Dodany: 09.08.2012 20:40|Autor: zsiaduemleko

O tym, jak chciano mnie zanudzić na śmierć


Ależ ja jestem dzielny! Ależ nieustępliwy! Jaki zmotywowany! Jestem jednak przede wszystkim pełen podziwu dla samego siebie, bo kiedy w pewnym momencie, po wielodniowych trudach i znojach, przekroczyłem dwusetną (czyli ćwiartkę całości) stronę "Czarodziejskiej góry", byłem zrezygnowany. Trudno zliczyć, ile razy zasnąłem przy lekturze, poważnie. Mann najwyraźniej postawił sobie za zadanie zanudzić mnie na śmierć. Każdy rozsądny człowiek szanujący swój czas i wzrok odstąpiłby w takiej sytuacji od dalszych prób czytania, bo przecież miała to być przyjemność, a tymczasem im dalej w treść "Czarodziejskiej góry", tym zagrożenie śpiączką bądź pęknięciem twarzy od ziewania było większe. Ale tak! Ukończyłem! Dobrnąłem do ostatniej strony, zdruzgotany mentalnie, z nieco pogłębionymi od fatygi zakolami, ale za to wyspany na zapas. Czy zyskałem coś jeszcze? Tak, mam niniejszym możliwość podzielenia się publicznie opinią na temat tytułu powieści, który został przez kogoś wyjątkowego określony jako "ładny". Nie mam zamiaru dyskutować z tym bezapelacyjnym werdyktem. Od siebie dodam jedynie, iż w oryginale prezentuje się równie atrakcyjnie ("Der Zauberberg"), co jest nie lada wyczynem, biorąc pod uwagę fakt, że język niemiecki brzmi zazwyczaj jak garść kamieni wrzucona do blaszanego wiadra.

Że co? Że nie tego rodzaju opinii oczekiwaliście? Że kogo interesuje tytuł? Trudno, dla mnie było to na tyle ważne, że doczołgałem się do końca lektury, więc trochę wyrozumiałości, proszę. Skoro jednak już tutaj jestem, to nieco się poznęcam nad "Czarodziejską górą", popisując się jednocześnie swoją ignorancją i niedojrzałością.

Do uzdrowiska Berghof, ulokowanego gdzieś na szczytach szwajcarskich Alp, przybywamy wraz z Hansem Castorpem, młodym Niemcem, który postanowił odwiedzić swojego kuzyna. Pobyt wstępnie zaplanowany na trzy tygodnie wskutek pewnych dolegliwości zdrowotnych Castorpa rozciąga się dramatycznie w czasie, tygodnie przechodzą w miesiące, a miesiące w lata (niewiele brakowało, by bliźniaczo rozrósł się mój czas przeznaczony na lekturę książki). "Czarodziejska góra" to właśnie zapis tych lat, w przeciągu których niewiele się, na dobrą sprawę, wydarzyło. I tak, zdaję sobie sprawę, że gdzieś tam między wierszami kryje się głęboki przekaz, że kolejni bohaterowie reprezentują nie tylko siebie indywidualnie, ale i swoją nację, filozofię grupy (czy to religijnej, czy politycznej), do której należą, a ich wzajemne utarczki ukazują narastające międzynarodowe konflikty. Tylko co z tego, skoro to wszystko przedstawione jest na tyle elektryzująco, że proszę się położyć i zasnąć. I słowo harcerza, którym nigdy nie byłem, że próbowałem wejść w lekturę, na różne sposoby, ale zawsze na drodze stawał Mann ze swoim zagłuszającym emocje wodospadem nudy. Stawiam garść orzechów, że sam wielokrotnie zasypiał podczas pisania. Jak bum cyk cyk.

Wspomniane uzdrowisko, choć pełne rozmaitych (mniej lub bardziej udanych) osobowości, narzuca mieszkańcom jednostajny tryb życia. Codzienność przygnębia regularnością i brakiem miejsca na spontaniczne zrywy. Sami kuracjusze również nie zaskakują oryginalnością i kompletnie nie przekonuje mnie argument, że to zamierzony zabieg. Przewidywalność ich zachowań i sztampowość charakterów jedynie potęguje w czytelniku poczucie senności (te rozległe tyrady Settembrini kontra Nephta), a już wszelkie rekordy bije sam Hans Castorp, ucieleśnienie ciepłej kluski i wymoczka, bohater tak przeciętny, że czytelnik ma ochotę zgnieść kilka kartek i je zjeść. I tak jak wyżej – nie interesuje mnie, na ile celowo Mann w centrum wydarzeń umieścił tę łajzę, skoro po prostu beznadziejnie się czyta o jego dylematach.

"Czarodziejska góra" to powieść szczegółowa, senna i przygnębiająca. Podobno wymaga odpowiedniego podejścia, wytworzenia wokół siebie atmosfery i sprzyjających okoliczności. No nie wiem, chyba trzeba wpaść w depresję. Przyznaję jednak, że powieść ma w sobie coś hipnotyzującego; ale nie na tyle, by mnie zauroczyć. Nieregularnie płynący, poszarpany czas (jego definicja stale powraca w lekturze), schorowani ludzie, w większości skazani na śmierć (co sprawia, że tematyka słusznie kojarzy się z "Oddziałem chorych na raka") - a pośród nich iskrzy jakaś nieuchwytna magia. Mnie nie udało się wejść w jej aurę na dłużej, ale może Tobie się uda, choć nie na moją odpowiedzialność.

Co się natomiast Mannowi powiodło, to kreacja… wątku miłosnego. Zanim lekceważąco prychniesz, wiedz, że niejaka Madame Chauchat to bodaj jedyna postać, która ma w sobie intrygujący i przyciągający uwagę czytelnika pierwiastek. Nonszalancka, nieco niechlujna (obgryza paznokcie – jak bardzo to seksowne?), ale jednocześnie głęboko przekonana o sile swojej kobiecej atrakcyjności. Muszę tutaj na chwilę oddać honor Castorpowi, bo miłość, którą bohater darzy Madame Chauchat, jest przyjemnie subtelna i niepozorna, ale czuć w niej bezwarunkowe zaangażowanie. Hans rumieni się na widok zarysu jej kolana pod spódnicą, prawie mdleje, gdy ona delikatnie potrąca go podczas mijania się w drzwiach, hipnotyzuje go widok jej szyi, a jej nagie ramiona najprawdopodobniej wywołują u niego niekontrolowany wzwód, choć autor o tym nie wspomina. Prawdziwie średniowiecznie romantyczna postawa, obecnie na wyginięciu, choć podobno rycerze nadal istnieją, trzeba ich tylko poprosić, by nimi byli. Łatwo jednak przewidzieć, że nic wielkiego z tego uczucia nie wyniknie, bo kto by chciał być z takim plackiem, jak nasz Hans (a może jednak?). Mimo wszystko powieści należy się jeden z nielicznych plusów za ten wątek, choć autor mógł Madame Chauchat wymyślić nieco atrakcyjniejsze imię. Kławdia? Naprawdę?

Zgodzę się, że "Czarodziejska góra" jest zapewne głębsza (wyższa?), niż ja zdołałem dostrzec. Zgodzę się, że być może nie zrozumiałem jej pełnego przekazu, że być może nie dorosłem do tego rodzaju lektury. Zgodzę się, że dla kogoś to może być najważniejsza książka w życiu, istne mistyczne przeżycie, bo na dobrą sprawę każda powieść, nawet najbardziej nieudana, ma taki potencjał – nie mnie oceniać gust literacki innych. Z pokorą przyjmę każdą krytykę i każde pouczenie, może nawet spojrzę na wszystko pod innym kątem. Ale nikt i nic nie zmusi mnie do ponownej lektury "Czarodziejskiej góry". To wymagałoby ode mnie poświęcenia, na które najzwyczajniej mnie nie stać. Udana Kławdia (cha, cha) Chauchat, atrakcyjnie wypadające (na tle całości) ostatnie rozdziały i, przede wszystkim, ŁADNY tytuł to za mało w obliczu morza przeciętności i pustyni nudy.


[opinię zamieściłem wcześniej na blogu]

(c)Wszystkie prawa zastrzeżone. Kopiowanie bez zgody autora zabronione.

Wyświetleń: 8078
Dodaj komentarz
Przeczytaj komentarze
ilość komentarzy: 8
Użytkownik: Anastazja Kura 10.08.2012 11:01 napisał(a):
Odpowiedź na: Ależ ja jestem dzielny! A... | zsiaduemleko
Uśmiałam się serdecznie, czytając twoją recenzję. Sama jestem jeszcze przed lekturą "Czarodziejskiej Góry" i odkładam ją ciągle na później, co wynika właśnie z przeczucia, że może być to nużące doświadczenie. Choć "Doktor Faustus" mnie zauroczył, to chyba jednak będzie większe wyzwanie.

A ogólnie o samej recenzji - ja nie zamierzam linczować za heretyckie poglądy. Absolutnie uwielbiam krytyczne spojrzenie na temat tak zwanych ogólnie uznanych arcydzieł. Zawsze warto pozanć inny punkt widzenia, zwłaszcza obficie i dowcipnie uargumentowany :)
Użytkownik: Annvina 10.08.2012 15:29 napisał(a):
Odpowiedź na: Ależ ja jestem dzielny! A... | zsiaduemleko
"język niemiecki brzmi zazwyczaj jak garść kamieni wrzucona do blaszanego wiadra" Piekne!!!
"podobno rycerze nadal istnieją, trzeba ich tylko poprosić, by nimi byli" Jeszcze piękniejsze !!!

Ja też uśmiałam się serdecznie, jak z resztą przy większości tekstów Zsiaduemleka (Zsieduegomleka???).

Po Czarodziejską Górę nie sięgnę z pewnością, za to po recenzje Zsiaduemleka(Zsieduegomleka???) tak, nawet gdyby zachciało mu się zrecenzować książkę telofoniczną :)
Użytkownik: modem2 10.08.2012 16:05 napisał(a):
Odpowiedź na: "język niemiecki brzmi za... | Annvina
W trafnej ocenie wrażeń słuchowych Autor dorównuje Waszmości Zagłobie: "Jakże się to twoje dożywocie nazywa? Dudkowo czy jak?... Pogańskie nazwy w tej krainie. Jak orzechami o ścianę rzucisz, to właśnie imię wioski albo szlachcica uczynisz. Ale byle intrata była dobra, to nie żal i jęzor sobie wystrzępić."
Użytkownik: Czajka 11.08.2012 19:49 napisał(a):
Odpowiedź na: "język niemiecki brzmi za... | Annvina
Rozważania o czasie i przestrzeni w Czarodziejskiej Górze należą moim zdaniem do jednych z piękniejszych w znanej mi literaturze. A zagubienie bohatera w śniegu, w górach i jego oniryczne doznania to w ogóle natchniony fragment. Albo pojawienie się Madame Chauchat w poczekalni.
Ech. Piękny język. Trudny drugi tom, to prawda, ale całość - najwyższa półka. Może warto, zwłaszcza nie po niemiecku? :)
Użytkownik: aleutka 12.08.2012 17:12 napisał(a):
Odpowiedź na: Ależ ja jestem dzielny! A... | zsiaduemleko
Jak garsc kamieni wrzucana do wiadra??? Ja protestuje!!!!!
Użytkownik: MELCIA 12.08.2012 18:27 napisał(a):
Odpowiedź na: Jak garsc kamieni wrzucan... | aleutka
Ja też! Deustch sprache ist sehr schon (z umlautem) :)
Użytkownik: jakozak 12.08.2012 18:02 napisał(a):
Odpowiedź na: Ależ ja jestem dzielny! A... | zsiaduemleko
Zabawnie to napisałeś. Ale ja mam inne odczucia; Czarodziejska góra jest fascynującą książką, w której dzieje się bardzo wiele. Jest genialna!
Użytkownik: keykey 18.08.2012 01:45 napisał(a):
Odpowiedź na: Ależ ja jestem dzielny! A... | zsiaduemleko
w dwa dni z trudem pokonalam 150 stron tej "Czarodziejskiej gory" , weszlam do guglia z pytankiem 'czy mam to czytac dalej' (podswiadomym) i tytuem "ksiazki". Zalowalam tycg dwu dni. Ale jutro przeczytam co tu piszecie i - jestem przekonana, powiem: warto bylo. -:). Ale nuuuuudny... Az mi wyplynelo z pamieci nie wiem czyje "proze niemiecka odrzucam, jedza tam jednego gesia na dwudziestu stronach". Z tych stu piecdziesieciu owszem byly dwie, i te žprzezedzone. Przepraszam za rozdraznienie. Dawno nie czulam czegos takiego od ksiazki.
Patronaty Biblionetki
Biblionetka potrzebuje opiekunów
Recenzje

Użytkownicy polecają:

Redakcja poleca: