Dodany: 15.12.2012 16:47|Autor: dot59Opiekun BiblioNETki

Czytatnik: Czytam, bo żyję

4 osoby polecają ten tekst.

Powrót sentymentalny nad fiord


Na staromodnej etażerce, mieszczącej reprezentacyjny księgozbiór dziadków, stały prawie same pozycje wydane przed pierwszą i drugą wojną światową – starsze (w tym „Der Graf von Monte Christo”, dokładnie taki sam jak ten: http://www2.buchfreund.de/covers/8729/238017.jpg ) oprawne w ciemnoczerwone lub granatowe płótno z pozłacanymi tłoczeniami, nowsze w okładkach z grubej tektury powleczonej po wierzchu szarobeżowym papierem w granatowy lub zielonkawy „marmurek”, wzmocnionych narożnikami z granatowego płótna introligatorskiego. Wśród tych ostatnich była powieść o traperach i Indiance imieniem Minnehaha (najpewniej była to „Minnehaha – Śmiejąca się Woda” Emila Droonberga) oraz książeczka dla dzieci, opowiadająca o codziennym życiu norweskiej rodziny mieszkającej na dalekiej północy, „w kierunku bieguna północnego, tylko że rozumie się, nie tak daleko jak zaszedł Nansen”. Nosiła ona tytuł „Nad dalekim cichym fjordem”[ to nie pomyłka – tak wtedy pisano „fiord”], a autorką jej była Agot Gjems – Selmer. Niestety w tamtych czasach, mimo oczywistych już zalążków bibliomaniactwa, nie miałam jeszcze rozwiniętego instynktu gromadzenia książek – jakoś wydawało się pewne, że jeśli coś sobie zechcę powtórzyć po raz drugi (i trzeci, i czwarty…), to znowu wypożyczę z biblioteki, względnie przeczytam przy kolejnej bytności u krewnych posiadających daną pozycję. Potem zrobiłam się baaardzo dorosła i szkoda mi było czasu na powtórne czytanie książek dla dzieci i młodzieży, a potem… potem nie było już ani dziadków, ani wujka Janka, ani ciotki Dusi, ani tych czarodziejskich biblioteczek, za pomocą których można się było przenieść w czasie o jedno lub dwa pokolenia wstecz.

Na powroty do lektur z dzieciństwa zebrało mi się dopiero w całkiem słusznym wieku. I wtedy okazało się, że większość poszukiwanych tytułów już dawno znikła z bibliotek, a wznowień jak na razie brak. Mozolne szperanie po antykwariatach dość długo nie dawało zachęcających rezultatów; dopiero z namnożeniem się antykwariatów internetowych „pomaluśku, powoluśku zebrała się miarka” (to oczywiście też cytat - z niezapomnianego Tuwima), ale w tej miarce wciąż jeszcze niektórych pozycji brakuje. Do przedwczoraj brakowało ich o dwie więcej; tego dnia w starannie oklejonym kartonie przywędrowały aż z Lublina: „Serce” Amicisa i wspomniana wcześniej Nad dalekim cichym fiordem (Gjems-Selmer Ågot) (już z tytułem pisanym według współczesnej ortografii; roku wydania brak, ale sygnatura wydawcy, rodzaj papieru i układ druku, a także wciąż jeszcze niedzisiejsza pisownia paru wyrazów – „odrazu”, „naprzykład”, „wogóle”, „napewno”, „ośm” - nakazują przypuszczać, że pochodzi z pierwszych lat powojennych).
Oczywiście natychmiast zapomniałam o lekturach obowiązkowych, których pokaźna sterta piętrzy się na nocnej szafce, i dałam pierwszeństwo pożółkłej, steranej książczynie, co zresztą nie kosztowało mnie aż tak wiele czasu – sto parę stron sporą czcionką i z bardzo szerokimi marginesami to ledwie godzinka czytania. Ale jakże przyjemna!

Narrator – który początkowo wydaje się być najstarszym synem opisywanej przez siebie rodziny, ale później ni stąd ni zowąd w jednym z rozdziałów („Dom lalek”) zaczyna mówić o sobie w rodzaju żeńskim, zbijając czytelnika z tropu (a może to tylko omyłka tłumaczki?) – opowiada, jak się żyje w małej wiosce nad fiordem, gdzie przez większą część roku trwa zima, a przez dwa miesiące w ogóle nie świeci słońce, gdzie nie ma bitych dróg, telefonów ani elektryczności, lekarz (ten zawód wykonuje ojciec rodziny), by dotrzeć do chorego, odbywa uciążliwe wyprawy „biegając godzinami na nartach albo walcząc w łodzi z wiatrem i niepogodą”, a dzieci z uboższych rodzin „tak ciężko i tak wcześnie muszą pracować”, na przykład wybierając z lodowatej wody trawę morską na paszę dla bydła. Ale i w tym surowym środowisku ludzie potrafią kochać, pomagać sobie, cieszyć się i bawić; o tym właśnie jest ta książka. O zupełnie zwyczajnym życiu. O matce czuwającej nad – wydawałoby się – beznadziejnie chorą córeczką, aż do chwili, gdy niebezpieczeństwo minęło, czekającej w lęku i niepewności na powrót męża z nocnych wypraw do pacjentów, a na co dzień ciepłej i radosnej, wychowującej swoje potomstwo w przekonaniu, że „kiedy ludzie się nudzą, to wynika chyba stąd, iż sami są głupi i nudni i nie mają ani trochę fantazji. Nie trzeba nigdy żądać, żeby nas kto inny zabawiał, o to należy dbać samemu”. O domu dla lalek, zamieszkałym przez liczną rodzinę kapitana okrętu. O przygotowaniach do Bożego Narodzenia i do święta niepodległości. O widokach ukazującym się mieszkańcom chatek nad fiordami, gdy słońce zachodzi po raz ostatni danej zimy, gdy zamiast niego wypływa na niebo zorza polarna, gdy szaleją śnieżne burze. O wiosennym wypuszczaniu bydła na pastwiska, zbieraniu kwiatów, spotkaniu z lapońskimi pasterzami reniferów.
Po takiej lekturze nawet w środku zimy robi się ciepło.

Nie wiem, na ile dzisiejszym 8-czy 10-latkom może przypaść do gustu ta opowieść, pisana wyraźnie staroświeckim stylem i mówiąca o czasach, których nie pamiętają już nawet najstarsi żyjący ludzie. Ale może właśnie dlatego jest warta uwagi - by przypomnieć, że nie zawsze był telewizor, komputer i internet, a dzieci mimo to umiały się bawić i być szczęśliwe?

(c)Wszystkie prawa zastrzeżone. Kopiowanie bez zgody autora zabronione.

Wyświetleń: 1139
Dodaj komentarz
Legenda
  • - książka oceniona przez Ciebie - najedź na ikonę przy książce aby zobaczyć ocenę
  • - do książki dodano opisy lub recenzje
  • - książka dostępna w naszej księgarni
  • - książka dostępna u innych użytkowników (wymiana, kupno)
  • - książka znajduje się w Twoim schowku
Patronaty Biblionetki
Biblionetka potrzebuje opiekunów
Recenzje

Użytkownicy polecają:

Redakcja poleca: