i niby szeroko pootwierane usta piją ciemniejący świat"[7].

To także proza wysmakowana psychologicznie. Bohaterowie są niejednoznaczni. Boguszewska i Kornacki opowiadają o nich poprzez sceny – mnóstwo tu nienazwanych emocji, napięcia, mnóstwo dramatu czającego się między wierszami. Taką samą drogą poszedł Iwaszkiewicz, pisząc swoje najlepsze opowiadania. Dla przykładu – scena z wesela Rysia Wietrakowskiego i Lodzi Grzyboń. Oto teściowa i synowa spotykają się w prawie wykończonym sklepie należącym do nowożeńców.

"Słuchają tego gwałtu z weselnej izby. Ależ krzyczą! ależ tupią! Stary Wietrakowski przewrzeszczał jednak wszystkich, coś tam ryknął i teraz wszyscy się śmieją, śmieją…
Obie milczą. Za tamtym wizgiem, ściskiem, tupotaniem jest tu tak świeżo, przytulnie, zacisznie. W kręgu lampki wszystko połyskuje nowością, za kręgiem czai się nagromadzonym dobytkiem, oddycha spokojem.
– Ale czy mamusi nie przypomina to własnego mamusi wesela? – innym głosem zaczyna nagle Lodzia. (»Mamusi«, powiedziała, »mamusi«…)
– Eee, nie… nawet nie pomyślałam o tym… – matka sama się dziwi, że cały ten gwałt nie przypomina jej wcale wesela w Antonówce. Przeciwnie, nie wiadomo dlaczego, przypomina jej raczej to przybliżający się, to oddalający hałas w wagonie w te noce, kiedy się przenosiła z mężem i z małym Rysiem, i z tymi małymi, co pomarły, w coraz to inne miejsca, na coraz to nowe mieszkania czy posesje…
– Nie, ja nawet nie pomyślałam o swoim weselu… To było tak dawno, a ja byłam taka młoda i głupia – smutnieje matka. – Gdzie młodsza od Lodzi… – urywa, przerażona, że powiedziała coś niewłaściwego, że uraziła synową.
Ale Lodzi nie w głowie uraza.
– Tak, tak… – mówi w zamyśleniu – ja wiem, dawniej to takie młode i głupie wychodziły za mąż. Teraz nie tak, nie te czasy!... Ja tam kontenta jestem, żem starsza od Ryśka. Mężczyzną trzeba pokierować.
Podesłała sobie papier. Usiadła na pace. A matka spuszcza oczy i myśli o Rysiu. Nie o tym dzisiejszym, ufryzowanym, dziwnym. Myśli o Ryśku w sukience, o Ryśku w zabawnym czepku z pomponem, o Ryśku bosym w za długich, opadających majtkach"[7].

Kiedy zaczynałem czytać "Jadą wozy z cegłą", myślałem: ot, ciekawostka literacka. Nie byłem przygotowany na taki zachwyt. Poza zachwytem pozostał mi żal – Helena Boguszewska, Jerzy Kornacki zostali praktycznie zapomniani (Mariusz Szczygieł w swojej słynnej antologii polskiego reportażu uporczywie nazywa Boguszewską "Hanną", zmieniło się to dopiero w zapowiedzi trzeciego tomu – za sprawą pewnego zniecierpliwionego tym błędem czytelnika, który napisał do wydawnictwa). Ich bogaty dorobek – na przykład przejmujące reportaże pisane pod szyldem "Przedmieścia" – mało kogo dziś interesuje. A szkoda.

Choćby stała na antykwarycznych czy bibliotecznych półkach, choćby można ją było za grosze kupić na internetowych aukcjach, książka bez czytelnika w zasadzie nie istnieje. Mam wrażenie, że przepiękna powieść "Jadą wozy z cegłą" nie istniała od bardzo dawna. Może po przeczytaniu tego szkicu któreś z Was będzie chciało po nią sięgnąć. I może znów słychać będzie turkot wozów z cegłą – nieodłączną muzykę tego minionego już świata.



---
[1] Helena Boguszewska, Jerzy Kornacki, "Jadą wozy z cegłą", Państwowy Instytut Wydawniczy, 1953, s. 49-50.
[2] Tamże, s. 38-39.
[3] Tamże, s. 28.
[4] Tamże, s. 31.
[5] Tamże, s. 87.
[6] Tamże, s. 37.
[7] Tamże, s. 62.
[8] Tamże, s. 85-86.


(c)Wszystkie prawa zastrzeżone. Kopiowanie bez zgody autora zabronione.

Wyświetleń: 2382
Dodaj komentarz
Przeczytaj komentarze
ilość komentarzy: 6
Użytkownik: koczowniczka 2016-04-01 15:22 napisał(a):
Odpowiedź na: Kiedy kilka dni temu przy... | misiak297
Zachęciłeś mnie, bo mam słabość do takich zapomnianych książek. Szkoda mi, że nie mają czytelników. I zgadzam się że „choćby można ją było za grosze kupić na internetowych aukcjach, książka bez czytelnika w zasadzie nie istnieje”.
Użytkownik: misiak297 2016-04-01 16:24 napisał(a):
Odpowiedź na: Zachęciłeś mnie, bo mam s... | koczowniczka
A właśnie czytając, myślałem m.in. o Tobie - ta książka może Ci się spodobać.
Użytkownik: margines 2016-04-02 19:18 napisał(a):
Odpowiedź na: Kiedy kilka dni temu przy... | misiak297
Napiszę tu to, co napisałem wcześniej:

No i... ZNOWU zaburzasz mi cykl!

Cykl czytelniczy!

Zapomniana książka, zapomniani autorzy, zapomniana inicjatywa literacka” - żebym tylko o tym, że oto Jadą wozy z cegłą (Boguszewska Helena, Kornacki Jerzy), wiedział wcześniej!... Będą musiały poczekać najkrócej do poniedziałku.
Do tej pory znane mi były tylko Zwierzęta śród ludzi (Boguszewska Helena) - rzecz absolutnie podstawowa!:)
Użytkownik: lutek01 2016-05-15 01:12 napisał(a):
Odpowiedź na: Kiedy kilka dni temu przy... | misiak297
I ja się podpisuję.
Kawał dobrej literatury, momentami zbyt eksperymentalnej jak dla mnie (taki piękny język nie do końca pasuje mi do literatury faktu, wolę bardziej chłodny, rzeczowy, hmm... sprawozdawczy ton, ale to w końcu reportaż literacki, książka na granicy literatury faktu i literatury pięknej), ale zdecydowanie godna polecenia.
I bardzo pasowało mi do niedawno przeczytanych "13 pięter" Springera (o nędzy w międzywojniu). Lubię, jak mi się lektury z różnych półek układają w jedną mozaikę tematyczną.
Użytkownik: margines 2016-06-01 18:32 napisał(a):
Odpowiedź na: Kiedy kilka dni temu przy... | misiak297
Dopisze tu jeszcze kilka zdań, świeżo po lekturze.

Wystawiłem tej książce 4,5, może nie do końca taką ocenę na jaką zasługuje, ale wg mnie książka zasługuje (jak i sami autorzy, razem i osobno) przede wszystkim na zainteresowanie, zaciekawienie czytelnicze, nowych czytelników.
Użytkownik: jolekp 2018-08-14 12:21 napisał(a):
Odpowiedź na: Kiedy kilka dni temu przy... | misiak297
Przyznam, że byłam tą książką pozytywnie zaskoczona.

Podchodziłam do niej trochę nieufnie, podejrzewając, że się od niej odbiję, ale nic takiego się nie wydarzyło. Nie dzieje się tutaj może zbyt wiele - w dużej mierze to zapis zwykłych domowych zajęć, kronika czasów, które już bezpowrotnie przeminęły i idei, które już przebrzmiały - ale mimo wszystko warto to przeczytać, choćby po to, żeby się przekonać, że w codzienności też może się kryć odrobina uroku, którą w natłoku zajęć i problemów czasem trudno jest dostrzec.
Legenda
  • - książka oceniona przez Ciebie - najedź na ikonę przy książce aby zobaczyć ocenę
  • - do książki dodano opisy lub recenzje
  • - książka dostępna w naszej księgarni
  • - książka dostępna u innych użytkowników (wymiana, kupno)
  • - książka znajduje się w Twoim schowku
Patronaty Biblionetki
Biblionetka potrzebuje opiekunów
Recenzje

Użytkownicy polecają:

Redakcja poleca: