Dodany: 2013-10-04 22:19|Autor: zsiaduemleko

O życiu zawartym w dniu


Bestia ubita. Joyce pisał go przez osiem lat, Maciej Słomczyński przekładał na język polski przez dwanaście (pierwsze wydanie - 1969 rok), ja natomiast czytałem go przez 24 dni (moje drugie podejście po latach, bo nie mogłem mu podarować). Jedyna niewiadomą pozostaje dla mnie to, przez jaki okres czasu będę "Ulissesa" trawił. A jestem przekonany, że szybko nie zapomnę - już czuję przyjemne mrowienie fascynacji i zaciekawienia, już-już rozglądam się na Allegro w poszukiwaniu esejów na temat powieści, jakże pomocnych w wychwytywaniu kolejnych smaczków i odniesień. Wszak nawet Maciej Słomczyński w posłowiu koronującym jego niezwykły przekład przyznał, że nie wyobraża sobie, by którykolwiek z czytelników objął całe bogactwo i skomplikowanie "Ulissesa" już po pierwszej lekturze. Rzecz jasna, przy odrobinie złej woli można to traktować jako zaklinanie rzeczywistości i niechęć do przyznania się tłumacza, że zmarnował ponad dekadę na bełkot jakiegoś schizofrenika. Ale nie, "Ulisses" ma w sobie magnetyzm i majestat arcydzieła do tego stopnia, że kiedy czytam później jakąś, niezłą przecież, powieść, to mam wrażenie, iż obcuję ze skarlałą, przygłupią kuzynką dzieła Joyce'a. Trochę się boję, że mi to zostanie na zawsze, że teraz wszystkie książki wydadzą mi się mdłe, ale nie panikujmy zawczasu. Uznajmy więc, że jest to moja próba uporządkowania wrażeń po pierwszej lekturze "Ulissesa", kiedy jestem jeszcze nieco zdezorientowany, oszołomiony, lekko zaskoczony. Jak jeleń potrącony przez auto, ale jednocześnie mam ochotę to powtórzyć.

Dublin, rok 1904, szesnasty dzień czerwca. Leopold Bloom, trzydziestoośmioletni irlandzki Żyd węgierskiego pochodzenia. To właśnie jemu będziemy towarzyszyć przez cały czwartkowy dzień, który później zostanie przez fanów oficjalnie ochrzczony Bloomsdayem - świętem obchodzonym rokrocznie, podczas którego tłumy uczestników podążają śladami bohatera "Ulissesa". Taka pozytywna manifestacja, połączona z inscenizacjami, ale mało medialna, bo nikt nikogo nie obrzuca ciężkimi przedmiotami, nikt nikogo nie pałuje, nie nawołuje do nienawiści, słowem - nudy na pudy. Wydarzenia skupione wokół centralnej postaci Blooma również nie należą do widowiskowych - snuje się on po ulicach i pubach, rozmawia z napotkanymi osobami, załatwia codzienne, rutynowe sprawy. Jest po trosze nieudacznikiem, obiektem kpin, którego żona zdradza na potęgę, z czym nawet w swojej bezczelności szczególnie się nie kryje i wkrótce wiedzą o tym wszyscy, włączając w to samego Blooma. On jednak, jakby już nieco znudzony żoną, jedynie z poczucia obowiązku małżeńskiego stwarza pozory, że o niczym nie wie, co więcej, traktuje to jako usprawiedliwienie, by nieco sobie pofolgować. Nawet trochę go to podnieca. Więcej nie zdradzę. Czuję się jednak w obowiązku zaznaczyć, że Bloomowi w jednodniowej odysei towarzyszy mnogość postaci pobocznych. Wielu bohaterów Joyce żywcem przeniósł ze swoich wcześniejszych dzieł ("Dublińczycy", "Portret artysty z czasów młodości"), a prawie wszyscy to literackie odpowiedniki - często karykaturalne - rzeczywistych osób. Na pierwszy plan, niekiedy zrównując się z samym Bloomem, wychodzi Stefan Dedalus - bohater, w którego Joyce wpompował wszystkie swoje wspomnienia, emocje i zachowanie. Całe swoje ja.

Kontrowersje, które narosły wokół "Ulissesa", dzisiaj być może nie wywołują już takiego WOW! wśród czytelników, ale biorąc poprawkę na rok pierwszego wydania książki, wypadałoby nieco zrewidować swoją opinię. Powieść wówczas określana jako nieobyczajna, wyuzdana i momentami wulgarna uznana była za enfant terrible literackiego świata, jednak kiedy oburzenie krytyki i popiół po metaforycznym paleniu egzemplarzy opadły, każdy zechciał poznać i sam ocenić, czy rzeczywiście jest czym się gorszyć. Skutkiem tego obecnie "Ulisses" określany jest jako jedna z tych powieści, które należy znać, a przynajmniej skosztować jakiegoś dłuższego fragmentu. Co dla wielu może się okazać barierą nie do przejścia i trudno im się dziwić.

Największym wyzwaniem przy podejmowaniu lektury jest mocno niecodzienna stylistyka i narracja. I nie są to puste słowa, bo Joyce posunął się do karkołomnego wyczynu, odrzucił wszelkie dotychczas znane formy i konwenanse literackie. Oklepane i najczęściej spotykane w opracowaniach "Ulissesa" określenie "strumień świadomości" już cokolwiek mówi, ale spróbujmy jakoś kwestię dookreślić. Treść w znacznej mierze przypomina i naśladuje pracę ludzkiego umysłu, oddaje samopoczucie w danej chwili oraz myśli, które w ogromnych ilościach i bez przerwy przepływają przez naszą głowę. Często wszystko to jest niepoddane obróbce literackiej, przedstawione czytelnikowi w surowej (tylko pozornie mało atrakcyjnej) formie - zdania kończą się nieoczekiwanie w połowie wyrażanej myśli (bo przecież to nasze myśli - nie potrzebujemy ich do końca określać i formułować pełnymi zdaniami), mnóstwo tutaj skrótów myślowych, nagle przerwanych wątków, znienacka przywoływanych wspomnień zainicjowanych przez jakiś detal - teraźniejszość, przeszłość i przyszłość splatają się w jeden warkocz treści i trzeba być czujnym oraz cierpliwym, by. Jeśli wiecie, co. Miszmasz.

W zasadzie otwórz "Ulissesa" na dowolnej stronie, a istnieje prawdopodobieństwo graniczące z pewnością, że trafisz tam na jakiś bełkotliwy fragment czy ścianę tekstu z gatunku: o czym on w ogóle? Tymczasem treść powieści naszpikowana jest lepiej bądź gorzej ukrytymi licznymi odwołaniami. Połączenie i porównanie "Ulissesa" z Odyseją Homera, dnia Leopolda Blooma z tułaczką Odyseusza i pani Bloom z niewierną Penelopą (tak, "wierna jak Penelopa" to mocno naciągany związek frazeologiczny) jest oczywiste i dostrzegalne na pierwszy rzut czytelniczego oka. Dzieło Homera stanowiło dla Joyce'a szkielet, wzór i kanwę, którą przerobił na swój sposób. Jednak bogactwo aluzji sięga znacznie głębiej, czerpiąc pełnymi garściami z historii, sztuki, języka czy uwielbianej i cenionej przeze mnie mitologii właśnie. Wręcz niemożliwym jest, by wszystko dostrzec podczas jednokrotnej lektury.

Nie samymi parabolami i odniesieniami jednak "Ulisses" stoi. Joyce nie uznaje żadnej świętości, nie dziwi nas więc, gdy trafiamy w treści na wątki antysemityzmu, szczegółowo opisane procedury dłubania w nosie, wypróżniania się i oddawania moczu (dużo uwagi poświęcił autor na zobrazowanie strumienia), cyniczne uwagi bohatera podczas wizyty w kościele i ceremonii pogrzebu (rozbrajający wniosek, że: więcej miejsca, gdyby grzebali ich na stojąco), zamierzony i złośliwy patos autora, a nawet śmieszny dowcip. Zważ, że o wielu atrakcjach zapewne zapomniałem tu wspomnieć.

Stylistycznie "Ulisses" zmienia się co chwilę. I co chwilę w związku z tym zaskakuje czytelnika, choć nie zawsze pozytywnie. Pedantyczność w opisywaniu szczegółów otoczenia, topografii i wyposażenia wnętrz może chwilami irytować. Podziw budzą z kolei niesamowicie płynne przejścia stylu w obrębie epizodu w klinice - zgrabnie i w pigułce ukazują bowiem rozwój form literackich na przestrzeni stuleci, od eposów rycerskich po coraz odważniejsze prądy bliższe czasom autora. Fantasmagoryczny epizod w domu publicznym przypomina koszmar, gdzie sen przechodzi momentalnie w jawę, a następujący bezpośrednio po nim rozdział dotyczący szwendających się po pijaku bohaterów w popisowej formie oddaje ich znój i trud. Każdy z osiemnastu epizodów zachowuje indywidualną odrębność, ale całość nadal jest zadziwiająco dobrze zharmonizowana. Na aplauz zasługuje zakres i bogactwo słownictwa Joyce'a. William Szekspir we wszystkich swoich dziełach użył 21 000 różnych słów. James Joyce jedynie w "Ulissesie" pomieścił ich 30 000. Posunął się nawet do tworzenia własnych. Żałuję, że nie noszę kapelusza, bo mógłbym go w tej chwili zdjąć z głowy w geście uznania.

Joyce w prywatnych listach do Nory - swojej muzy i żony - nazywa ją pieszczotliwie Jebadełkiem i wyraża sprośną wdzięczność za to, że pozwoliła ona mu się wziąć od tyłu. W "Ulissesie" nie brakuje wątków erotycznych, od tych subtelnych, przez wyuzdane, po wręcz niesmaczne i pornograficzne. Kelnerka w pubie dwuznacznie trzyma dłoń na dźwigni pompy z piwem, romantyczna wymiana spojrzeń między Bloomem a młodziutką Gerty ma dość niespodziewane zwieńczenie (okraszone fajerwerkami), zwykłe, tradycyjne kurwienie się jest ubierane przez podpitych dżentelmenów w rycerskie metafory, nie brakuje pijackich libacji, późniejszych wizyt w burdelach (ups, przepraszam - dziesięcioszylingowych domach), a nawet trochę erotycznych marzeń z gatunku sado-maso. Wszelkie rekordy bije natomiast końcowy, obszerny monolog Molly, rozwiązłej małżonki Blooma - ściana tekstu całkowicie pozbawiona interpunkcji bezpruderyjne gdakanie i gderanie zmęczonej codziennością puszczalskiej kobiety która otwarcie swobodnie i wulgarnie zdradza szczegóły swoich licznych stosunków tego jak kolejni kochankowie brutalnie w nią wchodzili rżnęli bez opamiętania zostawiali na całym jej ciele wilgotne ślady spermy wszystko przeplatane narzekaniem na męża na to że rozbiera się on w pozbawiony uroku sposób że całuje jej pośladki że podaje jej śniadanie że chrapie że mogła trafić na lepszą partię a czytelnik przez to brnie w jednostajnym tempie pozbawiony możliwości odsapnięcia odstawienia na moment lektury zmuszony do zgłębiania tych niekoniecznie pociągających szczegółów autorstwa kurwiącej się bez najmniejszych wyrzutów sumienia na lewo i prawo egocentrycznej małżonki i tak przez bite kilkadziesiąt stron gęsto zadrukowanego tekstu dla niektórych katorga ale kiedy już się wejdzie w rytm to leci zaskakująco sprawnie kończę akapit i już wiesz że nie jest łatwo.

Och, jakie to snobistyczne - czytać Joyce'a. Jednak jakkolwiek by mitologizować "Ulissesa", mimo wszystko jest on nadal powieścią dla ludzi. Udręczyłem się z nim okrutnie, szarpał moimi uczuciami, na przemian mnie hipnotyzował i odrzucał, zmuszając do dnia, dwóch przerwy, to go kochałem, to znowu nienawidziłem i miałem ochotę zmieszać z błotem, sprzedać, oddać, schować w piwnicy, zalać zupą, cokolwiek. Po zamknięciu po raz ostatni książki powiedziałem do siebie: fajny, i z każdą godziną, z każdym dniem cenię go coraz bardziej. Gdybym na bezludną wyspę mógł zabrać jedną książkę, to byłby to właśnie "Ulisses", bo jestem przekonany, że nawet przy n-tej lekturze odnalazłbym w nim coś dotychczas niedostrzeżonego. Całość wrażeń psuje nieco fakt, że guru świata literackiego, Paulo Coelho, nazywa "Ulissesa" durną książką. Jednak zapytałem siebie, czy chciałbym powtórzyć lekturę "Ulissesa" i: tak powiedziałem tak chcę Tak.


[opinię zamieściłem wcześniej na blogu]


(c)Wszystkie prawa zastrzeżone. Kopiowanie bez zgody autora zabronione.

Wyświetleń: 4465
Dodaj komentarz
Przeczytaj komentarze
ilość komentarzy: 9
Użytkownik: Annvina 2013-10-05 14:05 napisał(a):
Odpowiedź na: Bestia ubita. Joyce pisał... | zsiaduemleko
Od dobrych kilku lat ów Ulisses za mną "chodzi". Bo to trzeba znać, bo wypada, bo "ty tego jeszcze nie czytałaś???" I jakoś nie mogłam się zabrać, bo to podobno trudne, ciężkie, nie-do-czytania, w dodatku jakie to snobistyczne - czytać Joyce'a ;)
Twoja recenzja zdecydowanie przesunęła Ulissesa o kilka miejsc wyżej na liście "do przeczytania" :)
Użytkownik: Stepan_Astachow 2013-10-05 20:46 napisał(a):
Odpowiedź na: Bestia ubita. Joyce pisał... | zsiaduemleko
Okres czasu? Ale wybaczę;)
Użytkownik: sowaOpiekun BiblioNETki 2013-10-08 00:55 napisał(a):
Odpowiedź na: Okres czasu? Ale wybaczę;... | Stepan_Astachow
Miło, że wybaczasz. I słusznie czynisz :-). Konstrukcja dwóch pierwszych zdań wymaga powtórzenia w tym miejscu "przez", a "przez ile czasu" ani "przez jaki okres" nie brzmiałoby (moim zdaniem) lepiej niż inkryminowany pleonazm ;-))).
Użytkownik: WBrzoskwinia 2013-10-10 16:29 napisał(a):
Odpowiedź na: Miło, że wybaczasz. I słu... | sowaOpiekun BiblioNETki
A "przez jaki czas"? Może i nie za dobre, ale od "okresu czasu" na pewno lepsze.Lepiej nie dawać błędom taryfy ulgowej - co nie znaczy, że jestem bezbłędny, lecz że wedle tej reguły się staram. Sugeruję zatem Zsiaduemleku zmianę w tym miejscu tekstu (szczęśliwie w Biblionetce to możliwe).
Użytkownik: miłośniczka 2013-10-07 10:38 napisał(a):
Odpowiedź na: Bestia ubita. Joyce pisał... | zsiaduemleko
Fantastyczna recenzja!
Użytkownik: adas 2013-10-07 12:51 napisał(a):
Odpowiedź na: Bestia ubita. Joyce pisał... | zsiaduemleko
W porywie snobizmu przeczytałem, poza tym teraz, już po, prawie z całkiem czystym sumieniem mogę się wymądrzać o książkach, dałem maksa, czyli 6 jakby ktoś nie wiedział i... wcale nie uważam "Ulissesa" za powieść wybitną. Nawet więcej, pod wieloma względami nie jest ona nawet dobra. Rozkręca się w połowie, długimi fragmentami jest zwyczajnie nudna.

Ale w zasadzie cały literacki XX wiek jest z niej. To co dobre (cyzelowanie opisu, gra stylem, konwencją - choć u Joyce'a nie wszystkie gry są równie smakowite, introspekcja i zacieranie czasu), i to co złe (zaniknięcie fabuły, nadobecność, choćby i skrywanego, autora, manieryczność) już tu jest. 100 lat temu. To nadal jest kopalnia pisarskich pomysłów, przeżuwanych (i wredniejsi by napisali - wydalanych) przez kilka pokoleń twórców.

Jest jeszcze jeden ciekawy aspekt kariery tej megapowieści. Zetknąłem się z nim czytając Roddy'go Doyle'a, współczesnego irlandzkiego pisarza. Otóż twierdzi on, ze kariera "Ulissesa" po pierwsze przytłumiła innych irlandzkich pisarzy. Można uznać, że to zazdrość. Druga pretensja jest ciekawsza - otóż powieść starszego Irlandczyka stała się jedną ze składowych "irlandzkiego mitu". No pewnie, nie dla wszystkich, ulżyjmy sobie: dla tych bardziej wyrobionych. Dla Doyle'a jednak "irlandzkość" jest bardziej zakłamaniem niż prawdą.
Użytkownik: LouriOpiekun BiblioNETki 2013-10-07 14:10 napisał(a):
Odpowiedź na: Bestia ubita. Joyce pisał... | zsiaduemleko
Słomczyński nie zdążył niestety przed śmiercią napisać "objaśnienia" "Ulissesa".
Ja ze swej strony polecam Telemach w labiryncie świata: O twórczości Jamesa Joyce'a (Naganowski Egon), podobno jest bdb (na razie u mnie w schowku).

Użytkownik: pijany_nietoperz 2013-10-28 15:11 napisał(a):
Odpowiedź na: Bestia ubita. Joyce pisał... | zsiaduemleko
Dobra recenzja. Swoją drogą sam już przeczytałem "Ulissesa". Ciężko było. I to chyba nikogo nie dziwi. Za czwartym podejściem się udało. Ale po kolei. Za pierwszym razem próbowałem na siłę zrozumieć o czym mowa w książce. Przeczytałem sto stron, zrobiłem przerwę i już nie dało rady dalej czytać. Znowu wypożyczyłem, przeczytałem kilka stron i rzuciłem na stół. Myślę sobie: co za badziew. Za co oni tak "Ulissesa" wychwalają? No nic. Wypożyczyłem trzeci raz. A nuż dam radę przebrnąć. Około dwadzieścia stron i koniec. Po trzech nieudanych podejściach coś mnie tknęło. Poszukałem trochę informacji o samym autorze. Poczytałem więcej na forach o "Ulissesie". Trochę pomogło. Wypożyczyłem czwarty raz. I tu informacja dla tych co nie dali rady przeczytać. Przeczytałem najpierw posłowie Słomczyńskiego. Jak ręką odjął. Zacząłem czytać. Nie starałem się twardo rozumieć każdego zdania, stwierdzenia. Tak po prostu czytałem. Nie oceniajcie książki w trakcie czytania, co najwyżej jak przeczytacie oceńcie ją jako całość.

Najbardziej podobał mi się ostatni rozdział. Dla mnie on ratuje tę książkę.

A, i jeszcze jedno. Za czwartym razem przeczytałem ją na przestrzeni czterech miesięcy.
Użytkownik: jakozak 2017-01-24 19:51 napisał(a):
Odpowiedź na: Dobra recenzja. Swoją dro... | pijany_nietoperz
Ze mną będzie podobnie? Ona mnie śmiertelnie nudzi :-((( Dam jej jeszcze szansę.
Legenda
  • - książka oceniona przez Ciebie - najedź na ikonę przy książce aby zobaczyć ocenę
  • - do książki dodano opisy lub recenzje
  • - książka dostępna w naszej księgarni
  • - książka dostępna u innych użytkowników (wymiana, kupno)
  • - książka znajduje się w Twoim schowku
Patronaty Biblionetki
Biblionetka potrzebuje opiekunów
Recenzje

Użytkownicy polecają:

Redakcja poleca: