Dodany: 2014-04-13 09:23|Autor: dot59Opiekun BiblioNETki

Dole i niedole guwernantki


Rzecz dziwna: nigdy, przenigdy nie chciałabym żyć w wieku XIX, ani w pierwszej, ani w drugiej połowie, ani w naszym kraju, ani w żadnym innym (gdybym bowiem miała szczęście przyjść na świat w którejś z warstw uprzywilejowanych, byłabym skazana na noszenie upiornej bielizny i niewygodnych kiecek, układanie na głowie jakichś straszliwych konstrukcji z włosów, szpilek i ozdóbek, wydawanie przyjęć i bywanie na takowych, brr!; pochodzenie chłopskie lub robotnicze pozwalałoby mi co prawda na ciut wygodniejszy ubiór i większą swobodę obyczajów, ale za to na 90% skazywałoby na analfabetyzm i nędzne warunki higieniczne…) – za to jeśli już mam się brać za typową powieść dla kobiet (typową, to jest zawierającą przynajmniej jeden wątek romansowy zakończony happy endem, ewentualnie „unhappy endem” doprowadzającym do niepohamowanych łez), zdecydowanie wolę te, które powstały 100 czy 150 lat temu.

Na przykład „Agnes Grey”. Jak wszyscy wiedzą, zawiera ona w miarę wierne (za wyjątkiem jednego wątku) odbicie przeżyć Anne Brontë z czasów, gdy ta usiłowała dorzucić do skromnego rodzinnego budżetu dochody z pracy pedagogicznej – jedynej dozwolonej w owych czasach dla niezamężnych kobiet z klasy średniej. Wybór był tylko między posadą w szkole dla panien (czy, jeśli fundusze na to pozwalały, prowadzeniem własnej pensji) albo w prywatnym domu ludzi na tyle bogatych, że stać ich było na opłacanie i żywienie guwernantki. Tę właśnie drogę wybrała Anne i – w konsekwencji – jej bohaterka. Oczywiście detale, które mogłyby pozwolić na zidentyfikowanie opisanych w powieści postaci, zostały nieco wyretuszowane, ale nie ma powodu wątpić, że prawdziwe są sceny z życia domowej nauczycielki, a zwłaszcza postawa, jaką przyjmują wobec niej chlebodawcy i podopieczni (przypomnijmy sobie, że motyw ten obecny jest również w „Shirley” Charlotte Brontë, gdzie występuje była guwernantka – notabene nosząca nazwisko… Agnes Grey, lecz pewne informacje wskazują, że jest to inna osoba niż bohaterka powieści Anny – oraz były guwerner).

W samej fabule nie ma dramatyzmu ani tajemniczości, co w połączeniu z pierwszoosobową narracją narzuca jeszcze silniejsze wrażenie, że czytamy autentyczne wspomnienia zwykłej dziewczyny, niemającej nic wspólnego z powieściowymi heroinami. Agnes pokrótce streszcza sytuację, w której następstwie postanowiła wspomóc materialnie rodziców, po czym przystępuje do opowieści o tym, co przeżyła w dwóch kolejnych miejscach pracy. Gdy poznała mężczyznę, który okazał się dla niej odpowiedni, po krótkich wahaniach obdarzyła go uczuciem. O losach tego związku opowiada zaledwie w paru słowach, z perspektywy pewnego czasu. Ot, i wszystko.

Wątek romansowy jest tak skromny i blady, że dla niego nie warto po powieść sięgać. Ale wcale nie w nim tkwi siła „Agnes Grey”! W czym zatem? Ano właśnie w tych reminiscencjach z obu posad, napisanych z takim nerwem, z takim zmysłem obserwacyjnym i zacięciem satyrycznym, że wydają się bardziej „austenowskie” niż „brontëańskie”. Toż to jedna wielka karykatura, bezlitośnie obnażająca ułomności bogatszych warstw ówczesnego społeczeństwa! Weźmy pierwszy dom, w którym Agnes zdobywa doświadczenia pedagogiczne. Bloomfieldowie to nuworysze aspirujący do ziemiańskiego stylu życia; on jest „emerytowanym kupcem” (w wieku trzydziestu kilku lat!), jej panieńskie nazwisko (Robson) też raczej nie sugeruje pochodzenia arystokratycznego. Pieniędzy mają dość, ale jest to jedyna rzecz, na której im nie zbywa – bo nie grzeszą ani dobrymi manierami (co prawda publicznie zwracają się do siebie per „pan” i „pani”, jak Agnes ma możność stwierdzić, słuchając ich niezrównanie groteskowego dialogu przy obiedzie, ale poza tym zwłaszcza u małżonka widać niedostatki w zakresie kultury osobistej), ani dobrym sercem, ani zdrowym rozsądkiem. Ich potomstwo mogłoby stanowić żywą ilustrację podręcznika „Jak nie należy wychowywać dzieci”, gdyby taki kiedykolwiek napisano. Do kompletu są jeszcze wujaszek Robson, czerpiący radość z maltretowania zwierząt przez siostrzeńca, i babunia Bloomfield, pomiędzy aktami ostentacyjnego manifestowania swojej religijności zajmująca się szczuciem syna na synową, a synowej na guwernantkę. Na drugiej posadzie, „w rodzinie prawdziwego dżentelmena czystej krwi”*, bohaterka spotyka kolejną galerię ciekawych typów, istotnie, mniej prymitywnych niż Bloomfieldowie, ale poza tym równie bogatych w dziwactwa i skazy charakteru; praktycznie o każdym można by co nieco powiedzieć, ograniczmy się jednak tylko do trojga najpiękniej sportretowanych: panny Rozalii, tyleż ładnej, co głupiej, próżnej i gruboskórnej, a przy tym straszliwej intrygantki, pastora Hatfielda, stanowiącego czystą antytezę ideału duchownego, oraz ubogiej i schorowanej wieśniaczki Nancy Brown, której opowieść o własnych wątpliwościach religijnych i sposobach ich leczenia przez proboszcza mogłaby stanowić samodzielny, wcale niezły utwór.

Póki te wszystkie kreatury biorą udział w grze, budząc w czytelniku na przemian święte oburzenie i śmiech pusty, satysfakcja z lektury zdaje się niezmierna. Z chwilą jednak, gdy na scenie pozostają tylko Agnes i jej wybranek, robi się słodko i nijako, do tego stopnia, że można nabrać podejrzeń, czy aby rozdział pierwszy i trzy ostatnie nie wyszły spod innego pióra niż ten wspaniały, bujny i wyrazisty środek (co w świetle biografii rodziny Brontë wcale nie wydaje się takie nieprawdopodobne: cicha, pokorna i głęboko religijna Anne mogła sobie nie radzić z tworzeniem pełnokrwistych i, powiedzmy sobie prawdę, złośliwych charakterystyk ludzi, których wszak poznała na tyle dobrze, by móc o nich opowiedzieć zdolniejszej siostrze, a ta z ochotą przyszłaby jej w sukurs…). Może i zawyżam ocenę, ale jeśli ją zestawić z tymi, które przypisałam współczesnym polskim okazom tegoż gatunku, wydaje się ona jak najbardziej sprawiedliwa.


---
* Anne Brontë, „Agnes Grey”, przeł. Magdalena Hume, wyd. Wydawnictwo MG, 2012, s. 71.


(c)Wszystkie prawa zastrzeżone. Kopiowanie bez zgody autora zabronione.

Wyświetleń: 1433
Dodaj komentarz
Patronaty Biblionetki
Biblionetka potrzebuje opiekunów
Recenzje

Użytkownicy polecają:

Redakcja poleca: