Dodany: 05.07.2024 07:51|Autor: dot59Opiekun BiblioNETki

Wielkie szczęście w wielkim nieszczęściu


Parę lat temu, kiedy ukazywała się ta książka, jakoś nie zwróciłam uwagi na dokładną treść noty wydawniczej – zapamiętałam, że to zapis osobistych doświadczeń lekarki jako pacjentki onkologicznej. Teraz, wypożyczywszy ją, na notę szybko zerknęłam, dowiadując się, że ta lekarka to „wybitna neurolożka, specjalistka od chorób psychicznych”[1], co samo w sobie zawiera sprzeczność, bo specjalistą od chorób psychicznych nie jest neurolog, lecz psychiatra. I po przeczytaniu pierwszych rozdziałów utwierdziłam się w mniemaniu, że coś się nie zgadza. Autorka (mowa o Barbarze K. Lipskiej – Elaine McArdle jedynie nadawała jej wspomnieniom szlif literacki) na wstępie nadmienia, jakie ma wykształcenie: „miałam tytuł magistra chemii i doktora nauk medycznych wyspecjalizowanego w dziedzinie mózgu i systemu nerwowego” [2] (doktorat z nauk medycznych może uzyskać osoba niebędąca lekarzem, która prowadzi badania naukowe przydatne medycynie), po czym stwierdza: „mimo, że latami badałam mózg, nie jestem neurologiem ani nawet zwykłym lekarzem”[3]. No, zaraz, to skąd tytuł? Dopiero wtedy sprawdziłam ten oryginalny: „The Neuroscientist…”. Rozumiem problem ze sformułowaniem go po polsku tak, by był wymowny i zwięzły: „neuroscientist”, czyli „neuronaukowiec”, to każdy naukowiec zajmujący się badaniem układu nerwowego; może nim być zarówno lekarz neurolog, jak psychiatra lub lekarz bez specjalizacji, ale także biolog, fizyk czy chemik. Tylko że termin angielski, jeden dla obu płci, jest i krótszy, i zgrabniejszy, niż polskie „neuronaukowczyni”, zaś wydawca widocznie uznał, że „neurolożka” zabrzmi lepiej, a przeciętny czytelnik różnicy nie zauważy. No to i w nocie, zamiast pisać o neuronaukowczyni specjalizującej się w badaniach „chemicznych i genetycznych różnic w mózgach ludzi chorych psychicznie [4]”, wprowadzono uproszczenie, dwukrotnie krótsze, za to zawierające dwa błędy merytoryczne…

Wróćmy jednak do tego, co jest treścią książki. Autorka, otrzymawszy pod koniec lat 80. ubiegłego wieku propozycję pracy w USA, pozostała tam na stałe, systematycznie rozwijając swoją karierę. W szóstej dekadzie życia zapadła po kolei na dwie choroby nowotworowe – raka piersi i czerniaka skóry. I oto trzy lata po pomyślnym leczeniu tego ostatniego nagle traci część pola widzenia; nie będąc lekarzem, lecz mając o układzie nerwowym ogromną wiedzę, zdaje sobie sprawę, co może być tego powodem. Stara się tę myśl wyprzeć, tym bardziej, że czeka ją właśnie poprowadzenie ważnej konferencji, ale wyniki wykonanego badania nie pozostawiają złudzeń: w mózgu pojawiły się trzy guzki o wyglądzie typowym dla przerzutów. Po półtorej doby czekania na oddziale ratunkowym lokalnego szpitala wspólnie z rodziną podejmuje decyzję o wypisie na własne żądanie i odbyciu kilkusetkilometrowej podróży do Bostonu, gdzie na onkologii pracuje jej siostra, fizyczka zajmująca się radioterapią; oczywiście sama siostra nic nie zdziała, ale przecież zna wszystkich lekarzy. Tam nie ma ani kolejek, ani problemów natury papierkowej, zabieg operacyjny zostaje ustalony na następny dzień po konsultacjach (i tylko z powodu gwałtownej zamieci, paraliżującej ruch w mieście i okolicy, przełożony na dwa dni później). Tak samo wyglądają inne etapy leczenia, włącznie z kwalifikacją do eksperymentalnej immunoterapii. Wizyta, badania, decyzja w ciągu jednego, góra kilku dni. W międzyczasie natomiast leczenie okazuje się gorszym problemem niż sama choroba, bo sprawność wzroku powróciła, sprawność fizyczna prawie nie ucierpiała, za to w głowie zaczyna się dziać coś dziwnego, co powoduje, że chora przestaje być sobą. Traci orientację w terenie, umiejętność prowadzenia samochodu, robi błędy w prostych tekstach i obliczeniach, staje się podejrzliwa, samolubna, złośliwa, awanturnicza. Dopiero po wielu tygodniach psychika zaczyna wracać do normy, a jej właścicielka, choć nie pamięta emocji, jakie czuła podczas tego epizodu, powoli przypomina sobie wszystkie swoje irracjonalne zachowania, by na koniec, już po zakończeniu leczenia, stwierdzić: „dopiero własne cierpienie pozwoliło mi poznać pracę mózgu – i grozę jego awarii” [5].

Pierwsze moje odczucie po doczytaniu do końca to: „jakie trzeba mieć nieprawdopodobne szczęście, żeby to się tak skończyło!”. Elementy tego szczęścia to po pierwsze sama osobowość, niedopuszczająca poddania się w żadnym momencie żadnych starań, tak samo w badaniach naukowych, jak w walce o własne zdrowie, po drugie, organizm wystarczająco mocny, by nie zaszwankował globalnie pod wpływem kolejnych terapii onkologicznych (pomijając pierwsze dwa miesiące po operacji mózgu, autorka cały czas pracuje naukowo i uprawia sport, robiąc przerwy jedynie na samo podanie leków, i nawet ponowna utrata wzroku w jednym oku na skutek naświetlań nie skłania jej do złożenia broni, a są ludzie, których chemio-czy radioterapia czyni całkowicie niezdolnymi do pracy i wymagającymi stałej pomocy na co dzień), po trzecie, pozycja zawodowa i konfiguracja rodzinna, umożliwiająca skorzystanie z pomocy najlepszych specjalistów (czy gdyby sama autorka była techniczką, a jej siostra w tym Bostonie salową, to konsultacje i leczenie wyglądałyby tak samo?) oraz zapewniająca luksusowe ubezpieczenie (o potencjalnych kosztach jest mowa tylko dwa razy: pierwszy, gdy pielęgniarka ostrzega rodzinę pacjentki, że w przypadku wypisu na własne żądanie „ubezpieczalnia nie zapłaci za pobyt na ER” [6], co okazuje się niezgodne z prawdą, i drugi, gdy onkolog zaleca dwa nowe leki, refundowane tylko dla pacjentów z konkretnym profilem genetycznym guza, zaś dla niemających takowego, w tym autorki, „kuracja ma kosztować bajońską sumę – setki tysięcy dolarów”, lecz po kilku dniach producent darowuje cały zestaw „w ramach »programu współczucia«”[7] i problem okazuje się niebyły. Całą resztę badań, wizyt, leków pokrywa ubezpieczenie. Jakże z tym kontrastuje obraz z powieści „Alice i Oliver” Charlesa Bocka – opartej na faktach – gdzie choroba nowotworowa żony kompletnie rujnuje finansowo parę bohaterów, nie żadnych nieudaczników, tylko normalnych pracujących – i też ubezpieczonych – ludzi z klasy średniej…). Ciekawe, czy gdzieś na świecie opisano drugi podobny przypadek? Jeśli nie, to tylko dowód, że medycyna nie jest do końca przewidywalna…

Czyta się dobrze, choć podejrzewam, że niektóre partie tekstu, omawiające aspekty pewnych funkcji mózgu i stosowanego leczenia, mogą okazać się trudne dla czytelników mniej obytych z tematyką medyczną. Ale z drugiej strony, po tego rodzaju publikacje sięgają raczej ludzie nią zainteresowani. A tych z pewnością zaciekawi, choćby dlatego, że opisuje sytuację tak rzadką, a jednak możliwą. I postać tak nietuzinkową, która nie waha się wyznać własnych, miejscami mocno upokarzających doświadczeń, by wytłumaczyć innym, że to coś, czego nie należy się wstydzić.

[1] Barbara K. Lipska, Elaine McArdle, „Neurolożka: Piękny umysł, który się zgubił”, przeł. Jolanta Kozak, wyd. Agora, 2020, z okładki.
[2] Tamże, s. 38.
[3] Tamże, s. 65.
[4] Tamże, s. 45.
[5] Tamże, s. 250.
[6] Tamże, s. 66.
[7] Tamże, s. 233


(c)Wszystkie prawa zastrzeżone. Kopiowanie bez zgody autora zabronione.

Wyświetleń: 177
Dodaj komentarz
Legenda
  • - książka oceniona przez Ciebie - najedź na ikonę przy książce aby zobaczyć ocenę
  • - do książki dodano opisy lub recenzje
  • - książka dostępna w naszej księgarni
  • - książka dostępna u innych użytkowników (wymiana, kupno)
  • - książka znajduje się w Twoim schowku
Patronaty Biblionetki
Biblionetka potrzebuje opiekunów
Recenzje

Użytkownicy polecają:

Redakcja poleca: