Dodany: 2015-11-19 21:43|Autor: dot59Opiekun BiblioNETki

I w pułapce choroby życie ma wartość


Z okładki patrzy na nas stary, zmęczony człowiek. Stary? Ależ to nonsens! – chciałoby się zawołać – przecież w chwili, kiedy robiono to zdjęcie, nie przekroczył jeszcze wieku uprawniającego do emerytury (przynajmniej według norm obecnie narzucanych w coraz większej liczbie krajów... Bo w swojej ojczyźnie mógłby był już skorzystać z zasłużonego odpoczynku. Tyle że w jego zawodzie rzadko zaprzestaje się pracy z własnej woli; pisarz, jak i każdy inny artysta, nie ma obowiązku wykonywania określonych zadań w określonym czasie, więc z wiekiem po prostu zwalnia tempo, przeważnie pozostając czynnym zawodowo do końca życia)! A jednak, cóż, biologii nie da się oszukać; organizm ludzi po sześćdziesiątce nie działa już tak, jak kilka dekad wcześniej i mają szczęście ci, u których manifestuje się to jedynie zmarszczkami i siwizną. Bo, niestety, w tym wieku coraz częściej zapada się na różne przewlekłe i bywa, że nieuleczalne choroby. Na przykład nowotwory. A takie rozpoznanie dokłada człowiekowi lat – cóż z tego, że nie metrykalnie...

Już pierwszy rozdział „Grząskich piasków” pokazuje nam, jak to się dzieje. W grudniu 2013 roku Henning Mankell mimo zbliżających się sześćdziesiątych szóstych urodzin jest krzepkim, aktywnym mężczyzną, z zapałem realizującym plan spotkań autorskich. W drodze na jedno z nich przydarza mu się wypadek; auto jest mocno uszkodzone, ale on sam wychodzi bez szwanku. Tydzień później zaczyna odczuwać ból w kręgosłupie szyjnym i drętwienie ręki. Akurat zbliżają się Boże Narodzenie i Nowy Rok, więc badania zostają zaplanowane na początek stycznia. Ani on sam, ani lekarz nie spodziewają się tego, co wykazuje rentgen: to nie uraz powypadkowy, który spowodował, że zwyrodnienie kręgosłupa dało o sobie znać, lecz przerzut nowotworu znajdującego się w płucach. Bo przecież wcześniej – nic, żadnego kaszlu, żadnej zadyszki czy innych oznak ostrzegawczych, zresztą nikt by się ich nie doszukiwał u kogoś, kto palenie rzucił przed wielu laty! Mankell czuje się, jakby się znalazł na środku pustyni, w piaszczystej pułapce, która się pod nim zapada, wciągając go coraz głębiej, odbierając oddech... Cały jego świat musi ulec przeorientowaniu; teraz najważniejszym pytaniem będzie, czy leczenie poskutkuje, a raczej – na jak długo odwlecze nieuchronny koniec?

Opowieść, która się potem rozpoczyna, nie jest, wbrew pozorom, historią walki z chorobą. A przynajmniej nie tego rodzaju, co wstrząsające zapiski Joanny Sałygi („Chustka”) czy Corneliusa Ryana (nietłumaczona na polski „A Private Battle”). Rak, owszem, jest cały czas obecny, lecz raczej jako tło niż jako tworzywo. Nie pozwala o sobie zapomnieć; nie pozwoliłby nawet wtedy, gdyby batalia o życie okazała się wygrana, bo ozdrowieńcy po leczeniu onkologicznym jeszcze przez lata zmagają się z lękiem, że może nadal noszą w sobie jakieś mikroskopijne ognisko, jakąś grudkę zbuntowanych komórek, które tylko się przyczaiły gdzieś w zakamarku niewidocznym dla promieni i ultradźwięków, by przy sprzyjającej okazji rozrosnąć się znowu i rozpełznąć po kolejnych narządach. Ciało oczywiście doznaje nieprzyjemnych skutków samej choroby i leczenia, lecz jego właściciel wspomina o tym jakby mimochodem, bez rozpisywania się o fizycznych aspektach poszczególnych dolegliwości i sposobach ich zwalczania. Bo znacznie ważniejsze jest to, co odczuwa dusza, czy też, gdybyśmy przyjęli materialistyczny punkt widzenia autora, umysł.

Rak, tak samo zresztą jak każda inna ciężka i potencjalnie śmiertelna choroba, skłania do myślenia o sprawach ostatecznych i/lub ponadczasowych. Do zastanawiania się, „co potem”: czy będziemy egzystować w jakimś niematerialnym wymiarze, zdając sobie sprawę, że nasz ziemski byt dobiegł końca, czy też to wszystko, co było naszym ciałem i naszą świadomością, przestanie raz na zawsze istnieć, i jeśli nawet nie zginie w sensie materialnym – zmartwychwstając jako „nowe cząsteczki, które nieustannie krążą w przyrodzie, raz po raz łącząc się w nowe konstelacje”[1] – nigdy nie będzie już nami. Do bilansu dotychczasowego życia, wspominania ważnych dla nas postaci i miejsc, i wydarzeń, które nas ukształtowały. Do rozmyślań na temat przemijania i pamięci, historii i przyszłości rodzaju ludzkiego. Tym właśnie, strumieniem świadomości pociętym na odcinki nieuporządkowane chronologicznie czy tematycznie – a nie dziennikiem choroby – są zapiski czynione przez Mankella w ciągu pół roku od owego feralnego rozpoznania. Sceny z teraźniejszości mieszają się ze scenami z dzieciństwa, z młodości, z lat spędzonych w podróżach po Europie i Afryce; protesty przeciw zanieczyszczaniu środowiska naturalnego – z mikroesejami historycznymi (jeden z nich zawiera na przykład opowieść o twórcy szczepionki przeciw ospie, inny wspomina przerażające konsekwencje stosowania farb radioaktywnych, seria kolejnych mówi o malarstwie jaskiniowym); rozważania nad naturą czasu lub istotą kobiecości – z hołdem składanym sztuce, a w szczególności literaturze, jako desce ratunkowej pozwalającej się wydostać z otchłani przygnębienia wywołanego chorobą; słowa nadziei „na kolejne radosne momenty (...) które (...) muszą nadejść, bo tylko wtedy życie ma jakąś wartość”[2] – z wyrażającymi lęk przed bólem i obawę przed zapadnięciem w wieczną nicość. A jednak nie sprawia to wrażenia chaosu, tak jak nie wywołuje go rozmowa z bliskim znajomym, który, przeczuwając rychły swój koniec, chce nam opowiedzieć o wszystkim, co było dla niego ważne. Wiadomo, pewne rzeczy będzie powtarzał – tak jak Mankell kilkanaście razy powraca do swych obaw przed zagrożeniem, jakie mogą stwarzać odpady nuklearne, zagrzebane w podziemnych schronach – ale między wierszami powie parę słów, które być może zapamiętamy na zawsze…

Jedyną niedogodnością jest brak spisu treści; wskutek tego, jeśli nie zostanie nam w pamięci tytuł rozdziału, do którego chcielibyśmy wrócić, będziemy musieli przerzucać ponad trzysta stron kartka po kartce. Ale to nie nuży: jest tam wiele zdań, na których nasze oko samo zechce spocząć po raz wtóry i kolejny, czasem dlatego, że uznamy je za równie warte zapamiętania jak te wcześniejsze, a czasem tylko dlatego, by jeszcze przez chwilę poobcować ze stosunkowo prostym, lecz esencjonalnym i wyrazistym stylem pisarza, który – już to wiemy – niczego więcej nie napisze…


---
[1] Henning Mankell, „Grząskie piaski”, przeł. Ewa Wojciechowska, wyd. WAB, 2015, s.78.
[2] Tamże, s.315.


(c)Wszystkie prawa zastrzeżone. Kopiowanie bez zgody autora zabronione.

Wyświetleń: 1247
Dodaj komentarz
Przeczytaj komentarze
ilość komentarzy: 1
Użytkownik: Marylek 2016-02-16 17:09 napisał(a):
Odpowiedź na: Z okładki patrzy na nas s... | dot59Opiekun BiblioNETki
Piękne, wręcz budujące jest w notatkach Mankella to, że nie koncentruje się na "tu i teraz", na swojej chorobie, nawet na sobie samym. Patrzy szerzej i dalej. Dlatego ta książka zawsze będzie aktualna, zawsze warto będzie ją czytać. I można będzie do niej wracać.
Patronaty Biblionetki
Biblionetka potrzebuje opiekunów
Recenzje

Użytkownicy polecają:

Redakcja poleca: