Dodany: 2011-06-30 20:11|Autor: OLi_10

Ludzie Południa


Południe Stanów Zjednoczonych – w gruncie rzeczy wszyscy o nim słyszeliśmy, wszyscy wiemy, że w jakimś stopniu Południowcy różnią się kulturowo od swych rodaków z Północy. Być może oczami wyobraźni widzimy kulturalnego potomka angielskich kolonistów, honorowego, bogato ubranego, dżentelmena. Głównie jednak kojarzymy ich z przegraną wojną secesyjną. Wiemy, że Konfederaci – w przeciwieństwie do kowbojów z Północy – woleli zajmować się bawełną niż wypasaniem bydła, popierali niewolnictwo, dostali łupnia od Jankesów pod Gettysburgiem i ostatecznie przegrali całą wojnę. Może niektórzy z nas kojarzą te stany z Nowym Orleanem, jeszcze inni zdają sobie sprawę, że właśnie w tym mieście narodził się jazz. O tym, że na Południu powstał southern rock, wiedzą chyba tylko ludzie interesujący się muzyką. Tajemnicą ciągle pozostaje słynny „rebeliancki wrzask” (rebell yell) wydawany przez szarżujących żołnierzy Konfederacji, ale ta kwestia interesuje chyba tylko historyków tudzież pasjonatów historii.

Choć więc wiemy całkiem sporo o USA, to przegrane Południe jest dla nas pewnego rodzaju enigmą. Trudno nam również przywołać nazwiska urodzonych tam artystów. Hemingway, Twain – te nazwiska wszyscy znamy... lecz czy byli to artyści z Północy, czy Południa?

W gruncie rzeczy nie ma to dla nas większego znaczenia. Byli Amerykanami i tyle. Czasami jednak rozróżnienie na stany północne i południowe jest istotne, pozwala ono bowiem na (lepsze) zrozumienie twórczości artysty. Toteż muszę już na wstępie tego tekstu zaznaczyć – William Faulkner urodził się na Południu i był z tego dumny. I to Południe wręcz czuć w jego twórczości.

Szczerze przyznam, że nazwisko Faulknera – choć to laureat Nagrody Nobla – tylko obiło mi się o uszy i jakoś nie zainteresowałem się bliżej tą postacią. Po jego zbiór opowiadań, „Czerwone liście”, sięgnąłem zupełnym przypadkiem, i nie bardzo wiem, dlaczego. Ale może to znane nam wszystkim fatum, los, przeznaczenie; nie żałuję jednak, że książka jednego z największych – jeśli nie największego – artysty Południa trafiła w me ręce.

Jak już wspomniałem, „Czerwone liście” to zbiór opowiadań. Znajdziemy w nim jedenaście historii będących całkiem dobrymi reprezentantami twórczości Faulknera – są tutaj nie tylko te traktujące o jego rodzinnych stronach, ale również o wojnie secesyjnej i dwóch wojnach światowych. Ba! Nawet Indian tu znajdziemy (wszakże większość z tych historii dzieje się na kontynencie amerykańskim).

Przechodząc od razu do sedna – opowiadania są po prostu świetne. I to głównie ze względu na styl Faulknera, jego specyficzną narrację i umiejętnie budowany klimat. Nieważne, czy sięgniecie po tę książkę w październiku, listopadzie, grudniu czy innym zimnym lub deszczowym miesiącu – gwarantuję, że podczas lektury zrobi Wam się... dziwnie duszno. Opowiadania mają niesamowity klimat – dość leniwe (choć nie nieudolne czy nudne!) snucie opowieści sprawia, że zostajemy wręcz na siłę przeniesieni na gorące Południe Stanów Zjednoczonych, jednakże nie jest to wakacyjny, spokojny wypoczynek. Wyobraźcie sobie raczej lipcowy dzień, gdy stoicie na środku ulicy, gorący asfalt parzy Wam stopy, a promienie słoneczne wyciskają z Was ostatnie poty – w takich okolicznościach człowiek, zamiast cieszyć się z ładnej, bezchmurnej pogody, najchętniej wczołgałby się do lodówki i zrezygnował z letnich spacerów przez następne pięć lat. Tak właśnie jest u Faulknera. W każdym – a przynajmniej w większości – z tych opowiadań kryje się coś niepokojącego, coś, co nie wyłazi na zewnątrz, by nas ostentacyjnie straszyć, lecz istnieje gdzieś pod powierzchnią, odczuwamy to podskórnie. I nagle Południe USA staje się jakieś duszne, jakieś niepokojące, jakieś psychodeliczne, niczym senny koszmar, choć przecież nic strasznego się nie dzieje...

Nie oznacza to jednak, że Faulkner nudzi i jego historie nadają się tylko do usypiania dzieci, nie. Chodzi mi raczej o to, że ten pisarz miał wyjątkowy talent do budowania napięcia; jeszcze przed punktem kulminacyjnym wiemy, że coś jest nie tak, czujemy to, lecz nie potrafimy określić, co nas niepokoi. A potem przychodzi finał...

Chyba właśnie to czyni z piszącego pisarza – umiejętne operowanie słowem, zdolność wpływania na czytelnika, sprawienia, by już sama narracja budowała odpowiedni klimat. Nie potrafię tego do końca wytłumaczyć, ale właśnie to nieuchwytne coś, ta „duszność”, jest chyba elementem, który najbardziej mi się spodobał u Faulknera, tym nieuchwytnym „czynnikiem x”, sprawiającym, że do książki chce się wracać.

Ale dość już o stylu, bowiem fabuły zaprezentowanych w zbiorze historii są prima sort i trzeba o nich wspomnieć. Oczywiście autorowi, który pochodzi z Południa, nie wypada nie napisać czegoś o rasizmie czy o niewolnictwie, ale na szczęście te dwa problemy nie zdominowały całej książki. Nie zrozumcie mnie źle; takie opowiadania, jak „Suchy wrzesień” czy „Wash” to jedne z najlepszych w całym zbiorze – wstrząsające i dające do myślenia, gdzie wspomniane problemy zostały przedstawione w doskonały sposób, zajmujący i ciekawy. Są to ciągle, nawet w naszym oświeconym XXI wieku, ważne kwestie. Co więcej, „Wash” został bardzo intrygująco poprowadzony. Tu nie chodzi „tylko” o nienawiść ze względu na kolor skóry. Tutaj Faulkner pokazał ten problem z zupełnie innej strony – ukazał śmierć marzeń, ideałów, nadziei, pokazał zdradzone zaufanie, nienawiść człowieka do człowieka jako osoby, nie jako przedstawiciela jakiejś konkretnej rasy. Żeby było ciekawiej, bohaterem całości jest niewolnik, który szanuje swego pana, podziwia go, uważa za najlepszego z ludzi, a nawet zostaje z nim, choć mógłby sobie pójść w siną dal. A w „Suchym wrześniu” nienawiść do obcych, tych, którzy mają inny kolor skóry niż my, jest czymś, czego nie potrafią wytłumaczyć nawet ci, którzy nienawidzą.

Skoro więc Faulkner tak świetnie i oryginalnie przedstawił problem niewolnictwa i rasizmu, skoro „Suchy wrzesień” i „Wash” to jedne z lepszych historii w tym zbiorze (kto wie, czy „Wash” nie jest najlepszy i najbardziej poruszający), to dlaczego cieszę się, że nie wszystkie opowiadania poruszają te kwestie? Z bardzo prozaicznego powodu - po prostu nie lubię monotematyczności, szczególnie w zbiorze opowiadań. Lubię, gdy pisarz pokazuje, że potrafi przedstawić wszystko, nie ogranicza się do jednego tylko kręgu tematycznego. I taki jest Faulkner. Wspomnę, że problem nienawiści powraca jeszcze w „Zwycięstwie w górach” (kolejne genialne opowiadanie), tylko tym razem jest to nienawiść ludzi z Północy do tych z Południa; i co ciekawsze, akcja „Zwycięstwa” dzieje się po wojnie secesyjnej. Autorowi łatwiej byłoby przedstawić konflikt Jankesa z Konfederatem właśnie na polu bitwy, podczas krwawego starcia; tutaj natomiast mamy czas pokoju. Pisarz miał trudniejsze zadanie, ale efekt jest o wiele ciekawszy! A odkrycie źródła nienawiści jednego z bohaterów będzie dla czytelnika niemałym zaskoczeniem i zapewne lekko poruszy jego serce.

Inne świetne opowiadania (w gruncie rzeczy wszystkie w tym zbiorze są dobre, ale niektóre - nieco lepsze) to lekko psychodeliczne, surrealistyczne „Czerwone liście”, będące alegoryczną historią o śmierci i złu, jakie wyrządzili Biali nie tylko Afrykanom, ale również rdzennym mieszkańcom Ameryki, intrygującym przedstawieniem zderzenia światów zeuropeizowanych Indian i czarnoskórych niewolników; „W tył zwrot” - genialna historia żołnierzy walczących na frontach I wojny światowej (zwróćcie szczególną uwagę na zakończenie), a także „Róża dla Emilii” i „Słońce zachodzi”. Jeśli już jesteśmy przy tych dwóch utworach, to warto jeszcze wspomnieć, że historie Faulknera czasem trudno zaklasyfikować. We wszystkich pojawiają się rozważania nad naturą ludzką, co oczywiście znamionuje literaturę wysokich lotów, lecz z drugiej strony, widać u niego również wpływy opowieści „z dreszczykiem” (które często rezygnują z głębszego przesłania na rzecz rozrywki) – w „Mistraul” mamy wręcz gotycką grozę! „Róża dla Emilii” to coś, co mogłoby wyjść spod pióra Poe albo Lovecrafta, a „Słońce zachodzi” jest naprawdę niepokojące – i to wszystko bez użycia ton rekwizytów w stylu trupów w szafach, zjadających mózgi zombie i brudzących podłogę plam krwi. Faulkner potrafił zagrać na uczuciach czytelnika i stworzyć odpowiedni nastrój „z niczego”, dowodząc, że tak naprawdę człowiek najbardziej boi się nieznanego, a nie krwiożerczych monstrów. A nasza wyobraźnia pracuje na pełnych obrotach, gdy np. przetrawiamy zakończenie „Róży dla Emilii”...

Ale niemożliwym by było zaprzęgnięcie wyobraźni do pracy, gdyby autor przedstawiał wszystko dosłownie. Na szczęście Faulkner to niekoronowany król niedopowiedzeń i nie stara się nas prowadzić za rączkę. Nie wyjaśnia, jakie jest przesłanie jego opowiadań, bo to tylko mogłoby osłabić siłę przekazu. Pomija nawet opis niektórych ważnych zdarzeń, zmuszając tym samym czytelnika do włączenia szarych komórek. A niedopowiedzenia mają wielką siłę i szokują o wiele bardziej niż najdokładniejszy opis (najlepszym tego przykładami są „Wash” i „Róża dla Emilii”).

Jeżeli miałbym jednak wskazać jakieś słabsze opowiadania, to zdecydowałbym się na dwa pierwsze („Ci wielcy ludzie”, „Dwaj żołnierze”) i jedno z końcowych („Pennsylvania Station”). Nie to, żeby były słabe, nie. Bardzo mi się podobały i oczywiście warte są polecenia, tyle tylko, że są nieco gorsze od reszty. Przypadek „Tych wielkich ludzi” jest szczególnie dziwny. Faulkner rezygnuje tutaj całkowicie z niedopowiedzeń, by w dialogach wyłożyć kawę na ławę i wyjaśnić, co miał na myśli. Z tego też powodu potraktowałbym tę historię raczej jako „metaopowiadanie”, gdzie pisarz zwraca się bezpośrednio do czytelnika, wyjaśniając mu, dlaczego jest dumny z bycia Południowcem, dowodząc, że jego rodacy to nie bezlitośni łowcy niewolników, ale ludzie honorowi i uczciwi. Wydaje się, jakby w tym utworze Faulkner starał się przełamać stereotyp „Konfederata – rasisty”. Pewnie dlatego wydawca postanowił zbiór otworzyć „Ludźmi” - jako wprowadzenie spisują się nieźle, ale jednak są słabsi od innych zaprezentowanych historii. Przede wszystkim jednak to opowiadanie sygnalizuje nam, o czym opowiada cały ten zbiór – o ludziach, którzy kochają swą ojczyznę, o ludziach Południa.

Ech, dziwnie się czasami życie układa, także to czytelnicze. Książki, na które polujemy i na które czekamy z utęsknieniem, nie okazują się tak dobre, jak nam mówiono (pewnie nie wytrzymały ciężaru naszych oczekiwań), a te, z których istnienia nawet nie zdawaliśmy sobie sprawy, okazują się wspaniałymi lekturami. Mój przypadek jest jeszcze dziwniejszy, bo byłem gotów zrezygnować z przyniesienia „Czerwonych liści” do domu, a teraz proszę – jest to jedna z moich ulubionych książek. Oczywiste jest więc, że z całego serca polecam Wam ten intrygujący zbiór opowiadań – nie tylko zapewnia on godziwą rozrywkę, ale zmusza do zastanowienia, wciąga w gorący, duszny klimat Południa USA, a czasami nawet wzrusza.

Oceniam „Liście” na szóstkę i cieszę się, że Faulkner nie uległ pokusie dosłownego przedstawiania i wyjaśniania – zabiłby bowiem wtedy całą magię tych nietuzinkowych historii.

I oczywiście życzę Wam, żeby każda książka, która przypadkiem trafi w Wasze ręce, była dla Was taką niespodzianką, jaką „Czerwone liście” były dla mnie.

(c)Wszystkie prawa zastrzeżone. Kopiowanie bez zgody autora zabronione.

Wyświetleń: 6615
Dodaj komentarz
Przeczytaj komentarze
ilość komentarzy: 23
Użytkownik: dot59Opiekun BiblioNETki 2011-07-01 08:21 napisał(a):
Odpowiedź na: Południe Stanów Zjednoczo... | OLi_10
Doskonała recenzja! Gratuluję! Zachciało mi się wrócić do Faulknera...
Użytkownik: OLi_10 2011-07-01 11:47 napisał(a):
Odpowiedź na: Doskonała recenzja! Gratu... | dot59Opiekun BiblioNETki
Dziękuję serdecznie, bardzo miło się czyta takie słowa. :)

Przyjemnej lektury! :)
Użytkownik: Marylek 2011-07-01 11:20 napisał(a):
Odpowiedź na: Południe Stanów Zjednoczo... | OLi_10
Pięknie napisałeś, dziękuję. :)

I masz rację, jeśli zdołamy uruchomić szare komórki, to żaden sztafaż w rodzaju zombi i plam krwi nie będzie już potrzebny. Bo wszystko jest w głowie.
Użytkownik: OLi_10 2011-07-01 11:44 napisał(a):
Odpowiedź na: Pięknie napisałeś, dzięku... | Marylek
To ja dziękuję :)

I nie ukrywam, że to Twoja recenzja "Absaloma" była dla mnie inspiracją i zachętą do wzięcia się za "Czerwone liście". ;) Na Biblionetce nie ma zbyt wielu recenzji utworów Faulknera, a zbioru opowiadań chyba nikt do tej pory nie ruszył, postanowiłem więc, że spróbuję swych sił. ;)
Użytkownik: Marylek 2011-07-01 11:51 napisał(a):
Odpowiedź na: To ja dziękuję :) I ni... | OLi_10
I dobrze zrobiłeś, recenzja od razu z najwyższej półki. :)
Użytkownik: OLi_10 2011-07-01 12:10 napisał(a):
Odpowiedź na: I dobrze zrobiłeś, recenz... | Marylek
Bardzo, bardzo Ci dziękuję. :D Wyjątkowo miłe to uczucie, gdy napisane przez nas teksty podobają się też innym. :)
Użytkownik: idiom1983 2021-07-13 14:29 napisał(a):
Odpowiedź na: Południe Stanów Zjednoczo... | OLi_10
Znakomita recenzja! Absolutny top wszystkich, jakie przeczytałem na BiblioNETce! Kiedy się z nią zapoznałem, naszła mnie taka oto refleksja. W XIX wieku w muzyce niemieckiej wykształcił się podział na zwolenników twórczości Wagnera i Brahmsa. W XX wieku w literaturze amerykańskiej wykształcił się podział na zwolenników pisarstwa Hemingwaya i Faulknera. Obaj otrzymali Literacką Nagrodę Nobla, obaj byli weteranami I wojny światowej, ale styl twórczości obydwu wielkich pisarzy diametralnie różnił się od siebie. U behawiorysty Hemingwaya liczyła tylko chwila obecna, "tu i teraz" i aktywne, poparte czynem postępowanie bohaterów wobec wyzwań stawianych im przez los. Tymczasem u Faulknera o wiele bardziej niż poszczególni bohaterowie liczy się łączące ich wszystkich spoiwo - zmitologizowane i brutalnie obdzierane z tego mitu Południe Stanów Zjednoczonych. W istocie rzeczy to ono było kolebką USA, a w wojnie secesyjnej ponad 100000 rdzennych Południowców walczyło po stronie Unii. Jednym z nich był pochodzący z Louisiany generał William Tecumseh Sherman, pomysłodawca słynnego "marszu do morza", gdzie wojska Unii stosowały taktykę spalonej ziemi, paląc i niszcząc wszystko, cokolwiek napotkały na swojej drodze. O tym właśnie wydarzeniu opowiada powieść, na którą chciałbym zwrócić Twoją uwagę - "Długi marsz" E. L. Doctorowa. Za kolumną zwycięskich Jankesów ciągnie pochód pokonanych Południowców, a w miarę długiej wędrówki zaciera się granica między zwycięzcami - od teraz odpowiedzialnymi za los zdobytej przez siebie ziemi i jej mieszkańców - a pokonanymi, którym nigdy nikt nie zabroni myśleć po swojemu. Jeśli interesuje Cię historia amerykańskiego Południa sięgnij po tę powieść. Nie zawiedziesz się. Pozdrawiam.
Użytkownik: OLi_10 2021-07-20 13:27 napisał(a):
Odpowiedź na: Znakomita recenzja! Absol... | idiom1983
Dzięki wielkie! Od dawna już nie piszę BiblioNetkowych recenzji, miło więc czytać, że nie tylko Ci się podobało, ale fajnie też widzieć, że moje recenzje dalej żyją (ze zdumieniem zorientowałem się, że tę reckę napisałem... 10 lat temu!).

Jeśli chodzi o Twoją analizę obu pisarzy - absolutnie się z nią zgadzam. Pewnie znasz opowiadanie Hemingwaya "The Killers"? Dla mnie jest to taka kwintesencja jego stylu i doskonale obrazuje to, o czym piszesz - istnieje jakiś świat przedstawiony, ale jest on tak naprawdę tłem dla postaci, pretekstem, by przedstawić relacje kilku osób, ich działania i wybory (albo ich brak). A może inaczej - świat jako niezainteresowane człowiekiem tło, dość częsty, jak mi się zdaje, Hemingwayowski zabieg (tzn. świat/społeczeństwo jako widz zmagań jednostek, raczej bezstronny, a czasem zupełnie obojętny), ciężar historii spada więc na bohaterów i ukazuje nam, w jaki sposób reagują - lub w jaki sposób przeciwstawiają się temu zimnemu wszechświatowi.

Z drugiej strony, jak wspomniałeś, mamy Faulknera, gdzie jednak akcent jest przesunięty w drugą stronę. Np. taka "Róża dla Emilii" - tutaj akcja skupia się na otoczeniu, a nie na jednostce, na postrzeganiu osoby przez społeczeństwo. Można nawet powiedzieć, że gdyby zmienić perspektywę, to w ogóle tego opowiadania nie dałoby się napisać. Ludzie odgrywają tu mniejszą rolę, bo są wciągnięci w działania wszechświata i stają się często ofiarami okoliczności.

Dlatego Twoje porównanie bardzo mnie zaintrygowało, przyznam, że sam jakoś nigdy nie łączyłem tych dwóch pisarzy (może dlatego że jednak bardziej intrygował mnie zawsze Faulkner, a Hemingway jakoś tak... średnio, no ale to temat na inną rozmowę), dzięki za ten trop. :)

Dziękuję też za bardzo ciekawą rekomendację, książka już wylądowała w schowku i jak tylko nadarzy się okazja - przeczytam! :)

Pozdrawiam serdecznie!
Użytkownik: idiom1983 2021-07-20 14:22 napisał(a):
Odpowiedź na: Dzięki wielkie! Od dawna ... | OLi_10
W wolnej chwili, jeśli będziesz miał ochotę, zerknij proszę na moją recenzję "Komu bije dzwon" Hemingwaya. pt. "Dwie Hiszpanie, jedna wojna, mnóstwo prawdy o człowieku". Krytyczny komentarz też będzie bardzo mile widziany. Zawsze dobrze jest podyskutować o literaturze z innym miłośnikiem książek i czytania, szczególnie po pandemicznym lockdownie. A wracając do "Długiego marszu" to E. L. Doctorow jest, a raczej był, bo stosunkowo niedawno zmarł, ulubionym pisarzem Hanny Krall. W ogóle w literaturze amerykańskiej można wyróżnić swoistego rodzaju "fale" twórczych generacji pisarzy, żyjących mniej więcej w tym samym czasie i poruszających podobną tematykę: Washington Irving, Fenimore Cooper, Melville, Allan Poe, Hawthorne, potem James i Twain, a jeszcze później przychodzi najwybitniejsza chyba generacja amerykańskich pisarzy z Hemingwayem, Faulknerem, Scottem Fitzgeraldem, Dos Passosem, Steinbeckiem, Mitchell, Caldwellem i Salingerem. Doctorow, podobnie jak Updike, De Lillo, Saroyan, Jones, Styron i Bellow należą do grupy bardzo dobrych, bardzo ciekawych, ale przynajmniej w Polsce o wiele mniej znanych i rzadziej czytanych autorów. Atutem każdego z nich jest coś, co określam poczuciem tzw. "słuchu społecznego", gdzie po mistrzowsku obnażają, opisują i komentują przemiany, jakie zachodzą w USA po II wojnie światowej. Warto zwrócić na nich swoją czytelniczą uwagę, gdyż to, co mają nam do powiedzenia o swoim kraju przed kilku dekadami: triumf konsumpcjonizmu, egocentryzmu, rozpad tradycyjnych wartości moralnych i etycznych - dobitnie spełnia się dzisiaj także w kraju nad Wisłą. Pozdrawiam serdecznie!
Użytkownik: Losice 2021-07-20 22:31 napisał(a):
Odpowiedź na: W wolnej chwili, jeśli bę... | idiom1983
Myślę, że wyczulonym "słuchem społecznym" charakteryzowali się również Carson McCullers i Philip Roth (ten ostatni szczególnie dla pokolenia wojny w Wietnamie).
Bardzo ciekawe "falowe" ujęcie generacji pisarzy amerykańskich.
Użytkownik: idiom1983 2021-07-20 23:40 napisał(a):
Odpowiedź na: Myślę, że wyczulonym "słu... | Losice
Kobiety we współczesnej literaturze amerykańskiej (rozumianej jako dziedzictwo całego amerykańskiego kontynentu, a nie obywatelstwa USA) odgrywają pierwszoplanową i niepoślednią rolę. Obok wspomnianej przez Ciebie Carson McCullers warto wymienić tu jeszcze choćby noblistkę Toni Morrison, autorkę genialnej powieści "Umiłowana", Harper Lee, autorkę kultowej już powieści "Zabić drozda", Joyce Carol Oates, czy Ursulę Le Guin. Są Kanadyjki Margaret Atwood i noblistka Alice Munro oraz Meksykanka o polskich korzeniach Elena Poniatowska. A także jeszcze wiele innych znakomitych autorek, których wszystkich nie sposób wymienić w jednym krótkim komentarzu. Pozdrawiam serdecznie!
Użytkownik: LouriOpiekun BiblioNETki 2021-07-21 10:53 napisał(a):
Odpowiedź na: W wolnej chwili, jeśli bę... | idiom1983
Skoro Ty polecasz swoje, to i ja Tobie polecę - wybitną książkę z tematu "wrażliwości społecznej" i "kwestii Murzynów w USA", czyli napisaną przez nb Afroamerykanina powieść Niewidzialny człowiek (Ellison Ralph) - takoż swoją recenzję polecam :)

A co do "Czerwonych liści" - zakrawa na swego typu ironię, że jest to jedyna książka Faulknera, którą znalazłem na półce w domu rodzinnym. Przeczytałem już 5 innych książek tegoż autora i uważam go za jednego z najlepszych pisarzy wszech czasów. Pora więc w końcu i ten zbiór opowiadań wziąć na tapet!
Użytkownik: idiom1983 2021-07-21 13:30 napisał(a):
Odpowiedź na: Skoro Ty polecasz swoje, ... | LouriOpiekun BiblioNETki
Dawno temu przymierzałem się, żeby przeczytać "Niewidzialnego człowieka", ale koniec końców zdecydowałem się na... "Azyl" Faulknera. Wiele spośród jego książek kupiłem u bukinistów za śmieszne niską cenę. Jego książki są stosunkowo rzadko wydawane w Polsce. Ostatnia edycja miała miejsce w Wydawnictwie Rebis, zdaje się, że już z kilkanaście lat temu. Twoją recenzję na pewno przeczytam i skomentuję. Stworzyłem i zamierzam przeczytać swoistego rodzaju "Pięcioksiąg amerykańskiej nowelistyki", na który będą się składać:
1.Edgar Allan Poe "Opowieści miłosne, śmiertelne i tajemnicze".
2. Herman Melville "Nowele i opowiadania".
3. Henry James "Daisy Miller i inne opowiadania"
4. Ernest Hemingway "49 opowiadań".
5. William Faulkner "Czerwone liście".

Pozdrawiam serdecznie!
Użytkownik: LouriOpiekun BiblioNETki 2021-07-21 14:39 napisał(a):
Odpowiedź na: Dawno temu przymierzałem ... | idiom1983
"Azyl" uważam za słabszą, niemal "niefauklnerowską" powieść Faulknera, więc zamienił stryjek… Ellisona trudno jest zdobyć, na alledrogo osiąga jakieś chore ceny, ja trafiłem w bbtece - i powiem Ci, że książka siedzi we mnie nadal, wydaje mi się być najważniejszą w tematach amerykańsko-rasowych, jakie przeczytałem (a trochę już tego jest).
Użytkownik: idiom1983 2021-07-21 16:30 napisał(a):
Odpowiedź na: "Azyl" uważam za słabszą,... | LouriOpiekun BiblioNETki
Z powieści Faulknera czytałem na razie tylko "Azyl", więc nie mam porównania wrażeń z lektury innych książek. Styl Faulknera mogę natomiast porównać do gęstej, pożywnej i treściwej zupy, która może nie zachwyca nas swoim smakiem, za to potrafi nasycić jak nic innego na świecie. "Niewidzialny człowiek" cały czas był w moim schowku. Z pewnością niedługo po niego sięgnę. Pozdrawiam.
Użytkownik: janmamut przedwczoraj, 08:23 napisał(a):
Odpowiedź na: "Azyl" uważam za słabszą,... | LouriOpiekun BiblioNETki
Ale "Azyl" jest wstępem do "Requiem dla zakonnicy", a tam zdania ze wstępów do aktów są już zdecydowanie Faulknerowskie.
Użytkownik: LouriOpiekun BiblioNETki przedwczoraj, 09:04 napisał(a):
Odpowiedź na: Ale "Azyl" jest wstępem d... | janmamut
Zbyt małe jest moje doświadczenie z Faulknerem, bym potrafił szerzej dyskutować - póki co za referencyjną uważam "Absalomie, Absalomie…" oraz "Wściekłość i wrzask". Zaś "Azyl" jest - jak na tego autora - taki zwyczajny ;)
Użytkownik: janmamut przedwczoraj, 09:33 napisał(a):
Odpowiedź na: Zbyt małe jest moje doświ... | LouriOpiekun BiblioNETki
Bo "Azyl" został napisany dla pieniędzy, nie dla sławy. Oczywiście "Absalomie, Absalomie..." to arcydzieło, a do "Requiem..." zachęcam, bo jest o dalekich skutkach wydarzeń z "Azylu".
Użytkownik: LouriOpiekun BiblioNETki przedwczoraj, 11:45 napisał(a):
Odpowiedź na: Bo "Azyl" został napisany... | janmamut
O tej "usterce" "Azylu" wiem, choć nie jestem przekonany, czy inne powieści zostały napisane "dla sławy" - czy też sława przyszła sama, a zostały napisane z wewnętrznej potrzeby… czego? Pole do dyskusji, może do zagłębienia się w biografie Faulknera. A na razie mam wypożyczone "Kiedy umieram", zaś na półce czekają owe "Czerwone liście".
Użytkownik: idiom1983 przedwczoraj, 16:05 napisał(a):
Odpowiedź na: O tej "usterce" "Azylu" w... | LouriOpiekun BiblioNETki
Wśród amerykańskich krytyków i znawców twórczości Faulknera panuje przekonanie, że "Kiedy umieram" jest jego najlepszym dziełem. Nie tak głośnym jak "Wściekłość i wrzask", "Absalomie, Absalomie..." czy "Światłość w sierpniu" niemniej jednak najlepszym, gdyż łączy ono w sobie w optymalny sposób wszystkie najmocniejsze atuty stylu i formy prozy Faulknera.
Użytkownik: LouriOpiekun BiblioNETki przedwczoraj, 16:09 napisał(a):
Odpowiedź na: Wśród amerykańskich kryty... | idiom1983
Ojej, żebym tylko oczekiwań zbytnio nie zwiększył, już i tak mocno nakręciłem się tym tekstem i dyskusją: Pierwsze spotkanie z Faulknerem już za mną
Użytkownik: idiom1983 przedwczoraj, 16:27 napisał(a):
Odpowiedź na: Ojej, żebym tylko oczekiw... | LouriOpiekun BiblioNETki
Ja uważam, że do Faulknera trzeba po prostu dorosnąć. Życie Faulknera przypadło na niezwykle newralgiczny okres w historii USA i całego amerykańskiego Południa. Wojna secesyjna została przegrana, niewolnictwo formalnie zniesiono, ale mnogości rasistowskich uprzedzeń niewielu zdążyło się wyzbyć. W latach 30-tych, a więc w czasie pisarskiego debiutu Faulknera, rasistowskie prawo stanowe na Południu, koncesjonowane przez federalny Sąd Najwyższy w Waszyngtonie, posłużyło za wzór dla nazistów przy tworzeniu ustaw norymberskich. A wszystko to działo się w kraju, powszechnie uznawanym za oazę wolności i kolebkę demokracji. O tym właśnie zdaje się pisać Faulkner - mój kraj jest pięknym kłamstwem, a ja muszę pisać prawdę, żeby w owym kłamstwie nie pełnić funkcji złotoustego wodzireja.
Użytkownik: OLi_10 2021-07-21 14:36 napisał(a):
Odpowiedź na: W wolnej chwili, jeśli bę... | idiom1983
O proszę, nim zdążyłem odpisać, do dyskusji włączyli się także Losice i Louri, co mnie bardzo cieszy, bo podrzucacie wiele ciekawych tropów, rekomendacji i spostrzeżeń. Mam nadzieję, że się nie obrazicie, jeśli odniosę się do wszystkiego w tym poście, bo trudno mi zdecydować, w którym miejscu powinienem odpowiedzieć. :)

Z chęcią przeczytam i dam znać, co myślę o Twojej recenzji (i oczywiście o recenzji Louri).

Głupio się przyznać, ale np. Doctorow jest mi nieznanym pisarzem (a np. o Updike'u i Saroyanie słyszałem, ale jakoś nigdy się nie udało się sięgnąć, tymczasem Ellisona dawno temu dodałem na listę "do przeczytania") - dzięki Wam mój schowek wypełnia się ciekawymi nazwiskami. Jeśli o mnie chodzi, to jakoś najbardziej ze wszystkich wymienionych przemawia do mnie Poe - wg mnie jeden z mistrzów krótkiej formy - choć u niego ten wspomniany słuch społeczny jest chyba słabszy niż u innych wspomnianych (ale to raczej z wyboru, a nie dlatego, że nie miał nic do powiedzenia w tym temacie). We wszystkich jego utworach widzę głównie zmagania jednostki - i to głównie z własnym wnętrzem, z samą sobą, mniej natomiast ze światem. Rzekłbym nawet, że dla niego społeczeństwo i reszta świata to bardziej tło osobistych tragedii niż ważny element historii.

Jeśli chodzi o "triumf konsumpcjonizmu, egocentryzmu, rozpad tradycyjnych wartości moralnych i etycznych", to krótko napiszę, że zdaje mi się, iż jest to sprawa, która nie tylko dotknęła Polskę, ale niemal cały świat; sądzę też, że ten proces zaczął się na świecie w latach 50. XX wieku, może nawet wcześniej. Jest to bardzo ciekawy i bardzo obszerny temat, o którym można by długo pisać.

To ja też dorzucę do wymienionych pisarzy jednego Amerykanina, który też w ciekawy sposób malował swoje czasy i społeczeństwo (a także przemiany na amerykańskim Południu) - Walkera Percy'ego. Przeczytałem co prawda tylko jego "Kinomana" i nie powiem, żebym zapałał do tej powieści miłością, ale doceniam jego kunszt i do dziś tę książkę doskonale pamiętam, choć zapoznałem się z nią już dość dawno temu. Być może czas do niego wrócić i zobaczyć, czy po latach bardziej do mnie przemówi?

Tak nieco na marginesie - polecam wypowiedź Twaina na temat Coopera, w której to mocno krytykuje autora "Ostatniego Mohikanina". Z większością jego zarzutów się nie zgadzam, ale uważam, że i tak to ciekawa rzecz. Można ją przeczytać tutaj: https://www.gutenberg.org/files/3172/3172-h/3172-h.htm

Pozdrawiam serdecznie!
Legenda
  • - książka oceniona przez Ciebie - najedź na ikonę przy książce aby zobaczyć ocenę
  • - do książki dodano opisy lub recenzje
  • - książka dostępna w naszej księgarni
  • - książka dostępna u innych użytkowników (wymiana, kupno)
  • - książka znajduje się w Twoim schowku
Patronaty Biblionetki
Biblionetka potrzebuje opiekunów
Recenzje

Użytkownicy polecają:

Redakcja poleca: