Dodany: 2013-08-07 18:47|Autor: dot59Opiekun BiblioNETki

Próbować żyć, umierając


Oprócz książek pisanych przez znanych ludzi, którym szczęśliwie udało się wyzdrowieć z choroby nowotworowej, dostarczając duchowego wsparcia całym rzeszom pacjentów onkologicznych, od czasu do czasu pojawia się smutna przeciwwaga: dzienniki przegranych kampanii, prowadzone przez tych, którym cały dostępny arsenał środków medycznych jednak nie pomógł.

Zaczynają tak samo; zaraz po rozpoznaniu choroby albo krótko po rozpoczęciu leczenia, licząc w skrytości ducha na to, że za kilka miesięcy lub lat tak jak tamci zapiszą: „guz znikł”, „przerzutów nie ma”. Podsumują wtedy cały okres zmagań z wrogiem przyczajonym we własnym ciele, wyliczą, czego ich nauczyły te przykre doświadczenia i w czym pomogły. Ale po jakimś czasie pojawiają się budzące grozę informacje - „mój rak rozprzestrzenił się zbyt daleko, by dało się go unieszkodliwić w taki sposób”[1], „nie mogę już pić ani jeść dla przyjemności”[2], „patrzę na obumierające dłonie i czuję, jak rozpada się moja tożsamość pozbawiona łącznika między myślą a literą”[3] – a wreszcie zapiski stają się krótsze, urywane, by w końcu ustąpić miejsca paru słowom pożegnania, dopisanym przez najbliższą osobę. Tak jak u Christophera Hitchensa, błyskotliwego dziennikarza, którego dynamiczne i pełne sukcesów życie zawisło w próżni, gdy pewnego ranka powalił go gwałtowny atak duszności i osłabienia. Kilka badań i niebudząca zbyt wielkich nadziei diagnoza: „obcy skolonizował część moich płuc, a także do pewnego stopnia węzły chłonne. Jego baza wypadowa mieściła się – przynajmniej przez jakiś czas – w przełyku”[4]. Trudno się dziwić, że mimo wszystko – jak dodaje w epilogu żona – „Christopher zamierzał znaleźć się w przedziale 5-20% tych, których da się wyleczyć”[5], bo przecież nadzieja to naturalnie ludzkie uczucie. Nadzieja Hitchensa była może jedynie o tyle inna, że w odróżnieniu od nadziei wielu innych ludzi nie miała natury metafizycznej. Była raczej czysto biologicznym rachunkiem prawdopodobieństwa. Bo autor, nieprzejednany ateista, nie zamierzał nawet w obliczu zbliżającej się śmierci uwierzyć, że choroba miała być swego rodzaju karą za bluźnierstwa – jak to imputował mu anonimowy internauta – czy też zrządzeniem siły wyższej, mającym na celu uszlachetnienie duszy przez cierpienie i/lub skłonienie jej właściciela do zmiany poglądów.

Czytelnikowi wierzącemu może być przykro i nieswojo, gdy Hitchens tak bezceremonialnie odrzuca wszelkie tezy o zbawiennej mocy modlitwy i z głęboką ironią wypowiada się o chorobie jako elemencie boskiego planu. Ale spójrzmy na to z innej strony: czyż ateista nie może cierpieć i umierać z taką samą godnością jak chrześcijanin czy muzułmanin? A jeśli perspektywa przejścia w niebyt napawa go spokojem w takim samym stopniu, jak wierzącego przeświadczenie, że odchodzi tam, gdzie jest lepiej? Więc może zamiast religijnego wymiaru problemu spójrzmy na wymiar czysto ludzki: śmiertelność jest faktem, jeśli nawet dotyczy tylko tego fragmentu naszej osoby, który w postaci fizycznej chodzi po ziemi. Jest tak nieodłącznym elementem życia, jak narodziny. Nasze ciało prędzej czy później odmówi posłuszeństwa i przestanie istnieć, a zanim przestanie, może nam jeszcze przysporzyć sporo udręki. O tym przypomina nam krótki pamiętnik Hitchensa z pobytu na „terytorium choroby”[6], a dopisany przez jego żonę epilog zaświadcza, że nawet umierając, można próbować żyć. Dla siebie i dla bliskich.

[1] Christopher Hitchens, „Śmiertelność”, przeł. Radosław Madejski, wyd. Sonia Draga, 2013, s. 51.
[2] Tamże, s. 73.
[3] Tamże, s. 89.
[4] Tamże, s. 20.
[5] Tamże, s. 117.
[6] Tamże, s. 18.

(c)Wszystkie prawa zastrzeżone. Kopiowanie bez zgody autora zabronione.

Wyświetleń: 371
Dodaj komentarz
Patronaty Biblionetki
Biblionetka potrzebuje opiekunów
Recenzje

Użytkownicy polecają:

Redakcja poleca: