Dodany: 2008-12-06 10:16|Autor: dot59Opiekun BiblioNETki

„Miała to być zabawa dla Niedźwiedzicy i Wilka”[1]…


Pomijając wszystkie inne zalety, gotowa byłabym się zachwycić tą książką tylko dlatego, że… żeńska połowa tandemu autorów nazywana była przez swojego partnera Niedźwiedzicą albo Misiunią. A jeśli ktoś JEST Niedźwiedzicą, to musi być podobny do wszystkich innych Niedźwiedzic, i wtedy między Niedźwiedzicą utrwaloną na kartkach papieru a Niedźwiedzicą przewracającą te kartki rodzi się jakaś nieuchwytna więź - i już wcale nie zdumiewa fakt, że ta pierwsza też wykazywała „miłosną potrzebę słońca i morza”[2] i lubiła kotlety mielone z frytkami…

Ale i bez tego książka jest… no właśnie, jaka? Dziwna. Inna niż wszystkie. Na zdrowy rozum, co tak urzekającego może być w dzienniku podróży, i to nie jakiejś egzotycznej ani pełnej niebezpieczeństw, tylko odbywanej „jadąc autostradą i zatrzymując się na każdym z sześćdziesięciu pięciu położonych przy niej parkingów, po dwa dziennie”[3]? Co takiego można przeżyć, sunąc w żółwim tempie po asfaltowej rzece i opuszczając auto jedynie po to, by się na parę godzin rozłożyć pod drzewem albo (z rzadka) przespać w motelu?

A jednak… Można i coś przeżyć, i coś zobaczyć, i jeszcze zainteresować tym postronnych. Ale w tym celu trzeba taką podróż - z jednej strony banalną, z drugiej kompletnie wariacką - potraktować jako przygodę życia. Starać się widzieć nie tylko to, co widzi z okien auta każdy kierowca; postrzegać parking nie tylko jako miejsce, gdzie się „w pośpiechu i na stojąco”[4] połyka prowiant i w takim samym tempie korzysta z toalety czy stacji benzynowej, ale, na przykład, jako siedzibę „armii ogromnych bezskorupowych ślimaków”[5] albo „kraju, jakim jest drzewo”[6]. Zwolnić tempo; drzemać, rozkoszować się prostymi posiłkami („pomarańcze, chleb z masłem, konfitura z fig, kawa”[7]), czytać, pisać, oddychać. I być ze sobą.

Bo - czego jeszcze nie powiedziano - ten dziennik podróży to pean na cześć miłości i bliskości, wyrażanej czasem wielkimi słowami, układającymi się w piękną i wyrazistą prozę poetycką (rozdział „W którym Niedźwiedzica przemawia do Wilka i wszystko zostaje powiedziane raz na zawsze”[8]), czasem tylko czułością, z jaką obiektyw trzymany przez jedno z małżonków utrwala uśmiech, zamyślenie czy ruch drugiego. I chciałoby się życzyć Wilkowi i Niedźwiedzicy, zupełnie jakby się ich znało osobiście (bo zresztą prawie się ich zna po tylu dniach, odróżnia się ich styl pisania, wie, jakie dania które z nich wybiera w przydrożnych restauracjach i w jakiej pozycji pracuje, a w jakiej zasypia…), żeby odbyli jeszcze wiele takich podróży, w których będą „zbyt wypełnieni miłością i radością, aby mieli jeszcze czegoś szukać”[9].

A potem przychodzi postscriptum, które czytam w tej chwili trzeci raz i trzeci raz przy ostatnim zdaniu okulary zachodzą mi mgłą. „Ale wiem, Misiuniu, że zrobiłabyś to samo, gdybym to ja odszedł pierwszy, i że Twoja ręka wraz z moją pisze te ostatnie słowa mówiące, że ból nie jest i nigdy nie będzie silniejszy, niż życie takie, jakiego mnie nauczyłaś, co chyba udało nam się przekazać podczas tej podróży, która choć już dobiegła końca, trwa i będzie trwała w naszym Smoku [mowa o samochodzie autorów - przyp. rec.], na naszej autostradzie”[10]… Trudno o wymowniejsze świadectwo miłości i przywiązania…

Pomijając wartość emocjonalną, także i pod względem technicznym „Autonauci z kosmostrady” zasługują na uwagę. Typowa Cortázarowska skłonność do mieszania fikcji z dokumentem, banału ze wzniosłością, powagi z żartem i tutaj daje o sobie znać; obok lapidarnego dziennika, zawierającego notatki z postojów z uwzględnieniem codziennych jadłospisów, temperatur otoczenia i pozycji auta na parkingu, mamy tu dłuższe relacje balansujące na pograniczu reportażu, felietonu i prozy poetyckiej, i mnóstwo fotografii, i zabawne rysuneczki (dzieło Stéphane’a Héberta, syna Carol z poprzedniego związku), i jedno opowiadanie, i zmyślone listy anonimowej prowincjuszki, w których prócz lawiny plotek i dygresji systematycznie pojawiają się wzmianki o dziwnej parze spotykanej na autostradzie, i kserokopie autostradowych biletów, a gdyby i tego było mało, to jeszcze w tekstach całkiem dokumentalnych a to pojawiają się wzmianki o kronopiach, a to dyskutują zagadkowe postacie o imionach Calac i Polanco („których Julio ma zwyczaj {zły zwyczaj, jak uważają niektórzy} wprowadzać do swoich powieści i innych tekstów pod pretekstem, że to oni, ci przeklęci Tatarzy, robią to na własną rękę”[11]). Teoretycznie taki miszmasz powinien być nie do strawienia, a jednak jest; powiem więcej, jest nie tylko strawny, ale i smakowity. Może to tylko skutek mojej słabości do Cortázara, zwłaszcza do jego stylu - a może wyraz faktu, że „kronopie rozumieją się nawzajem, chociaż w większości przypadków wcale nie muszą się znać”[12]?

Smakuję tę książkę w kółko od trzech dni i chyba ją kupię, jeśli wypatrzę w jakimś antykwariacie…



---
[1] Julio Cortázar, Carol Dunlop, „Autonauci z kosmostrady”, przeł. Marta Jordan i („Postscriptum”) Zofia Chądzyńska, wyd. Muza SA, Warszawa 1999, s. 324.
[2] Tamże, s. 225.
[3] Tamże, s. 13.
[4] Tamże, s. 22.
[5] Tamże, s. 106.
[6] Tamże, s. 107.
[7] Tamże, s. 121.
[8] Tamże, s. 261.
[9] Tamże, s. 325.
[10] Tamże, s. 326.
[11] Tamże, s. 93.
[12] Tamże, s. 280.


(c)Wszystkie prawa zastrzeżone. Kopiowanie bez zgody autora zabronione.

Wyświetleń: 1645
Dodaj komentarz
Przeczytaj komentarze
ilość komentarzy: 1
Użytkownik: McAgnes 2008-12-07 21:18 napisał(a):
Odpowiedź na: Pomijając wszystkie inne ... | dot59Opiekun BiblioNETki
Do schowka. Kiedyś uda mi się to przeczytać.
Patronaty Biblionetki
Biblionetka potrzebuje opiekunów
Recenzje

Użytkownicy polecają:

Redakcja poleca: