Dodany: 2011-11-18 01:16|Autor: librarian

Cztery życia, cztery kolory.


Kiedyś buszując po internecie trafiłam na wywiad z Anatolem Gotfrydem przeprowadzonym przez Agnieszkę Drotkiewicz i umieszczonym na stronie czasopisma „Dwutygodnik”[1].

Osoba autora zainteresowała mnie natychmiast, no bo jakżeby inaczej. Mówił o tym wszystkim, czym pasjonuję się od zawsze, o życiu przedwojennym w dawnej Polsce na Kresach, o wojnie i o tym, jak cudem wielokrotnie uszedł śmierci, a także o swoim życiu tużpowojennym, w Polsce, a potem emigracyjnym w Niemczech.

Zwróciłam uwagę na wiele rzeczy, które powiedział w tym wywiadzie, między innymi na to, że zawsze żyjąc w świecie, miał też swój własny, równoległy świat.

Polubiwszy autora i bohatera tej autobiografii nabrałam ochoty podzielić się wrażeniami z jego książki i polecić ją Biblionetkowiczom jako lekturę ciekawą, wzruszającą, poruszającą, niejednokrotnie bardzo zabawną oraz ładnie napisaną a także świetnie przetłumaczoną z języka niemieckiego.

Życie każdego człowieka można podzielić na części używając różnych metod, na przykład na: dzieciństwo, młodość, wiek dojrzały, starość, lub też na: przed Katastrofą, po Katastrofie, albo inaczej jeszcze - życie w Ojczyźnie, życie na Emigracji. Oczywiście Historia i Geografia odgrywają pierwszoplanową rolę w takim podziale - im więcej wydarzeń o wymiarze katastroficznym takich jak wojny lub monumentalnym w jakiś inny sposób, takich jak przesunięcie granic, przesiedlenie lub emigracja, tym więcej części ma pojedyncze życie.

Życie Anatola Godfryda podzieliło się na cztery części, a on każdej z nich nadał odpowiednią barwę. A zatem w autobiografii „Niebo w kałużach” mamy cztery kolory: niewinną biel, nazistowski brąz, polski róż i pruski błękit. Chciałoby się wyeliminować ten brąz, bo najciężej zaważył na życiu bohatera, choć jako okres historyczny trwał najkrócej. Nie brakuje w nim wydarzeń okrutnych, niesamowitych, cudownych zbiegów okoliczności, wielokrotnych ucieczek od śmierci. Nie sposób, czytając, nie zadawać sobie ciągle pytania, jak to wszystko mogło się zdarzyć. Oczywiście na te pytania trudno lub niemożliwe jest znaleźć odpowiedź, i od popadnięcia w głęboką depresję ratuje nas to, że autor nie szczędzi przykładów ilustrujący ludzką odwagę i spryt, bezinteresowność, heroizm, upór, życzliwość i miłość. Ostatecznie zawdzięcza swoje życie ludziom, którzy bez względu na okoliczności, łamią aktualnie ustanowione prawa i reguły, ryzykują życiem i kierują się własnym moralnym kompasem. Nie brakowało ich w życiu Anatola, to właśnie dla nich /i dla przyjaciela Wilczka z którym dzieło pisania zaczął siedząc w czasie wojny na jakimś płocie/ napisał swoją książkę:

„Zależało mi, żeby oddać hołd ludziom, którzy mi pomagali, żeby oni nie zostali zapomniani. A ponieważ pomagali też tacy, co do których nigdy bym nie uwierzył, że mogą pomóc – to pisząc, chciałem niczego nie przemilczeć, ale też nie uogólniać. (...) Naprawdę spotkałem bardzo ciekawe, fantastyczne osoby i jeśli udało mi się tą książką spełnić wobec nich obowiązek, jaki miałem do spełnienia, to jestem szczęśliwy ”[2].

Uwielbiam czytać o przedwojniu - to jakby wyprawa na moją ulubioną planetę. Autor urodził się w 1930 roku małym galicyjskim miasteczku Jabłonów, niedaleko Kołomyji - „u zbiegu czterech granic - wyglądającym na mapie jak wyrostek robaczkowy wciśnięty między Rumunię, Węgry i Związek Radziecki”[3].

Urodził się w rodzinie lekarza, wśród ludzi wykształconych i bardzo barwnych. Dostał od losu 9 lat niewinności i wspaniałego, sielskiego życia. Nie dziwi więc, że z wielką miłością i humorem wspomina uroki miasteczka i okolicznego krajobrazu, niezwykłych członków rodziny i cudowne dzieciństwo w którym nie brakuje nic, bo choć osierocony bardzo wcześnie przez ojca, miał kochającą matkę, był wychowywany przez ubóstwianego dziadka, miał też wielu nietuzinkowych wujków, wspaniałego szarmanckiego ojczyma i innych życzliwych otaczających go ludzi, co stanowiło o urodzie i bezpieczeństwie świata, w którym wyrastał, mając jako dziecko, prawie już niewyobrażalną dla nas, mieszkańców dużych miast XXI wieku, absolutną swobodę i wolność.

„Koło południa w jednym z domów otwierało się okno i pani Chaimduwed, najbardziej wielodzietna matka w miasteczku, krzyczała do naszej czeredy:
- Wszystkie dzieci o nazwisku Chaimduwed natychmiast do domu! Obiad!” [4]

Opiewa też piękno krajobrazu - zielone łany kukurydzy, i klimat charakteryzujący się słonecznymi, mroźnymi zimami i śródziemnomorskim latem i jak to bywa w opisach utraconego dzieciństwa, nie brakuje w nich pewnej magii.

„Odessa odległa była stąd o niespełna trzysta kilometrów i zdarzało się, że niekiedy w łagodnych letnich miesiącach węże i jaszczurki znad Morza Czarnego docierały aż tutaj”[5].

Inna rzecz na którą zwróciłam uwagę to coś, o czym zdarza się wielokrotnie czytać we wspomnieniach z tego okresu, a mianowicie, współistnienie różnych kultur i religii. W tym małym miasteczku kościół katolicki i grecko-prawosławny stały niedaleko siebie, „a to umożliwiało im wspólne świętowanie gminnych i kościelnych uroczystości”[6].

Lektura tej części książki to niczym oglądanie w fotoplastykonie barwnych scen z życia owych lat, widzimy dzień targowy na rynku miasteczka, największy odpust na św. Anny, kobiety piorące bieliznę w rzece, bogobojni Żydzi wędrujący brzegiem skarpy i śpiewający modlitwy, synagoga o pięknym suficie wymalowanym w barwne ptaki, czekanie na Archanioła Gabriela, który odwiedza każdy żydowski dom w święto Pesach aby umoczyć usta w specjalnie przygotowanym kieliszku wina, czy przyklejeni do grzyw końskich ułani pędzący przez miasto.

„...rośli młodzi mężczyźni na czarnych koniach arabskich, pochyleni do przodu tak mocno, że prawie leżeli na końskich grzywach, w wysokich czakach na głowach i z wieloma furkoczącymi na wietrze chorągwiami i proporcami, z kolorowymi, srebrnymi lub złotymi sznurami, przeciągniętymi przez pierś, wzbudzili do tego stopnia niezwykłą i erotyczną atmosferę, że zatroskani rodzice pozamykali swe dziewicze córki na klucz w ich pokojach”[7].

Do przeczytania tej książki zachęciły mnie też te fragmenty wywiadu, w których mówił o tym, że żyjąc w czasie wojny, w najgorszych czasach, miał mądrość, która skłoniła go do tego, aby żyć chwilą teraźniejszą i nie myśleć o przyszłości, o tym co może go spotkać i o tym jak to mogło mieć wpływ na jego losy. Był „tu i teraz” i ufał losowi, nawet w sytuacjach bez wyjścia:

„Pamiętam też, jak już po Powstaniu Warszawskim byłem w Pruszkowie, szedłem ulicą, nie miałem domu, nie miałem gdzie spać, ale dzień był taki piękny, taki fajny! Szedłem chodnikiem i w ogóle nie myślałem o tym, że ten dzień się kiedyś skończy, że muszę mieć jakiś dach nad głową, jakiś nocleg. Wtedy zobaczyłem piękną willę, pomyślałem: „jak mi się tu podoba, jakbym chciał tu być!”, zadzwoniłem do drzwi, otworzyła mi młoda dziewczyna i przyjęli mnie na jakiś czas. Myślę, że kiedy ty czujesz się dobrze, kiedy masz jakąś ufność, to się przenosi na drugiego, na innych. Moje doświadczenie życiowe mówi też, że jeśli chodzi o sytuacje, kiedy trzeba komuś pomóc, ryzykując własne życie, nigdy nie można z góry przewidzieć, jak kto się zachowa. To są decyzje bardzo emocjonalne, to są ułamki sekund, ciało myśli przed nami”[8].

Zanim, posuwając się chronologicznie przez życie autora, dotrzemy do ostatniej części, z której dowiemy się, że malarstwo i sztuka, stały się jego wielką pasją, już to trochę czujemy ze sposobu w jaki opisuje świat i postacie. Za pomocą krótkich pociągnięć pióra, tworząc opisy bardzo konkretne a jednak zawierające w sobie jakąś tajemnicę i magię, która sprawia, że lektura staje się wielką przyjemnością.

A kiedy trafiamy na fragment dotyczący obrazu strasznych czasów zawarty metaforycznie w dziele malarza o nazwisku Armand, który autor powiesił sobie w swoim gabinecie dentystycznym po wojnie, już na emigracji, wiemy, że sztuka stanowi wielką część jego życia.

„Jest to biała powierzchnia, przecięta ukośnie od lewego górnego rogu szeroką czarną belką. Prawa strona obrazu jest monochromatycznie biała. Jego górną lewą część zajmuje niespokojna chmara bezkształtnych punktów, które gęstnieją w pobliżu belki. Natomiast po jej drugiej stronie, na bezkształtnej białej powierzchni panuje zgubny spokój. W przeciwieństwie do niego przed belką panuje panika. Amorficzne czarne punkty gonią i popychają się nawzajem. Bronią się przed przyciśnięciem do belki, która może być podstawionym pociągiem, lub przed wepchnięciem w nią. Tutaj istnieje jeszcze życie i desperacka walka, ale za belką wszystko się kończy. Tam nic już nikogo nie czeka”[9].

Po okresie brązowego nazizmu następuje polski różowy, właśnie różowy bo nie do końca czerwony, biały z domieszką koloru malw lub buraczków[10]. Autor odnajduje rodziców i wujów, którym udało się szczęśliwie wydostać z Kołomyji, która została za nową, wschodnią granicą, mieszka w Katowicach, w cudowny sposób dostaje się na stomatologię we Wrocławiu gdzie następnie spędza tam spędza kilka pięknych lat życia. Wtedy jeszcze w Polsce panowała względna swoboda, a profesorowie wywodzący się ze Lwowa, reprezentowali najlepsze przedwojenne tradycje. Po skończonych studiach, w roku 1955, autor żeni się, zawierzając wujkowi który radzi, że „kiedy znalazło się właściwą kobietę, trzeba ją łapać”[11].

I ten okres pełen jest barwnych postaci i zabawnych wydarzeń oraz zbiegów okoliczności, które są absolutnie fascynujące i dostarczają czytelnikowi wielu dreszczyków i emocji.

Trzeba przyznać, że życie autora, obfituje w ponadprzeciętną ilość czegoś, co nazywamy normalnie zbiegami okoliczności, wygląda niemal jak, jakby było reżyserowane przez niewidzialne siły. Z bardzo wielu przykładów niezapomniane pozostaje na przykład to, że jako czternastolatek ukrywający się w czasie okupacji w warszawskim mieszkaniu odważnej i życzliwej pani Bukowieckiej, dla zdobycia małego dochodu i wypełnienia czasu, pracował przy wyplataniu siatek na włosy, co było robotą bardzo żmudną ale ćwiczącą zdolności manualne, których zdobycie przyczyniło się potem do tego, że stał się świetnym dentystą, lub też fakt że po studiach pracował przy wyrywaniu zębów, całymi dniami i godzinami koncentrując się na tej tylko czynności, a egzamin właśnie z wyrywania zębów odegrał kluczową rolę w otrzymaniu pracy w zawodzie, już dużo później, w Niemczech.

Rozdział zatytułowany „Pruski błękit” reprezentuje życie w Niemczech. Autor nigdy nie stawiał znaku równości pomiędzy Niemcami, a nazistami, ponieważ został wychowany tak, aby doceniać niemiecki dorobek kulturalny, i choć początkowo chciał wyjechać do Kanady, kiedy okazało się to niemożliwe, bo nie udało się ani w Polsce ani potem w Niemczech, przystał na to, że Niemcy staną się jego nową ojczyzną, do końca nie zdając sobie sprawy, do jakiego stopnia w przyszłości zaakceptuje zarówno ludzi jak i kulturę tego kraju.

Zapowiadany jest kolejny tom wspomnień o dalszych, powojennych losach autora, a ja mam nadzieję, że wkrótce ukażą się również w języku polskim w równie doskonałym tłumaczeniu.



---
[1] http://www.dwutygodnik.com/artykul/2148-spotkalem-fantastyczne-osoby.html
[2] Tamże
[3] Anatol Godfryd. Niebo w kałużach między Galicją a Kurfurstendammem”, przełoż. Katarzyna Weintraub, wyd. Czarna Owca, 2011, s. 9
[4] Tamże, s. 43
[5] Tamże, s. 13
[6] Tamże, s. 17
[7] Tamże, s. 44
[8] http://www.dwutygodnik.com/artykul/2148-spotkalem-fantastyczne-osoby.html
[9] Gotfryd, Anatol. Niebo w kałużach, str. 86
[10] Tamże, str. 161
[11] Tamże, str. 193

(c)Wszystkie prawa zastrzeżone. Kopiowanie bez zgody autora zabronione.

Wyświetleń: 1645
Dodaj komentarz
Patronaty Biblionetki
Biblionetka potrzebuje opiekunów
Recenzje

Użytkownicy polecają:

Redakcja poleca: