Dodany: 2008-04-25 14:49|Autor: McAgnes

Tytuł jest tak piękny jak ta książka


To jedna z tych książek, które zaczyna się czytać, a potem okazuje się, że nie można się od niej oderwać, zarywa się noce i kradnie każdą wolną chwilę, by dowiedzieć się, co dalej, co dalej. To kryminał, ale jakże specyficzny przez umiejscowienie akcji w lodach i śniegach oraz przez główną bohaterkę, która w niczym nie przypomina detektywa. Przewrotnie. Pięknie.

Książka składa się z trzech części: "Miasto", "Morze" i "Lód". Miasto to trochę Chandler. Morze to zdecydowanie MacLean. Ale lód to lód, to Høeg, to coś bardzo specyficznego i oryginalnego.

Lodem i chłodem wieje z całej książki. Urok samotnych, zimnych przestrzeni. Słodka samotność. Upiorna samotność. Śnieg pada z kart książki prosto na palce i zaraz się topi. No zobaczcie sami: "Dziś w nocy temperatura spadnie jeszcze bardziej, nadejdzie burza śnieżna. Przeżyje zaledwie parę godzin. W jakimś momencie stanie, zimno dokona w nim przemiany jak w soplu lodu. Zmrożona skorupa zamknie się wokół ledwie płynnego życia, aż wreszcie puls ucichnie i człowiek stopi się z otoczeniem. Lód nie da się zwyciężyć"[1].

Na poparcie Chandlera, a raczej moich skojarzeń z klimatem "Chandlerowskim":

"Na kei błyska iskra. Ledwie punkcik światła, jakby ktoś zapalał papierosa. Żar unosi się w górę i łukiem skręca w moją stronę. Ciągnie za sobą ogon sypiących się, rozżarzonych cząstek. To raca. Eksploduje ze stłumionym hukiem blisko mojej głowy. W następnej sekundzie zostaję oślepiona. Zły, biały blask ciśnie się ku mnie od pomostu i wody. W tej samej sekundzie pożar wysysa z powietrza cały tlen"[2].

No dobrze, te krótkie zdania, beznamiętne i rzeczowe, to tylko lekkie tchnienie Chandlera i skojarzenie mogło narodzić się tylko w mojej głowie, ale jednak się narodziło.

Natomiast skojarzenia z MacLeanem:

"Rigor mortis rozprzestrzenia się od mięśni szczęki w dół. Tak jak napięcia neurotyczne. (...) jest sztywny do pępka. Nie mogę go obrócić, ale przesuwam rękę wzdłuż skrzyni i udaje mi się dotknąć jego pleców pod kurtką. Pod łopatką wystaje kawałek metalu, długości ledwie paru centymetrów, płaski, niewiele grubszy od pilnika do paznokci. Albo klingi z hartownej stali. Ostrze wprowadzono między żebra i dalej wbito ukośnie w górę. Przypuszczam, że przeszło przez serce. Potem odkręcono rękojeść, ale ostrze pozostawiono. Żeby powstrzymać krwawienie. Przez innego człowieka klinga nie przeszłaby na wylot. Ale (...) jest przecież szczupły, mógłby zostać modelem. To musiało stać się tuż przedtem, zanim do niego dotarłam. Może kiedy przechodziłam przez plac"[3].

Kto czytał "Złote randez-vous", nie oprze się tej części książki, MacLean zagląda przez ramię, stuka lekko i pokazuje palcem: - Patrz, patrz, to jest dobre, sam bym lepiej nie napisał.

Natomiast co mnie urzekło w całości, to zakończenie. Naprawdę, NAPRAWDĘ mało jest książek, których zakończenie jest tak nieoczekiwane. Bardzo zaskakujące, bardzo. Ten jeden, ostatni akapit książki powala na kolana i pozostawia nad książką, której nawet nie ma czasu zamknąć, bo tak bardzo jest się zatopionym w myślach. Kusiło mnie na początku strasznie, by go tu zacytować, ale popełniłabym okropny, niewybaczalny błąd. Nie można. Jeśli kiedyś sięgniecie po tę książkę, zrozumiecie. Poza tym wyrwanie tego akurat akapitu z całej książki obdarłoby go z tego tchnienia lodowatego oddechu, ogrzało, stopiło lodowe śnieżynki. To już nie byłoby to.



---
[1] Peter Høeg, "Smilla w labiryntach śniegu", tłum. Iwona Zimnicka, wyd. Świat Książki, Warszawa 1996, s. 445.
[2] Tamże, s. 171.
[3] Tamże, s. 364.


[Recenzję zamieściłam wcześniej na forum pclab]

(c)Wszystkie prawa zastrzeżone. Kopiowanie bez zgody autora zabronione.

Wyświetleń: 3216
Dodaj komentarz
Przeczytaj komentarze
ilość komentarzy: 1
Użytkownik: miłośniczkaOpiekun BiblioNETki 2012-05-01 15:50 napisał(a):
Odpowiedź na: To jedna z tych książek, ... | McAgnes
Właśnie czytam. Wciąga!
Patronaty Biblionetki
Biblionetka potrzebuje opiekunów
Recenzje

Użytkownicy polecają:

Redakcja poleca: