Dodany: 2014-02-16 16:11|Autor: dot59Opiekun BiblioNETki

Czytatnik: Czytam, bo żyję

2 osoby polecają ten tekst.

Po zachodniej stronie


Zawzięłam się i za jednym zamachem skończyłam – rozpoczętą (jak ten czas leci!) pięć lat temu „Pierwszą polką” –tetralogię gliwicką Bienka, a na dodatek dorzuciłam „Zamek Königswald”, niewchodzący wprawdzie w skład tego cyklu powieściowego (i z racji długości kwalifikujący się raczej do uznania za nowelę, niż powieść), ale z nim związany poprzez drugoplanową bohaterkę, Wodną Milkę, siostrę Leo Marii Piontka.

Dalsze losy gromadki niemieckojęzycznych - no, powiedzmy, że prawie całkiem niemieckojęzycznych - mieszkańców Gliwic rozpoczynają się od przygotowań do pogrzebu Piontka, zmarłego w noc wesela córki po kilkuletnich zmaganiach z chorobą płuc (określoną jako astma, ale według opisu równie dobrze mogącą być tym, co dzisiaj nazywamy przewlekłą obturacyjną chorobą płuc). Przy tej okazji na pierwszy plan obok Valeski i jej dzieci wysuwa się rodzina Ossadników, związanych z Piontkami przez fakt, że ich córka Ulla jest uczennicą Valeski. Ledwie parę kilometrów dalej rozpoczyna się wojna, ale na razie nie wpływa ona znacząco na życie pozostałych po zachodniej stronie granicy gliwiczan. Co prawda już niejeden mężczyzna otrzymał wezwanie do armii, ale poza tym wszystko jest jak dotąd: młodsi chłopcy łobuzują, starsi szukają przygód miłosnych, dziewczyny marzą, sąsiadki plotkują, ksiądz udziela sakramentów… W ciągu paru lat to się zmieni – pojawią się braki w zaopatrzeniu, kolejne rodziny pobłogosławią pełnoletnich czy prawie pełnoletnich potomków odchodzących na front, kolejne kobiety zaleją się łzami, otrzymawszy list z informacją, że mąż albo syn oddał życie za führera, a niektórzy znani i szanowani kupcy, rzemieślnicy czy prawnicy, zamiast normalnie chodzić po mieście, zaczną się przemykać ukradkiem, starając się nie świecić ludziom w oczy żółtymi gwiazdami na rękawach … a potem znikną. Raz na zawsze. Gdzie – o to nikt nie zapyta, chyba że ktoś, kto – jak Franz Ossadnik – mimo woli towarzyszył im w ostatniej drodze, sam opowie, chcąc się pozbyć ciężaru, który legł mu na sercu. A potem karta się odwróci i ci, którzy odmówili jednego noclegu dziecku „z tamtej strony” albo zamknęli drzwi przed dawnym sąsiadem, bo jego wygląd zbyt otwarcie zdradzał pochodzenie – ale także ci, którzy „tylko” zmienili nazwiska, ozdabiając je dobrze widzianymi „sch”, „tz”, „ss” - będą musieli wybierać między poniewierką w zimnie, głodzie i brudzie a pozostaniem w domu na pewną śmierć lub pohańbienie…

Niełatwy to temat, tak jak niełatwa jest historia tego regionu, zresztą także każdego innego, gdzie co jakiś czas zaczyna się wartościować ludzi wedle pochodzenia lub wyznania, zmuszając ich do dokonywania (czasem zupełnie niechcianych) wyborów. Bienek jednak nie ulega pokusie oceniania - on tylko opisuje, reszta należy do czytelnika, który, swoją drogą, też nie musi ferować wyroków. Co najwyżej może się zastanowić, jak by się zachował na miejscu tego czy owego bohatera.

Za ten obiektywizm, za umiejętność panoramicznego ujęcia danego wycinka czasoprzestrzeni, za świetne kreacje postaci całemu cyklowi należy się wysoka ocena. Czy każdej części z osobna, można dyskutować. Moim zdaniem najlepsze są dwie pierwsze, między innymi ze względu na rozbudowaną „w poziomie” akcję (ledwie kilka dni, a ile się wydarza i ile się przy tej okazji dowiadujemy o bohaterach!). Co prawda przyłapałam autora na małej nieścisłości fabularnej, dotyczącej postaci drugoplanowej – siostrzeńca Valeski, a dokładnie jego nieżyjącej matki. W „Pierwszej polce” dowiadujemy się, że „Andreas (…) widział ciotkę po raz ostatni przed pięciu laty, gdy przyjechała do Wrocławia na pogrzeb jego matki, a swojej siostry”[ 37], zaś we „Wrześniowym świetle” sam chłopak powiada: „Nie zawiadomili mnie, kiedy umarła, nie chcieli mnie denerwować, tak powiedzieli. Wyobraź sobie, jedyny syn nie mógł być na pogrzebie, pochowali ją w Głubczycach, obok grobu siostry, a ja nawet nie mogłem tego zobaczyć. (…) Pytałem już ciotkę Valeskę, czy nie pojedzie ze mną do Głubczyc na grób mojej matki, a ona zrobiła tylko wielkie oczy (…)” [98]. Nie ma to jednak najmniejszego znaczenia dla jakiegokolwiek późniejszego elementu fabuły.

W „Pierwszej polce” i „Wrześniowym świetle” (na szczęście dla czytelnika!!!) wydawca zrezygnował z oryginalnego zapisu dialogów jednym ciągiem („Popatrz tylko, powiedziała, przeciskając się między meblami i roślinami doniczkowymi do brata, co właśnie znalazłam w ogrodzie {…}[ZiO, 97]) na rzecz tradycyjnego; kolejne części są pod tym względem wierne oryginałowi, ale też zdecydowanie ciężej strawne. Ze strony samego autora nie do końca udanym posunięciem była tak duża dysproporcja pomiędzy objętością a czasem akcji dwóch pierwszych i dwóch kolejnych części tetralogii: najpierw kilka dni roku 1939 zrelacjonowanych na plus minus 650 stronach, z następnych pięciu z kawałkiem lat wybrane po parę tygodni roku 1943 i 1945 na trochę ponad 500 stronach. Co prawda do tego można jeszcze doliczyć „Zamek Königswald” – objętością odpowiadający raczej porządnej noweli, niż powieści - w którym Milka ze swoją chlebodawczynią spędzają ostatnie dni wojny w nader arystokratycznym otoczeniu, ale i tak w zestawieniu z „Pierwszą polką” czy „Wrześniowym światłem” ma się wrażenie, że akcja gna coraz szybciej, uniemożliwiając rozbudowanie niektórych wątków.

Różnice między przekładem Marii Przybyłowskiej („Pierwsza polka”, „Zamek Königswald”) i Marty Podlasek –Ziegler (pozostałe części cyklu) są prawie że niedostrzegalne. Widać je tylko w pisowni jednego niemiecko-polskiego zdrobnienia (w oryginale synowie Piontka i Ossadnika mówią o swoich ojcach pieszczotliwie „papusch”, co jedna tłumaczka spolszcza jako „papusz” – no bo skoro jest i „mamusza” …- druga jako „papuś”) i w jednym zdaniu, w którym drugiej z nich nie udało się pomyślnie wybrnąć z różnic między składnią niemiecką a polską („W ten sposób rodziły się różne plotki, a jedna z nich utrzymywała się najdłużej, że w swoim mieszkaniu magazynuje artykuły żywnościowe ze strachu, że kiedyś zachoruje i nie będzie już mógł opuścić, które teraz powoli się psuły, roztaczając smród” [WŚ, 273].

Ciekawa jestem natomiast, czy tłumaczki też się zastanawiały, skąd się w niemiecko-polskim dialekcie wzięła rosyjskobrzmiąca „mamoczka”[w oryg.„mamotschka”].Valeska miała słyszeć to słowo w przygranicznym miasteczku, skąd wywodzili się Wondraczkowie; biorąc pod uwagę brzmienie nazwiska (zaraz się przypomina Helena Vondračkova…) i fakt, że granica przebiegała między innymi przez okolice Cieszyna i Raciborza, podejrzewam, że mogła to być czeska „mamička”, którą autor zapamiętał w zniekształconym brzmieniu. Jeszcze bardziej zagadkowe wydaje się „jekuszniej”[w oryg. „jekuschnej”], co wg przypisu w jednym tomie oznacza „o jejku”[WŚ, 205], a w innym „ach, popatrz tylko”[CBD, 187]. Objaśnienia w przypisach (od autora?) wydają się jednak dość przybliżone, jak w przypadku dobrze znanego regionalizmu, zapisanego (również w wersji polskiej) jako „pschinzo”, który ma oznaczać „kto by myślał”[CBD, 221] (a moja babcia, gdy udzielała komuś odpowiedzi „A psińco!”, bez wątpienia miała na myśli: figa z makiem!). Z „jekuszniej” nie spotkałam się nigdy i nigdzie – ani na żywo, nawet u znajomych, którzy lepiej mówili po niemiecku, niż po polsku, ani w żadnej książce, której bohaterowie posługiwali się śląską gwarą. Jedyne słowo, które wydało mi się nieco zbliżone fonetycznie, to „Jeckusie”; byłoby o tyle logiczne, że podobnie jak inne gwarowe wezwania do osób boskich/świętych, bywa używane jako wzmocnienie („Po tym [po śledziach – przyp.mój] człowiek ma pragnienie, Jeckusie!” – pasuje jak ulał, czyż nie?) – więc może to właśnie ono, zmienione przez pamięć autora?

Tak czy inaczej, warto było. Co prawda szybko zarzuciłam ambitny zamiar czytania dwóch pierwszych części – w wydaniu dwujęzycznym – po niemiecku z zaglądaniem do przekładu polskiego, ale dokonana w ten sposób oszczędność czasu pozwoliła mi przeczytać całość w nader szybkim tempie.

(c)Wszystkie prawa zastrzeżone. Kopiowanie bez zgody autora zabronione.

Wyświetleń: 463
Dodaj komentarz
Patronaty Biblionetki
Biblionetka potrzebuje opiekunów
Recenzje

Użytkownicy polecają:

Redakcja poleca: