Dodany: 2015-02-09 18:34|Autor: PolecaneOpiekun BiblioNETki

Jack Reacher, odsłona dziewiętnasta



Recenzuje Dorota Tukaj.

Jack Reacher jaki jest, każdy widzi (pod warunkiem, że ten, co widzi, posiłkuje się własną wyobraźnią, a nie wizją reżysera Christophera McQuarriego, który w roli prawie dwumetrowego osiłka obsadził niskiego i raczej drobnej budowy Toma Cruise’a…). To połączenie w jednej osobie siły fizycznej i niezwykle szybkiego refleksu, sprytu tropiciela śladów i wytrwałości indiańskiego wojownika, ogólnego tumiwisizmu i mocno rozwiniętego poczucia sprawiedliwości ze szczególną wrażliwością na krzywdę słabszych zyskało mu sympatię sporej grupy czytelników (z przewagą – chyba – czytelniczek…), a jego literackiemu „ojcu”, Lee Childowi, zapewniło popyt na kolejne powieści opiewające sukcesy tudzież (rzadsze oraz na ogół tylko przejściowe) porażki dzielnego byłego oficera żandarmerii US Army. Jednak autorów, którym udaje się ciągnąć w nieskończoność cykle z tym samym bohaterem bez żadnego spadku formy, da się zliczyć na palcach jednej ręki, jeśli w ogóle jest co liczyć. Child doszedł już do dziewiętnastego tomu przygód Jacka – czy sprostał zadaniu?

Jak wiemy, od czasu odejścia z armii Jack wiedzie życie wagabundy, włócząc się bez celu (chyba że akurat jakiś cel się znajdzie) po całych Stanach; tu prześpi parę dni w motelu, tam się najmie do doraźnych robót, stale bez zobowiązań, stale bez własnego kawałka dachu i podłogi, właściwie bez żadnego mienia, jeśli nie liczyć zmienianej co jakiś czas kieszonkowej szczoteczki do zębów. A jednak, rzecz dziwna, jeśli ktoś chce go znaleźć – zawsze znajdzie. Na przykład pewien wysoki dygnitarz wywiadu wojskowego, który pragnie go zaangażować do wytropienia niebezpiecznego człowieka, mogącego zagrozić bezpieczeństwu najważniejszych osobistości świata. Reachera nigdy nie interesowała wielka polityka, a prezydent, czy to własnego, czy obcego kraju, nie jest przecież osobą, dla której jego pomoc byłaby ostatnią deską ratunku. Ale winien jest przysługę… nie, nawet nie samemu generałowi O’Dayowi, tylko jego zastępcy… jako człowiek honoru zrobi więc to, o co go proszą. Zwłaszcza kiedy się dowie, kim jest poszukiwany. Zwłaszcza kiedy natrafi na ślady wskazujące, że zanim on zaczął szukać Johna Kotta, John Kott (nie bez powodu, choć można dyskutować, czy słusznie) już zagiął parol na niego… Zanim się jednak okaże, gdzie przebywa domniemany zamachowiec i kto stoi za jego plecami, Jack będzie musiał wyprawić się do Europy; po raz pierwszy od czasu, gdy spędził tam parę godzin z umierającą matką, odwiedzi Paryż, potem zostanie przerzucony do Londynu, a na każdym etapie tej podróży będą go oczekiwały niemiłe niespodzianki…

„Sprawa osobista” należy do tych nielicznych części cyklu, w których narrację prowadzi sam Jack. Można się zastanawiać, czy to dobry zabieg (bo przecież takie otwarte „veni, vidi, vici” od razu odbiera fabule nieco suspensu, zdejmując z barków czytelnika brzemię niepokoju o los ulubionego bohatera), lecz nie on decyduje o tym, czy daną powieść odbieramy jako nieco lepszą, czy nieco słabszą od pozostałych. Reacher jest w porządku – nawet jeśli relacjonując tę czy inną sekwencję wydarzeń przyznaje się do ponadprzeciętnie brutalnego i bezlitosnego postępowania (powiedzmy sobie prawdę: gdyby się od czasu do czasu tak nie zachował, dawno by nie żył…) – i ma swój styl, a opowieść zdobi rozmaitymi zabawnymi uwagami, jak choćby wtedy, gdy opisuje spotkanie z agentami rosyjskiego i brytyjskiego wywiadu. Natomiast autor troszeczkę przekombinował intrygę; ostateczne jej rozwiązanie nie wydaje się zbyt prawdopodobne (zdradzenie tutaj, w czym rzecz, zepsułoby czytelnikowi powieści połowę przyjemności), a londyński etap wyprawy Jacka w pewnym momencie staje się zwyczajnie nudny – jak długo można się bawić w kotka i myszkę z nieciekawymi i prymitywnymi gangsterami? Nie bardzo udał mu się też dobór nazwisk nieanglojęzycznych: nazwisko Kott co prawda występuje w Czechach (i w Polsce, i w Rosji, i we Francji), ale do typowo czeskich nie należy, za to Karel Libor, brzmiący tak czesko, że bardziej już się nie da, to ważna figura w gangu… albańskim. Ale wiadomo, raz pod wozem, raz na wozie, a Reacher zostaje ten sam; już raz po słabszych „61 godzinach” przyszło dużo bardziej udane „Czasami warto umrzeć”, więc poczekajmy te pół roku czy rok – w dwudziestej odsłonie pewnie będzie lepiej!


Tytuł: Jack Reacher: Sprawa osobista
Autor: Lee Child
Tłumaczenie: Andrzej Szulc
Wydawnictwo: Albatros A. Kuryłowicz
Liczba stron: 448

Ocena: 3,5/6

(c)Wszystkie prawa zastrzeżone. Kopiowanie bez zgody autora zabronione.

Wyświetleń: 1975
Dodaj komentarz
Przeczytaj komentarze
ilość komentarzy: 7
Użytkownik: Marylek 2015-02-09 19:02 napisał(a):
Odpowiedź na: Recenzuje Dorota Tukaj.... | PolecaneOpiekun BiblioNETki
A ja i tak go chcę! :D
Użytkownik: Marylek 2015-02-13 17:33 napisał(a):
Odpowiedź na: A ja i tak go chcę! :D | Marylek
"Szyba była w wystarczającym stopniu refleksyjna, byśmy widzieli również większą część sali za sobą."
(str. 303).
Użytkownik: dot59Opiekun BiblioNETki 2015-02-13 19:35 napisał(a):
Odpowiedź na: A ja i tak go chcę! :D | Marylek
Mówisz i masz! (w sobotę)
Użytkownik: Marylek 2015-02-13 19:41 napisał(a):
Odpowiedź na: Mówisz i masz! (w sobotę) | dot59Opiekun BiblioNETki
Nie, nie, dziękuję bardzo, ale już mam. Pożyczono mi nieoczekiwanie wczoraj i porzuciłam wszystko dla Jacka Reachera. ;)
Użytkownik: dot59Opiekun BiblioNETki 2015-02-13 19:55 napisał(a):
Odpowiedź na: Nie, nie, dziękuję bardzo... | Marylek
Ach, no właśnie, przecież cytat dodałaś... Ale i tak przyniosę, Mariola na pewno się skusi :-).
Użytkownik: Marylek 2015-02-13 20:02 napisał(a):
Odpowiedź na: Ach, no właśnie, przecież... | dot59Opiekun BiblioNETki
Tak, refleksyjna szyba (w restauracji hotelowej) nieco mną wstrząsnęła. ;)
Użytkownik: ilia 2015-02-13 22:23 napisał(a):
Odpowiedź na: Ach, no właśnie, przecież... | dot59Opiekun BiblioNETki
Tak, tak, skuszę się na pewno :)
Patronaty Biblionetki
Biblionetka potrzebuje opiekunów
Recenzje

Użytkownicy polecają:

Redakcja poleca: