Dodany: 2006-11-23 21:47|Autor: norge

Redakcja BiblioNETki poleca!

Książka: Los utracony
Kertész Imre

2 osoby polecają ten tekst.

"Szczęście obozów koncentracyjnych"*


O Holocauście powiedziano i napisano już wiele. Zorganizowane z precyzją fabryki śmierci wydają się niemieszczącym się w głowie koszmarem. Zastanawiamy się do dziś, jak ludzie ludziom mogli zgotować ten los. Współczujemy ofiarom. Potępiamy katów. Drżymy, aby nic podobnego nigdy się już nie powtórzyło. Wydaje się, że nie można już nic odkrywczego na ten temat napisać. Jednak Imre Kertész w "Losie utraconym" potrafił obnażyć pewne mało znane strony ludzkiej psychiki, a odmienna perspektywa spojrzenia na Holocaust spowodowała, że przekaz stał się głębszy i mocniejszy.

Bohaterem powieści i narratorem uczynił autor 14-letniego chłopca. Podzielił on okrutny los około 90 tysięcy żydowskich dzieci wywiezionych z Węgier do Auschwitz-Birkenau w okresie dwóch miesięcy (!) od maja 1944 roku. Większość z nich od razu zagazowano. Tylko nielicznym, tym najstarszym, udało się przejść selekcję i jako zdolne do pracy zostały razem z dorosłymi przewiezione do innych obozów. Taką właśnie drogę z Budapesztu poprzez Auschwitz do Buchenwaldu przebył i opisał mały Gvorav Koves.

Używany przez naszego bohatera język jest bardzo oszczędny, prosty i nieco naiwny. Prawdopodobnie tak właśnie wyrażałby się każdy przeciętny chłopiec w jego wieku. Udana stylizacja językowa dała mocno działający na wyobraźnię efekt. Nasza dorosła świadomość ogromu zła i zbrodni zderza się z dziecięco-młodzieńczą niewinnością bohatera, który patrząc na świat świeżymi, ufnymi oczyma jakby kompletnie nie zdaje sobie sprawy, że coś jest nie tak. Chyba dlatego tak łatwo skrzywdzić i wykorzystać dziecko, bo ono się nie oburza i ma tendencję do akceptowania świata takim, jaki jest, a nie zawsze, jak wiadomo, bywa dobry…

Jedynym punktem odniesienia dla chłopca staje się "tu i teraz" obozu koncentracyjnego. Panujące w nim reguły uznaje za całkiem naturalne. Stara się zachować optymizm i racjonalnie tłumaczyć sobie zachodzące wydarzenia. Nie nawiązuje do przeszłości ani do swoich wcześniejszych doświadczeń, bo stają się one w nowej sytuacji życiowej nieistotne. Gvorav zauważa jedynie bezzasadność i nieużyteczność swojej dotychczasowej edukacji. Beznamiętnie stwierdza: "Powinienem się uczyć wyłącznie o Auschwitz-Birkenau. Należało mi wszystko wyjaśnić: szczerze, uczciwie, dorzecznie. A ja przez cztery lata nie słyszałem w szkole na ten temat ani słowa. (…) Tak więc poniosłem stratę, bo dopiero tu musiałem zmądrzeć"*.

Dym z kominów krematorium, oznaczający palenie dziesiątków tysięcy zwłok, wywołuje u Gvorava zaledwie "lękliwy szacunek". Nie oskarża swoich oprawców, tak jakby ich działania były w pełni uzasadnione. Kojarzę to jako zespół psychologicznych reakcji na silny stres, znany pod nazwą syndromu sztokholmskiego (udowodnione naukowo). Jest to stan psychiczny, który pojawia się między innymi u ofiar porwania lub u zakładników, wyrażający się odczuwaniem pewnego rodzaju sympatii i solidarności z osobami je przetrzymującymi. Może nawet wystąpić pragnienie spodobania się prześladowcy, spełniania jego życzeń, współpracy z nim i - co charakterystyczne - usprawiedliwiania jego postępków. Trzeba pamiętać, że ofiary tak się zachowujące nie są ani śmieszne, ani nienormalne. One w ten sposób, na zasadzie pierwotnego odruchu, walczą o swoje życie.

Zastanawiam się także, czy w każdym człowieku, nie tylko w dziecku, nie istnieje czasem taka potrzeba instynktownej, może i głupiej wiary, że nawet to najstraszniejsze, co nas spotyka, jest w jakiś sposób uzasadnione i nie aż takie okropne, jak by się to komuś z zewnątrz mogło wydawać. Mechanizm obronny włączający się po to, abyśmy mogli "to straszne" przeżyć. Może dlatego maltretowane i bite kobiety wytrzymują nieraz tak długo ze swymi katami? A ludzie prześladowani przez systemy totalitarne, upokarzani i udręczeni - jakże często wypierają ze świadomości swoją krzywdę i próbują "normalnie" żyć. Autor dość prowokacyjnie mówi nawet o "szczęściu obozów koncentracyjnych"* i pokazuje, że nawet w ekstremalnych warunkach można przeżywać chwile niczym nieskrępowanego szczęścia.

Książka Kertésza tym samym uświadamia, że nie istnieje właściwie granica tego, czego człowiek nie mógłby znieść. Jeśli musimy, potrafimy przywyknąć nie tylko do okrucieństw i upokorzeń, ale także do wielkiego bólu i cierpienia. I odwrotnie, aby poczuć się szczęśliwym, tak niewiele nam nieraz potrzeba. Gdy patrzę na moich pacjentów walczących o każdy oddech, o każdą minutę życia, kiedy ciało jest tylko obolałym balastem popodłączanym do różnych rurek i urządzeń, dociera do mnie, że i w takim stanie można odczuwać chwile radości. Można, choć dla nas, sprawnych i zdrowych, brzmi to niewiarygodnie.

Gvoravowi udaje się przetrwać tylko dzięki pomocy sanitariuszy, którzy, prawdopodobnie kierowani odruchem sumienia, ulitowali się nad wycieńczonym, bliskim śmierci dzieckiem. Po wyzwoleniu wraca on do tego, co kiedyś było jego światem. Niestety, dominującym uczuciem staje się wtedy nie ulga, nie radość z przeżycia – ale niepewność oraz bezgraniczne poczucie obcości i wyalienowania. Okazuje się, że obóz to jedyna rzeczywistość, w której potrafił egzystować. Tam był szczęśliwy. Czy jego los jest losem utraconym? Gorzka jest odpowiedź na to pytanie.


---
* Imre Kertész, "Los utracony", przeł. Krystyna Pisarska, Wydawnictwo W.A.B., 2002.

(c)Wszystkie prawa zastrzeżone. Kopiowanie bez zgody autora zabronione.

Wyświetleń: 11046
Dodaj komentarz
Przeczytaj komentarze
ilość komentarzy: 3
Użytkownik: Chilly 2006-11-26 10:07 napisał(a):
Odpowiedź na: O Holocauście powiedziano... | norge
Rewelacyjnie napisane. Książkę mam w planach i się trochę jej boję...
Użytkownik: 00761 2006-11-27 17:11 napisał(a):
Odpowiedź na: O Holocauście powiedziano... | norge
Po lekturze Twojej recenzji wiem, że tej książki nie powinno się ominąć. Dziękuję.
Użytkownik: norge 2006-11-27 19:07 napisał(a):
Odpowiedź na: Po lekturze Twojej recenz... | 00761
Szczerze mówiąc, nie przepadam za tzw. "literaturą obozową". Przeczytałam, co miałam przeczytać i raczej nie miałam ochoty na więcej. Ale ta książka jest inna. Dotknęła mnie w całkiem nieprzewidywany sposób. To lektura obowiązkowa.
Patronaty Biblionetki
Biblionetka potrzebuje opiekunów
Recenzje

Użytkownicy polecają:

Redakcja poleca: