Dodany: 2013-08-08 00:13|Autor: Literadar

"Przyjdzie Mordor i nas zje czyli Tajna historia Słowian"


Okładka

Rec. Iwona Partyka
Ocena: 5/6

Tym, którzy zastanawiają się nad tym, kim jest Mordor i o jaką tajną historię Słowian chodzi, spieszę wyjaśnić, że czytelnicy oczekujący scen mrożących krew w żyłach, scen kanibalistycznych mordów i krwawych jatek mogą być nieco zawiedzeni. Jednak ci spośród odbiorców, którzy nie mają nic przeciwko temu, by wraz z Ziemowitem Szczerkiem udać się na wyprawę po Ukrainie powinni być usatysfakcjonowani. Oczywiście pod warunkiem, że nie liczą na podróżniczy styl pełen dystynkcji i wyrafinowania jak ten chociażby należący do angielskich gentlemanów zwiedzających najdalsze zakątki brytyjskich kolonii lub niektórych podróżujących dam. Jeśli więc komuś nie przeszkadza iście kolokwialny język, ozdobniki, które leją się strumieniami niczym ukraiński napój o właściwościach odurzająco-rewitalizujących o wdzięcznej nazwie Wigor, ten wszak czytelnik, odważny i niewzruszony, może już śmiało wyruszyć na wędrówkę po naszych ziemiach utraconych, w którą to zabiorą go Ziemowit Szczerek i jego kompani. Zacznie raczej klasycznie - od Lwowa, do którego przybędzie z kolegą Hawranem.

Munkaczew, Cmentarz Łyczakowski, Kołomyja, Odessa, Kamieniec, Symferopol, Jałta, Krym, Zaporoże, Dniepropietrowsk – to tylko ważniejsze z miejsc na szczerkowskim szlaku. Podróż w jaką zostanie zabrany niezrażony mało wysublimowanym stylem czytelnik, jest jednak podróżą szczególną, której głównym celem (jak się wydaje) nie jest umacnianie zasiedziałych w naszej kulturze stereotypów, ale próba wydobycia na powierzchnię tego co śmieszne, dziwne, a czasami i nawet tragiczne. To również usiłowanie przejścia na tę drugą stronę, z pewnością mniej przyjemną, po której Ziemowit Szczerkowski spotyka oczy innych wpatrzone w nas, Polaków. Nie waha się odsłonić tych parę ponurych kart, na których polskość jest wyrażona w raczej chmurnym bądź idealistycznym spojrzeniu innych nacji. Często nie jest to tylko gest czy odczucie, a gorzkie słowa wypowiedziane pod naszym, Polaków, adresem: „To ja ci powiem, dlaczego tu przyjeżdżacie – zignorowała moje pytanie. - Przyjeżdżacie tutaj, bo w innych krajach się z was śmieją. I mają was za to, za co wy macie nas: za zacofane zadupie, z którego się można ponabijać. I wobec którego można poczuć wyższość”. Bądź to, wypowiedziane przez podróżnego z pociągu: „W polskości Dima widział jad i nieszczerość, ciągłe knucie i kopanie dołków. - Nacjonalizm - wzdychał i dawał mi łyka”. Podczas podróży pojawią się również refleksje innych nacji: Niemców, Kanadyjczyków i Amerykanów.

Oprócz perspektywy Polski widzianej z dość dużego oddalenia, lupa Szczerka pozostaje w jego własnych dłoniach, kiedy sam nie szczędzi refleksji na temat rodaków oraz demaskuje mity polskich ziomków. Z zaraźliwym rozbawieniem prezentuje ironiczne opisy polskich studentów podróżujących tropem Sklepów cynamonowych i poszukujących ulicy Krokodyli – czyli uprawiający tak zwany tour de Schulz. Opisuje młodych Polaków czyhający z aparatami o wielkich obiektywach na ukraińskich bezrobotnych, w których zamiast bierności widzą oświecenie i odwieczną mądrość gminu. W tym momencie i jeszcze kilku innych Szczerek dotyka problemu etyki, etyki nie tylko reporterskiej, ale etyki oraz poczucia moralności, czy po prostu zwykłej wrażliwości każdego z nas. Tym jak najbardziej wpisuje się w dyskurs postnowoczesnej cywilizacji na temat jej własnego upadku. Oto tylko jeden z wielu takich fragmentów: „Cmentarz Łyczakowski. Hawran roześmiał się nieszczerze i zrobił komórką zdjęcie facetowi, który robił komórką zdjęcie swojej żonie, która robiła komórką zdjęcie białemu krzyżowi, pod którym leżało najmłodsze z Orląt: Jaś, który miał dziesięć lat”. Zaś samo swoje pokolenie, pokolenie podobnych jak on wędrowców podążających szlakiem historycznej przeszłości, pokolenie mające „obsesje picia z lokalnymi”, porównuje do pokolenia straconego Ameryki lat pięćdziesiątych. Z tym że, jak podkreśla, pokoleniu Kerouaca mogło o coś chodzić, pragnęli rewolucji. Oni, jak twierdzi autor, szukali jedynie erzacu celu na tych zapiaszczonych szlakach ukraińskiej nędzy.

Narracja, często prowadzona w dekoracjach przydworcowych knajp i posowieckich barów, wpisuje się w dyskusję na temat narodowościowych tożsamości powstałych w nowej Europie, gdzie z czeluści postkomunistycznej rzeczywistości wyłaniają się duchy przeszłości – austriacka Galicja czy stare Węgry. Często pod pozorem niefrasobliwej i zakrapianej alkoholem wymiany zdań, poruszone są kwestie jak najbardziej ważne i aktualne. Na przykład chaos jaki opanował Europę Wschodnią w latach dziewięćdziesiątych po upadku komunizmu oraz konsekwencje rozpadu Jugosławii i powstania nowych republik po rozpadzie Związku Radzieckiego.

Mimo trudów podróży, przewalających się tumanów piachu, błota i ogólnego przygnębienia, Ziemowitowi Szczerkowi nie brak humoru, który wydaje się przeciwważyć swego rodzaju donośność w obliczu tej sentymentalnej wręcz podróży, która przecież wciąż w niejednym Polaku wzbudza nie tylko jakieś mgliste wspomnienia szkolnych lektur romantycznych autorów, ale dotyka w sposób jak najbardziej osobisty. I tak, Lenin wyglądający jak Wielki Elektronik z Pana Kleksa w Kosmosie, czy opisy ukraińskiego baru, gdzie jeszcze niedawno sprzedawano solankę i kotlet po kijowsku z frytkami, a teraz zrobiono restaurację sushi – to tylko niektóre z co bardziej humorystycznych opisów.

Tak więc, jeśli jeszcze ktoś chce się dowiedzieć, co robi cerkiew pomiędzy blokami, jakim zwyczajom wciąż hołduje stara polska szlachta ze wsi pod Kołomyją, czego nie może pojąć Niemka zwiedzająca Ukrainę, dlaczego na Jałcie mały krokodyl ma zalepioną paszczę taśmą, a wielbłądy wwozi się autobusami na szczyt jałtańskiej Aj Petri, czym jest ta jedyna prawdziwie piękna rzecz jaką Ziemowit Szczerek ujrzał na Ukrainie oraz oczywiście kim jest Mordor - serdecznie zachęcam do lektury.

Jedno jest pewne. Kiedy czytelnik dojdzie już do kresu wędrówki, zawołanie „- A ty co – spytał Misza – ty też zachocieł dzikawa wschoda?” nabierze już zupełnie innego wymiaru niż wówczas, gdy razem z Ziemowitem Szczerkiem wyruszał z Lwowa w nieznane. Najprawdopodobniej czeka go przemiana, a czy nie o to głównie czytelnikom w książkach chodzi?


Iwona Partyka jest autorką powieści „Faber”. Jej autorski blog: http://iwonapartyka.eu/

(c)Wszystkie prawa zastrzeżone. Kopiowanie bez zgody autora zabronione.

Wyświetleń: 2026
Dodaj komentarz
Patronaty Biblionetki
Biblionetka potrzebuje opiekunów
Recenzje

Użytkownicy polecają:

Redakcja poleca: