Dodany: 2010-10-05 01:12|Autor: TOMPAP

Podróż w głąb umysłu feministki


Ponieważ nie jestem literaturoznawcą, nie mam pojęcia o metodach i sposobach analizy dzieła literackiego. Nie wątpię jednak, że pośród wielu istnieje również taka, która poprzez czytanie tekstu pragnie powiedzieć coś o jego autorze. I na tym właśnie mam zamiar się skupić. Ta opasła, bo licząca niemal 1350 stron cegła wiele mówi nie tylko o p. Bradley, ale o feministkach w ogóle. Zabawmy się wobec tego w podróżników-fenomenologów i dokonując swoistej redukcji ejdetycznej, spróbujmy dotrzeć do samego rdzenia feminizmu, a "Mgły Avalonu" potraktujmy jako wykład światopoglądu Autorki, który zawarła między wierszami. Potencjalnych czytelników ostrzegam, że w dalszej części recenzji znajdują się elementy fabuły. Kto nie chce ich znać, niech od razu przejdzie do ostatniego akapitu.

Książkę po raz pierwszy wydano w 1979 r. i jest ona nieodrodnym dzieckiem swoich czasów. Przypomnijmy: zarówno w Stanach, jak i w Europie Zachodniej hulała wówczas w najlepsze rewolucja obyczajowa. Od połowy lat sześćdziesiątych kontestowano wszystko, na czym dotychczas opierała się tzw. "cywilizacja Zachodu". Odrzucano rodzinę jako podstawową formę komórki społecznej, próbując zastąpić ją komuną. Dotychczasowy pogląd na seksualność jako sferę intymną uznano za "opresyjny" i próbowano zastąpić go ideą "wolnej miłości". Za opresyjne uznano również chrześcijaństwo, w szczególności rzymskokatolickie, w związku z czym zaczęto zwracać się ku religiom Wschodu; powstał do bólu postmodernistyczny New Age, będący eklektycznym połączeniem różnych wierzeń, czymś w rodzaju "religijnego patchworku". Zliberalizowano również podejście do narkotyków, uznając je za "bramę do nowego świata". Ćpali wówczas wszyscy. Od popalających trawkę hipisów po eksperymentującego z LSD Ernsta Jüngera, jednego z najważniejszych niemieckich pisarzy ubiegłego stulecia. Książka Bradley doskonale się w to wszystko wpisuje.

Już na pierwszych stronach, kiedy główna bohaterka w formie pamiętnika rozpoczyna snucie swojej opowieści, atakuje nas postmodernizm. Dowiadujemy się, że jakkolwiek nie ma nic przeciwko Chrystusowi, to jednak nienawidzi jego kapłanów, którzy nauczanie Nazarejczyka wypaczyli dla swoich własnych celów. Wybiórcze dobieranie faktów już na pierwszych stronach, a wystarczyło przecież poznać doktrynę Kościoła katolickiego, żeby dowiedzieć się, że Kościół, jako "oblubienica pańska", jest nierozłączny ze Zbawicielem. Oczywiście można wyjść z założenia, że "ja wiem lepiej" i odrzucić trwające już dwa tysiące lat spory teologiczne na rzecz własnego zdania, ale wówczas obniżamy wartość tekstu, dając czytelnikowi "własne zdanie" zamiast realizmu. Bradley postawiła na własne mniemania, co niestety męczy przez wszystkie te tysiąc trzysta pięćdziesiąt stron. Nienawiść do religii chrześcijańskiej osiąga w tej powieści momentami granice absurdu. Żeby było jasne - nie każę nikomu być chrześcijaninem ani nie mam nic przeciwko krytyce tej religii, wręcz przeciwnie, sam jestem zdania, że gdyby księżom nie patrzeć na ręce, mielibyśmy powrót do czasów Borgiów. Niemniej jednak tutaj nie mamy do czynienia z żadną krytyką. Opierając się na własnych mniemaniach co do religii, Bradley z lubością oczernia ją, kiedy tylko nadarzy się okazja. W tej książce wszyscy księża bez wyjątku są fanatycznymi, niewykształconymi półgłówkami, niezdolnymi do podjęcia jakiejkolwiek dyskusji. Szanowna autorka zapomniała chyba, że świat nie jest czarno-biały i nawet wśród tak podłego gatunku ludzi, jakim są chrześcijanie, zdarzają się mądre jednostki. Wiedział to Sapkowski, kiedy pisał swoją "Trylogię Husycką". Jego również trudno posądzać o chrześcijańskie sympatie, a jednak nie wahał się pokazać husytów-morderców i pełnych altruizmu katolickich księży. Nie wspomnę już o arcypostępowym Wiktorze Hugo, który swoich "Nędzników" zaczyna od wprowadzenia na scenę dobrodusznego księżulka. Można? Można! W "Mgłach Avalonu" niestety brak takiego wyważenia, przez co powieść momentami zwyczajnie męczy i wywołuje na twarzy uśmiech politowania. Autorka do tego stopnia zatraciła miarę, że w jej powieści nawet świeccy chrześcijanie są co najmniej głupi, a najczęściej brzydcy i głupi. Gwenifer, żona Artura, jedna z najciekawszych postaci książki (o czym na końcu), głupieje wprost proporcjonalnie do nawracania się. Najpierw widzimy ją jako małą dziewczynkę o otwartym serduszku, a kilkaset stron później jest to już czystej wody fanatyczka i hipokrytka. Podobnie z Balinem, który nawrócił się na chrześcijaństwo, podczas gdy brat jego Balan pozostał poganinem. I tutaj również: Balin to porywczy półgłówek, a Balan - honorowy i rezolutny młodzieniec. W toku rozwoju fabuły Morgiana poślubia starego króla Uriensa. Uriens ma dwóch synów, Avallocha i Accalona. Pierwszy jest chrześcijaninem, drugi poganinem. Pierwszy jest przygłupim brutalem, traktującym swoją żonę jak psa, brzydkim i cuchnącym, natomiast drugiemu niejeden gentleman mógłby pozazdrościć manier. Jednak nie tylko w przypadku postaci mamy do czynienia z rażącymi przejaskrawieniami. Jeszcze gorzej jest, kiedy autorka sili się na ukazanie światopoglądowych sporów pomiędzy przedstawicielami jednej i drugiej wiary. Wówczas katolicy albo nie mają do powiedzenia nic, albo są w stanie wykrzesać z siebie jedynie frazesy rodem z "Radia Maryja". Coś do powiedzenia mają jedynie poganie, choć i tak kiepsko im to wychodzi. W jednej ze scen Merlin Taliesin rozmawia z Gwenifer na temat wolności sumienia. Niestety, ten wykształcony ponad miarę mędrzec i druid, znający biegle łacinę i grekę (w tej książce języki klasyczne znają poganie, księża z reguły nie potrafią w ogóle pisać, co jest wierutną bzdurą, jeśli umiejscowić akcję mniej więcej w V w. po Chrystusie), filozofię i astronomię, nie jest w stanie wykrzesać z siebie nic więcej ponad argumentację na poziomie współczesnego gimnazjalisty. Z całej dyskusji dowiadujemy się tylko, że wszyscy bogowie są jednym bogiem, który nie poniża się do zaglądania ludziom do alkowy, a ludzie powinni móc robić, co chcą i do czego są od wieków przyzwyczajeni. Niestety, bohater, z którego niemalże przez całą powieść robi się najmądrzejszego człowieka w znanym świecie, powinien mieć więcej do powiedzenia. Nawet jeśli rozmawia z niewykształconą królową, wykazującą w wierze typową gorliwość neofity. Być może autorka to dostrzegła, ponieważ z reguły te nieporadnie skonstruowane spory ucina stwierdzeniem w stylu "Gwenifer miała wrażenie, że coś jest nie tak z argumentacją, ale postanowiła nie drążyć tematu". Nikt nie każe Bradley znać się na teologii i filozofii. Ale jeśli się nie zna, niech nie próbuje jej uprawiać, bo wychodzi to żenująco. Tyle o postaciach. A sama religia w jej warstwie filozoficznej? Tutaj, niestety, również "Mgły Avalonu" nie wypadają najlepiej. Feministki, które sensem swojego istnienia uczyniły walkę z uprzedzeniami, jakimś dziwnym trafem nie mogą pozbyć się uprzedzeń w stosunku do chrześcijaństwa. Nie tylko wobec katolików, lecz również ich religii Bradley powiela nieprawdziwe stereotypy. Mamy więc chrześcijaństwo przedstawione jako doktrynę przeznaczoną dla ludzi słabych psychicznie, która każe im tłumić ich popędy, zniewala i sprowadza do poziomu bezmyślnych sług katolickich księży. Nic to, że to samo chrześcijaństwo wydało na świat znakomitych filozofów, mężów stanu, doprowadziło do rozwoju nauki, bez którego nie mielibyśmy w ogóle Oświecenia i było "odpowiedzialne" za wiele innych rzeczy. Ważne, że zdaniem autorki produkuje tylko ludzi bezmyślnych i smutnych. Ponieważ Autorka nie znała Sołowjowa (lub udała, że nie zna), z kart jej powieści możemy dowiedzieć się, że chrześcijaństwo przeciwne jest ludzkiej seksualności, a kobiety każe traktować jako gorsze od mężczyzn (chociaż już św. Paweł pisał, że kobieta należy do męża, a mąż należy do kobiety i razem stanowią jedność).

Kolejną rzeczą, która razi, są stosunki międzyludzkie. "Stosunki" dosłownie i w przenośni, ponieważ w świecie wykreowanym przez Bradley wszystko opiera się na seksie. Kiedy Morgiana pragnie okazać współczucie okaleczonemu Merlinowi Kevinowi, idzie z nim do łóżka. W ogóle w tej powieści stosunki damsko-męskie zostały sprowadzone do poziomu aktu seksualnego. Agape? Caritas? Nie ma tam w ogóle miejsca na takie formy uczuciowości. Jest tylko eros odmieniony przez wszystkie przypadki. Poślubionych sobie ludzi nie dziwi nawet, że ich małżonkowie biorą na noc zupełnie obcych kochanków. Nie wątpię, że tacy ludzie też żyją na tym świecie. Ale wszyscy? Wolna miłość ponad wszystko. A jeśli urodzą się dzieci, zawsze można je wyskrobać. W tym przypadku Bradley chyba przelała na karty powieści swoje marzenia wyzwolonej kobiety, ponieważ aborcja jest tam bezproblemowa. Wystarczy wypić jakieś ziółka i voilà! Po kłopocie. Żadnego poaborcyjnego syndromu, problemów zdrowotnych ani niczego takiego. Kobieta po prostu pozbywa się "problemu" i już następnej nocy może lecieć do alkowy kolejnego rycerza.

Wiemy już, co Szanownej Autorce się nie podoba, więc teraz możemy zobaczyć, czym cały ten religijny terror próbuje zastąpić. Innymi słowy, jak wyglądają wartości pogańskiego świata, który stoi w opozycji do wkraczającego na angielskie ziemie katolicyzmu? A wobec tego, jeśli na początku założyliśmy, że tekst książki jest wykazem poglądów jej Twórcy, czym w 1979 r. Marion Zimmer Bradley zastąpiłaby ów obmierzły, dominujący w świecie patriarchat? Nieciekawe to, moim zdaniem, propozycje. Po pierwsze, człowiek nie jest w świecie Avalonu człowiekiem od narodzin do śmierci. Bycie człowiekiem zaczyna się w wieku niemowlęcym, a kończy wówczas, gdy człowiek jest niedołężny. O bezproblemowej aborcji już pisałem. Ale jest i eutanazja. Jedna z przyjaciółek Viviany zapada na, jak możemy się domyślić, raka. Viviana przybywa do jej zamku, preparuje miksturę z ziółek i kobietę najzwyczajniej w świecie uśmierca. Po tym wszystkim odczuwa jedynie smutek wynikający z utraty bliskiej osoby. Żadnej refleksji moralnej na temat, czy zabijając zrobiła źle, czy dobrze. Chęć bycia zabitym rozwiązuje najwyraźniej, zdaniem Bradley, problem odpowiedzialności moralnej tego, kto zabił. Viviana popłacze po stracie przyjaciółki i pojedzie do siebie. Nad tym, czy zabicie matki było czynem złym, czy dobrym, zastanowi się Balin (doszedł do wniosku, że złym). Ale kto by tam się nim przejmował, przecież to chrześcijański fanatyk. Najwyraźniej zdaniem Bradley jeśli ktoś chce być zabity, to ta chęć zwalnia zabijającego od jakiejkolwiek moralnej odpowiedzialności. Inną kwestią jest wychowanie. W Avalonie jeśli już mama zostanie zapłodniona podczas święta Beltanu i postanowi urodzić dziecko, natychmiast zostaje ono jej odebrane i przekazane kapłankom na wychowanie. W tym doskonałym, pogańskim świecie nikt nie wie, czyim jest dzieckiem. Np. Morgiana zna ojca, ale nie matkę. I tak jest z wieloma bohaterami. Moim zdaniem, mało kusząca perspektywa. Summa summarum cały ten Avalon, jeśli odrzeć go z fantastycznego sztafażu pradawnych gajów, dzikiej natury, leśnych skrzatów i magicznych źródełek, okazuje się czymś na kształt kibucu lub wręcz radzieckiego kołchozu. Taki świat marzy się Bradley, a ja tylko cieszę się, że na pisaniu powieści skończyła.

Na koniec wytykania błędów w tej znakomitej powieści, a dlaczego znakomitej, dowiecie się za moment, argument najcięższego kalibru. XX-wieczny kolumbijski filozof Nicolás Gómez Dávila powiedział, że "relatywista rzadko relatywizuje sam siebie". Prawdziwość tej maksymy środowiska lewicowo-liberalne udowadniały wielokrotnie, a i w przypadku Bradley okazuje się ona prawdziwa. Chrześcijanie są źli, ponieważ przybyli na pogańskie ziemie Anglii i zaczęli narzucać zamieszkującym je ludom swoją religię, chcąc być panami ich sumień. Z punktu widzenia Bradley jest to stanowisko naganne, ponieważ tłamsi wolność wyboru. Taką opinię wyraża ustami Merlina w przytoczonym powyżej sporze z Gwenifer. Problem w tym, że Autorka sama zapędziła się w kozi róg i nie jest konsekwentna. Ponieważ czas akcji w powieści rozciągnięty został na kilkadziesiąt lat, sytuacja w pewnym momencie odwraca się i jesteśmy świadkami tego, jak w zdominowanej przez chrześcijaństwo Anglii poganie stają się mniejszością. Morgiana jednak postanawia wziąć sprawy w swoje ręce i przystępuje do "rekonkwisty". I tutaj pojawia się pytanie: skoro argumentem przeciwko chrystianizacji była możliwość utrzymania wolności pogan do celebracji ich religii, to dlaczego nie ma nic złego w tym, żeby, już po przyjęciu nowej religii, zmusić siłą świeżo nawróconych wyznawców Jezusa, aby powrócili do dawnych wierzeń? Morgiana w zasadzie się nad tym nie zastanawia. Po prostu postanawia przywrócić stary porządek i przystępuje do dzieła, robiąc dokładnie to, co wcześniej tak przez nią znienawidzeni księża-misjonarze. Jedynym zaś jej argumentem jest "bo taka jest wola Bogini". I tyle. Widocznie Bradley uznała, że fanatyzm stanowi domenę jedynie chrześcijan, natomiast wszyscy inni oświecają.

Tyle w tej powieści minusów, które momentami raziły mnie do tego stopnia, że czułem się, jak gdybym czytał kiepską femino-agitkę, a nie jedną z najznakomitszych powieści fantasy w historii gatunku. Co w takim razie sprawia, że człowiek nie może oderwać się od tych 1350 stron? Odpowiedź brzmi: psychologia postaci. Gdyby z tej powieści zrobić dramat niesceniczny, coś na kształt "Fryderyka Wielkiego" Nowaczyńskiego, gdyby się skupić na dylematach i problemach bohaterów, a odrzucić cały ten przesadnie zideologizowany świat przedstawiony, byłoby to dzieło niemal doskonałe. Przed naszymi oczyma przewija się kilkudziesięciu bohaterów, a każdy jest tak wiarygodny i "pełnokrwisty", że niejeden pisarz głównego nurtu mógłby się od Bradley uczyć. Moim zdaniem najważniejsze, bo najlepiej skonstruowane, są trzy postacie. Igriana, matka Morgiany, Morgiana właśnie i, przede wszystkim, Gwenifer. Gwenifer to znakomite studium upadku człowieka, który na skutek własnej ułomności to oddala się, to przybliża do Boga. Gwenifer wzbudza współczucie. Wątła, chora na agorafobię, rozdarta pomiędzy miłością do Lancelota i Artura, a w dodatku niemogąca mieć dzieci, stacza się w kierunku religijnego fanatyzmu. Ponieważ nie potrafi zaakceptować tego, że jest jałowa, ima się wszelkich środków, żeby dać Arturowi potomka. Jako chrześcijanka próbuje być bardziej święta od świętych, co powoli doprowadza ją do dewocji i hipokryzji. Ten stan pogłębia pożądanie Lancelota, z którym to pożądaniem ani ona, ani on nie może sobie poradzić. Bradley doskonale pokazała, czym kończy się brak akceptacji własnej osoby. Albo też - tutaj wersja dla ludzi wierzących - niezrozumienie, że chodzimy drogami wyznaczonymi przez Boga i musimy akceptować jego wyroki. Równie tragiczna jest postać Igriany, rozdartej pomiędzy miłością do Uthera a obowiązkiem odwdzięczenia się za dobro Gorloisowi. Natomiast Morgiana to kobieta przeklęta, która najpierw staje się narzędziem swojej ciotki, a później dostaje ciężką lekcję od Bogini, która w bolesny sposób udowadnia jej, że w rękach bogów jesteśmy tylko narzędziami do realizacji celów dla nas niepojętych i jeśli próbujemy działać z własnej woli, a bez ich błogosławieństwa, to zawsze kończy się to dla nas tragicznie.

Teraz akapit specjalnie dla tych, którzy książki jeszcze nie czytali. Czy warto przeczytać "Mgły Avalonu"? Jak najbardziej. Nie tylko dlatego, że jest to dzieło kanoniczne dla gatunku. Nie tylko dlatego, że olśniewa nieśpieszną narracją i sugestywnym językiem, który sprawia, że nie możemy się od tej powieści oderwać. "Mgły Avalonu" warto przeczytać przede wszystkim dlatego, że jest to dzieło bogate treściowo, wielowarstwowe. To fascynująca podróż w tragiczny świat ludzkich wyborów, nieustannie wymuszanych przez walec historii. Każdy wyniesie z niej coś dla siebie, pomimo licznych niedoróbek i irytującej ideologicznej agitacji, często utrudniającej czerpanie przyjemności z lektury. Jednak, mimo wszystko, warto.

(c)Wszystkie prawa zastrzeżone. Kopiowanie bez zgody autora zabronione.

Wyświetleń: 5064
Dodaj komentarz
Przeczytaj komentarze
ilość komentarzy: 3
Użytkownik: LouriOpiekun BiblioNETki 2010-10-14 10:45 napisał(a):
Odpowiedź na: Ponieważ nie jestem liter... | TOMPAP
Świetna recenzja, doskonale wyważony krytycyzm. Teraz tylko muszę trochę odczekać z czytaniem samej książki, by Twój tekst zbytnio nie wpłynął na mój odbiór :)
Użytkownik: wwwojtusOpiekun BiblioNETki 2010-10-14 12:12 napisał(a):
Odpowiedź na: Ponieważ nie jestem liter... | TOMPAP
Bradley napisała tę książkę mocno inspirując się ruchem wiccan. Jest to próba retellingu mitu arturiańskiego z punktu widzenia matriarchalnego systemu celtyckiego - odmiennej religii i systemu wartości. Artur z reguły jest przedstawiany i kojarzony jako chrześcijański król, a Graal też jest chrześcijańskim symbolem i ogólnie świat przedstawiony jest patriarchalny, z czym Bradley polemizuje. Jeśli spojrzeć na to od tej strony, to książka ta musi być napisana w ten sposób, że wygląda na feministyczna i antychrześcijańska agitkę - inaczej dopiero byłoby sztucznie!

Polecam Świat króla Artura; Maladie (Sapkowski Andrzej) żeby zapoznać się z mitem arturiańskim i rożnymi jego wersjami.
Użytkownik: LouriOpiekun BiblioNETki 2011-03-22 12:18 napisał(a):
Odpowiedź na: Ponieważ nie jestem liter... | TOMPAP
Po niemal trzytygodniowej lekturze udało mi się "zmęczyć" to dzieło. Dorzucę więc swoje 3 grosze oraz ocenę (specjalnie odczekałem dość czasu, by pamiętać o recenzji, ale nie pamiętać jej szczegółów, "spoilerów" i oceny samej książki - prócz etykiety "feministycznej").
Chociaż miejscami uważam, że przesadzone jest widzenie antychrześcijańskości "Mgieł Avalonu" (jest to niewielka część tekstu), to wymowę powyższej recenzji popieram. Dorzucić mogę parę niekonsekwencji świata przedstawionego: czciciele Ceridwen mają swoją magię, która DZIAŁA - czciciele Chrystusa tylko uporczywie ględzą i próbują wszystkich wokół urobić na swoje, budując poczucie winy; system wierzeń Avalonu jest "złożony", natomiast religia katolicka "jest prosta, zawiera nieskomplikowane reguły, w sam raz dla prostaków i głupców" (tylko w ocenie autorki - brak dowodów na kartach książki); ostatnia rozmowa Morgiany z Lancelotem, gdzie mowa o nieuchronności ludzkiego losu, naturalności "przedmiotowości" człowieka w działaniach bogów/bogini, raczej kłóci się z ideą "wolności" i niezależności, którą (podobno) firmują feministki.
Autorka wykazuje bardzo płytką wiedzę nt. filozofii chrześciańskiej, lecz kreuje siebie na wnikliwą krytyk. Rozumiem, że może to być stylizacja, na potrzeby opowiedzenia historii "z przeciwnego punktu widzenia". Ale wychodzą tu raczej uprzedzenia (szczególnie, że wiele jest w powieści niezręczności wynikających z anachronizmów językowych czy współczesnej kategoryzacji), podczas gdy zręczniejsze byłoby ukazanie różnic jako niezrozumienie stanowiska chrześcijan, a nie jednostronna, wszystkowiedząca i nieomylna wyrocznia druidyczno-matriarchalna.
Niestety, świat, w którym przyszłoby żyć pod panowaniem Wielkiej Matki wcale nie wygląda bardziej różowo niż opanowany przez księży-fanatyków. I tak jedni mówiliby drugim jak żyć; zamiast żądnych władzy samców, na czele społeczeństwa stałyby żądne władzy samice, a świat zamiast rytmowi świąt chrześcijańskich, postom i "przeciwnemu naturze celibatowi" poddany zostałby rytmowi księżyca, krwawym rytuałom kanalizowania chuci oraz "zgodnemu z naturą dziewictwu oddawanemu Bogini" przez tresowane od małego dziewczynki-narzędzia. Mało pociągające.
Minusem książki są też ogromne dłużyzny, cokolwiek zaczyna się dziać dopiero od połowy "Mgieł ...". Powinno być wytłuszczone zdanie, które znalazłem na tylnej okładce: "Nie jest to opowieść o rycerskich czynach, lecz widziana kobiecym okiem wizja społeczeństwa u progu dziejowych zmian." Niezależnie od faktu pokrzywdzenia "kobiecego oka" tą oceną, zdanie to idealnie opisuje słowotok autorki. Może ja już wyrosłem z takiego typu fantasy, a może za dużo przeczytałem lepszych powieści, może też mam uprzedzenia czy nierealistyczne oczekiwania - jak by nie było, cieszę się, że mam tę lekturę za sobą!
Na koniec mam jednak kilka ciepłych słów. Wystawiłem książce 4.5, ponieważ rzeczywiście postaci są nakreślone znakomicie. Konstrukcja powieści jest przejrzysta, język bogaty i pozwalający przenieść się do świata króla Artura. Nie znam niestety (o wstydzie! mógłby ktoś rzec) legendy arturiańskiej, ale myślę, że mimo wszystko takie spojrzenie od "kobiecej" strony zostało tu dobrze uchwycone. Z tym większą ciekawością zapoznam się z "chrześcijańską wersją" historii rycerzy Okrągłego Stołu. I obawiam się, że zatęsknię do "Mgieł Avalonu", w których nawet kobiety "mają jaja", bo po tej oryginalnej spodziewam się niestety powiastki o wykastrowanych, świętoszkowatych rycerzykach na białych rumakach, pełnych "czystości", honoru i górnolotnych frazesów rozdmuchujących górnolotne cele.
Jako ciekawostkę znalazłem natomiast informację, że M. Zimmer Bradley pisała tę powieść zafascynowana ruchem neopogańskim, jednak już kilka lat później stała się gorliwą chrześcijanką. I bądź tu człowieku mądry i zrozum kobiety!
Legenda
  • - książka oceniona przez Ciebie - najedź na ikonę przy książce aby zobaczyć ocenę
  • - do książki dodano opisy lub recenzje
  • - książka dostępna w naszej księgarni
  • - książka dostępna u innych użytkowników (wymiana, kupno)
  • - książka znajduje się w Twoim schowku
Patronaty Biblionetki
Biblionetka potrzebuje opiekunów
Recenzje

Użytkownicy polecają:

Redakcja poleca: