Dodany: 2011-07-11 11:26|Autor: dot59Opiekun BiblioNETki

Redakcja BiblioNETki poleca!

Książka: Opowieść wdowy
Oates Joyce Carol (pseud. Smith Rosamond)

5 osób poleca ten tekst.

Wiwisekcja żałoby, pomnik miłości


...Jesteś z kimś od zawsze, nieważne, czy to „zawsze” to pięć, czy pięćdziesiąt pięć lat, bo i tak wystarczająco długo, by praktycznie cała przestrzeń wokół was, pomijając jakieś drobne wyłomy na aktywność zawodową, jakieś niezbędne azyle prywatności, była precyzyjnie wypełniona waszą wspólną obecnością. Oczywiście, wiesz, że to nie będzie trwało wiecznie, że ktoś musi odejść pierwszy, ale przecież jeszcze za wcześnie o tym myśleć; poza tym cały czas masz nadzieję, że jakieś cudowne zrządzenie losu zabierze was razem z tego świata, a jeśli nie, to jednak ty będziesz tą pierwszą osobą – nie może być inaczej, nie wyobrażasz sobie, że nie będziesz mieć kogo zapytać: „Kochanie? Powiedz mi: co ja mam robić?”[1]. Ale nagle cała ta precyzyjna konstrukcja się załamuje, może nawet bez specjalnych sygnałów ostrzegawczych; „Raymond przestał być »Raymondem« i teraz jest »ciałem«!”[2]. I nie jesteś już nieodłącznym elementem perfekcyjnie zespolonej jednostki o nazwie „Joyce-i-Ray”, a dla niewtajemniczonych „państwo Smith”, tylko samą – i przeraźliwie samotną - „panią Smith”, która musi „uprzątnąć rzeczy męża ze szpitalnego pokoju”[3], podpisywać odbiór niezliczonych „»delikatesowych koszy kondolencyjnych« ozdobionych specjalnymi, aksamitnymi »kondolencyjnymi wstęgami« w gustownych, ciemnych barwach”[4] i innych podobnych akcesoriów, myśląc z gniewem: „Czy wyobrażają sobie, że smutek można załagodzić czekoladowymi truflami, pasztetami z foiegras, kabanosami pepperoni?”[5] (co za idiotyczny obyczaj!), „powypisywać liściki z podziękowaniami jak dobrze wychowana wdowa”[6], odpowiadać na korespondencję niemającą już adresata, a co gorsza, na niedelikatne, choć pewnie zadawane w dobrej wierze, pytania („I co teraz pani zrobi? Sprzeda pani dom?”[7], „pewnie już kończysz pierwszą z licznych powieści, które pomogą ci zgłębić to, czego sama teraz doświadczasz”[8]).

A równocześnie przecież nadal jesteś Joyce, która nie umie sobie znaleźć miejsca w tak brutalnie rozdartej przestrzeni. W przestrzeni już na zawsze pozbawionej Raya, choć jeszcze naznaczonej śladami jego obecności. Podobno należy żyć dalej, ale czy w ogóle można tak żyć?...

O pisarstwie Oates zawsze byłam dobrego zdania; z przeczytanych jej powieści jedynie „Blondynkę” oceniłam niżej, ale tylko dlatego, że trochę mnie zezłościło ukrywanie powszechnie znanych postaci pod kryptonimami (i jak znam siebie, przy powtórnym czytaniu pewnie bym jednak tę ocenę podniosła) – a „Opowieść wdowy” przewyższa najlepsze spośród nich. I nie jestem pewna, czy tylko dlatego, że nie ma w niej ani śladu fikcji, a autorka genialnie radzi sobie z balansowaniem na cienkiej granicy pomiędzy prawdą a ekshibicjonizmem. Chyba jednak główną rolę odgrywa tu rodzaj problemu; nie każdy spotka się w życiu z sytuacjami przedstawionymi w „Czarnej dziewczynie, białej dziewczynie”, „Córce grabarza” czy „Niebieskim ptaku”, a doświadczenie opisane tutaj prędzej czy później stanie się udziałem dokładnie połowy osób żyjących w formalnych lub nieformalnych związkach. Kto już przeżył to sam albo miał bliższy kontakt z owdowiałym członkiem rodziny, bez trudu odszuka tutaj echo sprzecznych, ale zawsze przytłaczających, obezwładniających emocji targających człowiekiem, któremu zawalił się świat. A na określenie stopnia mistrzostwa, z jakim zostały one przerzucone na papier, nie znajduję słów (co doprawdy rzadko mi się zdarza).

Oates sprawia wrażenie – a właściwie nie, ona nie sprawia wrażenia, tylko naprawdę jest równocześnie dwiema osobami: cierpiącą, zszokowaną, zdruzgotaną do głębi Joyce Smith, otumanioną środkami nasennymi i przeciwdepresyjnymi, ale nadal obwiniającą się, że może nie trzeba było wyjeżdżać na jeden dzień z domu, tylko trwać na posterunku (jakby się było jakimś czarodziejskim amuletem chroniącym przed bakteriami i wirusami!), że może nie należało zawozić Raya do szpitala, a jeśli już, to może nie do tego akurat szpitala, nadal nieumiejącą sobie znaleźć miejsca wśród „podupadającego świata, z którego wyciekło znaczenie”[9], wsłuchującą się godzinami w głos męża nagrany na telefonicznej sekretarce, przemyśliwającą nad sposobami pewnego i bezbolesnego skrócenia swoich męczarni – i wnikliwą, dociekliwą Joyce Carol Oates, bacznie obserwującą swoje drugie ja, pochylającą się nad nim z całym arsenałem narzędzi analitycznych. Joyce-pisarka zdaje sobie sprawę, że nazwanie uczuć i emocji Joyce-wdowy, opisanie, jak to jest „być tą, którą nikt inny nie chciałby być”[10], jak trudno się pozbyć obraźliwych myśli w rodzaju: „Nie masz żadnej godności, żadnego wstydu – że dalej żyjesz?”[11] , to jeden z możliwych kluczy do przetrwania. Nie jedyny, bo przecież zawsze były i będą wdowy pozbawione zdolności analitycznego myślenia, niemające pociągu do pióra czy zgoła niepiśmienne, za to na przykład głęboko religijne albo zdominowane przez instynkt macierzyński, nakazujący im trwać dla dobra nieletnich dzieci. Ale ważny. Nie tylko dla niej samej, lecz i dla innych osób, którym po stracie ukochanego człowieka „życie popruło się jak stara skarpetka”[12]. I dlatego, wbrew sugestiom znajomych – „Nie powinnaś pisać wspomnień. Nie na taki temat. I jeszcze nie teraz”[13] - Joyce-pisarka bierze na warsztat cierpienie Joyce-wdowy, a pod jej doskonałym piórem dokonuje się równocześnie przejmująca wiwisekcja żałoby i buduje się pomnik niepowszedniego uczucia (czterdzieści siedem lat miłości, zrozumienia, wzajemnego wspierania się, nierozstawania na dłużej niż kilka dni, przy zachowaniu dostatecznego marginesu prywatności i niezależności!).

Trudno powiedzieć, że ta książka budzi zachwyt, bo przecież trudno się zachwycać cudzym nieszczęściem, nawet tak perfekcyjnie opisanym. A więc co...? Współczucie? Też, ale jeszcze bardziej podziw dla pióra, spod którego spływają tak pięknie i kunsztownie posplatane zdania, szacunek dla kierującej nim ręki, która z nieomylnym wyczuciem pozwoliła pozostać na papierze tylko takim słowom, jakie powinny się na nim znaleźć bez wzbudzania w czytelniku konsternacji czy niesmaku.

Opowiedzieć wszystko, nie odsłaniając zbyt wiele – oto sztuka dostępna nie każdemu, kto bierze się za pisanie wspomnień. Porazić prawdziwością i głębią ukazanych emocji, doprowadzić zarazem do odczuwania bólu i fascynacji sposobem, w jaki ten ból zostaje przekazany – to już tylko umiejętność wybranych. Posłuchajmy, co nam mają do powiedzenia...



---
[1] Joyce Carol Oates, „Opowieść wdowy”, przeł. Katarzyna Karłowska, wyd. Rebis, Poznań 2011, s. 75.
[2] Tamże, s. 82.
[3] Tamże, s .69.
[4] Tamże, s. 112.
[5] Tamże.
[6] Tamże, s. 113.
[7] Tamże, s. 278.
[8] Tamże, s. 307.
[9] Tamże, s. 69.
[10] Tamże, s. 215.
[11] Tamże, s. 357.
[12] Tamże, s. 323.
[13] Tamże, s. 302.

(c)Wszystkie prawa zastrzeżone. Kopiowanie bez zgody autora zabronione.

Wyświetleń: 1818
Dodaj komentarz
Patronaty Biblionetki
Biblionetka potrzebuje opiekunów
Recenzje

Użytkownicy polecają:

Redakcja poleca: