Dodany: 14.03.2016 14:25|Autor: WiadomościOpiekun BiblioNETki

Wojna na skalpele – "Ginekolodzy" Thorwalda


Historia ginekologii opisana przez Jürgena Thorwalda to prawdziwa wojna na skalpele – areną tych pojedynków stało się oczywiście ciało kobiety. Najnowsza publikacja niemieckiego historyka pełna jest zarówno damskich rzeźników, jak i genialnych prekursorów nowych metod leczenia.

Ginekolodzy (Thorwald Jürgen (właśc. Bongartz Heinz)) to fascynująca opowieść nie tylko o wielkich osiągnięciach tej dziedziny medycyny, lecz także o kontrowersyjnych zabiegach i skostniałych poglądach społeczeństwa.

Czarne karty ginekologii

„Kobieta w ciąży jedną nogą do grobu dąży” – mówi stare gaskońskie przysłowie. Najważniejszym zadaniem ginekologów było utrzymanie płodności i zdolności do prokreacji, ich metody jednak nie służyły ani kobietom, ani nienarodzonym dzieciom. „Czasy, kiedy Thorwald podziwiał pionierów medycyny, a samą historię medycyny opisywał jako pasmo wielkich osiągnięć, już minęły” – czytamy we wstępie do „Ginekologów”. Ta pozycja autora „Stulecia chirurgów” czy „Męskiej plagi” daleka jest od ukazywania idealnego obrazu początków nowoczesnej ginekologii. Z pełną odpowiedzialnością można powiedzieć, że przedstawia historię brutalną i mrożącą krew w żyłach.

Na kartach mrocznej książki Thorwalda ginekolodzy prześcigają się w najszybszym wycinaniu mięśniaków wraz z macicami, a ciężarną pacjentkę badają „na ślepo” – zgodnie z obowiązującą zasadą, by kobieta w trakcie wizyty była całkowicie ubrana. Na początku XIX wieku w przypadku trudnych porodów używane były kleszcze – lekarze przeprowadzający porody na czas powodowali u dzieci uszkodzenia mózgu. Nierzadko ginekolodzy kierowali się nie tyle kultem macicy, co po prostu wrogością do kobiet.

W renomowanych czasopismach medycznych prześcigano się w prześladowaniu lekarzy, którzy zdrowie pacjentek przedkładali nad nauki Kościoła. Kontrowersje budziły pierwsze bezbolesne porody, traktowano je jak karygodne wykroczenie przeciw słowom z Księgi Rodzaju: „...w bólu będziesz rodziła dzieci”. Doktorowi McDowellowi umocowano przed domem stryczek, na którym zamierzano go powiesić za operacje torbieli – lekarzy przeprowadzających zabiegi poprzez otwarcie brzucha uznawano za... morderców. Thorwald przywołuje także historię Charlesa Claya, który zoperował siedziemdziesiąt kobiet z chorymi jajnikami, ratując w ten sposób czterdzieści siedem – w Londynie nazywano go jednak „kastratorem kobiet” i „świńskim rzeźnikiem”.

Usuwanie cyst i torbieli, zaszywanie rozdartych kroczy, przyjmowanie porodu – wszystko to stanowiło przedmiot nie tylko ginekologii, lecz także przemian światopoglądowych. Szykanowani przez konserwatywne środowiska lekarskie „rozpruwacze brzuchów”, nie dbając o opinię publiczną, otwierali nie tyle niedostępne wcześniej rejony kobiecego ciała, co nowe rozdziały w historii medycyny.

Cesarskie cięcie

Dzisiaj kobiety, które muszą lub chcą zdecydować się na cesarskie cięcie mają do dyspozycji salę operacyjną, nowoczesne laboratorium, krew do transfuzji, plazmę, antybiotyki, a w dalszej kolejności respiratory dla noworodków. Początki tego zabiegu, jednego z najbardziej tajemniczych w ginekologii, przedstawiają się zupełnie inaczej – operacje były wykonywane często przez niedoświadczonych lekarzy, z nieprzeszkoloną asystą i niedoskonałym wyposażeniem, a do tego pod kiepską narkozą.

Przez długi czas metodę cesarskiego cięcia uznawano za śmiertelną. Powszechne były inne sposoby przeprowadzania trudnych porodów. Moda na symfizjotomię (przecięcie spojenia łonowego w przypadku zbyt wąskiej miednicy) przetrwała przez sześćdziesiąt lat. W tym samym czasie Anglicy specjalizowali się w wywoływaniu sztucznego przedwczesnego porodu lub stosowali głodzenie ciężarnych kobiet po to, by dziecięca główka zrobiła się miękka. Świat ginekologii musiał zmierzyć się jednak z jeszcze poważniejszymi problemami.

W 1834 w szpitalach położniczych rozprzestrzeniła się tajemnicza gorączka zwana przez Francuzów zakażeniem połogowym. Choroba objawiała się ciężkim zapaleniem narządów rodnych, a czasem obejmowała cały organizm. Dopiero po kilku latach odkryto, że przenosi się ona na pacjentki przez zakażone ręce lekarzy i ginekologów, którzy wcześniej robili sekcje zwłok lub opatrywali ropiejące rany. Jeden z przywoływanych na kartach książki Thorwalda lekarzy, nękany z tego powodu wyrzutami sumienia – popełnił samobójstwo.

Kontrola narodzin a obsceniczna literatura

Jeden z prekursorów nowoczesnej antykoncepcji nazywał ówczesną naukę o rozmnażaniu „zalegalizowanym morderstwem na tle seksualnym”. To Wilhelm Mensinga rozpoczął w latach 70. XIX wieku prawdziwą wojnę o kontrolę narodzin – mającą chronić kobiety przed wielokrotnymi ciążami zagrażającymi ich życiu lub zdrowiu.

Do tej pory stosowano trujące napary ziołowe, modlitwy i zaklęcia. Próbowano pozbyć się nasienia gwałtownym kaszlem lub podskokami, niektóre kobiety wsuwały wewnątrz siebie gałganki, wełnę, a nawet buraki lub ziemniaki. Dopiero w latach 80. powstała pierwsza praca poświęcona kontroli urodzeń. Wcześniej antykoncepcja równała się dramatycznym i niezwykle niebezpiecznym dla kobiety metodom i próbom przerwania ciąży – powszechne było wykonywanie samoaborcji przez okładanie pięściami podbrzusza lub dźganie macicy drutem do robótek ręcznych. Już wtedy co prawda istniały „powłoki na penisa z jelit owcy” (przeczytamy o nich chociażby w pamiętnikach Casanovy), jednak na tyle drogie, że mogli sobie na nie pozwolić jedynie bogaci. W pozostałych przypadkach kobiety były skazane na wielokrotne ciąże (i aborcje), które nierzadko prowadziły do wycieńczenia organizmu. Spośród naturalnych metod antykoncepcji powszechnie stosowano płukanki z wody z dodatkiem ałunu, cukru ołowianego, kory dębowej lub octu. Autorzy i wydawcy broszur informacyjnych lub książek o życiu seksualnym byli skazywani na lata robót przymusowych za „rozpowszechnianie obscenicznej literatury”. Informowanie kobiet o metodach zapobiegania ciąży wiązało się z surowymi karami, a pierwsze środki antykoncepcyjne odrzucano z powodów etycznych.

W „Ginekologach” Thorwalda przeczytamy o rewolucyjnych początkach nowoczesnych metod antykoncepcji. Mensinga, który wprowadził do użytku pesarium zamykające, spotkał się z ostracyzmem ze strony społeczeństwa i środowiska lekarskiego, a jego wynalazek został nazwany „niemoralną metodą”. Jedynym dopuszczalnym środkiem pozostawała wstrzemięźliwość lub ograniczenie stosunków do dni niepłodnych u kobiety. Jednak większość dni, które ówcześni lekarze uznawali za „bezpieczne”, przypadało – jak dziś wiemy – na najpłodniejszą fazę cyklu.

Pojedynek na skalpele – walka z rakiem

Fascynująca historia ginekologii to także opowieść o pojedynkach lekarzy. Jak ten Friedricha Schauty z Ernstem Wertheimem – jeden z nich akceptował jedynie waginalne operowanie raka macicy, drugi za swój cel obrał wprowadzenie operacji przez brzuch. Areną tego pojedynku na skalpele był Wiedeń pod koniec XIX wieku.

Uczeń przerósł mistrza – rewolucyjna metoda wprowadzona przez Wertheima sprawiła, że stał się on najlepszym operatorem, organizatorem, statystykiem swoich czasów. Każdy przypadek rejestrował i badał pod mikroskopem. Pierwsze operacje nowotworu macicy groziły niewydolnością serca, uszkodzeniem arterii, wykrwawieniem, zapaleniem otrzewnej, obrażeniami moczowodów i zniszczeniem nerek. Ówczesny stan medycyny pozwalał na zastosowanie skromnych środków do narkozy: barbitalu, morfiny, kofeiny i kamfory. Nie było jeszcze wtedy aparatu rentgenowskiego, elektrokardiogramu, biochemii krwi, transfuzji ani antybiotyków. Wertheim nie poddawał się, poszerzył metodę diagnostyczną i wkrótce na sto operowanych kobiet umierało już tylko dziesięć. Taki wynik udało się osiągnąć na początku XX wieku. Nowa metoda operacyjna przyniosła bankructwo dawnej, waginalnej. Śmiertelność operacyjna spadła do 17%. Wertheim ratował co drugą kobietę zakwalifikowaną do beznadziejnych i nieoperacyjnych przypadków. Mimo jego osiągnięć niektórzy „specjaliści” wciąż nie uznawali nowych metod leczenia. Nowotwór traktowany był jako kara boska za brak przyzwoitości i złe prowadzenie się. Z fraka (lub fartucha) niektórych ginekologów wciąż wystawał Nowy Testament, a modlitwy odprawiano zarówno przed, jak i po operacji. Okazuje się, że i na początku XX wieku nietrudno znaleźć przejawy staroświeckiego (by nie powiedzieć średniowiecznego) sposobu myślenia.

Stulecie ginekologów

Można ich nazwać „damskimi rzeźnikami”, „akuszerami przeludnienia”, ginekologami i położnikami, albo po prostu lekarzami od spraw kobiecych. Historia ginekologii opisana przez Thorwalda to nie tyle opowieść o przeszłym stuleciu, co bezprecedensowy głos w wielkiej dyskusji na temat narodzin. Kleszcze porodowe, łyżeczki chirurgiczne, skalpele, pesaria, hormony i fotele ginekologiczne – wiele kart tej dziedziny medycyny jest wciąż jeszcze do zapełnienia.


autorka: Izabela Osiadacz

(c)Wszystkie prawa zastrzeżone. Kopiowanie bez zgody autora zabronione.

Wyświetleń: 689
Dodaj komentarz
Patronaty Biblionetki
Biblionetka potrzebuje opiekunów
Recenzje

Użytkownicy polecają:

Redakcja poleca: